Rozdział XVII

Van tylko raz widział pożar: z siodła Gwiazdki obserwował ogień trawiący zabudowania jednej z wiosek pod Brugge. Żołnierze ojca rzucali płonące pochodnie na kolejne strzechy. Inni trzymali straż nad zbitymi w zawodzącą masę wieśniakami, którym pozwolono zabrać z domostw tyle, ile zdołali unieść zanim padł rozkaz spalenia wioski do ziemi. To była kara, Van nie pamiętał już za co. Doskonale pamiętał jednak hipnotyzujący blask płomieni, trzask drewna i swąd spalenizny.

Teraz też tak było. Patrzył w ogień nie mogąc odwrócić wzroku, czuł bijący w twarz żar. Wokół roznosił się krzyk ludzi uciekających przed ostrzami bandytów, którzy wdarli się za palisadę. Dwanaście lat życia nie przygotowało go na coś tak potwornego. Nie mógł się ruszyć, obezwładniony uderzającymi ze wszystkich stron falami przerażenia, rozpaczy, żądzy krwi, agonii, euforii. Nie mógł złapać oddechu w przesiąkniętym śmierdzącym dymem powietrzu, żołądek podchodził mu do gardła, miał w ustach smak popiołu. Raz za razem przez dławiący napór cudzych emocji przebijała myśl o ucieczce, bo przecież zaraz ktoś go zauważy, dopadnie, rozpłata mieczem głowę albo pierś. Ale tkwił w miejscu, sparaliżowany widokiem pożogi, krwi i trupów.

Ktoś chwycił go za ramię – to już! to teraz! czeka go śmierć! – i nagle wszystko wokół ucichło. Potrząsnął głową, nie rozumiejąc tej ciszy tak samo jak wcześniej porażającego hałasu, zupełnie jakby ogłuchł. Pozwolił pociągnąć się w stronę wypaczonych, stojących otworem wrót. Nie pomyślał o tym, żeby się bronić nawet wtedy, gdy został pchnięty pod kopyta wierzchowca, którego dosiadał herszt stepowych grabieżców.

…twój do czasu, aż się o niego upomnę. Ma przeżyć.

Jasne włosy, długi do ziemi płaszcz i okute buty – tyle zauważył, gdy spojrzał za odchodzącym mężczyzną, który oddał go na własność bandytom, wyżynających w tej dokładnie chwili jego bliskich. Nie widział twarzy, ale nie musiał – zdradził ich człowiek, który wszedł w ich progi jako przyjaciel.

*

— Cathan jest w stolicy — poinformowała swojego strażnika Inglot, jak on ze skraju lasu zapatrzona w majaczące w oddali zarysy miasta. W przeciwieństwie do niego czuła obecność ich nieformalnego przywódcy od momentu, gdy postawił stopę na lądzie w porcie osiem dni temu, ale dopiero teraz postanowiła podzielić się swoją wiedzą. Oczekiwane przybycie Cathana, choć od dawna zapowiedziane, w obecnej sytuacji potęgowało napięcie w już i tak niełatwych relacjach między ich czwórką. Zwłaszcza Anrai nie potrzebował dodatkowego obciążenia. — Itari pojedzie ze mną, ty zostaniesz w wieży.

Jeżeli spodziewała się protestu, to się zawiodła. Raynhard się nie odezwał. Myśl o opuszczeniu wieży na dłużej nie mogła być mu obca, bo ostatnimi dniami nie raz i nie dwa zdarzyło mu się spać w stajni, na sianie, jedynie pod płaszczem, byle tylko wyrwać się stamtąd na chwilę. Nie obchodziły go wygody, w wieży się dusił. Ale nie wypuszczał się dalej. Przestał uciekać.

— Poradzisz sobie?

To był tylko pretekst z jej strony, by zmusić go do mówienia.

— Nie zostawiłabyś mnie, gdybyś miała wątpliwości — odpowiedział, zaspokajając jej kaprys. Sam nie był do końca pewien, czy da sobie radę, jeśli zostanie sam. Rozstanie na jakiś czas z Itari dobrze zrobi im obojgu, ale poza tym… — Nie wiem, czy Anrai będzie zadowolony z mojego towarzystwa.

Inglot westchnęła, ale tylko tak okazała swoje zniecierpliwienie.

— Wbrew temu, co obaj myślicie, to nie ty, a Anrai jest odpowiada za to, co się stało. To był jego wybór i sam jest sobie winien, jeśli nie potrafi uporać się z konsekwencjami.

— Mówisz, jakby zrobił źle. — W doborze słów pobrzmiewał zarzut, ale ton głosu Raynharda zdradzał jedynie zmęczenie. Gwałtowne, pozostawiające głębokie, mentalne rany kłótnie z Itari pochłaniały całą jego energię potrzebną w tym temacie; nie miał już sił, by prowadzić podobne rozmowy z Inglot.

— Rayn, wiem, co dla ciebie jest ważne. Ale nie wiem, czy to się dobrze skończy.

Van przeżył. Nic innego się nie liczyło.

— Wracamy?

Przez moment przyglądała mu się bez słowa, ale w końcu zawróciła konia i wjechała między drzewa. Raynhard nie od razu ruszył za nią. Długą chwilę patrzył na czerniejące na horyzoncie mury, nadal obwieszone żałobnymi sztandarami. Za nimi rozgrywała się kolejna odsłona dramatu, latami starannie przygotowywanego przez Cathana. Ta myśl nie przyniosła ze sobą spodziewanego zadowolenia, jedynie nikły cień nadziei, że może wkrótce to wszystko się skończy i będą mogli opuścić Ilear.

…a po nich pył i szczęk stali.

