Rozdział XIV

Marco niechętnie zostawiał Vana. Gdy jednak starzec zapewnił go któryś raz z rzędu, że Van będzie spał i na nic mu się tu młody panicz von Throim nie przyda, dał się przekonać i wyszedł.

Sam też miał ochotę położyć się choćby i w tamtych kocach, które zostały w chacie Hannesa, ale wciąż prześladowała go niedokończona rozmowa z posłem. Był wdzięczny za wsparcie i przegnanie stąd żołdactwa z zamku, ale to nie znaczyło jeszcze, że zapomniał, co tamten powiedział. Ta sprawa – sprawa zamiarów Dragasa co do nich – wciąż pozostawała otwarta.

Wieśniacy wrócili do swoich zajęć, ale ci, którzy pracowali na zewnątrz, nie kryli swojego zainteresowania. Szeptali między sobą, jeden z drugim gdzieś parsknął śmiechem. Nie wyczuwał w ich zachowaniu wrogości. Może nie zdawali sobie sprawy, że sama obecność uciekinierów z Brugge w wiosce oznacza dla nich kłopoty, nawet bez ich czynnej pomocy poszukiwanym paniczom. A może Hannes posiadał wśród nich większy szacunek niż najemny żołnierz mordercy ich księcia mógł wzbudzić w nich strachu.

Dzieci na pewno się nie bały ani żołnierzy, którzy mogli się tu w każdej chwili zjawić, ani tym bardziej Marca. Te młodsze, których rodzice nie zapędzili do pracy, goniły się tuż koło niego, biegnąc tam, gdzie on szedł, zawsze tak, by nie zniknął im z oczu. Przekrzykiwały się, śmiały, te odważniejsze zaczepiały go nawet, ale gdy tylko spojrzał w ich stronę odbiegały, radośnie wyszczerzone kryjąc się za resztą. Pożałował, że nie ma niczego, co mógłby im dać, ale one zdawały dobrze się bawić nawet bez podarunków.

W ich towarzystwie trafił wreszcie do kowala, gdzie pochłonięty rozmową z jednym ze swoich ludzi stał Dragas.

Marco cierpliwie odczekał, aż zostanie zauważony. Trudno było przeoczyć jego przybycie z rozkrzyczanymi dzieciakami, hałasującymi niczym cały oddział wojska, ale i tak minęło kilka chwil, zanim pochwycił wzrok posła. Korianin niemal natychmiast odprawił żołnierza, choć podchodząc do niego nie sprawiał wrażenia będącego w pośpiechu.

— Marco. Co tu robisz? — Poseł popatrzył na dzieci, a te z piskiem i śmiechem rozbiegły się na wszystkie strony.

Marco poczuł się jak porzucony przez sprzymierzeńców.

— Musimy porozmawiać — odpowiedział. Wokół wciąż było pełno ludzi, był nawet świadomy zainteresowania żołnierzy, obserwujących swojego dowódcę, a mimo to miał wrażenie, że znowu są sami. Może to intensywność spojrzenia Korianina miała taki skutek, albo zapach, który omiótł go wraz z delikatną bryzą; zapach skór i deszczu, lasu i czegoś jeszcze, dla czego nie znalazł nazwy.

— O czym?

A może to był ten głos, melodyjny, głęboki, ciepły, a jednocześnie rodzący przyjemne mrowienie na skórze; sprawiał, że zapominał…

Gwałtownie otrząsnął się z próbującej zawładnąć nim… Właściwie co to było? Nie znał takiego uczucia.

— Marco?

Spojrzał w ciemne oczy i od razu opuścił głowę. Pozazdrościł Vanowi, że w takich chwilach kurtyna włosów kryła go przed niepożądanym wzrokiem.

Odetchnął głęboko. Przyszedł tu wyjaśnić ważne kwestie, napomniał się w duchu.

— Po co ten żołnierz przed chatą, w której jest Van?

Wychodząc stamtąd zaraz za progiem wpadł na jednego z koriańskich podwładnych posła. Z postawy i miny żołnierza łatwo wywnioskował, że nie znalazł się tam przypadkiem.

Dragas odgarnął z twarzy kilka luźnych kosmyków, które wymknęły się z wstążki wiążącej włosy na karku.

— Na wszelki wypadek.

— Co to znaczy? Powiedziałem, nie pozwolę, żeby ktokolwiek… — urwał, gdy zdał sobie sprawę, że z każdym słowem mówi głośniej i ludzie wokół nie tylko widzą, ale również już słyszą ich rozmowę.

Dragas też to zauważył, bo wskazał ku centrum wioski.

— Przejdziemy…?

Kiwnął głową i ruszył z powrotem w stronę chaty Hannesa. Do chwili, gdy drzwi się za nimi zamknęły, żaden nic nie powiedział.

Marco zatrzymał się na środku izby. Trzask rygla uświadomił mu, że teraz naprawdę są sami. Jak nad strumieniem. Tak, poza nimi był tam również Van, ale on wtedy o tym nie wiedział. Dla niego istniał tylko szemrząca woda, księżyc, iskrząca na białym kamieniu kokarda i Korianin.

To Marco chciał rozmawiać, ale ponieważ nie podjął wcześniejszego wątku, Dragas sam przerwał milczenie.

— Mówiłeś, że nie pozwolisz, by ktokolwiek… co?

Marco zacisnął nerwowo dłonie, gdy zorientował się, że myśli znów mu uciekły i to do chwili, o której nie bardzo chciał teraz pamiętać. Wspomnienie było jednak zbyt żywe, a obecność posła w niczym nie pomagała.

Van, przypomniał sam sobie z determinacją. Morivern. Na tym musi się skupić. Na teraźniejszości.

— Chcę wiedzieć jakie masz plany co do mnie i co do Vana. Po co tu zostałeś? Po co się wtrąciłeś?

Dragas patrzył na niego badawczo, jakby zdawał sobie sprawę z jego wewnętrznej walki. Marco uniósł wyżej głowę, tym razem nie uciekając przed jego spojrzeniem.

Być może był to skutek półmroku panującego w izbie pozbawionej dostępu dziennego światła, ale wydało mu się, że oczy Korianina są ciemniejsze niż zapamiętał, niemalże czarne.

