Rozdział XIII

Od świtu prześladował ich pech. Najpierw pod obozowisko podeszła woda, choć w pobliżu nie było rzeki, która mogłaby wylać. Pełna beztroski odpowiedź gwardzistów Rosiere’a odnosząca się do jesieni tylko wzmogła irytację Dragasa. Powoli zaczynał nienawidzić tego słowa i wszystkiego, co z sobą niosło. Zanim zebrali rzeczy, coś spłoszyło wierzchowce. Stracili cały ranek na ich złapanie i uspokojenie. W końcu opuścili zalaną okolicę. Koło południa zatrzymali się na krótki postój przy szlaku, by posilić się suchymi racjami, przygotowanymi przez śliczną Marie z karczmy Rudolfa Rocheta. Jak się okazało, suche racje tylko z nazwy pozostawały suche, bo w czasie noclegu i porannej powodzi wszystko zamokło.

— Od następnej gospody dzieli nas dzień drogi — podpowiedział hrabiemu najstarszy stopniem wśród ilearskich żołnierzy. — Mniej, jeżeli pojedziemy na przełaj przez las.

Dragas rozważał przez moment ten pomysł, patrząc między drzewa porastające obie strony gościńca. Przy samej drodze nie były jeszcze tak gęste, ale im głębiej, tym ich było więcej. Z każdym jardem w głąb lasu mniej światła przedzierało się przez rozrośnięte korony, przez co bez względu na porę dnia w najlepszym razie było tam widno jak późnym zmierzchem.

— Nie. Znów możemy trafić na jakieś bagnisko. — Tego akurat najmniej się obawiał, ale to dobry powód do odmowy bez otwartego okazania braku zaufania do Ilearczyków. — Na konie i żywo do przodu.

Jako ostatni znalazł się w siodle. Ujechał tylko kilka kroków. Jego koń wyraźnie kulał. Żołnierze zdążyli wysunąć się już sporo do przodu, więc zakrzyknął na nich, by zawrócili i zsunął się na ziemię, żeby obejrzeć wierzchowca.

— Stracił podkowę — oznajmił, co przyniosło mu w odpowiedzi kilka przekleństw zarówno w rodzimym, jak i tutejszym języku.

Królewscy gwardziści wymienili między sobą powściągliwe spojrzenia. Jakoś szczęście nie towarzyszyło posłowi w jego wyprawie. Zupełnie jakby los chciał zatrzymać ich w miejscu, uniemożliwić dalszą drogę ku granicy i koriańskiej książęcej parze. Jeden coś szepnął. Od razu podchwycił to następny i przekazał towarzyszom. Nie tylko ilearscy panowie i nie tylko prości żołnierze nie chcieli tu z powrotem Marienne i jej męża. Bogowie również sprzysięgli się przeciwko nim.

Dragas dostrzegł ich poruszenie i nawet jeśli nie wszystko zrozumiał, to domyślił się, czego dotyczyło. Daleki był od szukania winy w woli tutejszych bożków, ale że nie zamierzał ścierać się z żołnierzami udał, że nie dosłyszał ich szeptów. Poklepał parskającego nerwowo konia po karku, zastanawiając się, co dalej. Zawołał jednego ze swoich ludzi.

— Gdzie jesteśmy?

Nawet będąc już u jego boku porucznik dyskretnie obserwował gwardzistów. On też wszystko słyszał i też im nie ufał, choć tak jak hrabia nie miał zamiaru się z tym zdradzać. Tych siedmiu młodzików nie stanowiło specjalnie groźnych rywali, ale po co kusić los.

— Na ziemiach de la Varre’ów.

— Potrzebny będzie kowal.

Podjechał do nich gwardzista, ten sam, który zasugerował drogę na skróty przez las.

— Będziemy musieli zboczyć z gościńca, ale wiem, gdzie jechać. — Wytrzymał taksujące spojrzenie koriańskiego porucznika i wyżej zadarł głowę, nie ustępując mu pola. Poza krótkotrwałym grymasem i mocniejszym zaciśnięciem dłoni na wodzach, by nie sięgać do boku, niczym nie okazał niechęci. Ponownie zwrócił się do posła. — Panie hrabio?

Dragas przyglądał się jeszcze przez moment milczącemu starciu między podkomendnymi, dopóki nie uznał, że czas to kończyć.

— To w drogę, panowie. Szkoda dnia na pogawędki.

Nie czekając na nich chwycił uzdę i pociągnął kulejącego konia za sobą. Gwardzista niemalże od razu do niego dołączył, tłumacząc kierunek. Zrobił to tak, by nikt nie miał wątpliwości, że proponowany przez niego szlak jest bezpieczny i jedynie na tyle odbiega od dotychczasowej drogi, jak to naprawdę konieczne.

*

Marco obudził się z przeświadczeniem, że coś twardego wbija mu się w plecy. Każdy najmniejszy ruch witany był rozchodzącą się z tego miejsca falą bólu. Jęknął, próbując zmienić pozycję. Kiedy to nie pomogło, otworzył oczy, tylko po to, by od razu z powrotem mocno zacisnąć powieki.

Wydarzenia poprzedniej nocy wróciły z oślepiającą siłą.

— Nareszcie. Myślałem, że prześpisz cały dzień. Już prawie południe.

Van opierał się o drzewo niedaleko niego, owinięty płaszczem. Sprawiał wrażenie pogrążonego w drzemce i przez moment Marco zastanawiał się nawet, czy się nie przesłyszał.