Nie starał się dogonić Inglot. Dał sobie czas, by przybyć po niej. Po opuszczeniu stajni również nie dołączył do dziewcząt, pogrążonych w cichej rozmowie przed trzaskającym żywym płomieniem kominkiem.

Wejście na górne piętro wymagało od niego siły. Nie fizycznej, z tym nie miał problemu. Ale ciężko było mu pokonać kręte schody, ciężko było pchnąć masywne drzwi, by stanęły otworem. Ciężko było wkroczyć w krąg bladej poświaty specjalnie dobranej przez Inglot lampy, która gasła przez całe noce, rozpraszając mrok. Najciężej było patrzeć na pogrążoną w niespokojnym śnie postać na niewielkim posłaniu, stanowiącym jedyne wyposażenie pokoju.

Raynhard wiedział, że chłopak odzyskuje na krótkie chwile przytomność, ale nigdy nie zdarzyło się to w jego obecności. Nie miał pewności, czy sen był naturalny, czy sprowadzony mocą któregoś z demonów, by spotęgować lecznicze działanie odpoczynku. Bo mimo upływu czasu, Van nie wracał do sił. Jego skóra nie traciła sinego cienia, zupełnie jakby krew nie krążyła w żyłach mimo zasklepionych ran. Spod krawędzi lnianej, rozsznurowanej koszuli wyzierały blizny, których brunatna, niemal czarna barwa powinna już blaknąć, a jednak nie ustępowała, wciąż tak samo intensywna. Gdyby nie to, że Raynhard ze swego miejsca w progu widział nieznaczny ruch przy nabieranym oddechu i nerwowe drgania pod zamkniętymi powiekami, uwierzyłby, że ma przed sobą pozbawione życia ciało. Ale tak nie było, Van żyje – powtórzył w duchu. Chciał się zbliżyć i przekonać się, że gdy dotknie skóry, której brakowało zdrowego koloru, poczuje ciepło, nie przeraźliwy chłód, ale się powstrzymał. Gdy ostatnim razem sięgnął do chłopaka, Van wzdrygnął się i uciekł przed jego dotykiem nawet nieprzytomny. Nie był gotów, by to powtórzyć i poczuć to, co wtedy. Ale zmusił się, by podejść do posłania i pociągnąć okrycia wyżej, po samą szyję chłopaka, chroniąc go przed zimnem, a siebie przed widokiem znienawidzonych blizn.

*

Chłód nadciągającej nad stepy nocy wstrząsnął nim, przenikając aż do kości. Wdzierający się pod poszarpane w walce ubranie wiatr niósł ze sobą pobitewny smród krwi i spalenizny. Tkwił powalony na kolana w zbitej ciżbie spędzonych w jedno miejsce do niedawna niepokonanych wojowników, ale nawet to nie chroniło go przed zimnem.

Rżały konie. Żołnierze, którzy rozbili w pył ich oddział, a potem powiązali jak bydło tych, którzy przeżyli, nawoływali się i przekrzykiwali w nieznanym mu języku. Obce słowa, znane słowa – ktoś syknął mu do ucha „zdrajca” – nie chciał żadnych. Krępujące ręce sznury boleśnie wpijały się w ciało, ale stokroć bardziej niż przetarte nadgarstki krwawił umysł, targany przez wdzierające się do głowy cudzą nienawiść i wściekłość i upokorzenie i pogardę i hańbę. „Zdrajca”, „śmieć”, „zaprzaniec”, a przecież walczył jak inni, nie wiedząc nawet, z kim walczyli, więc jak mógłby zdradzić? A jednak nienawistny głos herszta, któremu od lat wiernie służył, nie cichł, nieprzerwanie ciskając złorzeczenia i obelgi. Ktoś nim szarpnął, odwrócił między towarzyszami, by łatwiej powalić go na ziemię. Najpierw żelazny uścisk dłoni na szyi, a później wbite w gardło kolano skutecznie odcięło mu oddech. Czerń przesłoniła mu oczy, w piersi zabrakło powietrza, walcząc o oddech orał piętami suchą ziemię, bezskutecznie – i tak by się wszystko skończyło, gdyby ich nie rozdzielono, mocnymi ciosami i kopniakami odrzucając w przeciwne strony.

Van nigdy nie był w głębi anaeryjskich stepów, nie widział Ziem Niczyich. Nie brał udziału w bitwie noldorskich żołnierzy ze stepowymi grabieżcami i nigdy nie walczył o życie – ani z wrogiem, ani z kimś, kto mu rozkazywał.

Żołnierz, który odciągnął go od herszta bandytów, pochylał się teraz nad nim, luzując wiążące go sznury – żal mu było rabusia odbiegającego tak wiekiem, jak posturą i rysami od innych jeńców? Nieważne; bliskość śmierci na moment oddała mu jasność myślenia. Udało mu się wyrwać i wytargać żołnierzowi zza pasa miecz. Rzucił się na swojego niedoszłego zabójcę, swojego wieloletniego oprawcę. Zanim zdołali go powstrzymać, gorąca krew chlusnęła mu na twarz z rozpłatanego ostrzem gardła. Krzyki, harmider, uderzenie o ziemię, przeszywający ból. A potem nagła cisza, całkowicie zagłuszająca nie jego słowa i nie jego myśli. Kojąca, upragniona, dawno już zapomniana cisza, wyrywająca z głębi piersi szloch ulgi, która mogła mieć tylko jedno znaczenie: że dłoń, która chwyciła go za brodę i kierowała jego twarz ku górze, należała do mężczyzny, który sprowadził śmierć na jego bliskich i niewolę na niego samego.

…von Throim?