— To źle, że się wtrąciłem? Wolałeś opuścić wioskę ze swoimi żołnierzami? Trzeba było powiedzieć.

— Nie. Wiesz, że nie — odpowiedział natychmiast, wyrzucając z głowy te idiotyczne rozważania. Dlaczego nie potrafił skupić się na tym, co ważne? — Nie rozumiem, dlaczego nam pomagasz.

— Mam swoje powody. I nie zamierzam się z nich tłumaczyć. Nawet tobie, Marco von Throim.

Te słowa zabrzmiały jak wyzwanie, czy może raczej prowokacja głupiego dzieciaka.

Lepszego otrzeźwienia nie potrzebował. Dość z tym. Nie był głupim dzieciakiem, nawet jeżeli dotychczas zachowywał się właśnie w ten sposób.

— Nie pozwolę ci go zabić. Niezależnie od waszej polityki, nie pozwolę — wydusił z siebie z trudem.

Brwi Korianina wygięły się w górę.

— Nie? — zapytał z niekrytym rozbawieniem. — A jak zamierzasz mi w tym przeszkodzić? W jaki sposób mnie powstrzymasz? Już powiedziałem, powinienem dokończyć to, czego nie zrobił twój ojciec. Na dworze wszyscy są przekonani, że Van zginął razem z księciem Brugge.

— Nie — powtórzył zdecydowanie. — Nie.

Po raz kolejny doświadczył zimnego błysku w spojrzeniu posła. Drgnął, ale szybko się opanował. Nie ustąpił nawet wtedy, gdy Dragas odezwał się zupełnie zmienionym głosem, chłodnym i nieugiętym jak stal.

— Jesteś gotów ze mną walczyć w obronie Vana de la Varre?

— Jeśli będzie trzeba — odpowiedział cicho, przymykając powieki. Doskonale pamiętał walkę Vana z Dragasem. Van przegrał, a Marco przecież nawet w połowie nie był tak dobry jak on. — Ale nie wierzę, że mógłbyś to zrobić.

Otworzył gwałtownie oczy, sam zaskoczony swoimi słowami. Nawet jeżeli tak właśnie w tej chwili pomyślał, to jak mógł powiedzieć to głośno…?

— Walczyć z tobą?

Pokręcił głową. Nie to miał na myśli.

— Zabić Vana — szepnął.

— Naprawdę tak myślisz? — Głos posła rozbrzmiał złowrogą nutą splecioną z czymś, co kusiło, nadwątlało jego z trudem utrzymywaną determinację, by nie zatracić się znów we wspomnieniach. Czemu Marco nie był w stanie się oprzeć.

— Tak. — Nie miał pojęcia, skąd w nim tak nagle to przekonanie, ale naprawdę w to wierzył. Uderzył plecami o drzwi i dopiero wtedy uświadomił sobie, że cofa się przed zbliżającym się Korianinem.

Dragas się nie zatrzymał. Nie, dopóki nie miał już jak postąpić dalej naprzód.

Marco miał wielką ochotę zamknąć znów oczy, by chociaż w ten sposób zachować dystans, ale nie zrobił tego. W spojrzeniu Dragasa pojawił się drapieżny błysk, w równym stopniu wieszczący niebezpieczeństwo, co intrygujący.

Zanim się zorientował, co się dzieje, całował Dragasa, zachłannie, odważnie, bez wahania, jakie towarzyszyło ich pierwszemu spotkaniu. Nie było ważne to, że nagle nie mógł oddychać nie tylko dlatego, że wszelka przestrzeń między nim a Korianinem zniknęła, że drzwi stanowiły twarde oparcie dla pleców, a w żebra boleśnie wbijał się skobel. Zrobiło się niewyobrażalnie gorąco, jak w żaden dzień najupalniejszego lata, ale to też nie miało znaczenia. Dotyk Dragasa palił, a jednocześnie przynosił ukojenie, i jak to możliwe? Marco nie zastanawiał się nad tym, bo za dużo ostatnio myślał, za dużo już na niego spadło.

W tym pocałunku nie było nic z subtelności ich poprzedniego, żaden z nich nie był delikatny. Liczyła się tylko bliskość i rosnący żar, i to, że to był dopiero początek. Bo pierwszy przeszedł w kolejny, a potem jeszcze następne. Ile to trwało? Nieważne.
Płaszcz opadł na ziemię. Dłonie Dragasa znalazły się pod jego kurtką. Sam też nie pozostał bierny. Pod jego palcami wstążka na karku posła rozplątała się i opadła na ziemię. Poczuł miękki, łaskoczący dotyk na twarzy.

Dragas odsunął się od niego tak niespodziewanie, że Marcowi pociemniało w oczach od nagle swobodnego oddechu, jaki wypełnił mu nozdrza ulatującym zapachem mężczyzny. Korianin odszedł kilka kroków, odwracając się do niego plecami. Nerwowym ruchem przeczesał włosy. Odruchowo zgarnął je razem, ale nie znalazł wiązania i opuścił rękę. Spojrzał na niego przez ramię. Marco cofnąłby się przed ogniem, jaki rozpalał mu oczy, gdyby tylko miał jeszcze gdzie. Poczuł pierwsze ukłucie paniki. Powoli docierało do niego, co tutaj się stało.

Do czego sam doprowadził.

Korianin rozejrzał się po klepisku. Schylił się, podniósł wstążkę. Wsunął ją w ubranie i odwrócił się z powrotem do Marca.

— Zjedz coś. Przebierz się. Prześpij. Wyglądasz tak, jakbyś miał się tu zaraz przewrócić. A ja mam swoje sprawy, którymi muszę się zająć.

Powiedział to tak, jakby ostatnie chwile nie istniały. Jedynie jakaś głębsza nuta w głosie świadczyła, że to nieprawda. Rygiel odskoczył z trzaskiem tuż przy uchu chłopaka, gdy Dragas zatrzymał się przy drzwiach, tym razem zachowując odpowiednią odległość. Dopiero ten dźwięk jak zapowiedź nadchodzącego nieszczęścia sprawił, że Marco wyrwał się z oszołomienia.

— Ty nie… Naprawdę nie możesz…

Dragas uciszył go gestem dłoni.

