Rozdział XV

Dziwnie było zaleźć się znowu w domu. Jego wyjazd miał miejsce zaledwie kilka miesięcy temu, a zdawało się, jakby od tamtej chwili minęły lata. Nie chciał pamiętać o tym, co się wydarzyło, gdy razem z ojcem i żołnierzami opuszczali mury posiadłości w drodze do Brugge, pozostawił to daleko za sobą, ukrył gdzieś głęboko. Ale na widok otwierających się przed nim bram Verdes to właśnie wspomnienie nocy pogromu rodu de la Varre uderzyło w niego obezwładniającą falą emocji, które stały się wtedy jego udziałem: przerażenie i rozpacz, i, bogowie!, co my tutaj robimy?, a potem wstyd i szarpiące sumienie poczucie winy. Nie wracał jako dumny zwycięzca.

Przywitała go matka. Wybiegła na dziedziniec zupełnie nie jak kobiecie o jej statusie i w jej wieku przystawało, a on nie miał nic przeciwko temu, gdy zeskakując z siodła wpadł prosto w jej objęcia. Ukrył twarz w pachnących kwiatami włosach, ze wszystkich sił zaciskając powieki, by powstrzymać zdradzieckie łzy ulgi.

Szept matki, powtarzającej z uczuciem jego imię, uspokajał bardziej niż Marco miał prawo to przyznać – nie był już dzieckiem i nie powinien pozwolić na te sentymentalne powitania na oczach nie tylko służby, nie tylko żołdactwa, ale przede wszystkim gości. Ale dopiero gdy pojawił się przy nich kapitan Morivern, odsunął się, choć wciąż ściskał jej dłoń w swojej. Oficer zapytał o koriańskich żołnierzy, w towarzystwie których przybył Marco.

— Wejdźmy do środka — zaproponował zamiast natychmiastowych wyjaśnień.

Przez twarz kapitana przebiegł krótki skurcz dezaprobaty w reakcji na jego zbywający ton, ale obyło się bez sprzeciwu i bez drwiących uwag, do jakich Marco przywykł w Brugge. Mogło się to wiązać ze spojrzeniem matki, mierzącej oficera z wyższością, albo z obecnością stojących w pobliżu Korian, ale Marco się nad tym nie zastanawiał. Wystarczyło, że Morivern uznał jego prawo do wydawania poleceń pod nieobecność pana na włościach – bo ojca nie było w Verdes, choć Marco jeszcze się nie dowiedział, gdzie przebywał.

Zostawili żołnierzy na dziedzińcu, zapraszając jedynie dowódcę, Aridana, który zastąpił na tej pozycji Dragasa. Ich ścieżki rozeszły się już w różnych kierunkach. Morivern prowadził ich korytarzami jak uległy kamerdyner: jego, matkę i Korianina. Już w gabinecie Marco zignorował kolejną falę powracających wspomnień i odegnał od siebie przytłaczającą myśl o tym, że to właśnie tutaj, wciąż ukryty za kotarą, znajduje się ten przeklęty obraz, od którego zaczęło się wszystko, co złe. Odsunął dla matki krzesło za ciężkim, rzeźbionym biurkiem. Twarz kapitana drgnęła w wyrazie niechęci, ale znów zatrzymał komentarz dla siebie. Marco nie łudził się, że on lub Aridan przegapili wahanie Lady Loraine, gdy zajmowała miejsce przypisane mężowi. Sam zachował się tak, jakby to była najsłuszniejsza rzecz, jaka powinna się tutaj wydarzyć.

— Jak przypuszczam, kapitanie, uwagę, że nie jest nam potrzebny, puści pan mimo uszu? — zaczął, ale nie czekając na odpowiedź oficera, od razu zwrócił się do matki. — Poznaj proszę hrabiego Aridana. Będzie u nas gościł.

— Jak długo? — zapytał Morivern, postępując krok do przodu, by stanąć pomiędzy Lady von Throim i Korianinem.

— Tak długo, jak okaże się to właściwe — odpowiedziała mu od razu Loraine. — Rozumiem, że nie jest to wizyta towarzyska?

Jej pytanie było skierowane bezpośrednio do Korianina, który zaprzeczył krótkim ruchem głowy.

— Obawiam się, że nie, Pani.

— Czy wolno mi zapytać o treść waszych rozkazów, hrabio?

Aridan przeniósł spojrzenie z jej twarzy na zasypany papierami blat biurka. Nie kierowała nim chęć poznania sekretów pana domostwa, tego Marco był dziwnie pewien.

— Nakazano mi zadbać o bezpieczeństwo domowników tej posiadłości i nie zamierzam w żaden sposób przekroczyć kompetencji, które mi zawierzono. Nie będę was niepokoić moją osobą bardziej niż to konieczne, niemniej jednak muszę prosić o gościnę na ten czas w waszych murach. Żołnierze zostaną w obozie przy wiosce.

— To zakrawa na kpinę…! — zaczął Morivern, robiąc kolejny krok naprzód, by zmniejszyć odległość dzielącą go od ich gościa. — Pani, nie możesz słuchać…

Marco chciał mu przerwać, ale nie zdążył. Wystarczyło, by matka uniosła dłoń i kapitan umilkł. Wiele się zmieniło, odkąd był w domu po raz ostatni.