Bladoniebieskie spojrzenie, wędrujące po jego zakrwawionej twarzy, było zimne jak stal pozostawiona na mrozie. Odbierało mu możliwość ruchu skuteczniej niż najmocniejsze więzy. Cathan przyglądał mu się w milczeniu, nie zdradzając myśli, by po chwili bez słowa podnieść się z klęczek i zostawić go pod butem noldorskiego żołnierza.

Wrzasnął za nim, zaciekle się szarpiąc w rękach żołnierzy. Gdyby miał jeszcze oręż, to i jemu rozdarłby gardło, wytargał z brzucha wnętrzności! Im dalej odchodził Cathan, tym on sam bardziej histerycznie próbował się oswobodzić, tym więcej głosów odzywało się wokół i w środku.

Van chciał sięgnąć dłonią do twarzy, gdzie przysychająca krew mieszała się z wilgocią z piekących oczu, ale niespodziewany syk, którego źródła nie umiał odnaleźć, zatrzymał go w pół ruchu.

— Nie. To nie twoje. Wynoś się stąd. Wara ci od tego!

*

Van rzucił się na łóżku, kurczowo zaciskając powieki i gniotąc w pięściach okrycia, i Raynhard w jednej chwili zapomniał o swoich obawach i chwycił go i przytrzymał, by przypadkowy, zbyt gwałtowny ruch nie otworzył gojących się ran. Gdy tylko dotknął Vana, nozdrza wypełnił mu zapach krwi i spalenizny. Złudzenie, ale przez chwilę zamiast w niewielkim, okrągłym pokoju, Raynhard znalazł się w stepie ograniczonym jedynie przez stykające się z ziemią niebo i majaczące z jednej strony poszarpane, białe szczyty Morskich Gór. Zobaczył Vana, zapatrzonego w bezruchu w jasnookiego, rudego chłopaka, klęczącego przed nim w rdzawym błocie.

Obaj na niego spojrzeli: Van z wyrazem całkowitego zagubienia, za to doskonale mu znany – młodszy? – rudzielec z ogniem w oczach, wściekle wykrzywiając poznaczoną swoją i cudzą krwią twarz.

Zanim padło jakiekolwiek słowo, Van był już przy nim, trzymając za poły kurtki, by Raynhard przypadkiem się nie odsunął. Skrył twarz przed jego wzrokiem, opierając mu czoło o ramię. Całym ciałem chłopaka wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Raynhard nie zastanawiał się, od razu go objął, zamykając wokół niego ramiona i pozwalając, by znalazł się jeszcze bliżej.

Rozwiał się stepowy krajobraz, zostali tylko oni dwaj.

— Nigdy więcej — szeptał Van, choć Raynhard dopiero po długiej chwili rozpoznał słowa, zduszone i zniekształcane przez nieskutecznie tłumiony szloch. — Nigdy więcej, Rayn. Nie oddawaj mnie. Nie zostawiaj. Ja nie potrafię…

Raynhard odruchowo przytulił go mocniej do siebie. Przymknął oczy, opuścił głowę, ostrożnie musnął wargami skroń Vana.

— Nigdy więcej — obiecał, przeklinając w duchu swój łamiący się głos, bo jego słowa nie brzmiały tak pewnie i tak niewzruszenie, jak powinny.

— …zajęli Brugge, zabrali matkę i Isę, zostałem sam. Nie miałem tam nikogo. Nikogo, Rayn. Ale pamiętałem, kim jestem. Ani na moment nie zapomniałem. Nie dałem im tej satysfakcji, ani przez chwilę jej nie mieli.

— Wiem. Wierzę. Każdy, ale nie ty. Nie udało im się ciebie złama-

Raynhard nie dokończył, bo Van mu na to nie pozwolił. Wypuścił z ręki koszulę Raynharda, przesunął dłoń na jego kark i pociągnął w dół, ku sobie, po to, by zdusić słowa między ich złączonymi ustami.

Desperacja i słony smak łez. Podziałało. Raynhard nie próbował nic już powiedzieć. Nie spodziewał się tego i nie od razu zareagował. Półświadomie odnotowywał kolejne doznania: to jak zaciśnięte na karku palce wbijają mu się boleśnie w skórę; jak mocno napierał na niego Van – jakby to miał być atak, nie chwila dzielonej czułości; jak wciąż czuł drobne dreszcze przebiegające po skórze pod swoimi dłońmi, każdy mięsień chłopaka w jego ramionach napięty do granic wytrzymałości.

Nie, nie tak miał wyglądać ich pierwszy pocałunek.

Raynhard sięgnął za siebie do dłoni Vana i ściągnął ją w dół. Splecione razem skrył pomiędzy nimi – dłoń w dłoń, serce w serce. Zrobił kilka ostrożnych kroków do przodu, pozwalając mu oprzeć się o ścianę za plecami, ale pozostawiając dość przestrzeni, by Van w każdej chwili mógł się wyswobodzić z jego objęć. Wolną rękę wsunął w ciemne włosy, gładząc kciukiem skroń i mokry policzek. Uspokajający gest załagodził napięcie. Pod wpływem subtelnej pieszczoty Van powoli odzyskiwał straconą równowagę. Gdy nikłe dreszcze całkowicie ustały, a spod opuszczonych powiek nie spłynęły nowe łzy, Raynhard pokierował twarz Vana ku górze, nieznacznie zmieniając pozycję, by pogłębić ich pocałunek.

Dopiero teraz było tak, jak być powinno. Nie akt rozpaczy i skok w przepaść pod wpływem huraganowych emocji, ale też nie ogień, wybuchający w porywie chwili; nie oni dwaj, nie w takim momencie. Najważniejsza była bliskość i to, że Van w końcu mógł poczuć się bezpiecznie. Tak miało być od początku; tak powinno być już zawsze.