— Jeśli cokolwiek złego spotka twojego de la Varre’a, to nie z mojej ręki. Masz na to moje słowo. — Uśmiechnął się lekko, choć nie sięgnęło to wciąż nienaturalnie błyszczących oczu, jakby nie było w nich miejsca na nic poza tym ogniem. — Zrób jak mówiłem, Marco. Odpocznij.

Cierpliwie poczekał, aż Marco ustąpi mu z drogi, po czym wyszedł.

Marco wziął głęboki wdech, dopiero teraz uświadamiając sobie, że dygocze. Był przerażony, ale nie tym, co jeszcze mogło ich spotkać z ręki Moriverna czy kogokolwiek innego. Przeraziła go własna śmiałość i to, że odważył się na coś, o czym tak bardzo starał się nie pamiętać. I że nie potrafił o tym zapomnieć, nie potrafił się powstrzymać, gdy Dragas znalazł się tak blisko niego.

Siadł ciężko przy ławie, gdzie przyniesione przez kobietę potrawy już dawno wystygły. I tak po nie sięgnął, po przelewającą się potrawkę i chleb. Skupił się na posiłku, nie chcąc rozważać tego, co zaszło.

Po pierwszym kęsie zdał sobie sprawę, że naprawdę jest głodny, niewyobrażalnie głodny i niewyobrażalnie zmęczony. Ale nie chciał się kłaść. Jadł powoli, a gdy uznał, że tyle wystarczy, podparł głowę na skrzyżowanych ramionach i zapatrzył się w płachtę przesłaniającą okno, zastanawiając się, co dalej.

*

Gdy Dragas wrócił do chaty po wydaniu rozporządzeń odnośnie noclegu, było już ciemno.

Ludzie Rosiere’a nie kryli niezadowolenia, że przyszło im wystąpić przeciwko najemnikom von Throima i to w obronie młodego de la Varre’a. Również ich zdaniem Van powinien już nie żyć. Jego porucznik też nie był szczęśliwy z takiego obrotu spraw, ale że nie zwykł podważać decyzji swojego dowódcy i nie zamierzał zaczynać teraz, nic nie powiedział. Tym bardziej, że niechęć gwardzistów do wyznaczonego zadania obrony wioski przed ewentualnym najazdem skrycie go bawiła. Przez jedną krótką chwilę zastanawiali się wspólnie z posłem, czy można im w tej kwestii zaufać. Doszli do oczywistego wniosku, że nie. Chociaż Dragas nie spodziewał się otwartego buntu, to jednak nakazał podwójną gotowość do działania własnym żołnierzom. Nie omieszkał też zajrzeć jeszcze do Hannesa i dodatkowo z nim ustalić sprawę straży w wiosce. Nie trzeba mu było długich obserwacji, by się przekonać, że Hannes miał posłuch wśród wieśniaków i że cokolwiek zarządził było spełniane bez najmniejszych sprzeciwów czy wahania.

Marco siedział, a właściwie na wpół leżał podparty o stół. Spał. Dragas przyglądał mu się przez moment z niewielkim półuśmiechem. Bez problemu przeniósł chłopaka na posłanie. Ściągnął mu buty i okrył wełnianą derką.

Marco nawet nie drgnął przez cały ten czas.

Odpiął pas z mieczem, oparł oręż o ścianę i rozciągnął się obok chłopaka, krzyżując ramiona pod głową. Cały dzień nie dopuszczał do siebie myśli, czy rzeczywiście źle robi mieszając się w tutejszy konflikt, ale może czas najwyższy w końcu się nad tym zastanowić.

— Po co? Przecież już za późno.

Dłoń mu drgnęła na niespodziewany, choć nie obcy głos, ale zapanował nad chęcią sięgnięcia po broń. Leniwie odwrócił głowę ku oknu, którego nie kryła już zasłona, mrużąc oczy jak kot, by dopatrzeć się w sylwetce na parapecie znajomych rysów.

— Nigdy na nic nie jest za późno — odpowiedział filozoficznie, podciągając się wyżej na posłaniu. Nie miał zamiaru wstawać. Przez jedną krótką chwilę rozważał, jakąż to ma straż, że niepostrzeżenie pozwoliła intruzowi dostać się tak daleko w głąb zabudowań, ale przypomniał sobie, z kim ma do czynienia.

Gość błysnął zębami w niemalże wilczym uśmiechu, sprawiając że – chociaż nic nie powiedział – Dragas odniósł wrażenie, że znów otrzymał odpowiedź na własne myśli. Oparł się o framugę okna i rozsiadł się wygodniej, przez co blask pochodni z podwórca oświetlił część twarzy i rozpalił mu włosy żywym ogniem.

Spojrzenie Dragasa mimowolnie uciekło ku sznurowaniom koszuli Anraia na wspomnienie tatuaży kryjących się pod płótnem.

Marco poruszył się przy nim niespokojnie. Zmienił pozycję pod kocem i odsunął się od Dragasa ku ścianie. Korianin zapomniał na moment o siedzącym na parapecie demonie, przyglądając się śpiącemu chłopcu.

— Marco von Throim. Dlaczego jest ważny?

Anrai też przyglądał się Marcowi, lekko ściągając brwi w wyrazie zadumy. Jego pytanie brzmiało tak, jakby nie było przeznaczone dla innych, jedynie dla niego samego. Mimo to Dragas zaryzykował i odpowiedział własnym.

— Nie wiesz? Myślałem, że ty wiesz już o mnie wszystko.

Ruda brew wygięła się w górę, zanim Anrai zdołał zapanować nad zdziwieniem.

— Pamiętasz? — Słowo też wyrwało się samo. Dopiero później omiótł mocą posła, nie kłopocząc się tym, że jego działanie może zostać zauważone. I rzeczywiście, Korianin pamiętał całe ich spotkanie, pełną rozmowę, wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi. — To ciekawe. Reszta pewnie się nie ucieszy, ale to i tak ciekawe.

— Reszta?

Anrai pokiwał głową, najwyraźniej zupełnie nie przejęty odniesioną porażką.

— Mam nieodparte wrażenie, że wcześniej czy później zechcą poznać cię osobiście.

— …bez maski na twarzy? — Dragas nie otrzymał odpowiedzi, ale też nie spodziewał się żadnej na tak postawione pytanie. Zmienił temat. — Co tu robisz?

