Rozdział XVI

Zamek przywitał Marienne przejmującym chłodem – chłodem spojrzeń mieszkańców, od dzieciństwa bliskich jej ludzi, przyjaciół, i chłodem opuszczonych pokoi, które za sobą pozostawiła. Dworskie panny wróciły do rodzin po wyjeździe królewny w daleki, dziki kraj. Chłopcy, których szermiercze popisy tak niedawno oklaskiwała, wyjechali w ślad za nimi, a ci, którzy pozostali, usunęli się w cień zasiadających w Radzie ojców-zdrajców.

Nikt się nie cieszył, że wróciła, bo swoją obecnością burzyła ustalony porządek: została zaprzedana obcym i sama stała się obca. Król umarł, a Radzie przypadała regencja do czasu osiągnięcia pełni wieku przez Sebastiena, i tak być powinno. Tego właśnie oczekiwali ludzie, a nie Marienne i jej obcego męża, zgłaszających pretensje do tronu.

Sebastien również się nie ucieszył. Chłopiec spędzał całe dnie w kaplicy, gdzie ciało ojca zostało już złożone do sarkofagu w dolnej krypcie, by zapobiec uwłaczającej publicznej prezentacji. Jeśli tam go nie było, krył się w swoich pokojach. Z siostrą przywitał się – chłodno. Gdy Marienne wzięła go w ramiona, zesztywniał i nie oddał uścisku. Dopiero po chwili ukrył twarz w falbanach i koronkach bogatej sukni, a gdy się odsunął, to jego oczy błyszczały powstrzymywanymi łzami.

Marienne nie panowała tak dobrze nad emocjami jak dziesięcioletni brat. Wystarczyło, że zobaczyła chłopca w kaplicy, żałośnie zwiniętego na kamiennej ławie, by na jej twarzy pojawiła się wilgoć. Razem zeszli na niższy poziom do sarkofagu ojca, okrytego czarną tkaniną, spływającą miękko aż do posadzki. Pod nią rysował się kształt ciała, ale Marienne wiedziała, że to nie ojciec, jedynie rzeźba zdobiąca kamień, najpewniej jeszcze niedokończona. Tutaj zimno bijące od ścian przenikało aż do dna duszy.

Z ulgą opuszczała kryptę i już tam nie wróciła.

— Masz, wypij.

Sander podał jej kielich z winem. Zawahała się, gdy doleciała ją aromatyczna woń ziół.

— Pomoże ci zasnąć, ale nie ma innych właściwości. Nie będziesz spać głębiej niż normalnie.

Od tygodnia dzień w dzień brała udział w kolejnych rytuałach składających się na ceremoniał pogrzebowy monarchy, a później w spotkaniach Rady, na których towarzyszyła mężowi. Noc w noc rozmyślała o losie, jaki pragnęła ściągnąć na zdrajców, zasypiając dopiero nad ranem. Zwieńczenie uroczystości żałobnych mogło nastąpić jedynie w obecności przedstawicieli cesarza. Ostateczna decyzja w kwestii regencji – również. Ci jednak wciąż byli w drodze.

Marienne mocniej ścisnęła kielich, uniosła do ust i wypiła zawartość aż do końca. Nawet jeżeli to, co powiedział Sander, nie było prawdą i zioła sprowadzą na nią kamienny sen, to cóż z tego? Śmieszne, czuła się bezpiecznie w towarzystwie męża w sypialni, którą dzielili, i z Dragasem za drzwiami w pokoju, przez który trzeba było przejść, by się do nich dostać. I to, jeśli nic innego, dowodziło, że dom nie był już domem, skoro musiała polegać na obcych.

— Dobrze — pochwalił książę, gdy oddała mu pusty puchar. — Musisz wypocząć, potrzebne ci siły. Przed nami ciężki dzień.

…wypełniony przeciąganym, uwłaczającym wręcz jego monarszej godności pożegnaniem ojca, i pustymi dyskusjami, w których milczenie gościło dłużej niż ważkie słowa. A później kolejny taki dzień, i kolejny. Całe tygodnie…

Wyszła z sypialni do przyległej niewielkiej garderoby, gdzie koriańskie panny pomogły w przygotowaniach do nocy. Gdy wróciła, od razu się położyła. Udała, że śpi, gdy Sander okrył ją dodatkową narzutą. Stał przez chwilę przy łóżku, ale nie zdradziła się najmniejszym drgnieniem, że go oszukuje. Nie musiała udawać długo. Jeszcze zanim książę opuścił sypialnię w poszukiwaniu swojego posła, by zaplanować dalsze ich działania, nadszedł sen.

*

Był taki dzień w leśnym dworku księcia Sandera, który Marco pamiętał szczególnie wyraźnie. Słoneczny, ciepły, nie pasujący do ilearskiej szarej jesieni. W czasie swojego tam pobytu Marco starał się nie wchodzić nikomu w drogę, ale wtedy nie potrafił wysiedzieć w ścianach przydzielonego mu pokoju. Wyszedł na dziedziniec i z cienia obserwował żołnierzy i służbę królewskiej młodej pary. Krzątanina nie ustawała: dziewczyna w skromnej sukni raz za razem przebiegała z mokrym praniem do wywieszenia w kącie placu ukrytym przed spojrzeniami możnych, stajenny wyprowadzał kolejne konie do wyszczotkowania, żołnierze nie pełniący służby zajmowali się bronią, czyszcząc ją i ostrząc, i oprzyrządowaniem, naprawiając uszkodzone części wyposażenia, ktoś coś pakował, ktoś inny oporządzał upolowaną zwierzynę. Kilka razy otwierała się brama, wpuszczając i wypuszczając wyraźnie będących w pośpiechu jeźdźców. Jednym z nich był książę, udający się poza posiadłość w towarzystwie nieznanych Marcowi oficerów. Przy jego siodle siedział zakapturzony sokół.