— Od tak bardzo dawna chciałem to zrobić — szepnął Van, gdy ich pocałunek powoli wygasł. Opuścił głowę, na powrót kryjąc twarz w koszuli Raynharda.

Raynhard nic nie powiedział, bo nagle słów – wyznań, przeprosin, zapewnień i dalszych obietnic – było zbyt dużo w jego głowie, wszystkie prawdziwe, wszystkie ważne, walczące o pierwszeństwo i przez to dławiące go w gardle. Wciąż trzymał dłoń Vana w swojej, mocno przyciśniętą do piersi, jakby w ten sposób miał tam zatrzymać szaleńczo kołaczące się serce. Drugą głaskał i rozplątywał zmierzwione pasma czarnych włosów. Próbował zebrać myśli i wybrać te najważniejsze, takie, które nie stracą nagle na znaczeniu i nie staną się puste, wypowiedziane na głos.

Van tymczasem mówił dalej, nieświadomy jego żałosnych wewnętrznych dylematów.

— Żałuję, że nie poczekałem, ale wtedy nie myślałem, że kiedykolwiek mi pozwolisz. — Van westchnął, mocniej do niego przywierając. — Von Throim może i nie był taki zły, ale najwyraźniej nie miał pojęcia, co tak naprawdę robi.

Raynhard zesztywniał. W jednej chwili wszystkie myśli uleciały mu z głowy, poza jedną, niemożliwą. Niewyobrażalną. Na moment pociemniało mu w oczach, a gdy odzyskał jasność widzenia, miał przed sobą twarz Vana, znów poszarzałą, ściągniętą w wyrazie zaskoczenia przemieszanego z bólem i niezrozumiałym lękiem.

— To ty mnie tam zostawiłeś, nie możesz mieć teraz o to do mnie pretensji — wyrzucił z siebie Van tonem, w którym nie było sugerowanego słowami zarzutu ani charakterystycznej dla niego pewności i twardej nuty.

— Van, czy von Throim…? — Raynhard urwał, gdy dostrzegł kolejny skurcz bólu przebiegający przez twarz Vana. Dopiero teraz zorientował się, że wbija dłonie w ramiona chłopaka, trzymając go między sobą a ścianą, nie dając mu już możliwości ucieczki. Gwałtownie cofnął ręce i zrobił krok do tyłu. Nerwowo odgarnął włosy z twarzy. Musi zadać to pytanie, musi znać prawdę, ale…

Wyraz na twarzy Vana się zmienił, pojawił się cień gniewu, ale i tak nie przysłonił nadal wyraźnego bólu, chociaż Raynhard już go nie ściskał.

— Teraz cię to obchodzi? Ja i Marco? Nie chciałeś mnie, Rayn. Nawet Morivern to widział. Przypominał mi o tym przy każdej okazji.

…Marco. Nie Robert. Dobrze. Z ulgą przywitał niezamierzone wyjaśnienie Vana, choć i tak lekko zakłuło.

Niespodziewanie w powietrzu zawisł zapach mokrej trawy, niesiony zimnym podmuchem wiatru. Zniknął tak nagle, jak się pojawił, zastąpiony czymś niezidentyfikowanym, znacznie mniej przyjemnym, z metalicznym posmakiem krwi nasilającym się po każdym oddechu.

— Morivern? — przypomniał Raynhard, bo i to nazwisko przed chwilą padło z ust Vana.

Van drgnął jak smagnięty batem. Potem jeszcze raz, gdy gdzieś niedaleko dał się słyszeć charakterystyczny świst. Nic nie powiedział.

Na ułamek chwili, między jednym mrugnięciem a drugim, Raynhard znalazł się w stajni Brugge. Siano, konie i… krew.

— Van?

Znów ten świst, już bliżej. Znów gwałtowny skurcz. Van mocno zacisnął wargi, jasno dając do zrozumienia, że nie zamierza się odezwać. Ale nie odrywał wzroku od Raynharda, jakby bał się stracić go z oczu, znów zdradziecko zaszklonych.

— Hej, spokojnie. Tu jesteś bezpieczny.

Van potrząsnął lekko głową. Wciąż nie spuszczając spojrzenia z Raynharda, osunął się po ścianie w dół i siadł na ziemi. Na murze za nim pozostały brunatne ślady.

Raynhard poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła, a oczy przesłania czerwona mgła szaleńczej wściekłości.

Dość.

Stajnia, Morivern, bat i krew. Widział to, słyszał szyderstwa i groźby kapitana, śmiech żołdactwa, ten przeklęty świst ciętego powietrza.

Dosyć!

Paraliżujący ból oślepił go i ogłuszył. Nagła ciemność pociągnęła go poza granice świadomości. Nieprzytomny uderzył ciężko o ziemię.

Doszedł do siebie w pogrążonym w ciszy i półmroku górnym pokoju wieży. Van spał na posłaniu, jak wtedy, gdy Raynhard tu przyszedł, zupełnie jakby wcale się nie przebudził. Jakby… nic się nie wydarzyło.

— Co to było? Coś ty zrobił?

Wciąż lekko oszołomiony, Raynhard podążył spojrzeniem za wzburzonym, podniesionym głosem. W prowadzących na schody drzwiach stała Itari, ale choć jej wcześniejsze słowa były skierowane do Rycerza, to w tej chwili zdawało się, że istnieje dla niej jedynie Van.

Itari podobnie jak on unikała tego pokoju – widok jej niedoszłego Strażnika wciąż na nowo rozpalał w niej żal i bolesne rozczarowanie. Nagle przerwana działaniem Anraia więź między nią a młodym de la Varrem pozostawiła po sobie mentalną ranę, która nie chciała się goić. Itari nie pogodziła się jeszcze ze stratą swojego wybranka.