— Jestem. — Rudzielec wzruszył ramieniem. Dopiero po chwili zaoferował więcej. — Sytuacja w Brugge wymknęła się spod kontroli. Raynhard podkulił pod siebie ogon jak tchórzliwy szczeniak. A Van za to zapłacił.

— Raynhard?

Na twarzy demona zaigrał zagadkowy półuśmieszek i Dragas zrozumiał, że znów nie dostanie odpowiedzi. Anrai nie milczał jednak długo.

— Wkrótce sam go poznasz. Jest w drodze. — Zeskoczył z parapetu i wszedł głębiej do izby. Zatrzymał się przy posłaniu, patrząc na Marca. — Ciekawe, co będzie miał do powiedzenia na temat twojego paniczyka. Ciekawe, co powie, jak ciebie tu zobaczy.

Ta myśl wyraźnie go oczarowała, choć Dragasowi spodobała się mniej.

— Ty mnie tu sprowadziłeś.

To nawet nie było pytanie, ale Anrai i tak mu przytaknął.

— Dlaczego?

— Ktoś musiał zająć się tym całym bałaganem. Ja nie lubię się mieszać. Nie, nie tak. Uwielbiam się mieszać w cudze sprawy, nie lubię tylko brać na siebie ich problemów.

— Dlaczego ja? Dlaczego nie Raynhard, kimkolwiek on jest?

— Ty byłeś bliżej. A Raynhard, kiedy się z nim widziałem ostatnim razem, sprawiał wrażenie, że nie zbliży się do Brugge choćby i za cenę życia. Oczywiście teraz to nie on jest w niebezpieczeństwie.

— Van?

Nagły chłód wypełnił wnętrze, gdy Anrai się uśmiechnął, i Dragas po raz pierwszy tak naprawdę uwierzył, że ma przed sobą coś nieludzkiego; demona, który tylko sprawia pozory niegroźnego, ładnego chłopca.

— Nie chciałbym być w skórze Moriverna, kiedy Rayn się dowie, co tu się wydarzyło. Pan kapitan nie był dla Vana zbyt miły.

— Miły! — Marco drgnął pod okryciem i Dragas zaklął bezgłośnie, żałując swojego wybuchu. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, sięgnął do jasnych włosów i pogłaskał go lekko. Marco wydał z siebie przytłumione westchnienie, po czym wtulił się w jego dłoń. Dopiero kiedy był pewien, że chłopak się nie przebudził, dodał już ciszej. — Ciekawie dobierasz słownictwo.

Anrai zamarł w nienaturalnym bezruchu, zasłuchany w sobie tylko dostępne dźwięki. Dragas już miał zapytać, czy wszystko w porządku, kiedy rudzielec otrząsnął się jak mokry kot. Minę też miał podobną.

— Tego nie przewidziałem.

Bez żadnych wyjaśnień wskoczył na parapet i tak niespodziewanie jak się pojawił, rozpłynął się w ciemnościach.

*

Odkąd tylko nadeszły najnowsze wieści ze wsi pod Brugge, Morivern nie umiał znaleźć sobie miejsca. Żołnierze z rosnącym lękiem przyglądali się, jak ich kapitan miota się po całym zamku. Służba de la Varre’ów już dawno znalazła schronienie w swoich pokojach, których nie opuszczała bez wyraźnego wezwania. Morivern nie dbał teraz o nich. Nie chciał jedzenia, nie żądał nawet wina.

Żołnierze nie mieli tyle szczęścia. Ci, którzy nie pełnili wart na podwórcu, robili wszystko, by nie znaleźć się na jego drodze, ale tak, by go przy tym nie stracić z oczu. Gniew kapitana mógł przekroczyć dziś wszelkie granice, gdyby któryś z nich był potrzebny i okazałoby się, że nie jest pod ręką. Może czasem pieskie było życie najemnika, ale żeby tak bezmyślnie je przekreślać?

Młody panicz zniknął razem z chłopakiem z Brugge. Co prawda odnalazł się już, ale to wcale nie rozwiązywało problemu ich kapitana. Żołnierz, który doniósł mu o niespodziewanym wtrąceniu się w sprawę koriańskiego posła, wciąż jeszcze krwawił ze złamanego nosa i rozbitej paskudnie brwi. Musieli jednak oddać swojemu kapitanowi sprawiedliwość: dając ujście swojej wściekłości uderzył tylko raz, celnie i mocno, ale raz. Zaraz potem kazał im się wynosić.

Żaden nie odszedł daleko. Gotowi na każde skinienie obserwowali go przez otwarte szeroko drzwi z korytarza, jak krąży po komnacie, gdzie ucztowali zaledwie wczoraj.

Na dziedzińcu podniósł się hałas. Morivern przypadł do okna. Zaklął.

— Sprowadzić go tutaj! — ryknął.

Klął jeszcze długo, aż z korytarza doleciał go odgłos pospiesznych kroków. Wtedy się opanował. Wygładził mundur, poprawił przy pasie miecz. Zajął miejsce u szczytu stołu, gdzie przed nim siadywał książę de la Varre. Masywne krzesło zabalansowało na dwóch nogach, kiedy odepchnął się okutym butem od blatu. Z kamienną twarzą czekał na wkroczenie niezapowiedzianego gościa, układając w głowie plan nadchodzącej rozmowy.

Nic nie zdążył zrobić. Nawet się nie odezwał. Zobaczył Raynharda w progu w towarzystwie dwóch swoich żołnierzy i… Świat umknął mu spod nóg.

Krzesło runęło na ziemię z głośnym trzaskiem, razem z nim Morivern. Pociemniało mu w oczach, kiedy uderzył głową w murowaną posadzkę, a szczapa ze złamanego na dwoje oparcia wbiła mu się boleśnie w plecy. Upadek wypchnął powietrze z płuc, pozostawiając go bez tchu. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze były dłonie niczym żelazne okowy, które zamknęły mu się na gardle. Wbił w nie palce, rozpaczliwie walcząc o oddech, ale Raynhard nie zamierzał ustąpić.

— Van — warknął dziko przybyły, odsłaniając w wyrazie wściekłości zęby. — Gdzie Van?