Nie tylko on obserwował wyjazd Sandera; z przeciwległego końca placu przyglądał się temu Aridan, a z otwartego okna na piętrze – Marienne. Poseł nie zwrócił na niego uwagi, może nawet go nie dostrzegł, i gdy tylko za księciem zamknęła się brama, zniknął w dworku. Marienne natomiast pochwyciła jego spojrzenie – widać cień nie krył go tak dobrze, jak mu się wydawało. Królewna zmrużyła oczy, zacisnęła gniewnie usta i odeszła od okna, pozostawiając za sobą falujące zasłony. Wyglądała inaczej niż Marco pamiętał z dworu. Miała na sobie suknię innego kroju i w inny sposób upięte włosy, zapewne na koriańską modę, przekazaną przez nowe dwórki.

Ale to nie były wszystkie zmiany, jakie zaszły w Marienne, Marco przekonał się o tym, gdy chwilę później niespodziewanie przed nim stanęła i bez słowa uprzedzenia wymierzyła mu mocny policzek. Zawołała coś głośno po koriańsku, nie odrywając od niego rozognionego nienawiścią spojrzenia, tak odmiennego od frywolnego, przepełnionego radością, charakterystycznego dla ilearskiej królewny. Marco nie musiał rozumieć słów, wystarczył mu widok biegnących w jej stronę strażników, odpowiadających na wezwanie. Cofnął się o krok, czując jak krew odpływa mu z twarzy, gdy na kolejne słowa, wśród których pojawiło się jego imię, żołnierze sięgnęli do pasów po miecze.

— Chcę zobaczyć, jak umierasz — syknęła Marienne z satysfakcją, przechodząc na ich rodzimy język. Marco ledwo to usłyszał przez ogłuszający szum krwi w uszach. Nie miał przy sobie niczego, czym mógłby się bronić – jaki był głupi, że poczuł się bezpiecznie na obcej ziemi, wśród wrogich żołnierzy! Nie przewidział takiej sytuacji, nie przewidział żadnej, w której przyszłoby mu walczyć tutaj o życie. Przecież Dragas…

Ale Dragasa nie było, Marco nie widział go od dwóch dni. A żołnierze dostali rozkaz od przyszłej królowej, która żądała jego głowy. I choć nawet w panice Marco dostrzegł ich krótkie zawahanie, to jednak zaciskali dłonie na rękojeściach mieczy i tylko chwila dzieliła ich od zadania ciosu.

— Niech Wasza Wysokość rozważy jeszcze swoje życzenie.

Głos, który nagle rozległ się z boku, był równie niespodziewany, jak pojawienie się Marienne, i tak jak jej rozkaz wprawił w ruch żołnierzy, tak ten zatrzymał ich w miejscu. Wystarczył nikły gest Aridana, by puścili miecze i odeszli na swoje stanowiska.

— Moim życzeniem jest jego śmierć. Odmówisz mi?

Poseł nie ugiął się pod iskrzącym gniewem spojrzeniem. Nie spuścił z szacunkiem oczu przed swoją przyszłą królową, jak spodziewał się Marco, bo nie raz to widział jeszcze na dworze w stolicy.

— Tak — odpowiedział bez zawahania. — Marco von Throim należy do sojuszniczego rodu, a nawet gdyby tak nie było, to pozostaje pod opieką hrabiego Dragasa, a tym samym moją. Dlatego proszę, byś jeszcze raz zechciała rozważyć swoje życzenie, Pani.

— Rozważyć moje… — Marienne zaśmiała się gorzko. A potem zmierzyła Aridana twardym spojrzeniem, które dziwnie złagodniało na końcu, a może tak się tylko Marcowi wydawało, bo niemal od razu odwróciła się i odeszła, zostawiając ich samych.

— Nie lekceważyłbym jej gniewu — powiedział Aridan, patrząc za znikającą w wejściu do środka Marienne. — Nie zawaha się wykonać własnoręcznie tego, czego zrobienia odmówili inni. Unikaj jej, Marco.

Nie czekał na jego odpowiedź. Dołączył do żołnierzy, których wcześniej odesłał. Wymienił z nimi kilka krótkich zdań, a potem odszedł w ślad za Marienne.

Tamtego wieczora przyszedł do niego Dragas. Marco stał przy oknie, obserwując ruch na dziedzińcu z tego bezpieczniejszego niż wcześniejsze miejsca. Dziecinnym gestem obejmował się ramionami, i choć to sobie wyrzucał, to nie potrafił zrezygnować z namiastki bezpieczeństwa. Nie zareagował na skrzypnięcie drzwi, które przecież zamknął za sobą, i kroki za plecami; nie wiedzieć kiedy nauczył się chodu Dragasa i teraz rozpoznał go od razu. Kolejna rzecz, której powinien się wstydzić: rozpoznał i poczuł się lepiej w towarzystwie Korianina.

— Ayden powiedział mi, co się dzisiaj wydarzyło — usłyszał głos tuż za sobą. — Dobrze się czujesz?