— Chyba się jednak nie obudziłeś. — Znudzony głos od razu wyprowadził go z błędu.

— Nie, obudziłem się — odpowiedział szybko, choć wbrew swoim słowom nie czuł się jeszcze całkiem przytomny. — Już wstaję.

Potarł mocno oczy, siadając na mokrej trawie. Nie tylko trawa była mokra – ubranie przesiąkło wilgocią z powietrza sprawiając, że było mu zimno i źle. Powoli się podniósł, rozcierając skostniałe ramiona. Chwycił rzucony mu płaszcz, który wcześniej służył Vanowi za poduszkę, i od razu zawinął się w nie do końca suchy, ale lepszy od tego, co miał na sobie, ciężki materiał.

— Jak się czujesz? — zapytał, zaciągając poły płaszcza wokół siebie.

— Dobrze.

Van nie wyglądał dobrze. Był blady, włosy lepiły mu się do twarzy, a źrenice błyszczały gorączką.

— Powinniśmy chyba się stąd zbierać.

Odpowiedziało mu ledwo zauważalne kiwnięcie, ale poza tym Van nie wykonał nawet ruchu, by się podnieść i iść dalej. Nie odezwał się i Marco sam musiał przerwać milczenie.

— Masz jakiś plan?

Van potrząsnął głową, nadal nic nie mówiąc. Marco pohamował poirytowane westchnienie.

— Van.

— Wiem już, gdzie jesteśmy. Popatrz tam.

Odwrócił się i aż oniemiał, czując przypływ niewypowiedzianej ulgi. Las przerzedzał się i spomiędzy drzew prześwitywał widok przygotowanych na zimę pól. Dalej musiała być wioska, najpewniej ta, z której Morivern zwoził potrzebne w zamku rzeczy.

…tylko co z tego, że dotarli do wioski, że tam byli ludzie, których mogliby poprosić o pomoc, skoro oni oddadzą ich kapitanowi? Ale musieli zaryzykować, nie mieli wyjścia.

— Potrzebujemy jedzenia, ktoś powinien obejrzeć twoje plecy.

Wioska była na wyciągnięcie ręki, a tam to wszystko, czego im było teraz potrzeba.

Van nic nie opowiedział, ale przytaknął nikłym ruchem głowy. Znów miał zamknięte oczy. Ta bierność i ugodowość zaczęły przerażać Marca.

— Van, powiedz, co powinniśmy zrobić?

— Pójść do wioski po jedzenie i suche ubrania. Może i konie, jeśli ktokolwiek uzna tam moje prawa własności. Tylko że…

— Morivern nas tam znajdzie.

Van znów kiwnął głową.

— Twoi żołnierze już tam dziś byli. Widziałem, jak opuszczali wieś. Aż dziw, że nie przetrząsają jeszcze lasu.

Skrzywił się, słysząc „twoi żołnierze”. Nie mógł nawet zaprzeczyć – przecież to byli żołnierze von Throim.

— To co nam pozostaje?

— Nic.

Znów spojrzał przez drzewa na pola, wypatrując zarysu chat. Potrzebowali jedzenia, konie byłyby spełnieniem marzeń. Jednak czy istniała szansa, by wieśniacy na ich widok nie popędzili po Moriverna? Jeżeli żołnierze odwiedzili już wioskę, to mieszkańcy wiedzieli, że kapitan szuka uciekinierów z zamku. Wątpił, by ktoś był w stanie przeciwko niemu wystąpić. Sam bał się tego, do czego zdolny był Morivern.

A gdyby tak zakraść się tam, niepostrzeżenie coś zdobyć? Uciec, zanim ktokolwiek się zorientuje? Czy to mogłoby się udać? Był środek dnia, wieś tętniła życiem, wszyscy byli na nogach, czujni po wizycie żołnierzy. Nie. Do tego Van. Przecież nie zostawi go tu samego.

Van też patrzył w kierunku wioski, ale poza obojętnością Marcowi niczego nie udało się wyczytać z jego twarzy. Poddał się, pogodził z tym, że nic nie są w stanie zrobić. Nic poza czekaniem, aż kapitan ich znajdzie.

Nie, nie tak się to skończy.

— Nie. — Marco powtórzył to na głos z determinacją, która nagle wypchnęła wahanie i strach. Podszedł do Vana i trącił go lekko w nogę, żeby zwrócić jego uwagę. — Wstawaj. Nie po to opuściliśmy Brugge, żeby teraz czekać tu na Moriverna.

— A to nie wszystko jedno: tutaj czy w wiosce?

— Nie. Bo nie pójdziemy do wioski — oznajmił. — Wstawaj.

Na długą chwilę zapadła przytłaczająca cisza, ale wreszcie Van zdecydował się spełnić jego prośbę. Nie, nie prośbę – nakaz. Powoli, podpierając się o popękany, śliski od wilgotnego mchu pień podniósł się z ziemi. Zdusił jęk bólu, choć grymasu na twarzy nie zdołał powstrzymać.

Marco szybko odwrócił wzrok udając, że nie zauważył. Nie mogli tu zostać, musieli iść dalej.

— Wstałem. Co teraz, von Throim?

— Idziemy. Skrajem lasu w kierunku gościńca. Może tam znajdzie się ktoś, kto nam pomoże dotrzeć do stolicy.

Stolica była bliżej niż portowe miasta. Po drodze zastanowią się, co dalej.

Odpowiedziało mu badawcze, oceniające spojrzenie, długo nie opuszczające jego postaci. Potem Van po raz kolejny przytaknął.