Rozpoznając żądzę mordu błyszczącą w ciemnych oczach, Morivern odpowiedziałby bez wahania, gdyby tylko był w stanie. Rzucił się pod przygważdżającym go do podłogi Rycerzem, ale bez rezultatu. Pod paznokciami czuł przeoraną, zakrwawioną skórę, ale chwyt Raynharda nie zelżał. Z każdą chwilą stawał się coraz mocniejszy, coraz bardziej śmiertelny. Kiedy był już pewien, że nie dostanie szansy na odpowiedź, Raynhard oderwał rękę od jego szyi, po to by odepchnąć nadbiegającego żołnierza. Najemnik zatoczył się do tyłu, ale za nim na ratunek swojemu dowódcy biegli już następni.

Ucisk zniknął zupełnie i kapitan zachłysnął się powietrzem. Częściowo tylko zarejestrował, że Raynhard walczy z jego ludźmi, a wokół na podłogę padają ciała, jedno po drugim. Ważniejsze na razie było to, by złapać oddech, by przestać się krztusić, żeby sprzed oczu zniknęły wirujące czarne plamy. Podniósł się do klęczek. Po plecach spływała mu krew z miejsca, gdzie połamane drewno przebiło skórę. Oddech wciąż się rwał, powietrza było za mało, gardło i szyja pulsowały boleśnie, ale w końcu rozgrywająca się parę stóp od niego walka zaczęła przedzierać się do jego świadomości.

— Dość — wychrypiał. Jego głos był tak słaby, że nie dotarł do nikogo poza nim samym. Brzdęk żelastwa i odgłos ciał obijających się o meble nie ustał i musiał spróbować jeszcze raz. — Dość! Opuścić broń! Dość mówię, barany! Starczy!

Przebił się w końcu ze swoim rozkazem przez wrzawę w pokoju. Pożałował tego od razu, bo chociaż zapadła cisza, to niemal w tej samej chwili on sam znowu znalazł się na plecach, a dłoń niczym z żelaza zacisnęła się na jego już posiniaczonym gardle.

— Dość — wyszeptał tak głośno jak tylko zdołał, odruchowo drapiąc trzymającą go rękę. Uścisk zniknął tak samo nagle jak się pojawił. Ciężar Raynharda przygniatający go do posadzki również. Z ulgą zamknął oczy, starając się zwalczyć nadciągającą ciemność, i z głośnym świstem łapał oddech.

— Wstawaj — usłyszał nad sobą. Zaśmiał się chrapliwie i przekręcił na bok. Podpierając się ręką usiadł. Spojrzał na Raynharda i na otaczających go chłopców.

— Wynocha! — warknął i od razu poczuł, że już to jedno słowo to za dużo. Tyle jednak wystarczyło. Żaden z żołnierzy nie zakwestionował rozkazu. Ci w dobrym stanie zabrali towarzyszy, którzy mieli mniej szczęścia. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, Morivern jęknął głośno i z trudem, przy pomocy stołu, stanął na nogi. Ostrożnie dotknął szyi. — I po co to było, co, Rayn?

Ciemne oczy zwęziły się złowrogo i kapitan odruchowo zrobił krok w tył.

— No już — szepnął ugodowo. Głośniej nie potrafił, głos odmówił mu posłuszeństwa.

— Van — przypomniał Raynhard.

— Ah, nasz paniczyk. Tu go nie ma. Uciekł mi. Razem z Markiem, mogę dodać.

— Gdzie jest?

Morivern opadł ciężko na nieuszkodzone krzesło.

— Hej! — zakrzyknął i zaraz zakrztusił się i boleśnie skrzywił. W progu pojawił się żołnierz. — Wina. Natychmiast!

Raynhard błyskawicznie pokonał dzielącą ich odległość. Gardło kapitana przed dalszą szkodą uratował tylko jego koci refleks. Morivern momentalnie się poderwał, odgradzając się od przeciwnika masywnym meblem.

— Spokojnie, spokojnie! Za chwilę.

Wysłany po wino żołnierz wrócił szybciej, niż kapitan się spodziewał. Morivern napełnił dwa kielichy, jeden podsunął Raynhardowi z przesadną kurtuazją, której mimo bólu i upokarzających okoliczności nie mógł się wyrzec, drugi od razu opróżnił. Znów się zakrztusił. Dopiero po kolejnej porcji wina poczuł się na tyle dobrze, by kontynuować rozmowę.

— Obaj są w najbliższej wiosce. Opuścili zamek wczorajszej nocy. Nie bez mojej winy, nie będę tego krył. Ty i pan hrabia zostawiliście mi na głowie młodego de la Varre’a. Od początku były z nim same kłopoty.

Raynhard przyglądał mu się długą chwilę bez słowa. W końcu odwrócił się i ruszył do wyjścia.

— Czekaj! — zawołał za nim i od razu skrzywił się z bólu. Odetchnął głęboko, ale nie umilkł. — Musisz wiedzieć coś więcej. W to wszystko wplątał się ten koriański poseł. Stanął na drodze moim żołnierzom.

— Poradzę sobie z nim.

— Jadę z tobą. — Już bez zbędnego zawracania głowy wypił wino prosto z karafki, po czym dołączył do Rycerza. — Sam nie byłem pewien, jak rozwiązać tę sytuację bez politycznego skandalu. Ale odpowiadam za Marca. Coś trzeba zrobić.

Raynhard mu nie odpowiedział. Nie protestował jednak, kiedy Morivern wybrał kilku ludzi i razem z nimi ruszył za nim do wioski.

Było już po północy, gdy zbliżyli się na tyle, by na tle ciemnego nieba zobaczyć ciemniejsze kształty zabudowań. Wtedy dołączył do nich jeszcze jeden jeździec. Najwyraźniej czekał na nich w tym miejscu. Wyłonił się z ciemności cicho jak duch. Tak też zareagowały na niego wierzchowce najemników, prychając i zapierając się przed dalszym marszem.

Jedynie gniadosz Raynharda zachował spokój. Parsknął powitalnie i otarł się chrapami o srokatego konia, którego właściciel zatrzymał się w głębokim cieniu potężnego, pozbawionego już liści drzewa.

Młody chłopak siedzący na grzbiecie srokacza skinął głową Rycerzowi, po czym spojrzał na Moriverna z mieszaniną zaciekawienia i odrazy.

— Odważny pan jest, panie kapitanie. Towarzyszyć Raynhardowi, kiedy wie pan, co on znajdzie tam w wiosce.

Twarz Raynharda stężała, a jego oczy zapłonęły w mroku.