— Nic — wychrypiał w odpowiedzi na jej zarzuty Raynhard, ciężko podnosząc się z ziemi. Musiał podeprzeć się o ścianę, by utrzymać się na uginających się nogach. Potarł twarz i skrzywił się, gdy na dłoni dostrzegł brunatny ślad po sączącej się z nosa krwi. — Zupełnie nic, nie rozumiem, o co pytasz.

Itari odwróciła się gwałtownie jakby dopiero przypomniała sobie o jego obecności. Przymrużyła oczy, zacisnęła mocno wargi, po czym – jeszcze raz upewniając się, że Vanowi nic nie grozi – zniknęła za drzwiami. Z korytarza dał się słyszeć odgłos jej pośpiesznych kroków, gdy zbiegała na dół.

Raynhard też spojrzał ku posłaniu. Nie odważył się podejść bliżej, tym bardziej dotknąć chłopaka, by się przekonać, czy rzeczywiście spał teraz tak spokojnie, jak na to wyglądało.

Powoli wycofał się do drzwi. Wychodząc, cicho je za sobą przymknął.

Gabinet i pokoje dziewcząt na dole były puste, ale Raynhard słyszał głosy Itari i Inglot dobiegające ze prowadzących jeszcze niżej schodów, gdzie Anrai zajął jedno z pomieszczeń na swoją sypialnię.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że to wcześniejsze przeszywające umysł jak ostrze „Dosyć!„, po którym zapadł się w ciemność, miało bardzo znajomy, choć pobrzmiewający niezwykłą histeryczną nutą, ton.

Na myśl o tym, że Anrai przemocą wdarł mu się do głowy, Raynhard odruchowo zacisnął pięści. Nienawidził, gdy Itari tak robiła – sięgała po swoją moc jak po broń, by wydrzeć mu jego tajemnice, by wyciągnąć informacje, którymi nie chciał się z nią podzielić. Anrai zwykle nie używał swoich zdolności w ten sposób, nie kierował ich przeciwko przyjaciołom. A przynajmniej aż do dziś Raynhard nie znalazł się po drugiej stronie tego widmowego ostrza, tnącego nie ciało, a umysł.

Itari siedziała pod pokojem Anraia, oparta o ścianę, z nogami podciągniętymi pod pierś. Gdy go zobaczyła na schodach, skrzywiła się nieznacznie i odwróciła spojrzenie. Jej aura wibrowała od zdenerwowania, ale tak było w zasadzie bez przerwy, odkąd Raynhard wrócił do wieży. Kiedy Itari dostrzegała go w pobliżu, na ułamek chwili powietrze wokół obojga elektryzował niemal namacalny gniew, ale odkąd Inglot zakazała im otwartej konfrontacji, była to jedyna oznaka nierozstrzygniętego napięcia między nimi. Biorąc pod uwagę, że jedno było nadnaturalnym bytem z nadnaturalnymi zdolnościami, a drugie doskonale wyszkolonym wojownikiem, ich starcie mogło mieć naprawdę katastrofalne skutki.

Przez na wpół uchylone drzwi Raynhard widział Inglot przy łóżku, na którym leżał zwinięty pod grubym okryciem Anrai. Nawet ze swojego miejsca w korytarzu był w stanie dostrzec jak poszarzała była twarz najmłodszego z demonów, jak jego skóra lśniła wilgocią w blasku pojedynczej świecy przy posłaniu. Inglot przeczesywała palcami pociemniałe od potu włosy, szepcząc coś, co już nie docierało na korytarz.

Anrai, najwyraźniej wyczuwając jego obecność i uważne spojrzenie, wbił w niego błyszczące gorączką oczy.

— Wynoś się.

Raynhard odczytał bardziej z ruchu warg niż usłyszał wściekły syk. Pod wpływem intensywnego spojrzenia poczuł lodowaty dreszcz wspinający się po kręgosłupie w górę i rozchodzący się jak mrowienie od środka pod czaszką.

Inglot odwróciła się ku niemu, marszcząc lekko brwi, potem spojrzała z powrotem na Anraia, próbując go uspokoić, ale chłopak zdawał się jej już nie zauważać, całkowicie skupiony na jej Strażniku.

— Twój cholerny chłoptaś wyciąga z kątów, co nie jego — mówił dalej, choć Raynhard nie był pewien, gdzie rozbrzmiewały te słowa: w pokoju, w progu którego stał, czy wprost w jego myślach. — Wciąga cię do mojej głowy, by ci się wyżalić. Trzymaj się ode mnie z daleka, jego trzymaj ode mnie z daleka, zajmij się nim, ucisz zanim zrobię mu krzywdę. Mnie daj spokój, nie zbliżaj się, nie podchodź, nie myśl, nie myśl… – Anrai zacisnął powieki i odwrócił się, półświadomie kryjąc twarz w dłoni Inglot. — Idź stąd.

— Idź stąd — powtórzyła po nim Inge, obdarzając swojego Strażnika na wpół współczującym, na wpół zrezygnowanym spojrzeniem.

Raynhard posłuchał. Wchodząc po schodach poczuł kojącą bliskość Inglot. „Będzie dobrze„, omiotło go jej troskliwe zapewnienie.

Wyszedł na zewnątrz, by odetchnąć świeżym, choć przesiąkniętym wilgocią powietrzem. Nie miał pojęcia, co zaszło – ani na górze w pokoju Vana, ani teraz, z Anraiem.

Nie tylko Van nie wracał do zdrowia po wydarzeniach w wiosce pod Brugge. Nie wiedzieć czemu, Anrai bardzo źle znosił więź, jaka go połączyła z młodym de la Varrem. Do Raynharda wróciło wspomnienie przerażającej chwili, gdy po powrocie pod Brugge młody demon osunął się nieprzytomny z siodła na ziemię, a on sam pomyślał wtedy, że to koniec. Tak bardzo koncentrował się wtedy na Vanie, że nie zauważył, w jakim stanie był Anrai.