— Przybył tu pan, hrabio, z moim synem. Nie zamierzam odmawiać gościny ani panu, ani pańskim ludziom, kiedy on sam nie podniósł sprzeciwu nawet słowem. Nie widzę też powodów do obaw. Czyż nie jesteśmy sojusznikami, pański naród i mój?

Coś błysnęło w oczach Aridana, coś trudnego do uchwycenia i zinterpretowania, co zgasło tak szybko, jak się pojawiło.

— Tak jest, Pani.

— Zatem niech pan wyda dyspozycje swoim ludziom i dołączy do nas przy kolacji. Pan, kapitanie — zwróciła się do Moriverna — będzie towarzyszył hrabiemu i służył mu pomocą, jeśli zajdzie tego potrzeba. I niech ani na moment pan nie zapomina, że hrabia jest naszym gościem.

Morivern skłonił się przed nią sztywno, bez gracji, z jaką chwilę wcześniej zrobił to Aridan, po czym wyszedł za Korianinem. Dopiero gdy kroki obu umilkły na korytarzu, Loraine odetchnęła głęboko i z ulgą opadła na oparcie krzesła. Uśmiechnęła się nikle do Marca i wyciągnęła do niego rękę.

— Dziecko, tak dobrze jest cię mieć znowu przy sobie.

Uścisnął jej drobną, pozbawioną ozdób dłoń.

— Tak dobrze jest cię znowu zobaczyć — odpowiedział i sam się zdziwił, jak bardzo szczere to było wyznanie. — Brakowało mi domu i… I ciebie.

Loraine przyglądała mu się długą chwilę w milczeniu, wciąż z tym samym uśmiechem, delikatnym i trochę melancholijnym, tak bardzo do niej pasującym.

— Nie pochwalałam decyzji ojca o pozostawieniu cię w Brugge, nie z kapitanem Morivernem. Gdybym mogła, od razu ściągnęłabym cię do domu. Powiedz, nie spotkało cię nic złego?

— Nic, z czym sobie nie poradziłem. — Nie, jego nie spotkało nic złego, nikt go nie skrzywdził. Cóż mogło mu się stać, kiedy przecież to on stał po stronie krzywdzących, nie krzywdzonych? Kiedy to jego ojciec mordował de la Varre’ów, kiedy jego żołnierze prześladowali służbę w Brugge, kiedy stal podwładnych hrabiego Rosiere, z którym spiskował ród von Throim, zatopiła się w piersi Vana? Zamrugał szybko, odganiając siebie wspomnienie czerniejącej w świetle pochodni krwi. Zmusił się do uśmiechu, nie chcąc, żeby matka się zorientowała, jak dalekie od prawdy były jego słowa. Czuł, że nie udało mu się jej oszukać. Zanim mogłaby zarzucić mu kłamstwo, jeszcze raz ścisnął jej dłoń. — Pozwolisz, że pójdę do pokoju? Mam za sobą długą podróż. Spotkamy się przy kolacji.

Skinęła w milczeniu głową, nie odrywając od niego spojrzenia. Radość w jej oczach ustąpiła miejsca trosce i zaniepokojeniu. Marco nie czekał, aż da temu wyraz – szybkim krokiem opuścił gabinet ojca.

Służba kłaniała mu się po drodze, schodząc pod ściany, gdy zmierzał korytarzem w stronę swojego pokoju. Widział na ich twarzach ulgę, małe uśmiechy, widział gotowość do rozmowy, gdyby tylko chciał przystanąć i pozwolić się przywitać. Nie chciał. Przy nikim nie zwolnił. Stać go było tylko na nikłe skinięcia w odpowiedzi na pozdrowienia. Czuł na plecach spojrzenia, gdy odwracali się za nim, gdy już ich minął. Ciekawe, czy wtedy uśmiechy już gasły i czy zastanawiali się, jak bardzo syn ich pana się zmienił. Czy po przygodzie z de la Varre’ami czegoś się od nich nauczył i stał się jednym z tych paniczyków pomiatających niższymi.

Niech myślą, co chcą.

Przystanął dopiero wtedy, gdy zobaczył dziewczęcą postać na schodach po przeciwnej stronie korytarza. Isabelle również się zatrzymała i przyglądała mu się teraz szeroko rozwartymi w szoku oczyma. Widać nie dotarła do niej nowina, że pani ma gości, że jednym z przyjezdnych jest powracający do domu panicz von Throim. Widział, jak jej dłonie zacisnęły się na poręczy. Nie dał jej szansy na wybuch – skręcił w boczny korytarz i przyspieszył. Nie słyszał jej kroków, gdy zatrzaskiwał za sobą drzwi.

Oparł się plecami o ciężkie drewno i omiótł spojrzeniem swój pokój. Wszystko tu wyglądało dokładnie tak, jak w noc wyjazdu. Ani jedna rzecz nie zmieniła swojego miejsca. Było czysto, a zatem w międzyczasie służba dbała o porządek. Powoli podszedł do zasłanego łóżka i siadł na krawędzi. Oparł łokcie na kolanach, potem ukrył twarz w dłoniach. Nie potrafił się cieszyć, że wrócił do domu.