— Prowadź.

Pohamował napływ cieplejszych uczuć na widok nikłego uśmiechu. Za wcześnie na zadowolenie. Przed nimi rysowała się perspektywa naprawdę długich i ciężkich dni.

Pozostawili za sobą zgniecioną trawę, zdeptane i połamane gałązki; nikt, nawet nieobeznany ze sztuką tropienia, nie mógł przegapić wyraźnych znaków ich obecności. Van zdawał się w ogóle tym nie przejąć.

— Deszcz wszystko zmyje — powiedział, gdy dostrzegł wahanie Marca. — Niedługo znów się rozpa… da.

Marco najpierw zauważył jego minę, nagle zmrużone oczy i skrzywienie warg, dopiero potem załamanie głosu. Podążył wzrokiem za jego spojrzeniem i aż się cofnął, wpadając plecami na drzewo.

Jeśli miał sądzić po wyrazie zdumienia, jaki malował się na twarzach trzech mężczyzn obładowanych sidłami i drobną leśną zwierzyną, nie on jeden nie spodziewał się towarzystwa.

*

Nie mieli dostatecznych argumentów, by przekonać potężnie zbudowanych myśliwych, żeby ci zapomnieli o ich istnieniu. Idąc za nimi przez wioskę nie rozglądali się na boki. Van nie odrywał wzroku od ubitej drogi, pooranej krzywymi, zalanymi koleinami, Marco starał się patrzeć jedynie przed siebie, nie zauważać gwaru wokół. Ich przybycie wywołało niemałe poruszenie. Wieśniacy powychodzili przed domy i gromadzili się teraz na niewielkim placu między chatami. Nikt chyba nie został w środku; wszyscy chcieli zobaczyć szykujące się widowisko.

Van był celem większości spojrzeń i szeptanych komentarzy. To oczywiste, znali go tu. Był ich paniczem, ich przyszłym – niedoszłym – księciem.

— Nie możemy tu zostać — odezwał się Marco, sam już nie wiedząc, który raz to mówi. Jak do tej pory usłyszeli tylko, że nie mają powodów do obaw, ale nie zostaną pozostawieni w spokoju. Nic więcej. — Nie możecie nas oddać żołnierzom. Jeśli chcecie sprowadzić Moriverna…

Ruch wielkiej, twardej dłoni uciszył go w pół zdania. Zirytował się, ale nie zdziwił, kiedy Van nie zareagował ani na jego słowa, ani na zachowanie myśliwych. Od momentu, gdy tych trzech zjawiło się przy nich w lesie, ani raz się nie odezwał. Nie okazał strachu, ale też nie protestował i nie próbował się bronić, potulnie zgadzając się na marsz do wioski.

Otaczające ich szepty nabierały mocy, a niepokój Marca wzmagał się z każdym kolejnym krokiem. W ciągu ostatnich dni zdążył zapomnieć, jak złą sławą cieszył się Gabriel de la Varre. Z pewnością jego poddani nie mogli mieć lepszego o nim zdania, niż wysoko postawione głowy w państwie. Może to wcale nie ciekawość wyciągała całe rodziny przed chaty. Może to nienawiść rozpalała ich oczy. Chęć zemsty. Chęć pogrążenia młodego panicza.

— Nie mogę w tej chwili nic zaoferować, ale mój ojciec, kiedy się dowie…

— Zamilcz. — Mimo ostrego słowa ton prowadzącego ich mężczyzny był łagodny jak prośba, nie rozkaz, ale i tak odniósł skutek. Marco zaprzestał dalszych prób. Jakie miał wyjście? Przecież wieśniacy, choć nieszkoleni w boju, stanowili zagrożenie nawet dla zakutego w zbroję rycerza. Co dopiero mówić o nich, zmęczonych i bez broni. Gdyby ci ludzie chcieli dokończyć dzieła pogromu rodu de la Varre, nic nie zdołałoby ich przed tym w tej chwili powstrzymać. Na pewno nie Marco.

A jeżeli tak właśnie było? Przystanął, porażony tą myślą. Jeżeli wieśniakom nie chodziło o to, by oddać ich Morivernowi? Jeżeli sami chcieli rozprawić się z paniczykiem z Brugge?

Van z pewnością sprawiał wrażenie idącego na ścięcie.

Marco tak nagle się zatrzymał, że nawet Van to zauważył. Obejrzał się i też przystanął.

— Co się stało?

— Jeszcze nic, ale… — wyszeptał Marco i umilkł, pochwyciwszy wzrok jednego z eskortujących ich myśliwych.

— Paniczu?

To słowo zabrzmiało jak kpina. W surowej, zarośniętej twarzy mężczyzny było coś takiego, co tylko utwierdziło Marca w przekonaniu, że się nie myli co do ich zamiarów. Zdusił rodzącą się na nowo panikę, ze wszystkich sił starając się zachować zdolność jasnego myślenia. Zadarł wyżej głowę w odpowiedzi na po części wyczekujące, po części oceniające spojrzenie myśliwego. Odegnał od siebie myśl, jak musi wyglądać po ucieczce od własnych żołnierzy i nocy spędzonej w lesie, i skupił się na tym, że ma do czynienia jedynie z wieśniakiem; silnym, niebezpiecznym i mającym nad nim niezaprzeczalną przewagę pod każdym względem w tej sytuacji, ale tylko wieśniakiem.

— Jakie macie wobec nas plany?