— Teraz już lepiej — odpowiedział zgodnie z prawdą, do której nigdy przenigdy nie powinien był się przyznawać. Nigdy przenigdy nie powinien również wykonać kroku do tyłu, by zamknąć dzielącą ich przestrzeń i oprzeć się o mocną, solidną postać. Zignorował gryzące umysł wyrzuty, że nie tak zachowuje się dziedzic nazwiska von Throim. Poczuł ulgę, gdy znalazł się w objęciach Dragasa. Nie powinno, ale tak było dobrze.

Teraz, w rodzinnym domu, nie miał przy sobie nikogo, przy kim mógł poczuć się lepiej. Matka usunęła się w cień, ustępując mu miejsca gospodarza na włościach. Powinien być wdzięczny za wiarę w jego siłę i umiejętności – i był, oczywiście, że był jej za to wdzięczny – ale przecież nie pragnął takiego zaszczytu. Nie chciał przytłaczającego ciężaru odpowiedzialności za panią i pannę de la Varre, obecności Korianina, niechęci przechodzącej już w otwartą wrogość kapitana Moriverna. Służba nadal schodziła mu z drogi jak komuś, kogo należało się bać, a przecież znali go, znali od dziecka. Najchętniej siedziałby zamknięty w swoich pokojach tak jak w dworku Sandera, ale przecież nie mógł. Nie godziło się. Miał obowiązek.

Codziennie siadał do wspólnych posiłków z gośćmi i codziennie między tymi posiłkami dyskretnie starał się nie wchodzić im w oczy. Z Lady Elizabeth nie było problemu: nie poświęcała mu uwagi, tak samo jak nie poświęcała jej nikomu innemu poza córką. Z Isabelle było trudniej; dziewczyna nie szczędziła mu gniewnych spojrzeń i uwag. Do tej pory udawało mu się unikać konfrontacji, może dlatego, że nigdy nie odpowiadał na jej wyzwanie. Nie był w stanie otwarcie spojrzeć jej w twarz – ani jej, ani jej matce. Wciąż nie powiedział im o śmierci Vana, choć myśl o tym towarzyszyła mu każdego dnia od wydarzeń w wiosce pod Brugge. Ponura świadomość i ściskający serce żal potrafiły obudzić go w środku nocy, by na nowo przypomnieć: Van nie żyje. Chociaż wiedział, że to jego obowiązek, nie potrafił wypowiedzieć tych słów na głos – ostatnim, który je od niego usłyszał, był Dragas. I wtedy przemawiało przez niego niedowierzanie, zaprzeczenie temu, co się wydarzyło. Teraz musiałby stanąć przed matką Vana i oznajmić jej, że już nie ma syna. Jak?

Sam Aridan trzymał się z boku i Marco w zasadzie nie miał nic przeciwko jego towarzystwu – tak jak sam zapowiedział pierwszego dnia swojego pobytu w Verdes, poseł nie nadużywał gościnności gospodarzy. Zachowywał uprzejmość nie tylko względem niego, matki, ich gości; podobnie traktował służbę i mieszkańców pobliskich wiosek, którzy przybywali do posiadłości z plonami, z żywcem do uboju i z drobnymi wyrobami rzemieślniczymi. Jedynym wyjątkiem zdawał się być kapitan Morivern, a i jego nigdy nie dosięgło niewłaściwe słowo posła – to ton Aridana, gdy zwracał się do kapitana, stawał się ostrzejszy, a spojrzenie twardsze. Wtedy wyraźnie było widać, że koriański hrabia to nie tylko arystokrata przyzwyczajony do słownych potyczek na bogatych przepychem salonach, ale przede wszystkim żołnierz, którego oręż nie raz musiał zakosztować krwi przeciwnika.

Gdyby tylko Aridan był jedynym Korianinem, który przybył na ziemie von Throimów, Marco zupełnie nie miałby problemu z jego obecnością w Verdes.

Żołnierze, którzy mu towarzyszyli, rozbili obóz poza murami posiadłości, na wskazanym przez Marca miejscu, możliwie daleko od podległych mu wiosek. Odległość nie była jednak istotna dla ludzi od pokoleń wychowywanych w nienawiści do górali z południa. Aridan codziennie wizytował swój oddział, a Marco regularnie objeżdżał wioski w towarzystwie własnych żołnierzy, chcąc przekazać jasny sygnał, że von Throim czuwa nad poddanymi, ale żaden z nich się nie łudził, że da się utrzymać całkowity spokój. Do Marca docierały skargi na zdeptane pola, na kradzieże z sadów, na odgłosy pijackich burd dobiegające z okolic obozu. Ktoś pokazał siniaki po rzekomym pobiciu, ktoś inny świadczył, że stratowano mu psa pilnującego kurnika i ginie drób. Marco nie ignorował oskarżeń, ale większości brak było dowodów przeciwko Korianom.

Do czasu.

Przejeżdżał przez wioskę razem z Morivernem i kilkoma żołnierzami, gdy zatrzymał ich mężczyzna, który ciągnął za sobą zapłakaną, posłusznie poddającą się jego szarpnięciom dziewczynę.

— To moja córka, zhańbiona przez te zwierzęta, które nam tutaj ściągnąłeś, paniczu.

Dziewczyna, pchnięta przez ojca, upadła przed końskie kopyta, łkając głośno. To paniczu zabrzmiało jak obelga.