*

wcześniej

— On nie żyje, prawda? Nie żyje. Żołnierze Rosiere’a go zabili. Ukarałeś ich? Pomściłeś jego śmierć?

Marco nie był do końca świadomy, co wciąż i na nowo powtarza, tak cicho, że równie dobrze mógłby milczeć. Nie otrzymał odpowiedzi. Ale Dragas go słyszał, bo oplatające go w pasie ramię na moment mocniej zacisnęło się wokół niego, jak za każdym razem, gdy przerywał swój półprzytomny monolog. Słońce stało wysoko na niebie – wysoko, jak na tę porę roku – a oni byli w drodze. Marco ocknął się w siodle śmiesznego koriańskiego długowłosego konia, z koriańskim posłem za plecami, dzięki któremu utrzymywał pion. Wiedział, że gdy tylko odzyskał przytomność, powinien był domagać się postoju, wyjaśnień, własnego wierzchowca. Wielu rzeczy powinien był się domagać – ale jak do tej pory niczego takiego nie robił. Pozwalał obejmować się Korianinowi, sobie pozwalał na oparcie się o mocną pierś. Chciał wyjaśnień, chciał wiedzieć, dokąd zmierzają, ale nie miał pewności, czy zniesie słowa, jakie padną w odpowiedzi na jego pytania, i widać Dragas o tym wiedział, bo sam wciąż milczał.

Wokół siebie miał tylko ludzi Dragasa, nie dostrzegł w pobliżu ani kapitana Moriverna, ani ilearskich żołnierzy ze stolicy. Może rzeczywiście Dragas ich ukarał, a może tylko odesłał, by wrócili do swoich mocodawców. Dokądkolwiek zmierzali, Marco nie rozpoznawał okolicy. Przemknęło mu przez myśl, że może stał się zakładnikiem albo jeńcem, ale wtedy właśnie poczuł mocniejszy uścisk wokół swojego pasa i ta myśl uleciała, zapomniana.

W głowie wciąż widział obrazy z minionej nocy: kłótnię Moriverna z posłem i pojawienie się Raynharda, i łapiące blask pochodni na grotach przecinające powietrze bełty z kusz żołnierzy Rosiere’a, i czarną w migotliwym świetle płomieni krew, tak dużo, dużo krwi…

— On nie żyje… — zaczął od nowa swoją litanię.

Ściemniało się już, kiedy Dragas zarządził nocny postój. Marco usunął się na bok, siadł pod drzewem, zawinął się w derkę, którą mu podał jeden z żołnierzy razem z bukłakiem pełnym wody i kawałkiem mięsa. W milczeniu czekał, aż ruch wokół ustanie, aż zapłoną niewielkie ogniska, a wyznaczeni ludzie obejmą straż. Nie zareagował od razu, gdy Dragas przy nim przykucnął.

— Marco. Dobrze się czujesz?

Pokręcił głową.

— Van nie żyje — powiedział cicho po długiej chwili, patrząc w płonące niedaleko ognisko. Który to już raz przeszło mu przez usta? Setny?

Dragas westchnął ciężko. Nerwowo przeczesał palcami włosy, odgarniając je z twarzy do tyłu. Dziwnie było przyglądać się, jak właśnie on robi coś niespokojnie, bez naturalnej, charakterystycznej każdemu jego dotychczasowemu gestowi pewności siebie. Dlatego Marco się nie przyglądał. Nadal patrzył w ogień.

— Powinieneś się przespać — zaproponował Dragas łagodnym tonem, którego Marco również dotąd nie poznał i nie wiedział, czy lubi.

— To moja wina. — To coś nowego. O tym jeszcze dzisiaj nie wspomniał. — To moja wina, bo to ja go namówiłem na ucieczkę. A potem to ja zaprowadziłem go do wioski. A potem…

— Marco.

Znów pokręcił głową, nie pozwalając sobie przerwać.

— A potem ściągnąłem mu z powrotem na głowę Moriverna, i gdyby Morivern nie rozproszył twojej uwagi i uwagi Raynharda, nie doszłoby do tego. To przeze mnie.

Dragas chwycił go za ramię, a gdy to nie przyniosło rezultatu, przesunął się tak, by odgrodzić go od widoku hipnotycznie tańczących przy ziemi płomieni. Nakierował jego twarz ku sobie.

— Nie. Powinieneś powiedzieć, że to moja wina, bo przecież ci obiecałem, że nie pozwolę go skrzywdzić, dopóki jest pod moją opieką, i zawiodłem. Albo że to wina Raynharda, bo zostawił Vana w Brugge razem z Morivernem. Albo Moriverna, bo to jego działanie doprowadziło was obu do ucieczki. I to wszystko prawda, chociaż ostatecznie do żadnego z nas nie należała broń, z której strzelano. Nie zapobiegliśmy temu, a każdy z nas miał swoje powody, by do tego nie dopuścić. Ja, Raynhard, Morivern.