Myśliwy nie odpowiedział. Nawet jeśli miał taki zamiar – a musiał mieć, bo stanowczość w głosie Marca nie pozostawiała wątpliwości, że to nie prośba przestraszonego dzieciaka, a żądanie panicza, któremu odpowiedź się należy – to zanim zdołał się odezwać, szmer szeptów wzmógł się jeszcze bardziej, uniemożliwiając dalszą rozmowę.

Ku nim zmierzał starszy, siwy mężczyzna. Odciągnął jednego z myśliwych na bok i od razu zaczął mówić coś szybko i cicho, zerkając na Vana i Marca.

— Co się dzieje? Kto to jest? — zapytał Marco. Znów nie dostał odpowiedzi ani od wieśniaków, ani tym bardziej od Vana, przyglądającego się starcowi z dziwnym, trudnym do odczytania wyrazem, który zastąpił dotychczasową obojętność.

Kiedy myśliwy do nich wrócił, bez uprzedzenia chwycił Marca i pociągnął za sobą do najbliższej chaty.

— Idziemy — rzucił krótko. Drugi ścisnął ramię Vana i pokierował go w tę samą stronę. — Szybko.

— Hej! — zaprotestował głośno Marco, bezskutecznie próbując się wyrwać.

Przez twarz Vana przebiegł skurcz bólu, gdy palce wieśniaka zacisnęły się mocniej, ale od razu zapanował nad sobą. Popatrzył na trzymającego go w taki sposób, że tamten momentalnie cofnął dłoń i odruchowo zrobił krok do tyłu. Najwyraźniej Van również przypomniał sobie, kto tu jest lordem.

— Van, musimy iść.

Szkoda tylko, że zapomniał o tym w momencie, kiedy usłyszał ponaglający głos starca.

— Hannes — szepnął ledwo słyszalnie. Włosy opadły mu na twarz, kryjąc ją przez wzrokiem otaczających go ludzi i w jednej chwili jego pewność gdzieś uleciała. Zaparł się jednak i nie ruszył z miejsca.

Bladobłękitne oczy, niespotykanie żywe w pomarszczonej twarzy, wypełniły się zniecierpliwieniem. Ale poza tym emanowała z nich łagodność – coś, czego Van nie mógł dostrzec, bo starannie unikał spojrzenia wiekowego mężczyzny nawet wtedy, gdy się do niego zwracał.

— Potrzebuję dwóch koni i suchych ubrań. I jedzenia. I wyjeżdżam stąd.

Ostatnie słowa dobitnie zaakcentował, z góry chcąc dać do zrozumienia, że w grę nie wchodzą żadne protesty.

— Van.

— Natychmiast.

Starzec westchnął zrezygnowany.

— Obawiam się, że to już…

— Van de la Varre! Kto by się spodziewał — przerwał mu śpiewny, znajomo brzmiący głos. — Widać plotki o twojej śmierci były mocno przesadzone, co mnie oczywiście niezmiernie raduje.

Van momentalnie podniósł głowę, zapominając o śledzących każdy jego ruch ludziach wokół, a Marco poczuł, jak na dźwięk tego głosu ogarnia go niezrozumiałe gorąco. Ostatni raz słyszał go wieki temu. Nad brzegiem strumienia w królewskich ogrodach. A potem już tylko w myślach, uparcie powracający ze słowami, których Marco nie chciał rozważać.

— Próbowałem was ostrzec — szepnął Hannes, jak oni patrząc na zbliżającego się Korianina, za którym szedł okulały koń. — Teraz już za późno na cokolwiek.

— Panicz von Throim — mówił dalej Dragas. Kiwnął powitalnie głową ku skamieniałemu chłopakowi. — Jeszcze większa niespodzianka. Zastanawiam się, cóż to za bogowie sprowadzili mnie w te strony właśnie teraz.

— Dragas — szepnął Marco, zaskoczony i dodatkowo zmieszany powracającymi wspomnieniami. — Co ty tu robisz?

W zamierzeniu miał zabrzmieć stanowczo i pewnie, ale jak wcześniej jedynie szept wydostał się ze ściśniętego gardła.

— Jeszcze nie wiem. Ale z pewnością najbliższe chwile przyniosą nam odpowiedź. — Błysk rozbawienia przygasł, zastąpiony przez zadumę, gdy jego wzrok powrócił do Vana. Zmarszczył brwi, jakby do końca nie wierzył w to, co widzi przed sobą. — Ty naprawdę powinieneś nie żyć.

Van zmrużył wściekle oczy, ale zanim zdążył się odezwać, Marco znalazł się przed nim, odgradzając od Korianina. Zażenowanie i coś jeszcze, czego nie potrafił – i nawet nie chciał – nazwać, ustąpiło miejsca narastającemu gniewowi.

— Nie zbliżaj się — syknął. — Nie waż się podejść bliżej.

Dragas zatrzymał się i chyba nikt nie był tym bardziej zdziwiony niż sam Marco. Musiało się to odbić na jego twarzy, bo Dragas zaśmiał się cicho. Szybko jednak spoważniał.

— Co mu jest? — zapytał, wskazując Vana.

Marco obejrzał się szybko przez ramię do tyłu. Na moment zapomniał, że przecież Van nie jest w pełni sił. Oczywiście w obliczu śmierci z rąk rozwścieczonych wieśniaków prośba o pomoc wywietrzała mu z głowy.

— Nic — odpowiedział zamiast niego Van. — „Jemu” nic nie jest.