— Powiedziałeś…

Chłopak przerwał mu nikłym gestem. Na jego twarzy odbiła się niechęć.

— Wiem, co powiedziałem. I podtrzymuję to. Vanowi nic nie jest. Nic poważnego przynajmniej. Co nie znaczy, że spodoba ci się to, co zobaczysz.

Raynhard bez słowa wbił pięty w boki konia i galopem ruszył do wioski.

Koń Moriverna zatańczył nerwowo w miejscu. On sam wcale nie czuł się spokojniejszy. Zimny wzrok nieznajomego budził w nim lęk, jakiego już dawno nie zaznał.

— Zabił trzech moich żołnierzy. Zrobiłem to, co należało zrobić.

Nie zamierzał się nikomu tłumaczyć, ale słowa wyrwały się same, bez jego świadomej decyzji. Na twarzy chłopaka pojawił się ledwo zauważalny, mrożący krew w żyłach uśmieszek.

— I bardzo dobrze się pan przy tym bawił, kapitanie.

Łaciaty koń zawrócił w miejscu, po czym pokłusował w ślad za gniadoszem Raynharda.

Morivern zaklął pod nosem. Powrót, może nawet ucieczka z Brugge tak jak to zrobili Marco z Vanem, nęciła go przez chwilę, ale nie uległ pokusie. Machnął na żołnierzy i ruszył ku wiosce. Jak powiedział, Marco nadal był jego odpowiedzialnością.

*

Hałas na zewnątrz wyrwał Marca ze snu. Rozejrzał się, w pierwszej chwili nie wiedząc, gdzie jest. Wiejska chata, skromne posłanie… Było ciemno, ale nie na tyle, żeby nie mógł dostrzec zarysu ławy, taboretu, pieca. Z okna biła łuna rozświetlających mrok na zewnątrz pochodni.

Powoli usiadł, trąc oczy.

Uciekli z Brugge. Trafili do wioski. Dragas powstrzymał żołnierzy Moriverna przed zaciągnięciem ich z powrotem do kapitana.

Dragas. Posłanie obok niego było jeszcze ciepłe. Czy…?

Bezwiednie zacisnął dłoń na ogrzanych na pewno nie przez siebie kocach. Czy to możliwe, żeby Dragas…? Dragas zajął tę chatę dla siebie, Marco przyszedł tu za nim, nie odwrotnie. Czy byłby na tyle bezczelny, by dzielić z nim posłanie?

Głupie pytanie.

Odgłosy dobiegające zza okna przybrały na mocy. Marco odegnał od siebie myśli o Korianinie leżącym przy jego boku, ze wszystkich sił odmawiając sobie jakiejkolwiek reakcji, choćby najsłabszego rumieńca. Czuł jednak, że serce uderza mu mocniej i szybciej. Odetchnął głęboko, starając się uspokoić. Wstał i powoli wyszedł przed chatę.

W tłumie ludzi Dragas pierwszy rzucił mu się w oczy, choć wcale świadomie go nie szukał. Stał tyłem do Marca, w otoczeniu swoich żołnierzy i kilku wieśniaków. Rozmawiał z kimś obcym, siedzącym na grzbiecie potężnego gniadosza.

Tym obcym był Raynhard.

Zmęczenie i apatia zniknęły. Marco poczuł jak gdzieś w środku wybucha w nim gniew i bunt. Nie spodziewał się tu Raynharda. Nie chciał go tu. Może nawet bardziej niż kapitana.

…który właśnie nadjechał i zatrzymał się obok niedawnego sługi de la Varre’ów.

Krew odpłynęła mu z twarzy. Morivern też tu był.

Rozdarty między chęcią natychmiastowej ucieczki do środka a stawienia czoła żołdactwu ojca, Marco nie ruszył się z miejsca. Wzrok uciekł mu do chaty, gdzie zostawił Vana. W progu stał Hannes. Przed nim strażnik postawiony tam przez Dragasa. Ani jeden, ani drugi nie sprawiali wrażenia, by mieli komukolwiek zejść z drogi, choćby i uzbrojonym, liczebnie przewyższającym ich żołnierzom von Throima.

Przemógł się i zrobił kilka kroków w stronę przyjezdnych. Zbliżając się, coraz wyraźniej słyszał toczącą się rozmowę. Mówili o nich.

— Marco wróci ze mną do Brugge. Raynhard zabierze Vana jak miał to zrobić od razu, czym oszczędziłby nam wszystkim całej masy problemów.

Hannes zaprotestował stanowczo, chociaż spokojnie.

— To się dopiero okaże, z kim i dokąd wyruszy stąd panicz Van. I czy w ogóle dokądkolwiek.

Kapitan obrzucił starca pogardliwym spojrzeniem, ale nie wdał się z nim w dyskusję. Raynhard też nic nie powiedział. Zsunął się z siodła, wodze wcisnął w rękę stojącemu przy nim rudzielcowi, ale zanim zrobił choć krok, podszedł do niego Hannes. Sucha dłoń starca zamknęła się na jego ramieniu i z niespodziewaną siłą przytrzymała w miejscu. Szepcząc coś kręcił głową, nawet na moment nie puszczając ręki Rycerza.

Morivern tymczasem mówił dalej.

— Pan, panie hrabio, pan niech nie kłopocze się dłużej tą sytuacją. W najmniejszym stopniu pana ona nie dotyczy.

Marco nie musiał widzieć Dragasa, by wiedzieć, że gdy odpowiadał, uśmiechał się.

— I tu się, kapitanie, mylicie.

Musiał to być ten sam półuśmieszek, irytujący, prowokujący, jaki raz już dzisiaj gościł na twarzy posła w podobnej sytuacji, gdy czekał na atak najemnika żądającego tego samego, co Morivern w tej chwili.

— Jest pan, panie hrabio, posłem obcego królestwa. — Morivern mówił spokojnie i wolno, ale przez pozorną ugodowość przebijało rosnące zniecierpliwienie. — Przysługuje panu immunitet, ale poza tym nie ma pan tu żadnej władzy. Żaden w tym pański interes, by mieszać się w rodzinne sprawy tutejszych lordów.