Wokół nich rósł tłum, obserwujący rozgrywającą się scenę.

— Nie dość im było zabawy, wcisnęli jej jeszcze w ręce swoje przeklęte błyskotki, robiąc z niej pospolitą wszetecznicę!

Mężczyzna rzucił coś w błoto, może rzeczywiście biżuterię, Marco nie dostrzegł szczegółów. Zanim zdążył się odezwać, uprzedził go Morivern, który wysunął się na przód i zatrzymał przed wieśniakiem, ignorując łkającą dziewczynę.

— Twoja córka ich rozpozna?

— Rozpozna, jakże by miała nie rozpoznać? Domagam się, żebyście doszli sprawiedliwości, paniczu, z tym bydłem, jakie na nas tu sprowadzono!

Marco stał się celem dwóch spojrzeń: wściekłego ojca i przerażonego jego córki. Widział ją już – oczywiście, że tak, przecież niezliczoną ilość razy bywał w wiosce, i teraz po swoim powrocie, i wcześniej razem z ojcem. Ale widział ją też niedawno, kilka dni temu w Verdes, gdy razem z kilkoma innymi dziewczętami przyniosła do spiżarni kosze pełne orzechów. Słyszał, jak między sobą szeptały o obcych w pobliżu wioski. Słyszał śmiechy. „Królewnie taki się dostał, smagły i przystojny. Nie poczułabyś się jak królewna, gdyby…?”

Nie odpowiedział wieśniakowi, ale tamtemu najwyraźniej wystarczyło za odpowiedź działanie Moriverna, który wychylił się w siodle, chwycił dziewczynę za ramię i posadził przed sobą na koniu. Potem z krótkim „paniczu Marco” zawrócił konia i ruszył w stronę koriańskiego obozu.

Dziewczyna sztywno trzymała się w siodle, bojąc się poruszyć. Nawet jej szloch ucichł.

Marco ruszył za nimi, świadom tego, że gapie nadal im towarzyszą, nie chcąc stracić rozwiązania całej tej nieszczęsnej sytuacji.

W obozie był Aridan – nic dziwnego, skoro opuszczał posiadłość razem z Markiem i dopiero za bramą każdy obrał własny kierunek. Na jego twarzy odbiło się zdziwienie, gdy dostrzegł jeźdźców i ciągnący za nimi tłum pieszych. Marco pochwycił jego pytające spojrzenie. Potem Aridan dostrzegł dziewczynę trzymaną przez Moriverna i jego twarz stężała. On też był obecny przy wizycie wioskowych dziewcząt i najwyraźniej teraz również ją rozpoznał. Nie potrzebował dalszych wyjaśnień.

— Twoi żołnierze zgwałcili tę wieśniaczkę. — Morivern widać tak nie uważał. A może po prostu chciał dodatkowo pognębić Korianina, bo Marco nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w surowym tonie kapitana czai się drwiąca nuta. — Domagamy się dla nich kary.

Mało delikatnie popchnął dziewczynę z siodła na ziemię. Znów zaniosła się płaczem, kryjąc twarz w dłoniach.

Aridan odwrócił się od nich gwałtownie i huknął krótkim rozkazem po swojemu. Niepotrzebnie; jeden z żołnierzy już klęczał koło dziewczyny.

W tłumie za plecami Marca rozległy się okrzyki, ale nie starał się ich zrozumieć. Poseł znów na niego patrzył, tym razem z niekrytym gniewem. Warknął coś jeszcze i jego żołnierz odsunął się od dziewczyny, choć nie wrócił do szeregu swoich kolegów.

— To on? — zapytał Marca.

Marco poczuł lodowaty dreszcz przebiegający po plecach. Powtórzył pytanie posła, zwracając się do dziewczyny. Starał się brzmieć łagodnie, ale chyba mu nie wyszło, bo drgnęła jak smagnięta batem, zanim odpowiedziała kiwnięciem głowy.

— Co ci zrobił? Powiedz prawdę. Nie kłam, proszę, powiedz prawdę.

— Po… posiadł mnie — szepnęła ledwo słyszalnie.

— Siłą — włączył się Morivern.

Dziewczyna milczała, ale gdy okrzyki za jej plecami przybrały na mocy, znów pokiwała głową.

— Siłą — potwierdziła jeszcze ciszej.

— Ojciec tej dziewczyny świadczy, że gwałcicieli było więcej, nie jeden — odezwał się znowu Moriviern, tym razem zwracając się do Aridana i nie kryjąc już triumfującego uśmieszku, gdy na niego spoglądał.

Aridan po raz kolejny odwrócił się do żołnierzy z gniewnie brzmiącym zapytaniem. Korianie popatrzyli po sobie, ale żaden inaczej nie zareagował i poseł znów zwrócił się do Marca.

— Potrafi wskazać kolejnych?

Marco spojrzał na dziewczynę, zamierzając zadać jej to pytanie, ale ona już kręciła głową, choć za nią rozległ się wściekły głos jej ojca, żądający oskarżeń.

— Tylko on. To był tylko on — powtórzyła kilka razy, nie odrywając spojrzenia od ziemi. — On… On jeden.

Marco przestał zwracać na nią uwagę, gdy napotkał wzrok Aridana. W oczach Korianina szalał sztorm, ale brzmiał pewnie i spokojnie, gdy się odezwał.