— Rzeczywiście, jak mogłem nie zauważyć. — Hannes oparł mu dłoń na plecach, chcąc go delikatnie popchnąć w stronę najbliższej chaty i Van, zaskoczony jego działaniem, nie zdołał pohamować bolesnego jęku. Starzec momentalnie opuścił rękę. — Co się stało?

Na odpowiedź Vana nie mieli co liczyć, więc Marco sam spróbował wyjaśnić.

— Wczoraj w nocy kapitan Morivern…

— Milcz! — przerwał mu Van. Odsunął się od nich i mocniej zaciągnął poły płaszcza. — Nic mi nie jest.

— Nieprawda. — Marco odwrócił się do niego. — Dobrze wiesz, że to nieprawda. Oni mogą nam pomóc.

W pełnej napięcia i niepokoju postawie starego wieśniaka nie dopatrzył się groźby. Hannes na pewno nie chciał widzieć ich panicza ze sznurem na szyi. On naprawdę mógł przyjść im z pomocą.

— Van. Nie odstaniesz niczego, dopóki nie przekonamy się, że jesteś w stanie gdziekolwiek wyruszyć — powiedział cierpliwie Hannes, jakby czytał mu w myślach. Van spiął się wyraźnie, ale nie cofnął się już, gdy starzec znów się do niego zbliżył i tym razem jeszcze ostrożniej ujął go za rękę.

Marco zaryzykował krótkie spojrzenie na Korianina, który wciąż stał niedaleko, przyglądając się temu w zadumie. Dragas kiwnął nieznacznie głową w odpowiedzi na jego nieme pytanie.

— Niech ten wieśniak zajmie się Vanem. Może w tym czasie ty wprowadzisz mnie w sytuację? Bo wydaje mi się, że macie tutaj niemałe problemy, nie tak, Marco?

Zawahał się, ale niespodziewanie Van podjął decyzję za niego.

— Powiedz mu, co chce wiedzieć. Nie mamy wyjścia.

Rezygnacja w głosie Vana nie spodobała mu się ani trochę. Ale miał rację. Nie było innego wyjścia.

— Możecie, panie, zająć moją chatę — zaproponował Hannes. — Chłopcy wskażą wam drogę. W tym czasie kowal zajmie się waszym koniem. Jeśli będziecie czegoś potrzebować…

Dragas odprawił go skinieniem, na co Hannes skłonił się i wywołał kogoś z tłumu, jaki się wokół nich zgromadził, a sam razem z Vanem zniknął w najbliższej chacie.

Młody, postawny mężczyzna pojawił się przy boku posła.

— Dajcie panie uzdę. Zaprowadzę go do kowala. Jahan, wskaż jaśnie państwu chatę Hannesa.

Zawołany kiwnął głową i pokierował Dragasa w odpowiednią stronę.

Marco nie bez wahania poszedł za nimi. W miejsce niepokoju o Vana pojawił się inny, rozbudzony wspomnieniami z królewskiego dworku. I tym, co wyznał mu Van jeszcze w Brugge. Jak to powiedział? Dragas nie miałby nic przeciwko temu, by lepiej go poznać? Zorientował się nagle, że przygląda się idącemu przed nim posłowi. I że sam też jest obserwowany – nie przez wieśniaków, rozchodzących się już powoli, a żołnierzy, którzy pojawili się razem z posłem. Zreflektował się, odwrócił wzrok od Korianina i nie tracąc już czasu dołączył do niego, nie chcąc dłużej być celem zainteresowania poselskiej świty.

Dragas przystanął w drzwiach chaty, odesłał stamtąd starszą kobietę, najpewniej żonę Hannesa, i zakazał, by ktokolwiek przeszkadzał im w rozmowie. Marco znów się zawahał. Dragas musiał to dostrzec, bo uśmiechnął się lekko i uczynił zapraszający gest.

— No chodź. Wiesz, że nie musisz się mnie obawiać.

Twarz i kark zapiekły go żywym ogniem. Zdawało mu się, że wśród podwładnych posła rozległy się przytłumione parsknięcia, ale nie odważył się tego sprawdzić. Szybko przekroczył próg, wchodząc w półmrok obszernej izby. Jedyne okno było przysłonięte, a ogień pod paleniskiem wygaszony. Cienie nabrały jeszcze większej głębi, gdy Dragas zamknął za sobą drzwi.

— Zatem? Co robicie w wiosce? I dlaczego wyglądacie jak po nocy spędzonej w lesie? — zapytał, podchodząc do niskiej ławy, zbitej z nieciosanych belek. Odsunął zalegające na blacie misy i przysiadł na krawędzi, odwracając się do Marca.

— Bo spędziliśmy noc w lesie — odpowiedział mu Marco. Rozejrzał się, szukając miejsca, które sam mógłby zająć. Jednak poza ławą oraz posłaniem, które nie wyglądało zbyt zachęcająco, nic nie rzuciło mu się w oczy. Został tam, gdzie stał.

— Jak to?

— Opuściliśmy Brugge. I teraz kapitan mojego ojca nas szuka. I jeżeli szybko stąd nie odjedziemy, znajdzie nas. A ja nie pozwolę mu więcej… — urwał, zanim powiedział za dużo.

Korianin przyglądał mu się z powagą.

— Nie pozwolisz mu więcej na co?

Marco przeczesał nerwowo włosy, zastanawiając się, ile mógł wyznać. Widocznie milczał za długo, bo Dragas zadał kolejne pytanie.

— Co się stało?