Nie pamiętał, jak to było, gdy związano go z Inglot. Wiedział, że inwazyjna świadomość demona nagle połączona z jego własną zmieniała postrzeganie świata raz na zawsze, i że choć ten proces był błyskawiczny, to nie należał do przyjemnych. Tego się spodziewał – czekał na przebudzenie Vana i przygotowywał się na moment, gdy spojrzy w szare oczy i odnajdzie w nich jedynie cień znajomego wyrazu.

Ale jego związanie było zaplanowane, kontrolowane, przebiegało pod nadzorem innych Rycerzy, mocniejszych od niego Rycerzy. Anrai zadziałał intuicyjnie, zrobił to sam. Co, jeśli zrobił to źle? Co, jeśli ulga na myśl o tym, że Van przeżył, była przedwczesna? Co jeśli związanie zniszczy ich obu?

Nawet jeżeli tak miałoby się stać, to Raynhard nie miał pojęcia, jak mógłby temu zapobiec.

— Będzie dobrze.

Nie spojrzał na Inglot, gdy do niego dołączyła. Jeszcze nigdy go nie zawiodła, ale tym razem nie potrafił tak po prostu przyjąć jej słów za pewne. Jak do tej pory wszystko szło źle. Miał wrażenie, że wyniki tych wszystkich misternie tkanych intryg dzień po dniu ścierały ich dotychczasowe życie w pył, który teraz przesypywał mu się między palcami.

Inglot westchnęła.

— To minie. Zobaczysz.

— Jeśli nie? — odważył się zapytać.

— Zaufaj mi. Jeszcze wszystko się ułoży.

Poczuł jej dłoń na ramieniu, oferującą tym gestem wsparcie, fizycznym gestem, nie mentalną manifestacją.

— Nadal uważasz, że to dobry pomysł, by mnie tu zostawić z nimi samego?

— Tak. To, co się dzisiaj wydarzyło…

Dopiero teraz się do niej odwrócił.

Co się wydarzyło?

Inglot spojrzała na niego twardo.

— Myślę, że wiesz. Nie zauważyłeś, że ty i Van naruszyliście granice Anraia. Nie było w tym waszej winy — zapewniła, zanim zdążył zaprotestować. — Nie było też w tym jego winy. Daj mu zebrać myśli, a sam ci wszystko wyjaśni.

— Mam się trzymać od niego z daleka, nie słyszałaś? — Odruchowo sięgnął do twarzy, by rozetrzeć przyschniętą już krew.

— Nie bądź dzieckiem, Rayn. — Inglot po raz pierwszy od bardzo dawna okazała zniecierpliwienie. — Nie wiesz, jak ty byś zareagował na jego miejscu.

Nie wiedział, to prawda. Pozwolił, by Inglot oplotła mu rękę i przytuliła się do jego ramienia.

— Poradzisz sobie — zapewniła go po raz kolejny. — Wierzę w ciebie.

Przynajmniej ona jedna.

*

Gdy Raynhard zapukał do drzwi Anraia i pchnął je, nie doczekawszy się odpowiedzi ze środka, młody demon przywitał jego przybycie krótkim spojrzeniem i niczym więcej, i na powrót zapatrzył się w kamienny sufit nad łóżkiem.

— Chcę porozmawiać. Mogę wejść?

Anrai wzruszył niezgrabnie ramieniem. Gdzieś się straciła jego wrodzona gracja i płynność ruchów.

Raynhard odczytał ten gest za przyzwolenie. Zamknął za sobą drzwi. Przez chwilę stał, przygotowując się do rozpoczęcia rozmowy, ale gryzło go górowanie nad leżącym na łóżku chłopakiem. Sięgnął po jedyne w pokoju krzesło i przysunął je bliżej łóżka. Nie za blisko, by nie przytłaczać Anraia swoją obecnością, jedynie na tyle…

— Nie ma znaczenia, jak daleko się ode mnie trzymasz, i tak mnie tym przytłaczasz — odezwał się niespodziewanie Anrai. Podciągnął się na łóżku i usiadł przodem do gościa, opierając się plecami o ścianę. Zawinął wokół siebie okrycia, sprawiając wrażenie, że w ten dziecinny sposób chce zachować swój dystans.

Raynhard skrzywił się w duchu na myśl o tym, że Anrai wie – wszystko właściwie. Zauważył, że chłopak skrzywił się naprawdę pod wpływem jego reakcji. Musiał wiedzieć, że to była jedynie myśl Raynharda, nie słowa wypowiedziane na głos, ale w swoim stanie nie kontrolował odruchu ulegania emocjom innych. To różniło zdolności jego i Itari: dziewczyna świadomie kierowała moc na zewnątrz po to, by przebić się przez bariery innych, natomiast Anrai musiał nauczyć się zatrzymywać ją przy sobie, inaczej świat wdzierał się do jego umysłu każdą myślą i każdym uczuciem mijanego człowieka.

— I zwierzęcia. Każdego mijanego człowieka i każdego mijanego zwierzęcia. Ale zwierzęta nie myślą w taki sposób jak ludzie. Z nimi jest łatwiej.

Tym razem Raynhard zdołał się powstrzymać od zareagowania na kolejną manifestację umiejętności Anraia, ale nie dość szybko, jeśli sądzić po kolejnych słowach chłopaka.

— Zakłopotany odpowiedziami na myśli, nie słowa? Przeszkadza ci bycie otwartą księgą, z której mogę sobie wyrwać dowolną kartkę?

Tak, przyszło do niego w pierwszym odruchu. Komu by to nie przeszkadzało?