— To twoja wieśniaczka, więc decyzja należy do ciebie. Jak mam ukarać mojego żołnierza?

Marco zamarł słysząc te słowa, ale nie musiał odpowiedzieć od razu, bo Aridan kontynuował, nadal zdecydowanie i twardo, chociaż ciszej, tak że zgromadzony wokół tłum go nie słyszał.

— To farsa, ale nie podniosę miecza przeciwko twoim wieśniakom. Oskarżenie jest fałszywe, ale mój żołnierz postąpił wbrew wyraźnym rozkazom i zostanie ukarany, ciężej niż na to zasłużył. Wiedz, że nie pozwolę trwale go okaleczyć i nie pozwolę go powiesić ani w żaden inny sposób pozbawić życia. Nie oddam go twoim ludziom. Mów, co mam z nim zrobić.

— Przeciągnij go za koniem stąd do wioski — rzucił lekko Morivern, a Marco poczuł przejmujący go do kości mróz. — To nie kara śmierci. Przeżyje, będzie wolny. I będzie wiedział, żeby nie ruszać, co nie należy do niego, siłą czy bez niej.

Aridan nie zareagował na słowa kapitana ani na towarzyszący im okrzyk aprobaty ludzi z wioski, i ani na moment nie oderwał spojrzenia od Marca.

— Czekam, paniczu von Throim.

Marco nienawidził, tak bardzo nienawidził, gdy mówiono do niego „paniczu von Throim”.

— Przeciągnij… — zaczął, ale głos mu się załamał. Spróbował jeszcze raz, głośniej i bardziej zdecydowanie. — Każ go przeciągnąć za koniem stąd do bram posiadłości.

Do domu było dalej niż do wioski, ale niewiele. A Marco był pewien, że w wiosce ludzie będą czekać, by wymierzyć własną sprawiedliwość. Co miałby wtedy zrobić? Skierować na nich miecze własnych żołnierzy? W obronie obcego?

…który nie był winny tego, co mu zarzucano.

Dziki okrzyk radości z kilkudziesięciu gardeł, który pochłonął szloch dziewczyny i złorzeczenia jej ojca, nie zdołał zagłuszyć tej ostatniej myśli.

Aridan odszedł od niego, wydając swoim rozkazy. Pojawiła się mocna lina i pojawił się osiodłany koń. Żołnierz, na którego Marco wydał wyrok, stał wciąż w tym samym miejscu, blady z przerażenia, ale się nie ruszał, nie próbował się bronić ani nawet protestować. Marco widział wyraźnie, jak bardzo drżały mu dłonie, gdy wyciągał je przed siebie, by dać się związać. Aridan szepnął do niego kilka słów, bo to on go wiązał. On też dosiadł konia, do siodła którego był przytroczony drugi koniec liny.

Marco odwrócił wzrok, gdy poseł zakrzyknął na wierzchowca i ruszył. Odczekał kilka chwil, a potem wbił gwałtownie pięty w boki konia i pognał w tym samym kierunku. Musiał być w posiadłości przed nimi, musiał dopilnować, żeby na skazańca czekał medyk, musiał…

Musiał przestać mazać się jak dziecko, bo nie był już dzieckiem. I musiał nauczyć się żyć z konsekwencjami swoich decyzji.

*

Aridan nie zjawił się tego dnia na kolacji. Ani tego, ani następnego. Również Isabelle przestała zaszczycać gospodarzy swoim towarzystwem przy posiłkach.

— Widziałam, jak potraktowałeś tego koriańskiego psa, gdy jego pan przyciągnął go pod bramę na postronku — powiedziała, zanim splunęła mu pod nogi z pogardą, zupełnie nie jak pannie jej stanu wypadało. — Medyk, opieka, miejsce pod twoim dachem. Może to ciebie należałoby pociągnąć za koniem, jeśli przedkładasz wroga nad krzywdę ludzi, za których odpowiadasz.

Odwróciła się z szelestem szerokiej spódnicy, by zniknąć z widoku żołnierzom, krzątającym się po dziedzińcu. Choć hrabiego von Throim nie było w Verdes, zakaz dotyczący jej samotnych spacerów po posiadłości był aktualny. Ani Lady von Throim, ani Marco go nie egzekwowali, ale wraz z wyjazdem hrabiego Isabelle straciła cel tych wędrówek. Wolała pokoje matki od otwartych przestrzeni.

— …Isabelle?

Na jego pełne zawahania zawołanie przystanęła, ale się nie odwróciła.

— Czego chcesz?

Van zginął.” Nie dające mu spokoju wyznanie po raz kolejny utknęło mu w gardle. Te słowa muszą w końcu paść, choćby i teraz, jedynie między nim a Isabelle, bo przecież panna de la Varre ma prawo znać los brata. Zła chwila? Dogodnej nie będzie przecież nigdy.

— Co Van zrobiłby na moim miejscu?

Znów stchórzył.

Isabelle nie zapanowała od razu nad zaskoczeniem, w jakie wprawiło ją pytanie Marca, pozwalając mu dostrzec swoją reakcję, gdy odruchowo spojrzała ku niemu przez ramię.

— Mnie pytasz…?

Przytaknął ruchem głowy. Choć pytanie wyrwało mu się samo, zanim zdążył je dokładnie przemyśleć, to teraz uświadomił sobie, że desperacko chce poznać odpowiedź.

Isabelle zmrużyła oczy i zacisnęła pięści na fałdach spódnicy.