— Ja nie… — Nie powinienem. Raz jeszcze przebiegł wzrokiem po izbie, po czym siadł ciężko na rozkopanym posłaniu z wełnianych koców. Był zmęczony. Naprawdę zmęczony tym wszystkim. — Wyjechaliśmy z Vanem na przejażdżkę na łąki pod Brugge. Moriverna nie było, nie zezwoliłby na to. Ale dowiedział się i sprowadził nas z powrotem. A przecież nie robiliśmy nic złego!

Bat ze świstem przeciął powietrze w jego wspomnieniach i Marco drgnął gwałtownie.

— Gdy wróciliśmy, Morivern był wściekły. Sprowokował Vana. Van nic by nie zrobił, gdyby kapitan nie… — znów urwał, gdy przed oczami stanęła mu szarpiąca się Gwiazdka, parskająca i kopiąca rozpaczliwie powietrze przed sobą.

— Co zrobił twój kapitan? — zapytał łagodnie Dragas.

„Twój kapitan”, „twoi żołnierze” – Marco znienawidził te słowa. Chętnie wpisałby je na nieistniejącą listę Vana.

— Zabił Gwiazdkę — szepnął, czując że głos mu drży na wspomnienie wczorajszego wieczoru. Nie wierzył, że to było zaledwie wczoraj – ich wyprawa na łąki, ich pierwsza normalna rozmowa. Myślał wtedy, że to nowy początek, że życie w Brugge wreszcie stanie się do zniesienia, ale od tamtej chwili tyle się wydarzyło. Wszystko się zmieniło.

Oczy Dragasa pociemniały, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo Marco mówił dalej.

— Zarżnął Gwiazdkę. Ale zanim to zrobił, Van zabił trzech jego ludzi. Moich ludzi. I Morivern…

Nie dokończył. Ukrył twarz w dłoniach. Czuł się tak bardzo zmęczony. Nie tylko fizycznie. Także, a może przede wszystkim, wykończony emocjonalnie. Za dużo się wydarzyło. Za dużo spadło na jego głowę. Minęła długa chwila, zanim znowu był w stanie mówić.

— Oddasz nas Morivernowi?

Usłyszał, jak Dragas podnosi się z ławy i zbliża.

— Co ja mam z wami zrobić? — odpowiedział mu pytaniem Korianin. — Co mam zrobić z hrabiątkiem, które uciekło spod skrzydeł swojego opiekuna, i z księciem, który od dawna powinien już nie żyć?

Marco momentalnie podniósł na niego rozszerzone przerażeniem oczy.

— Ty chyba nie… — Nie potrafił nawet dokończyć tej myśli. — Nie możesz. Nie możesz, rozumiesz?

Dragas przykucnął przed nim, ale w odpowiedzi przeszkodziło mu pukanie do drzwi.

W progu stanął jego porucznik. Za nim Dragas dostrzegł kobietę, tę samą, którą wcześniej stąd wyrzucił.

— Hrabio, posiłek i ubrania dla panicza.

Kiwnął głową, przypominając sobie, że przecież chłopak spędził noc w lesie i obył się bez jedzenia. Żołnierz przepuścił kobietę, która rzeczywiście niosła coś na tacy, a przez ramię miała przewieszone złożone ubrania.

— Czy wasza miłość również…

— Nie. Przygotujcie nam coś na drogę.

Kobieta odstawiła tacę na ławę, zostawiła ubrania na niskim stołku obok, skłoniła się przed nimi i wyszła.

— Musisz być głodny. — Dragas podniósł się, żeby obejrzeć, co takiego przyniosła, choć sam niczego nie ruszył. Marco obserwował go wciąż z tym samym przerażeniem. Był głodny. I niewyspany. Ale przede wszystkim był oszołomiony tym, co usłyszał. Chciał ponowić swoje żądanie, ale nie potrafił wydusić z siebie ani słowa.

Dragas stanął w drzwiach.

— Zjedz. Przebierz się. Zobaczę jak się ma nasz drugi uciekinier.

Marco poderwał się na nogi.

— Stój! Nie możesz…! — Znów zaczął protestować, ale zamilkł, kiedy dostrzegł twarde spojrzenie Dragasa.

— Obawiam się, że mogę, Marco. Obawiam się, że powinienem. — Tym słowom towarzyszył zimny uśmiech, jakiego wcześniej Marco nie miał okazji widzieć. — Zostań tu.

Zostawiając osłupiałego chłopaka na środku izby, wyszedł.

Od razu udał się do chaty, zajętej w tej chwili przez Hannesa i Vana. Wszedł bez pukania.

Starzec siedział pod ścianą przy wejściu. Przy rozpalonym piecu, skąd rozchodził się bogaty aromat ziół, krzątała się kobieta, druga klęczała przy posłaniu, na którym leżał Van. Dragas z trudem pohamował grymas na widok pociętych dziesiątkami szram pleców chłopaka. Już nie musiał pytać Marca, co takiego zrobił jego żołnierz, że obaj z Vanem uznali ucieczkę z Brugge za jedyne wyjście.

— Co z nim? — zapytał Hannesa, gdy ten podniósł się z ławy. Van miał zamiar sam odpowiedzieć, i sądząc po jego minie nie usłyszeliby nic przyjemnego, jednak właśnie wtedy opatrująca go kobieta przesunęła mu po plecach nasączoną w ziołowym wywarze szmatką. Zagryzł wargi i zacisnął mocno powieki, chowając twarz w kocach i zapominając może nawet na chwilę o obecności posła.