Marco objął ramionami kolana i ukrył twarz przed wzrokiem posła. Coś powiedział, ale zbyt niewyraźnie, by hrabia mógł go zrozumieć.

— Prześpij się. Jest dla ciebie miejsce koło ogniska. Tam będzie ci cieplej.

— Powiesz mi, co się z nim stało? — zapytał Marco, podnosząc głowę znad kolan.

Dragas chwilę milczał, ważąc kolejne słowa. Kiedy się odezwał, wydały się one ciężkie, wręcz przygniatające swoją wagą do ziemi.

— Raynhard go zabrał. Raynhard i Anrai.

Marco kiwnął głową. Dobrze. Dobrze, że Raynhard nie zostawił Vana ani nie pozwolił dotknąć go Morivernowi. To nie byłoby w porządku. Gdyby Marco miał wybór, pozostałby w wiosce i dopilnował, by Van nie był sam ani żeby nie trafił w ręce kapitana. Nie powstrzymałby jednak Raynharda – nawet by nie próbował, i to nie tylko dlatego, że nie miał szans ze sługą de la Varre’ów. Pamiętał, jak tamten wyglądał przy boku krztuszącego się krwią Vana. Pamiętał, w jaki sposób Van na niego patrzył w ostatnich chwilach, gdy gasło jego spojrzenie.

— Nie wiem, kim jest Anrai. — Nie to zamierzał powiedzieć, wyrwało mu się. Nie, nie wiedział, kim był Anrai, ale też zupełnie go to nie obchodziło.

— Ten rudy chłopak, ten, który…

Ten, który próbował ratować Vana, tak, teraz Marco sobie przypomniał. Kiwnął głową na znak, że już wie, o kim mowa. Znów poczuł dotyk na twarzy. Dragas przesunął kciukiem po jego policzku. Marco zacisnął kurczowo powieki, żeby powstrzymać kolejne łzy, dowód dla Korianina, jak bardzo daleko mu było do wojownika.

Dragas podniósł się i odszedł do ogniska, zostawiając Marca samego. Chłopak mocniej owinął się kocem, chcąc się osłonić przed chłodem i wilgocią w powietrzu. Gdyby mogło mu to też pomóc uchronić się od wyrytych pod powiekami obrazów…

Nie spodziewał się, że Dragas do niego wróci. Przyniósł ze sobą własną derkę. Rozłożył ją na mokrej trawie pod drzewem. Potem znów zacisnął dłoń na ramieniu chłopaka i ostrożnie pokierował go w stronę przygotowanego posłania.

— Prześpij się — powiedział po raz kolejny.

Marco nie miał siły się spierać. Pozwolił położyć się na rozciągniętym kocu, wciąż zawinięty w swój. Nie zaprotestował, gdy Dragas narzucił na niego jeszcze płaszcz. Nie odezwał się też, gdy poseł podniósł się i znów zostawił go samego, ale przyglądał się, jak odchodzi. Dragas siadł przy najbliższym ognisku obok porucznika i zainicjował cichą rozmowę, z której ani słowo nie doleciało do Marca. Po kilku chwilach żołnierz przeniósł się poza krąg światła. Może chciał spać w mroku, a może to była jego kolej na wartę. Marco nie zastanawiał się, nie interesował go koriański oficer. Nadal jednak wpatrywał się w lekko zgarbioną sylwetkę posła, który pozostał przy ognisku. Blask płomieni wokół niego dawał wrażenie ognistej aury.

Przymknął oczy dopiero gdy dostrzegł, że Dragas podnosi się z ziemi z zamiarem powrotu pod jego drzewo. Trawa stłumiła odgłos kroków, gdy się zbliżał i gdy przy nim przykucnął. Nie zareagował, kiedy dłoń Korianina odsunęła mu włosy z twarzy. Dotyk był ledwo wyczuwalny, ostrożny, ale – jak za każdym razem – pozostawił po sobie palące echo na skórze. Na nowo zapiekły go oczy.

— Nie idź…? — szepnął, gdy tamten cofnął rękę. Nie wiedział, skąd mu się wzięły te słowa, ale gdy zobaczył, że Dragas zostaje, poczuł ulgę, której również się nie spodziewał. — Ty też powinieneś spać.

Bojąc się, że Dragas nie zrozumie znaczenia jego słów, chwycił go za rękę. Korianin przyglądał mu się długą chwilę, a w końcu rozciągnął się obok niego. Odwrócił się plecami do ognia i Marco miał wrażenie, że próbuje stworzyć dla niego barierę przed resztą świata. Przymknął oczy. Nic więcej nie powiedział. Nie zabrał też dłoni. Sen jeszcze długo nie przychodził, ale gdy w końcu nadszedł, wydawało mu się, że słyszy szeptane słowa, z których nie rozumiał ani jednego. Łatwiej mu było jednak przy nich spać.