— Rozpłatałby mu gardło u stóp tamtej dziewczyny, by widziała, jak za jej hańbę wypływa z niego życie — rzuciła z niezachwianą pewnością.

— Nawet gdyby wiedział, że ten żołnierz nie jest winny czynów, o które go posądzają?

— Jeśli nie tego, to jest winny czegoś innego — fuknęła, nie kryjąc irytacji, choć przekonanie co do słuszności jej racji, jeszcze przed chwilą rozpalające spojrzenie, nieco przyblakło. — Choćby sprzymierzenia ze zdrajcami uświęconego monarchy, mordercami i gnębicielami szlacheckiego rodu!

Marco kiwnął głową. Mógł zrozumieć jej argument. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie poprosić jej, by mu towarzyszyła do niewielkiego pokoiku w budynku służby, gdzie nieprzytomny leżał tamten żołnierz, niedużo starszy od nich, posiniaczony i pocięty, z poobijanymi żebrami, wybitym barkiem i złamaną ręką. Ale Isabelle przecież nie o los Korianina chodziło. Uderzała swoimi słowami w Marca, znienawidzonego syna mordercy jej rodziny.

Za długo milczał i Isabelle, zniecierpliwiona, dygnęła przed nim w parodii ukłonu.

— Jeśli wasza mość pozwoli.

W pierwszej chwili chciał pozwolić jej odejść, ale zanim jej spódnice zafurkotały w obrocie, chwycił jej dłoń w swoją. Puścił ją, gdy zmierzyła go lodowatym spojrzeniem.

— Co chcesz, żebym zrobił? — zapytał, gdy nie odeszła od razu.

Isabelle przymrużyła oczy, ściągnęła brwi, potrząsnęła lekko głową, jakby się przesłyszała.

— Z nim? — Wyraźnie Marco nie tylko znów ją zaskoczył; nie zrozumiała, o co – i po co – pyta. — Już zdecydowałeś, czyż nie? Nie udawaj, że…

— Nie — wszedł jej w słowo. — Nie z Korianami, nie to mam na myśli. Ojca nie ma. Mogę… — zawahał się, przez chwilę przypatrując się żołnierzom i służbie pochłoniętym swoimi obowiązkami na dziedzińcu. Gdy wrócił spojrzeniem do Isabelle, był już zdecydowany, choć na co, nie do końca jeszcze wiedział. — Powiedz mi, czego oczekujesz. Co mam zrobić, żeby naprawić… żeby wynagrodzić waszą krzywdę.

— Nie możesz… — zaczęła Isabelle zduszonym głosem, w którym rodzący się gniew mieszał się z niedowierzaniem.

— Wiem. Wiem, że nie mogę odwrócić tego, co zaszło i tego nic nie zmieni. Ale co dalej? Zrobię, co mi powiesz.

— Chcę śmierci twojego ojca — syknęła Isabelle, choć nadal w jej głosie nie słychać było wcześniejszej niepodważalnej pewności. — I twojej.

Marco zaśmiał się w duchu – co kobieta, to chce widzieć go martwym!

— Myślisz, że o tym nie wiem? — odpowiedział, patrząc gdzieś w bok z cieniem gorzkiego uśmiechu na twarzy. Nie mógł odmówić słuszności powodów ani Marienne, ani Isabelle. — Ale tego nie możesz ode mnie oczekiwać. Wszystko inne… — Spojrzał na nią z przemieszaną z żalem determinacją. — Chcę pomóc. Powiedz, jak mam to zrobić.

Zaciśnięte w fałdach spódnicy palce Isabelle zbielały. Jej wargi zadrżały, choć Marco nie wiedział, czy od powstrzymywania cisnących się na usta wyrzutów, czy od czegoś innego. Nie odpowiedziała. Po chwili krótkiej, ale przytłaczającej ciszy odwróciła się i zostawiła go bez słowa. Marco patrzył jak przyspiesza z każdym krokiem, nie zważając na to, że mógł to odebrać jako jej kapitulację i ucieczkę.

Drżąc ręką przeczesał włosy, wypuszczając z płuc powietrze, które nie wiedzieć kiedy tam uwięził, wstrzymując oddech. Nie planował tej rozmowy, ani propozycji, którą złożył Isabelle. Ale stało się. I wiedział, że nie zamierza się z niej wycofać. Powiedział prawdę: jeśli Isabelle przyjmie jego pomoc, zrobi wszystko, by naprawić krzywdy, które spotkały ją, Vana i Lady de la Varre z ręki hrabiego von Throim.

*

— Zapraszam. Niech mi pan potowarzyszy, panie hrabio.

Loraine pozwoliła sobie na nikły uśmiech, gdy hrabia Aridan na jej zaproszenie odpowiedział bardziej żołnierskim niż dworskim ukłonem. Miała świadomość jego obecności w różanej alejce już od kilku chwil, ale Korianin nie narzucił jej swojego towarzystwa jak z pewnością zrobiłoby wielu ze znanych jej panów, przyjaciół i współpracowników męża. Aridan czekał, aż Lady von Throim skieruje na niego swoją uwagę i przywoła do swojego boku, jeśli takie będzie jej życzenie.

— Pani wybaczy, że naruszam prywatność tego miejsca, przychodząc bez zapowiedzi.

Przyjęła jego przeprosiny eleganckim skinięciem.

— Ogrody Verdes zawsze są otwarte dla gości, którzy potrafią uszanować ich piękno.