Hannes potrząsnął głową z westchnieniem.

— Dlaczego chcecie wiedzieć, panie?

Dragas ściągnął gniewnie brwi.

— Odpowiadaj, kiedy pytam — zażądał. Zaraz jednak dodał znacznie ciszej i łagodniej. — Nie życzę mu źle. Naprawdę.

— Dobry opatrunek, opieka i odpoczynek – tego potrzebuje, nie tułaczki po lesie czy gościńcach. I na pewno nie rozwścieczonego żołdactwa von Throima nad swoją głową. — Starzec z kolejnym westchnieniem przeniósł wzrok za okno.

Dragas spojrzał za siebie. Przed progiem stał Marco, wpatrując się w Vana. Van go nie zauważył, a on sam wydawał się nie słyszeć ani słowa z rozmowy, która toczyła się tuż obok niego. Nie zwracał też uwagi na zamęt, jaki rozpętał się za jego plecami. Dragas usłyszał podniesiony głos porucznika i czyjś jeszcze, z twardym, ale zdecydowanie tutejszym akcentem. Natychmiast wyszedł na zewnątrz, bezceremonialnie przesuwając chłopaka w progu.

Hannes nie mylił się. Do wioski wjechało trzech mężczyzn w barwach hrabiego von Throim, z czego jeden przekrzykiwał się właśnie z koriańskim porucznikiem, stojącym mu na drodze. Dragas pospiesznie ruszył w tamtą stronę.

— Co się tu dzieje?

Na jego widok na twarzy porucznika odmalował się wyraz ulgi. Podejrzewał już, że jego dowódca ma zamiar zająć stanowisko w konflikcie, na jaki tu trafili, wciąż jednak jeszcze nie wiedział, na ile sam powinien się zaangażować. Był żołnierzem obcego kraju, nie mógł pozwolić sobie na przekraczanie kompetencji, których granice w tej chwili zdawały się bardzo niewyraźne.

— Panie hrabio — zaczął, ustępując krok na bok przed Dragasem, ale najemnik von Throima mu przerwał.

— Szukamy dwóch… Zresztą, to już nieistotne. — Na twarzy żołnierza pojawił się nieprzyjemny uśmiech, kiedy dostrzegł Marca. — Widzę, że właśnie znaleźliśmy nasze zguby. Paniczu von Throim, kapitan Morivern niepokoi się waszym nagłym zniknięciem. Nie powinniście byli tak opuszczać Brugge bez słowa — zawołał, szczerząc się szeroko. Zaraz potem ponownie zwrócił się do posła. — Zakładam, że młody de la Varre też gdzieś tu jest. Jeśli nie macie nic przeciwko, panowie, zabierzemy teraz naszych młodych zbiegów ze sobą z powrotem pod opiekę kapitana.

— Zaiste, mamy. — Dragas postąpił krok do przodu, blokując mu drogę. — Możecie przekazać waszemu kapitanowi, że panicz von Throim i panicz de la Varre znajdują się pod moją opieką i do momentu, kiedy sami nie wyrażą takiego pragnienia, nie wrócą do Brugge.

Uśmiech najemnika zniknął, jego dłoń zamknęła się na rękojeści miecza, a on sam postąpił do przodu, szykując się do ataku.

— Z drogi, psie.

Dragas nie wykonał żadnego ruchu, uśmiechnął się nawet zachęcająco. Porucznik przewrócił oczami, rozpoznając prowokujący błysk, jaki rozpalił źrenice jego dowódcy. Zanim zdążył zainterweniować, zrobili to królewscy gwardziści. Dwóch z nich wpadło między posła i gotowego do walki żołnierza.

— Mówisz z posłem, psie. — Ostatnie słowo zostało mocno zaakcentowane. — Zważ na królewski immunitet, jeśli tu i teraz nie chcesz odpowiadać za obrazę majestatu.

— Nie mamy króla w tej chwili — warknął najemnik, nie cofając się nawet o krok. Dłoń wciąż spoczywała na rękojeści i w każdej chwili mógł skoczyć do przodu.

— Już niedługo — odpowiedział mu śpiewnie Dragas, za co od razu stał się celem gromiącego spojrzenia jednego z gwardzistów Rosiere’a. Uniósł wysoko brwi i popatrzył na porucznika, u niego szukając potwierdzenia, że się nie przewidział. W odpowiedzi uzyskał niewielki, rozbawiony uśmieszek.

— Wciąż mamy Radę, z której polecenia my tu jesteśmy. Chcesz się ze mną spierać, żołnierzu?

— Kapitanowi to się nie spodoba. Co mam mu powiedzieć?

— Nie interesują mnie uczucia twojego kapitana. Masz mu powiedzieć dokładnie to, co usłyszałeś od jaśnie pana hrabiego.

Żołnierz skrzywił się w gniewnym grymasie, ale nie protestował więcej. Dosiadł konia i zakrzyknął na towarzyszy. Chwilę później już galopowali w kierunku Brugge.

Gwardzista odwrócił się do Korianina.

— Nie po to Rada przydzieliła nas panu, panie jaśnie hrabio. — W jego głosie zabrzmiała podobna niechęć, jak w rozmowie z najemnikiem. — Nie powinniśmy się mieszać w sprawy rodowych.

— Nie dla waszych cennych rad otrzymałem was od pana Rosiere’a, żołnierzu.

Gwardzista zacisnął mocno wargi, hamując cisnącą się na usta odpowiedź. Skłonił się sztywno i dołączył do towarzyszy, którzy odeszli już na bok.