Anrai prychnął, przyglądając mu się z gorzką kpiną podszytą wyrzutem.

— Nie — powiedział na głos, bo było jasne, że Anrai nawiązuje do tego, co się wydarzyło przed wyjazdem Inge i Itari w pokoju Vana. — Bo to się wydarzyło, prawda?

Długo o tym myślał, gdy paraliżująca bezsilność nakazywała mu trzymać się z dala i od jednego i od drugiego. Potrzeba było całego dnia i całej nocy samotnych rozważań, by w końcu się przemógł i zszedł na najniższy poziom wieży.

Anrai zmierzył go długim spojrzeniem, trochę niechętnym, trochę zmęczonym. Wyglądał lepiej niż tamtej nocy, chociaż nadal był bledszy niż powinien, i nadal wyraźnie brakowało mu sił. Ale był przytomniejszy niż wtedy, świadomy chwili. Przynajmniej jego oczy nie lśniły już gorączką.

— Wszystko.

Rozmowa z Vanem?

— Tak.

I… Pocałunek?

— Tak.

…step?

— Tak. Ale to moje. Z innego życia. Nie ma z wami nic wspólnego.

— Co robił tam Cathan? — Tym razem Raynhard zadał pytanie na głos, bo miał wrażenie, że inaczej nie otrzyma odpowiedzi. Był świadkiem tylko urwanej sceny, jaka się rozegrała w anaeryjskim stepie, ale zapamiętał wysoką, jasnowłosą postać ich przywódcy.

— Niszczył wszystko, czego dotknął — odpowiedział mu Anrai, nie kryjąc nienawistnej nuty w głosie. Po chwili dodał jeszcze, już spokojnie. — Przynosił ciszę.

Raynhard nie znał tej części przeszłości chłopaka. Ciekawość podsuwała mu kolejne pytania, ale…

— Nie — przerwał mu twardo w pół myśli Anrai. — Już i tak widziałeś więcej, niż kiedykolwiek komukolwiek chciałbym pokazać. Wyrwane kartki, pamiętasz?

Kiwnął głową. Zresztą, nie po to tu przyszedł.

— Jak to wszystko możliwe?

Anrai chwilę milczał, błądząc wzrokiem po pokoju w poszukiwaniu właściwych słów. Nigdy z nikim nie rozmawiał o swoich zdolnościach. Kiedyś uważał je za przekleństwo. Teraz na nowo zaczynał tak o nich myśleć.

— Tamtej nocy pod Brugge runęła bariera. Nie kontroluję mocy. Van jej nie kontroluje, bo nie ma pojęcia jak. Jest tu. — Wskazał na swoją skroń. — Trudno pamiętać, że nie robi tego świadomie, ale…

Wyciąga z kątów, co nie jego„, przypomniał sobie zarzut Anraia Raynhard.

Anrai pokiwał głową. Zaciskał pięści w kocu, ściągnął brwi. Gdy milczał, wbijał zęby w wargę. Nie patrzył na Raynharda, nadal przesuwał spojrzeniem po sprzętach i po ścianach, unikając postaci gościa.

— Nie wiem, jak go wyrzucić. Kiedy wciągnął również ciebie, nie mogłem wyrzucić żadnego z was.

Jego wzrok nagle zatrzymał się na twarzy Raynharda, a jego oczy nabrały blasku powracającej gorączki.

— Nie myśl, że to był sen. To, że Van się nie obudził, nie znaczy, że nie był świadomy tego, co robi, tak samo jak ty. Bardziej prawdziwie nie będzie już nigdy, Rayn. To był Van bez żadnej ze swoich masek, pozbawiony tarczy, pozbawiony oręża. Nie krył przed tobą niczego, bo nie był w stanie. Pamiętaj, że wiem o nim wszystko.

Raynhard, zaalarmowany zmianą w głosie i w oczach chłopaka, podniósł się z krzesła. Anrai zacisnął kurczowo powieki, jakby tym chciał zrekompensować stratę odległości między nimi. Raynhard zamarł z wyciągniętą w jego kierunku ręką, a on mówił dalej.

— Wiem o nim wszystko — powtórzył, krztusząc się przy tym, jakby te słowa nie chciały mu przejść przez gardło. — Nigdy tego nie chciałem, nigdy z nikim. Nie wiedziałem, że tak będzie. Gdybym wiedział, że tak się stanie, że nie będę mógł zapanować… powstrzymać go… zatrzymać dla siebie… Gdybym wiedział, jak to jest, kiedy ktoś…

— Hej. — Raynhard ostrożnie zamknął dłoń na jego ramieniu, by lekko nim potrząsnąć. Powieki chłopaka rozwarły się gwałtownie, odsłaniając spanikowane spojrzenie – nie pierwszy raz, odkąd wrócili razem z Vanem do wieży, ale dopiero teraz Raynhard zrozumiał, skąd się ono brało. — Oddychaj. Głęboko, powoli. Nic ci nie grozi, nawet jeżeli Van wie o tobie tyle samo, ile ty o nim.

— Nie pozwolę mu się obudzić, dopóki nie będę wiedział, jak go zatrzymać — szepnął. Gdyby powiedział to głośniej, może zabrzmiałoby to jak wyzwanie, tak jak zamierzał, ale w ten sposób wypadło jak rozpaczliwa prośba. — Nie pozwolę, żeby mu się coś stało — dodał ciszej. — Nie zagrożę mu, Rayn. Nie wiem, czy teraz mógłbym, nawet gdybym bardzo tego chciał.

— Nawet gdybyś mógł, nie zrobiłbyś tego, wiem o tym.

Anrai zaśmiał się gorzko.