Dopiero rano uznał, że może był to już czas, by zapytać, dokąd Dragas go zabiera. Wiadomość, że zmierzają na spotkanie Marienne i koriańskiemu następcy tronu, by potem odeskortować ich do stolicy, przyjął z obojętnością nie przystającą synowi rodu, który przyczynił się do zmian na szczytach władzy. Ale alternatywą był powrót do domu, a Marco czuł, że nie jest gotowy na konfrontację ani z kapitanem Morivernem, ani z ojcem. Dlatego nie protestował, nie upierał się przy zmianie planów. Dragas i tak pewnie by go nie posłuchał. Poprosił tylko o konia dla siebie. Żaden z żołnierzy nie rzucał mu spojrzeń, jakich się spodziewał po tym, gdy obudził się blisko ich dowódcy, objęty jego ramieniem i zawinięty w szlachecki płaszcz z obcym herbem, ale może po prostu starali się, by ich nie zauważał. Odrzucił propozycję dalszej jazdy w siodle Dragasa, choć gdzieś głęboko tkwiła w nim kusząca myśl, by tego nie robić.

*

Do kolacji Marco zdążył się odświeżyć, choć jedynie nad miską z ledwo zagrzaną wodą, przyniesioną do pokoju przez służącego, którego próba nawiązania krótkiej rozmowy z wracającym do domu dziedzicem została zignorowana tak samo jak wszystkie inne na korytarzu. Kąpiel odłożył na później – trudno mu było się przyznać i szczęśliwie nikt tego od niego nie wymagał – nie chciał znowu natknąć się na Isabelle de la Varre. Nie wiedział, co powinien jej powiedzieć. Czy cokolwiek. I jak. Właśnie dlatego poprzestał na szybkim otarciu z siebie kurzu podróży i zmianie ubrania na czyste.

Dlaczego nie pomyślał, że zobaczy ją przy kolacji – nie miał pojęcia. Widać był bardziej zmęczony niż mu się wydawało. Gdy zszedł na dół do sali jadalnej, Isabelle siedziała już przy stole z zaciętą miną, wpatrzona w rozłożoną na stole zastawę. Na krótką chwilę stał się celem jej płonącego zrozumiałym gniewem spojrzenia.

Poza panną de la Varre obecna była również jej matka, jego matka oraz Aridan. Szczęśliwie, kapitan Morivern nie został poproszony o towarzyszenie im przy kolacji. Marco miał dość dzielonych z nim posiłków – na zawsze.

Matka uśmiechnęła się na jego widok z wyraźną ulgą. Nie zajęła miejsca ojca u szczytu stołu, pozostawiając je puste, o czym postanowił z nią później porozmawiać. Sądząc po zachowaniu Moriverna, Lady von Throim pod nieobecność gospodarza na włościach potrafiła utrzymać porządek silną, kobiecą ręką. To miejsce, zwłaszcza w obecności gości, jej się należało.

Hrabia skinął ku niemu nieznacznie głową na powitanie. Marco zdążył już się przekonać, że Aridan rzadko wykraczał poza przyjęte wzorce dobrze widzianego zachowania, a gdy już to robił, to nigdy z błahego powodu. Tak było na dworze w trakcie uroczystości zaręczyn, a później zaślubin z królewską córką, gdy reprezentował dziedzica tronu. Tak też było w drewnianym myśliwskim dworku, dokąd Marco przybył razem z Dragasem. Najwyraźniej tak również będzie i teraz, w jego rodzinnym domu. Aridan nie drwił, jak zdarzało się to Dragasowi. Nie zaznaczał swojej obecności w głośny, zdradzający aż przesadną pewność siebie sposób, charakterystyczny dla drugiego posła. Nie narzucał się ze swoją osobą. Z tego chociażby powodu Marco z ulgą przyjął wiadomość, że skoro już został zmuszony sprowadzić do domu przedstawiciela sojuszniczego dworu, to będzie to Aridan, nie Dragas. Z uwagi na matkę, jeśli nie i z innych względów, których nie chciał teraz rozważać, tak było lepiej.

Marco siadł po stronie stołu posła, naprzeciw matki, która po lewej miała Elizabeth i dalej Isabelle. Starsza pani de la Varre przyjęła jego przybycie obojętnie, obrzucając go pustym spojrzeniem i wracając od razu do kontemplowania kompozycji dań przygotowanych przez służbę. Isabelle zacisnęła mocniej usta, ale poza tym nie zareagowała. Nie podnosiła wzroku znad swojego talerza.

Wyglądało na to, że nie będzie to łatwy wieczór.

Matka musiała wyczytać jego myśli z twarzy, bo wtedy właśnie odezwała się, spoglądając najpierw na niego, później na gości.

— Hrabio, Elizabeth, dzieci… Cieszę się, że możemy zasiąść wspólnie przy tym stole. Oby ten czas upłynął nam w przyjemnej atmosferze.

— To zaszczyt znaleźć się w towarzystwie czcigodnych i pięknych pań. I twoim, paniczu Marco. — Może Marco się pospieszył, oceniając Aridana. W oczach o dziwnej, niebiesko-zielonej barwie rozbłysła iskra rozbawienia, gdy się do niego zwracał. Zgasła niemal natychmiast, gdy ich gość wrócił spojrzeniem do Lady von Throim. — Wiem, że moje towarzystwo zostało paniom narzucone, niemniej mogę obiecać, że nie będę nadużywał statusu gościa.