— On ma rację — powiedział cicho porucznik. — Nie powinniśmy się mieszać.

Dragas wzruszył ramieniem.

— Przenocujemy tutaj. Do zmierzchu zostało parę godzin, ale nie widzę sensu, żeby rozbijać obóz zaraz za wioską.

Porucznik chciał jeszcze coś dodać, ale zrezygnował. Na tyle już znał hrabiego, że nie próbował dalszych prób odwodzenia go od tego pomysłu.

— Zajmę się wszystkim — zapewnił, zanim odszedł do swoich obowiązków.

Marco wciąż stał w tym samym miejscu na progu chaty. Kiedy pochwycił spojrzenie posła, odwrócił się i zniknął w środku.

Dragas potrząsnął głową z nikłym uśmiechem. Nie mając chwilowo nic lepszego do roboty postanowił odszukać kowala.

*

— Co z Vanem? — zapytał Marco szeptem, śledząc wzrokiem dłonie kobiety, gdy ta kończyła opatrywać plecy młodego de la Varre’a. Hannes zastanawiał się chwilę, jaką powinien dać odpowiedź.

— Jest dobrze. Będzie lepiej, kiedy odpocznie.

— I to wszytko?

— A co chciałeś usłyszeć? Że umieram? — doleciało go od strony posłania; pierwsza oznaka tego, że Van w ogóle zauważył jego obecność.

Hannes pozwolił sobie na nikły uśmiech.

— Daleko ci do tego, Van. — Zdjął z paleniska niewielki garnek i przelał aromatyczną zawartość do drewnianego kubka. Zajął miejsce kobiety, która skończyła już swoje zadanie. — Wypij to.

Van zmierzył kubek podejrzliwym spojrzeniem.

— Co to jest?

— Napar z ziół. Zmniejszy gorączkę. I ukoi ból.

— Dlaczego mi pomagasz? Ja nie… Nie rozumiem tego. Dlaczego?

Hannes westchnął i uśmiechnął się łagodnie. Podsunął kubek bliżej.

— Masz. Nie jest z tobą źle, paniczu z Brugge, ale to nie znaczy, że twój stan nie może się pogorszyć.

Kiedy stało się jasne, że Hannes nie zamierza odpowiadać, Marco zbliżył się do nich. Wziął kubek od starca i klęknął przy posłaniu.

— Wypij to, nie dyskutuj. I tak nigdzie się stąd nie ruszamy w najbliższym czasie.

— Jak to nie? Ja nie mam zamiaru… — Van urwał z bolesnym sykiem przez zaciśnięte zęby. Odetchnął głęboko, po czym powoli przekręcił się na bok i podparł na łokciu. — Daj to.

Marco podał mu kubek. Van upił łyk, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie.

— Paskudztwo.

— Nie marudź. Zachowujesz się jak dziecko.

Van prychnął cicho, ale resztę naparu wypił bez słowa.

— Co z Morivernem? — zapytał, gdy Hannes zabrał pusty kubek i wrócił na swoje miejsce na ławie.

— Jego żołnierze byli tu niedawno. Ale już odjechali z powrotem do Brugge. Morivern z całą pewnością dowie się, gdzie jesteśmy. Jeśli opuścimy wioskę, od razu nas dopadnie.

— A co go powstrzyma przed dopadnięciem nas w wiosce?

— Dragas.

— Dragas? — Van parsknął urwanym śmiechem, po czym skrzywił się z bólu. Opadł z powrotem na koce, klnąc cicho na kapitana.

— Przynajmniej do rana jesteśmy bezpieczni. Dragas oznajmił żołnierzom, że obaj jesteśmy pod jego opieką i zdanie Moriverna nie ma dla niego najmniejszego znaczenia.

— Nie wątpię, że Dragas tobą z chęcią by się zaopiekował. — Van potarł oczy, tłumiąc ziewnięcie. Nie zauważył, a może świadomie zignorował czerwień, jaka zalała policzki Marca. — Te zioła…

— Pomogą ci zasnąć — odezwał się ze swojego miejsca Hannes. Van znowu poderwał się z koców i znów przeszył go paraliżujący ból, gorszy niż przez całą poprzednią noc. Marco położył ostrożnie rękę na jego ramieniu i pokierował w dół.

— Leż. Odpocznij. Nigdzie się stąd nie ruszamy — przypomniał. Pod naporem jego dłoni Van się położył. Zamrugał parę razy, starając się przezwyciężyć senność, ale z marnym skutkiem.

— Łatwo… Łatwo ci mówić — szepnął, nie próbując już nawet otworzyć oczu. — Przecież ten Korianin…

— Nie — przerwał mu Marco ostro. Po chwili powtórzył łagodniej. — Nie. Nie pozwolę, żeby coś złego cię… nas tu spotkało.

Van już go nie usłyszał. Marco podniósł się cicho. Odwrócił się do Hannesa.

— Czy mam twoje słowo…

— Masz — odpowiedział starzec ze zmęczonym uśmiechem. — Masz moje słowo, młody paniczu von Throim. Nie zależy mi na jego krzywdzie. Bo w głębi duszy to dobre dziecko.

Marco spojrzał na pogrążonego w nienaturalnym, ale może przynajmniej leczniczym śnie Vana. Również pozwolił sobie na maleńki uśmiech.

Dobre dziecko. Dobrze, że Van już tego nie słyszał.

Rozdział XIV

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s