— I ty naprawdę w to wierzysz. I w to, że gdybym wcześniej wiedział, co wiem teraz, i tak uratowałbym twojego niedorosłego Rycerzyka.

— Uratowałbyś. Twojego niedorosłego Rycerzyka.

Anrai znów przymknął oczy. Już się nie uśmiechał.

— Nie podziękowałem ci jeszcze za to, co zrobiłeś, prawda? — zapytał Raynhard.

Anrai pokręcił głową w odpowiedzi.

— Nie dziękuj. Nie wiesz, czy Van podziękuje ci za to, co na niego sprowadziłeś. Co razem na niego sprowadziliśmy. — Spojrzał na Rycerza, a w jego jasnych oczach znów pojawiła się tłumiona panika. — On jest zupełnie otwarty. Ma moją moc, ale nie ma możliwości jej zablokowania. Nauczę go, ale najpierw muszę odbudować, co straciłem, a nie mam pewności, czy wiem, jak.

— Poradzisz sobie.

— Nie zdawałem sobie sprawy, że ci na mnie zależy, Rayn. Może trzeba było cię posłuchać wcześniej…?

Raynhard westchnął ciężko. Wiedział, że to jasny sygnał do zakończenia rozmowy. Podniósł się i odstawił krzesło na miejsce.

— Czeka cię sporo pracy, nie będę przeszkadzał. Nie przeciągaj niczego dłużej niż to konieczne — powiedział, idąc w stronę wyjścia.

— Wiesz… — Anrai zatrzymał go w drzwiach. — Wiesz, wbrew pozorom, kiedy przy nim siedzisz, jest spokojniejszy. A kiedy on jest spokojny, ja mogę się skoncentrować. Tylko… nie daj mu się więcej wciągnąć… wiesz gdzie. Nie chcę więcej… schadzek w mojej głowie.

Raynhard nie odpowiedział. Pokonał całą długość schodów, zatrzymując się dopiero na najwyższym piętrze wieży.

Reklamy

8 uwag do wpisu “Rozdział XVII

  1. Morda mi się cieszy, że jest kontynuacja tego opowiadania. Nawet nie wiesz autorko jaką mi tym sprawiłaś radość. Podoba mi się postać Vana i dzięki za jego uratowanie. Moc kreatorki tego świata jest wielka.
    Pozdrawiam w oczekiwaniu na upragniony cd.

    Polubienie

  2. Piszesz cudownie 😉 Nawet gdybym chciała wskazać co mi się nie podobało, nie byłabym w stanie. Piękny styl, ciekawa historia. Nie pozostaje nic innego tylko czekać na kontynuację 😉

    Polubienie

  3. Powiem szczerze że już od jakiegoś czasu zabierałam się za czytanie, i jestem zawiedziona że tak długo czekałam, bo historia naprawdę ciekawa.
    Lubię Marco chociaż jeszcze długa droga przed nim, Van jakoś mnie nie rozkochał w sobie no ale może to się kiedyś zmieni, któż to wie?
    Życzę mnóstwa weny i gorąco pozdrawiam.

    Polubienie

  4. Droga autorko, mam nadzieję, że jeszcze tu wrócisz. Jestem wręcz przerażona wizją porzucenia przez ciebie opowiadania… W dwa dni przeczytałam całość, która całkiem mnie pochłonęła. Pięknie napisane, ciekawa historia, cudowni bohaterowie i ta chemia między bohaterami, ach. Szczególnie podobają mi się dialogi i to, że czytając emocje buzują we mnie jak szalone! Mam nadzieję, że wrócisz, bo na tle nijakich, przesłodzonych i płytkich opowiadań o tej tematyce twoje prezentuje się fantastycznie.
    Obyś jeszcze wróciła…
    Pozdrawiam ciepło 🙂

    Polubienie

  5. Długo mnie tu nie było. Jakoś zawsze chwila na lekturę mi uciekała, zawsze ją odkładałam, ale oto wróciłam i przepadłam dla Twojej powieści raz jeszcze! Wciąż nie mogę przestać się zachwycać Twoim kunsztem. Tak, jak pisząca wyżej Queen of Roses, przeżywam wszystkie emocje razem z bohaterami – pewnie dlatego tak bardzo ich uwielbiam. *,*
    Ten rozdział był fenomenalny – nie dość, że akcja nie zwalnia, to jeszcze tyle wnosi! Tyle odsłania! Te emocje, te dramaty! I jak tu nie chcieć więcej?
    Mam nadzieję, że wkrótce wrócisz tu, tak jak ja. Czytałam sporo opowiadań, kilka naprawę dobrych i Twoje jest w czołówce. Co najsmutniejsze, wszystkie z czołówki zostały przerwane, więc proszę – błagam! – wyłam się z kanonu i pisz nadal! T_T
    (Chyba, że wydajesz książkę, wtedy jakoś przeżyję brak rozdziałów, ale musisz dać znać, żebym mogła tą książkę kupić!)
    Pozdrawiam cieplutko i żywię wielką nadzieję, że niedługo znów będę mogła zostawić tu komentarz, gdy pojawi się następny rozdział!

    Polubienie

  6. Szkoda, że porzuciłaś to opowiadanie, a zapowiadało się tak ciekawie! Przeczytałam wszystko co opublikowałaś tu; fabuła tak mnie wciągnęła, że przeczytałam to w jeden dzień. Jestem tylko ciekawa co z Marco i Dragasem jak ich relacje dalej się potoczyły. Trochę to smutne że piszę ten komentarz 2 lata, a na nawet 3 od ostatniej aktualizacji ! Mam tylko nadzieję, że kiedyś wyjdzie rozdział XVIII nawet jakby był krótki to by mnie bardzo uradował, ale nie tylko mnie, ale i inne osoby czytające ” Sojusz „.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s