Morivern w końcu go dostrzegł. Marco nie mógł nic poradzić na to, że zatrzymał się za plecami koriańskiego posła, gdy tylko pochwycił wzrok kapitana. Dragas też zauważył jego obecność, ale poza krótkim spojrzeniem rzuconym mu ponad ramieniem, nie zareagował w żaden sposób. Kontynuował rozmowę.

— Pomijając wszelkie inne kwestie, w tym i mój interes, panicz von Throim sam zwrócił się do mnie z prośbą o wsparcie, kiedy zjawili się tu wasi żołnierze. Ja mu tego wsparcia udzieliłem. Swojego słowa nie cofnę, chyba że Marco podejmie inną decyzję. Sam. Bez waszych nacisków, kapitanie.

— Dla wszystkich będzie lepiej, jeśli pozostanie pan z boku.

— Nie dla wszystkich. — Marco uniósł głowę, ściągając na siebie uwagę zgromadzonych. — Miałem nadzieję, że zrozumiał pan już, kapitanie, że nie ma tu czego szukać.

— Marco.

Kapitan wykonał coś na kształt pełnego szacunku skinienia, ale on nie dał się zwieść. Zmrużył oczy i jeszcze wyżej zadarł brodę. Zanim odpowiedział, odwrócił się do niego Dragas.

— Nadal zdajesz się na mnie?

Nie zastanawiał ani chwili.

— Tak.

— Marco.

— Sam pan słyszał, kapitanie — wszedł mu w słowo Dragas. — Podtrzymuję to, co powiedziałem. Panicz von Throim znajduje się pod moją opieką.

— Nie masz prawa… — Morivern urwał i zacisnął mocno wargi. Dopiero po chwili zwrócił się bezpośrednio do swojego podopiecznego. — Nic nie wybije ci z głowy tych głupot, Marco? Co mam powiedzieć twojemu ojcu?

— Proszę o tym nie myśleć, kapitanie. Sam mu wyjaśnię. Wszystko. Rozsądzi, czy rzeczywiście to ja źle zrobiłem opuszczając pana i Brugge.

— Rozczarujesz się, Marco. Już ci mówiłem, twój kapitan to… Żaden lord nie pogardzi takim żołdakiem.

Jak wcześniej na Marcu, teraz uwaga wszystkich skupiła się na Vanie, który pojawił się na progu chaty. Młody de la Varre podpierał się ciężko o drzwi. Mimo że jego słowa były skierowane do Marca, a dotyczyły Moriverna, to nie widział ani jednego, ani drugiego. Zdawało się, że z całego tłumu istnieje dla niego tylko jedna osoba. Raynhard.

Marco w jednej chwili zapomniał o Morivernie i wszystkim, co się tu rozgrywało. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się między tą dwójką, zmusić Raynharda do odstąpienia, może wykrzyczeć mu w twarz, że on też nie ma tu czego szukać, gdzie był, kiedy naprawdę był potrzebny? Dopiero gdy poczuł dłoń na swoim ramieniu, zdał sobie sprawę, że jest o krok od wybuchu. Dragas na niego nie patrzył, za co Marco był wdzięczny. Czuł jednak na sobie czyjś wzrok. Rudzielec ściskający w dłoni uzdę gniadego konia Raynharda nie odrywał od niego oczu z zagadkowym, trochę rozbawionym, trochę zadumanym wyrazem.

— Panowie, jest środek nocy, będziemy tak tu stać i…

— Nie!

Rozsierdzony krzyk Korianina, poprzedzony trzema krótkimi błyskami i świstem powietrza, przerwał Morivernowi w pół zdania. Dragas wytrącił kuszę z rąk najbliższego żołnierza, żołnierza Rosiere’a, ale już było za późno. Raynhard dopadł do Vana, gdy ten osunął się na kolana, patrząc przed siebie oszołomionym, nie rozumiejącym spojrzeniem.

— Nie, Van, nie…

Broczące krwią ramię, wąska strużka z piersi, obfitsza spod żeber, czarne w świetle pochodni. Marco też nie wiedział, co zaszło, ale Van krztusił się krwią, a Raynhard wołał Hannesa, który już do nich spieszył tak szybko, jak tylko był w stanie.

— Nie. Nie, nie, nie tak… Nie teraz, bogowie, nie tak…!

Marco rzucił się przed siebie, padł na kolana przy Vanie. Trzy rany, i tak dużo krwi. Gasnące spojrzenie, którego tylko przez moment był celem, bo od razu wróciło do poszarzałej twarzy Raynharda. Van poruszył wargami, ale nie wydostał się spomiędzy nich żaden dźwięk poza charczącym oddechem.

— Nie, nie, nie poddawaj się — szeptał Marco, przerażony tym, że to koniec. Zamarł, nie wiedząc, co zrobić, gdzie położyć rękę. Złapał klęczącego obok niego starca i potrząsnął nim rozpaczliwie, bo Hannes szeptał coś tylko, nie próbował ratować Vana.

— Zrób coś. On… chyba…

Hannes ostrożnie wyswobodził się, ale zamiast zająć się Vanem, ujął okrwawione dłonie Raynharda. Pokręcił głową, kiedy pochwycił dzikie spojrzenie Rycerza.

— Obaj wiemy…

— Nie!

Marco już sam nie wiedział, kto protestuje – Raynhard, czy on sam. Wszystko wokół huczało tylko jednym słowem: nie, nie, nie, nie.

Raynhard rozejrzał się gorączkowo wokół.

— Anrai!

Ktoś odepchnął Marca do tyłu.

— Wynoście się stąd wszyscy.

Rudzielec podobnie potraktował Hannesa. Raynhard nie dał się odsunąć. Z nim Anrai nie walczył. Klęknął po przeciwnej stronie Vana. Pochylił się. Marco chciał wrócić, chciał widzieć, co się dzieje, ale ktoś przytrzymał go w miejscu. Ktoś, Dragas – to mógł być tylko on. Szarpnął się, jednocześnie mocno chwytając trzymające go ramię. Dragas coś mówił, ale Marco nie słuchał słów. Nie rozumiał ich nawet, tak jak nie rozumiał nabierającej mocy inkantacji.

Noc rozbłysła oślepiającym światłem.

A potem nie było już nic.