— Po co pan tu przybył, hrabio? — odezwała się Isabelle, zanim zdążyła to zrobić Loraine. — Czy wszystkie nasze domy są narażone na goszczenie koriańskiego żołdactwa, czy to jedynie obecność panicza Marca czyni ten jeden szczególnym?

Marco spojrzał na matkę, czekając na reakcję, bo nie zanosiło się na to, by Lady Elizabeth miała skarcić córkę za jej arogancję. Ona jednak również milczała, czekając na odpowiedź Korianina. Tym samym obowiązek załagodzenia sytuacji spadł na niego, ale nie był pewien, czy chce się wtrącać. Z jednej strony wierzył w słuszność decyzji matki – być może sprawiła to rozłąka, ale postawa, jaką prezentowała odkąd ją znowu zobaczył, budziła szacunek. Skoro ona nie zamierzała przepraszać za wybuch Isabelle, on nie zamierzał podważać jej decyzji – nie przed obcymi. Z drugiej strony nie był nic winny Aridanowi, którego zaproszenie w progi rodzinnego domostwa rzeczywiście zostało na nim wymuszone. Sam również chciał poznać odpowiedź. I bynajmniej nie tę o wpływ własnej osoby, bo to była bzdura, która miała go upokorzyć przed obecnymi. Być może jeszcze niedawno Isabelle udałoby się odnieść tym sukces. Teraz potrzeba było znacznie więcej niż kilku nieprzemyślanych słówek.

— Zgodnie z warunkami zawartego między naszymi dworami sojuszu, jesteśmy zobowiązani do zaoferowania pomocy na wypadek niepokojów wywołanych w związku ze zmianą na tutejszym tronie. Sytuacja z dnia na dzień staje się coraz bardziej napięta. Mamy sygnały, że szpiedzy cesarza działają, podburzając ludzi do buntu.

Uprzejmy czy nie, Aridan potrafił lawirować w dyplomatycznych kłamstwach, którymi posługiwał się również Dragas. On jedynie nie podawał im ich z szyderczym półuśmieszkiem na przystojnej, smagłej twarzy.

— Czy to znaczy, że coś nam tutaj grozi?

Aridan, zanim odpowiedział Loraine, spojrzał najpierw na dwie pozostałe kobiety przy stole.

— Panie wybaczą moją bezpośredniość — zaczął łagodnie, zdradzając, że jego słowa mogą nie zostać przyjęte z radością. Ale te obawy nie wystarczyły, by zachował milczenie. — Hrabia von Throim był siłą sprawczą tej zmiany, jednym z najważniejszych uczestników wydarzeń. Jeżeli są tacy, którym grozi niebezpieczeństwo z ręki niezadowolonych poddanych cesarza, to hrabia i jego najbliżsi znajdują się na szczycie tej listy.

Dłoń matki uciekła nieświadomie do twarzy, w szoku przysłaniając usta. Elizabeth wstała, Isabelle również.

— Wiemy, od czego zaczęły się zmiany — odezwała się Lady de la Varre, z niezwykłą u niej pasją akcentując wypowiadane słowa. — Niech ci, spod ręki których polała się krew, sczezną w męce.

Suknia zawirowała wokół jej drobnej postaci, gdy opuściła miejsce przy stole i ruszyła do drzwi.

— Twój ojciec chce uczynić cię moim mężem — syknęła Isabelle w stronę Marca. — Niedoczekanie jego i twoje. Niech sczeźnie w rowie, rozniesiony na widłach własnych chłopów. A ty razem z nim.

Wybiegła z pokoju za matką.

Marco był zbyt zszokowany, by się odezwać. Aridan milczał, nie chcąc zaogniać sytuacji. Lady von Throim westchnęła cicho.

— Mój mąż nigdy nie był porywczym człowiekiem, a jednak sprowadził tyle nieszczęścia — szepnęła. Po chwili dodała jeszcze ciszej, nie do końca świadoma, że mówi dalej. — Komu jeszcze przyjdzie zapłacić za jego zawiedzione uczucie?

Aridan spojrzał na nią z błyskiem zrozumienia rozpalającym oczy. Widać nawet obce wojska znały historię rodowej waśni. Nic nie powiedział, bo odezwał się Marco, wciąż jeszcze pod wpływem szoku, ale zdesperowany, by wypełnić ciążącą wszystkim ciszę.

— I to by było na tyle, jeżeli mowa o spokojnym posiłku — mruknął. Przejmując obowiązki gospodarza, zwrócił się do Korianina, wskazując na rozstawione na stole jedzenie. — Zapraszam, hrabio. — Sam podniósł się z krzesła. Na zaskoczone spojrzenie matki kiwnął głową w stronę drzwi. — Dam dyspozycję służbie, by zaniosła kolację Lady de la Varre i jej córce. Nie chcę czekać, aż sami skończymy, i narażać je na niewygodę. To zajmie moment, a ja zaraz wrócę.

Przywołał służącego i wysłał go z jedzeniem dla pań de la Varre. Ta krótka chwila oddechu z dala od stołu, od Korianina i od matki, pozwoliła mu zebrać na nowo myśli, rozbite wyznaniem Isabelle. Wrócił, gdy miał już pewność, że starczy mu siły woli, by nie domagać się wyjaśnień od matki w obecności gościa.