Aridan zapatrzył się w jeden z kwiatów. Ostrożnie i chyba nie do końca świadomie przesunął palcem po krawędzi złocistego płatka.

— Nietrudno o szacunek, gdy zna się ogrom troski i uczucia, jaki jest potrzebny, by uzyskać efekt równy tutejszemu. Pani ogrody olśniewają swoją urodą. I onieśmielają.

Uśmiech Loraine stał się cieplejszy, gdy wróciła spojrzeniem do swoich kwiatów. Nie kryła tego, że koriański poseł, z którym niespodziewanie wrócił jej syn, swoim zachowaniem zdążył już uspokoić jej obawy związane z pobytem obcego w domu, a nawet zaskarbić sobie jej przychylność.

— Nie spodziewałam się takiej wnikliwości w temacie piękna po żołnierzu — przyznała. Przed ostatnim słowem pochwyciła powracające do niej spojrzenie ciemnych oczu; Aridan spodziewał się czegoś innego. Z pewnością wielokrotnie na dworze i poza nim zdążył już się nasłuchać, czego się po nim nie spodziewano jako Korianinie.

— Wiele z pięknych rzeczy jest kruchych, któż zdaje sobie z tego lepiej sprawę niż żołnierz?

— A ilu z nich wciąż jest wrażliwych na piękno kruchych rzeczy?

Jej odpowiedź przywołała na twarz posła niewielki uśmiech – nie uprzejmy, dyplomatyczny uśmiech posła, a prawdziwy, szczery, jego własny. Dziwna myśl; uświadomiła sobie, że po raz pierwszy jest tego świadkiem. To prawda, że uśmiech zmienia człowieka – dopiero teraz, gdy opadła niewidzialna bariera, z której istnienia nie zdawała sobie sprawy, zauważyła jak spory dystans utrzymuje Aridan i jak bardzo wbrew wszelkim pozorom pozostaje nieprzystępny.

— Nie jestem ani jedyny, ani wyjątkowy. Kruchość nie zawsze równa się słabości. Żołnierz musi się mieć na baczności i znać wartość tego, co go otacza. Bezmyślnie niszcząc, naraża się na odzew z drugiej strony. A zemsta bywa bolesna – czy nie każda róża ma kolce?

— Bezmyślnie niszcząc, pozbawiamy się człowieczeństwa — podsunęła Loraine.

Aridan przytaknął, poważniejąc. Przez moment Loraine obawiała się – obawiała się? – że znów będzie miała przed sobą jedynie posła, nie człowieka stojącego za wystudiowaną pozą monarszego przedstawiciela. Ale nie, choć już się nie uśmiechał, wciąż nie narzucił oficjalnego tonu, który mu zazwyczaj towarzyszył niezależnie od tego, czy jego rozmówcy zdawali sobie z tego sprawę, czy też nie.

— Zniszczenie to przykry temat, nie pasujący do tego miejsca i jego atmosfery. Proszę o wybaczenie, że go narzuciłem, Lady von Throim.

— Lady Loraine.

Nie wiedziała, co sprawiło, że dała mu to przyzwolenie. Może rzeczywiście tak na nią działała nastrojowość ogrodów i rozmowa wśród róż, pierwsza od bardzo dawna z kimś, kto w żaden sposób nie nawiązywał do rodzinnej tragedii rodów von Throim i de la Varre.

— Lady Loraine — powtórzył zgodnie z jej wolą.

Zaskoczyło ją, jak miękko zabrzmiało jej imię wypowiedziane z obcym akcentem, i nie tylko ją, jeśli sądzić po spojrzeniu, jakie nagle odnalazło jej własne. Na ułamek chwili, nie dłużej, bo oboje niemal jednocześnie odwrócili wzrok, Aridan ku pokrytej żwirem ziemi, ona na swoje kwiaty.

— Jakie są prawdziwe powody, dla których pan tu jest, panie hrabio? — zapytała czując, że należy zwrócić rozmowę na właściwe tory łączących ich oficjalnych spraw. Zakłuło, ale nie mocniej, niż na co dzień jej rodzinnego życia.

— Tutaj, w tej chwili, czy w Verdes?

— Wiem, że wasz książę przysłał was jako ochronę na wypadek spodziewanego buntu. I wiem, że to działanie przynoszące podwójne korzyści: poza wysłaniem wyraźnego sygnału imperialistom, trzymacie w garści kartę przetargową w rozmowach z moim mężem, gdyby jego i wasze interesy zaczęły ze sobą kolidować.

— Niezwykła przenikliwość jak na…

— Kobietę?

— …ilearską arystokratkę — dokończył Aridan z kolejnym szczerym uśmiechem. Loraine odniosła wrażenie, że to jego rewanż za jej wcześniejsze podsumowanie żołnierskiej wrażliwości. — Nigdy nie ośmieliłbym się podważyć kobiecej inteligencji.

— Nie obraził pan kobiet, za to obraził wszystkich Ilearczyków.

— Tylko tych szlachetnie urodzonych, z wyłączeniem obecnego towarzystwa. Ale to prawda, nie powinienem był tego powiedzieć.

Loraine zmierzyła go spojrzeniem spod wysoko uniesionych brwi, ale choć odpowiedział na jej spojrzenie, wyczytując w jej oczach oczekiwanie, nie usłyszała przeprosin. Musiał dostrzec, że w rzeczywistości wcale ich nie potrzebowała, jedynie była ciekawa, czy hrabia wycofa się ze swoich niedyplomatycznych słów. Przeprosił za najście w ogrodach bez zaproszenia, dlaczego nie za to?