KONIEC KSIĘGI I

Reklamy

13 uwag do wpisu “Rozdział XIV

  1. NNNNNNNIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! O___O Co tu się stało?! Dlaczego tak?! Dragas, Marco, Van, Raynhard, kusza, kto strzelał, czemu strzelał, czemu tego tyleeee?! D:
    I ja mam teraz iść spać? Tak? Tak po prostu? Teraz, kiedy pikawa mi wali, jakbym samego Hiddlestona pod prysznicem zastała?! NO WAY!!! Tak się nie da!
    Bogowie, tyle się dzieje, akcja taka, emocje bardzo! Wszyyyyystkoooo koooocham! TT___TT I gdzie jest reszta? Kiedy ja tu pragnę i pożądam kontynuacji! D:
    Matulu, będę teraz przeżywać przez pół nocy. Dlaczego kończysz w takim momencie…? T^T

    Polubione przez 1 osoba

    • Tak, wiem, dużo się dzieje w tych dwóch ostatnich rozdziałach. Ale po co rozwlekać to na pięć, skoro można to wszystko zrzucić Czytelnikowi na głowę na raz? 😀 Cieszy mnie reakcja, cieszą mnie emocje, chociaż mam nadzieję, że jednak się wyspałaś. A co do końcówki, cóż, pisarzyny to takie wredne stworzonka.
      Kontynuacja już wkrótce. Obiecuję, że nie pozostawię „Sojuszu” zawieszonego w takim miejscu na długo.
      Dziękuję za komentarz! (I mentalny obrazek Hiddlestona.) Pozdrawiam!

      Polubione przez 1 osoba

  2. To się znowu dzieje….! Trochę czasu minęło odkąd tak bardzo wciągnęła mnie lektura. Naprawdę tęskniłam za tym uczuciem. Świetnie budujesz napięcie. Nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów. Tym razem krócej, ale konkretniej- dziękuję Ci ❤
    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

    • To ja dziękuję za komentarz! Miło przeczytać, że dałaś się wciągnąć w tę historię. Następne rozdziały stoją już w kolejce do publikacji. Pojawią się, ale najpierw niech ta końcówka potrzyma jeszcze chwilę w napięciu 😉 Pozdrawiam!

      Polubienie

  3. Od kiedy przeczytałam prolog, wiedziałam, że pokocham Twoją historię szybciej niż bym chciała. I tak było. Zakochałam się już po pierwszym rozdziale, a każda chwila, która ( tak na marginesie dzisiaj spędziłam) poświęciłam na czytanie, sprawiła że nie mogę wyjść z podziwu dla Ciebie. Naprawdę! Masz genialny styl i łatwość z jaką przychodzi Ci napisanie rozdziału, to coś wspaniałego!
    Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału i tego, co przyjdzie nam, czytelnikom, tam zobaczyć.
    Pozdrawiam i dziękuję za Twoją ciężką pracę 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Świetne opowiadanie. Każdy bohater jest inny i świetnie zarysowany. Tak w ogóle to opowiadanie śmiało mogłabyś wydać w postaci książki i na pewno znalazło by się wiele chętnych by ją kupić i przeczytać ze mną włącznie. Czekam z niecierpliwością na drugą część i nie każ czekać na nią długo chociaż wiem ,że warto 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • Bardzo dziękuję za miłe słowa 🙂 Już dawno temu zdecydowałam, że skoro „Sojusz” pojawił się jako opowiadanie sieciowe, to takim pozostanie. Druk z pewnością podbudowałby moje ego, ale co jeśli sodówka uderzyłaby mi do głowy? 🙂
      Druga część właśnie się zaczyna. Zapraszam na najnowszy rozdział. Pozdrawiam!

      Polubienie

  5. Wreszcie przeczytałam już całą I księgę i pierwszy rozdział II księgi i… Zeusie! To jest wspaniałe! Uwielbiam to opowiadanie! Pochłonęłam wszystkie rozdziały (z przerwą na sen) i mam teraz te złe uczucie pustki, gdy muszę czekać na kolejne części. Chciałabym, by już wszystkie były opublikowane, ale trudno. Będę w miarę cierpliwie wyczekiwać kolejnych. Długo szukałam czegoś, co mnie tak pochłonie, bo miałam wrażenie, że już wszystko, co bardzo dobre przeczytałam/ czytam, a tu proszę, na takie cudeńko przypadkowo trafiłam. 🙂
    Nie umiem pisać komentarzy i nie wiem czy pod każdym kolejnym rozdziałem pozostawię po sobie ślad, ale wiedz, że Cię wielbię i to opowiadanie również! I nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów, bo historia mega wciągająca, a postacie super przedstawione.
    Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci weny i czasu na pisanie. 🙂
    Pozdrawiam,
    Fumishi. 🙂

    PS Nie wiem czy to u mnie jakiś błąd, ale nie mogłam skomentować rozdziału w księdze II, więc postanowiłam, że komentarz zostawię tutaj.

    Polubione przez 1 osoba

  6. Pierwszy raz miałam okazję zapoznawać się z Twoją pracą kilka lat temu, na pewnym forum yaoi… 😉 Przypomniałam sobie ostatnio o nim, udało mi się znaleźć, przeczytałam… I powiem szczerze, albo mam słabą pamięć, albo sporo zmieniłaś – i to na o wiele lepsze. Historia jest dojrzała, wyważona… I całkowicie mnie pochłonęła. Zakochałam się w chyba wszystkich bohaterach, których chciałaś, żeby czytelnik kochał. Kibicuję im we wszystkim, co robią (co z tego, że czasem to są sprzeczne działania i wchodzą sobie w drogę? tym lepiej!)… I tylko nie wiem, który ship bardziej mi się podoba: Marco/Dragas czy Marco/Van. Najpierw byłam całkowicie za tym drugim, ale Dragas jest taaaki cudowny dla Marka i wyraźnie obu do siebie nawzajem ciągnie. Jednocześnie wciąż mam niejaką nadzieję na Marco/Vana, bo uwielbiam gdy związek zaczyna się od przełamania wzajemnej niechęci…. Ach, wątpliwości. Byłoby znacznie łatwiej gdybyś nie dawała czytelnikowi takich zagwozdek. (Żartuję. To jest świetne, jeśli nie ma się 100% pewności, kto z kim będzie. Tak trzymaj! Tylko nie za długo, bo umrę.)

    Czekam z niecierpliwością na kolejne rozdziały. Wena życzę! 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s