Atmosfera przy stole nie poprawiła się, aż nie rozeszli się do swoich pokoi na noc.

*

wcześniej

Dragas stał w półotwartych drzwiach do niewielkiego, ale wygodnie wyposażonego pokoiku w myśliwskim dworku od kilku tygodni stanowiącym siedzibę Sandera i jego nowo poślubionej małżonki. Kotary w oknach były częściowo opuszczone, ale przez niewielkie szpary przedzierało się poranne słońce, sięgając dolnej krawędzi łóżka. Na łóżku spał Marco, zawinięty w okrycia w niczym nie przypominające szorstkiej, żołnierskiej derki ani podróżnego płaszcza. Spod miękkiej, podszywanej od wewnątrz zajęczym futrem tkaniny widać było jedynie swobodnie rozsypane na poduszce włosy i górną połowę jego twarzy z cieniem długich rzęs padającym na policzki.

Dragas żałował, że dworek mieścił w sobie wystarczającą ilość pokoi, by nie zmuszać ich do dzielenia kwater. Wspólne noce w lesie, gdy miał Marca przy sobie, choć okrytego tą przeklętą derką, no i jeszcze w dodatku płaszczem, wciąż były żywe w jego pamięci. Nie mógł pozbyć się wspomnienia miękkich kosmyków, łaskoczących go przyjemnie w twarz, ani ich zapachu, ani tego, w jaki sposób Marco, okutany w te zwoje materiału, potrafił tak się ułożyć, by dzielić z nim ciepło. Odkąd tu przybyli, te chwile były już dla niego stracone.

Marco nie unikał jego towarzystwa, przeciwnie, jeżeli nie siedział zamknięty w przeznaczonym mu pokoju, był blisko, nie w zasięgu ręki, ale zawsze w zasięgu wzroku. To, co wydarzyło się w wiosce, odcisnęło na nim mocne piętno. Dragas to rozumiał, rozumiał potrzebę samotności w obliczu żałoby. Dlatego nie próbował wymusić na chłopcu wspólnych chwil, nie narzucał mu swojego towarzystwa. Był pewien, że gdyby mieli więcej czasu, Marco sam by do niego przyszedł. Gdyby mieli więcej czasu…

Nie mieli. Dragas zamknął cicho drzwi do pokoju i udał się do gabinetu Sandera, który wezwał do siebie jego i Aridana. Należało podjąć decyzje, kolejne kroki na drodze do pełnej realizacji ich planu.

Ayden był już na miejscu. Stał przy biurku, bawiąc się z sokołem uwiązanym do drążka. Ptak trzepotał skrzydłami i wydawał z siebie skrzek w wyrazie zadowolenia za każdym razem, gdy udało mu się skubnąć tańczące mu przed dziobem palce Aridana. Bogowie świadkami, że to ptaszysko uznawało Aydena za swoją zabawkę. Nawet Sander nie cieszył się taką sympatią sokoła.

— Dobrze, że obaj już jesteście — zaczął od progu Sander, gdy do nich dołączył. Wyjął zza pasa rękawice do jazdy i rzucił je na fotel. — Chciałbym stąd ruszać jak najszybciej się da.

Ptak zaskrzeczał trochę głośniej na jego przybycie, ale poza tym nadal koncentrował się na swoim obecnie najlepszym przyjacielu – czy też celu do polowań z drążka.

— Aridan, daj mu spokój.

Książę usiadł za biurkiem. Obrzucił pełnym dezaprobaty spojrzeniem Aydena, gdy ten nie posłuchał od razu, tylko najpierw wygładził dłonią nastroszone pióra ptaka.

Dragas zmarszczył lekko brwi. Rzadko się zdarzało, żeby Sander zwracał się w takim tonie do swojego najbliższego towarzysza.

Aridan zajął miejsce w fotelu, na którym leżały rękawice księcia. Przełożył je na rzeźbioną komódkę obok. Zapatrzył się w czerwone pręgi po mocnym dziobie, znaczące jego dłonie.

— Będzie krótko. — Sander zaczął przekładać papiery na biurku, czasem spoglądając na któryś dłużej, zanim go wymieniał na następny. — Ayden zna już swoje rozkazy, pozostaje nam więc tylko ustalić, kiedy wyrusza.

Dragas nie słyszał o żadnych rozkazach. Przysiadł na krawędzi niewielkiego stolika, umieszczonego w kącie gabinetu, i założył ręce na piersi, w milczeniu obserwując rozgrywającą się przed nim scenę. Bo że jakaś się tu rozgrywała, a on w niej nie uczestniczył – tego był pewien.

— Natychmiast? — zapytał Ayden, nie podnosząc wzroku.

— Czy mogę znać te rozkazy, czy to tak poufna sprawa, że będziecie ją nadal trzymać przede mną w tajemnicy? — Dragas nie wytrzymał ciężaru ciszy, jaka zapadła po ostatnim wypowiedzianym słowie.