— Ma pani oczywiście rację co do motywów mojego przybycia do Verdes – powinienem, ale nie będę się tego wypierał. Daję pani moje słowo, że poza statusem politycznych zakładników, jeżeli dojdzie do najgorszego, żadna groźba ani żadna krzywda nie spotka z ręki moich żołnierzy pani ani nikogo, kto przebywa teraz w Verdes.

Choć rozmawiali o bezpieczeństwie jej rodziny, a Aridan pozostawał całkowicie poważny, skoncentrowany na tym, by mu uwierzyła, Loraine nie zdołała w porę powstrzymać cichego, urwanego śmiechu.

— Sprzedaje pan swoje tajemnice za bezcen, panie hrabio. Godzi się tak posłowi?

— Nie mówię teraz jako poseł — zapewnił ją, nie unikając już jej spojrzenia. — Chcę, żebyś miała pewność, pani, że ani tobie, ani Marcowi, ani nikomu z domowników nie grozi z mojej strony żadna krzywda. Pan hrabia von Throim, owszem, może usłyszeć, że życie jego rodziny zależy od dalszej politycznej współpracy z moim księciem, ale to nie znaczy, że jeśli odmówi, ktokolwiek zagrozi wam śmiercią. Sander wie, że jestem żołnierzem, nie rzeźnikiem, zabijam w walce, nie morduję kobiet i dzieci w ich własnym domu, nie wyda takiego rozkazu ani mnie, ani żadnemu z naszych żołnierzy. Masz na to moje słowo, pani.

— Tak bardzo wierzysz w dobre intencje swojego księcia?

— Tak bardzo wierzę w niego. W politycznych rozgrywkach zawsze cierpią niewinni. Ale Sander nie jest człowiekiem, który kroczy do celu po ciałach kobiet i dzieci, by mieć w ręku więcej władzy niż do tej pory. — Umilkł tak nagle, że cisza ogrodów zdawała się szumieć w uszach Loraine. Aridan wbił wzrok przed siebie, we wspinającą się po drewnianej kracie plątaninę roślinnych pędów. — Wbrew moim intencjom wniosłem w twoje sanctum krew i popiół. Zamierzałem powiedzieć, że najbliższe dni spędzę w obozie, z moimi żołnierzami, i że ty i twoja rodzina nie będziecie przeze mnie niepokojeni. Wiem, że moje towarzystwo zostało wam narzucone, ale chciałem uprzedzić, byś nie poczytała mojej nieobecności za obrazę po tym, jak otwarłaś dla mnie swój dom, pani.

— To dlatego, co wydarzyło się w wiosce?

Aridan kiwnął oszczędnie głową.

— Moi żołnierze mieli bezwzględny zakaz bratania się z tutejszą ludnością. Tamta dziewczyna nie została przymuszona, jednak mój rozkaz został złamany, a krzywda wyrządzona. Jako dowódca ponoszę za to pełną odpowiedzialność. Muszę przypomnieć moim żołnierzom, na czym polega służba, a nie zrobię tego, goszcząc w domostwie…

— Wroga?

Aridan potrząsnął głową w zaprzeczeniu, ale nic więcej nie powiedział. Miał się już ukłonić, by odejść, gdy Loraine zadała jeszcze jedno pytanie.

— Jak zakończyłoby się to u was?

Aridan na krótką chwilę wrócił do niej spojrzeniem.

— Żołnierz poniósłby karę za złamanie rozkazu, choć nie wyegzekwowaną w taki sposób jak tutaj. Kwestia spotkania z dziewczyną pozostałaby ich prywatną. Mogliby się pobrać, mogliby się rozejść. Każda rodzina wewnętrznie rozstrzyga podobne kwestie. Poza wybranymi przypadkami, jak małżeństwo monarchów, u nas nie narzuca się woli młodym. Owszem, tradycja nakazuje pewne rzeczy, ale odstępstwa istnieją i nie są to odosobnione przypadki.

— Dlaczego się nie sprzeciwiłeś?

— Doszłoby do rozlewu krwi, wasz kapitan już by tego dopilnował. Jeśli Marco odmówiłby wydania rozkazu, poważnie straciłby w oczach poddanych, którzy mogliby się obrócić przeciwko niemu. Tłum z widłami i siekierami może poczynić spore straty, zanim zostanie rozbity. Jeśli ja bym odmówił wykonania jego rozkazu, moi żołnierze musieliby podnieść miecze na wieśniaków. Zalążek otwartej wojny pod Verdes? — Aridan pokręcił głową. — Pozwoli pani…

Skinęła i Aridan ukłonił się przed nią sztywno, a potem odszedł, zostawiając samą wśród róż. Odprowadzała go wzrokiem, aż straciła go z oczu. Z cichym westchnieniem skierowała się ku centralnym alejkom ogrodu, by odnaleźć w nich utracony spotkaniem spokój. Nie mogła zapomnieć nie tylko otwartości, z jaką poseł podzielił się z nią planami dotyczącymi losu jej rodziny, ale też, wbrew niej samej, śpiewnego brzmienia jej imienia i tego, że po tym, jak wypowiedział je po raz pierwszy, Aridan więcej już tego nie zrobił.

Rozdział XVII

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s