— Ayden zabiera chłopaka do domu. Zatrzyma się w posiadłości von Throima. Wydałem już dyspozycje reszcie oficerów, gdzie będą stacjonować. Ty wracasz ze mną i z Marienne do stolicy. W zależności od tego, co tam zastaniemy, zostaniesz przy nas, albo udasz się na własny posterunek.

Dragas wyprostował się powoli. To, że miał wrócić na dwór, to też były dla niego nowiny. Do tej pory nie miał wątpliwości, że gdy przyjdzie czas odeskortowania Marca do domu, jemu przypadnie to zadanie. Widocznie przegapił więcej, niż mu się wydawało.

— Który posterunek? — zapytał, zamiast drążyć ten temat. Było jasne, że to zły moment.

— Który chcesz?

Poza oczywistym, którego odmawiasz mi w rewanżu… za co właściwie?

— Rosiere — odpowiedział bez chwili zastanowienia.

Sander kiwnął głową.

— Jeżeli wystąpi taka konieczność, dostaniesz Rosiere’a.

Sander wbił wzrok w Aridana. Ayden ignorował go przez parę chwil, ale w końcu, gdy nikt się nie odezwał, odpowiedział na jego spojrzenie. Cisza między nimi trwała kolejną długą chwilę. W końcu Ayden podniósł się z fotela.

— Wyruszymy jeszcze dzisiaj.

Sander kiwnął głową i na powrót zajął się swoimi papierami, nie patrząc za wychodzącym oficerem.

Dragas zgrzytnął zębami.

— Dowiem się, co się tu wydarzyło?

Książę rzucił mu urwane spojrzenie.

— Lepiej się pospiesz, jeżeli chcesz się pożegnać ze swoim chłopcem. Coś mi mówi, że Ayden nie będzie przedłużał przygotowań. Nie może się doczekać, by stąd odejść.

Dragas pokręcił w niedowierzaniu głową. Dojdzie do tego, co się stało, że Sander w tak pozbawiony emocji, chłodny sposób mówił o wyjeździe Aridana. Oczywiście, że służba stawiała przed nimi różne zadania i nierzadko każdy z nich miesiącami przebywał w miejscu w świecie z dala od reszty, ale to było coś innego. Nie o służbę i nie o rozkazy chodziło. Opuścił gabinet, gnając w ślad za Aridanem.

Dogonił go na podwórcu. Nie bawił się we wstępy, chwycił go za ramię i odwrócił ku sobie. I zamarł ze słowami, które utkwiły mu w gardle na widok miny młodego posła. Czuł, jak wyraz na jego własnej twarzy łagodnieje, gdy rejestrował gniew, bezsilność, żal i zacięcie, wszystko to przemieszane z desperackim pragnieniem ucieczki z tego miejsca.

— Wiem, co robisz — powiedział zamiast tego, co sobie zaplanował. — Nie rób tego.

Aridan odwrócił wzrok. Dopiero po chwili Dragas się zorientował, że patrzy w stronę okien pokoju Marienne.

— Tak będzie dobrze — odparł i nic w jego mocnym, zdecydowanym głosie nie zdradzało burzy emocji, jaka przetaczała się przez jego spojrzenie. — Wybacz, że zabieram ci stąd twoje cudo, ale Sander uznał, że to doskonały pretekst, by zająć miejsce wśród potencjalnych wichrzycieli. Jego ojciec do spółki z innymi może nam poważnie zaszkodzić, jeśli nie ukręcimy łba sprawie od razu. Ma rację.

— Ma rację — przyznał Dragas, choć chętnie by zaprotestował. Nie chciał rozstawać się z Markiem – nie był na to przygotowany, ale nie mógł sprzeciwiać się decyzjom swojego księcia. Dlatego kiwnął głową, klepnął przyjacielsko Aridana w ramię i wrócił do dworku, do pokoju Marca.

Chłopak spokojnie przyjął wieści o swoim powrocie do domu. Zbyt spokojnie nawet, i gdyby Dragas sobie na to pozwolił, poczułby rozczarowanie. Ale gdy wszystko było już przygotowane do wyjazdu, gdy Aridan siedział już w siodle, a obok niego przydzieleni mu żołnierze, Marco zamiast wymienić z nim zaoferowany uścisk dłoni, wczepił się kurczowo palcami w jego kurtkę i przyciągnął do siebie. Zamykając oczy, przycisnął wargi do jego własnych tak gwałtownie, jakby robił krok w przepaść, a nie inicjował pocałunek. Dopiero po chwili, gdy Dragas ostrożnie wsunął dłoń w jego włosy, kciukiem gładząc poczerwieniały policzek, Marco pozwolił, by ich pożegnalny pocałunek złagodniał i z pełnego desperacji stał się czuły. Ciepły. Tęskny.

Trwało to krótko, znacznie krócej niż Dragas by tego pragnął, ale poza uczuciem niedosytu pozostawiło po sobie również wrażenie złożonej obietnicy. Chłopak odsunął się od niego z rumieńcem palącym mu twarz po czubki uszu, ale nie uciekł spojrzeniem w bok, nie wstydząc się tego, co zrobił.

Jego „do zobaczenia” także stanowiło obietnicę, a Dragas nie zamierzał o niej zapomnieć.

Rozdział XVI

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s