Rozdział XI

Po powrocie do zamku Van od razu zniknął z Gwiazdką w stajni. Marco chciał pójść za nim, ale nie sądził, by to był dobry pomysł. Widział, jak gniewnie Van wyswobodził się spod przytrzymującego ramienia Moriverna, gdy tylko stanęli na dziedzińcu – nie chciał, by Van wyładował na nim ten gniew. Ich porozumienie było zbyt świeże, jeszcze zbyt kruche, by mogło przetrzymać kolejny wybuch negatywnych emocji. Dlatego zamiast dołączyć do niego w stajni, Marco zaszył się w swoim pokoju.

Niedługo nacieszył się samotnością. Zdążył jedynie zmienić ubranie na suche – jeszcze zanim dotarli do bram Brugge mżawka przerodziła się w deszcz, a deszcz w ulewę – gdy Morivern bez pukania wpadł do komnaty.

— Coś ty sobie myślał? — zawołał od progu kapitan, trzaskając za sobą drzwiami.

— Może to, że nie jestem dzieckiem ani więźniem, i mam prawo podejmować własne decyzje? — odpowiedział mu Marco, siląc się na spokój. Zamiast na nieproszonym gościu, skupił się na wiązaniach koszuli. Gdyby mógł, wyrzuciłby intruza z pokoju, ale nie łudził się, że Morivern by go posłuchał. Niewiele mógł poradzić na to najście, ale przynajmniej nie będzie udawać, że nie przeszkadza mu towarzystwo oficera ojca.

— Odpowiadam za ciebie, Marco. Odpowiadam za twoje bezpieczeństwo. Co by było, gdyby Van cię zaatakował? Zabił? Byliście sami, mógł zrobić wszystko.

Marco prychnął. Morivern słyszał już dzisiaj taką odpowiedź na swoje słowa – i to więcej niż raz. Marco szybko się uczył.

— Demonizuje go pan, kapitanie. Nic by nie zrobił. Nic nie zrobił. Zresztą obiecał mi, że niczego nie spróbuje.

— Obiecał? — zapytał z niedowierzaniem Morivern. Po chwili powtórzył z większą mocą. — Obiecał?! Marco, jak możesz być tak głupi?

Marco uniósł głowę, by w końcu na niego spojrzeć. Mrużył oczy, zaciskał gniewnie usta, ale gdy się odezwał, jego głos zadrżał lekko już przy pierwszych słowach.

— Niech pan uważa na słowa, kapitanie. Nie pozwolę się obrażać.

— Nie? — Ton głosu oficera złagodniał, chociaż wcale nie zrobił się przyjemniejszy. Morivern obszedł łóżko, by zatrzymać się o krok przed nim. — A co zrobisz, Marco? Hm? Poskarżysz się tatusiowi?

— Kapitanie — rzucił ostrzegawczo, opanowując odruch nakazujący krok do tyłu. Nie, w obecności tego żołnierza nie czuł się ani pewny, ani stanowczy, ale ze wszystkich sił starał się zachować kontrolę nad sobą i nad rozmową. Van był doskonały w okazywaniu swojej wyższości wszystkim wokół, dlaczego jemu przychodziło to z takim trudem?

— No, słucham. Jestem bardzo ciekaw, w jaki sposób chcesz wymusić na mnie posłuszeństwo. Jak na razie niczym mnie nie przekonałeś do wypełniania twoich rozkazów. Tym bardziej nie czuję się zdominowany. Dużo ci do tego brakuje, Marco. Bardzo dużo.

— Kiedy tylko wrócimy do domu…

Morivern wykrzywił się w parodii uśmiechu.

— A jednak straszysz mnie ojcem. Zapominasz, że hrabia oddał mi ciebie pod opiekę. Masz się ode mnie uczyć, a nie mi rozkazywać. Masz słuchać, co ja do ciebie mówię, rozumiesz?

Marco odruchowo przygryzł boleśnie wargę. Nie odpowiedział. Morivern pochylił się nad nim, by spojrzeć mu prosto w oczy.

— Żadnych więcej takich pomysłów, gówniarzu. Nie położę głowy, jeśli coś ci się stanie przez twoją głupotę. Do tego nie życzę sobie, żebyś dawał Vanowi powody, by myślał, że ma tu jakiekolwiek prawa. W tej chwili Brugge jest moje i Van jest mój, a ja zarządzam swoją własnością w taki sposób, w jaki uznam za słuszny. I żaden niewyrośnięty, niewyuczony paniczyk nie będzie mi mówił, co mam robić. Zrozumieliśmy się, Marco?

— Niech pan natychmiast stąd wyjdzie, kapitanie. Może być pan pewien, że ojciec o wszystkim się dowie.

— O czym? O tym, że pilnuję, żebyś sobie krzywdy nie zrobił? Że staram się utrzymać w ryzach młodego de la Varre’a? Co akurat wcale nie jest proste, bo i jego tatuś, i ten przeklęty Raynhard wbili mu do tej jego ślicznej główki, że jest tu nie wiadomo jak ważny! A ty jeszcze utwierdzasz go w tych majakach! Myślisz, że za to twój ojciec mnie ukaże? On byłby szczęśliwy, gdyby Van już nie żył i obaj zdajemy sobie z tego sprawę, prawda?

— Niech pan opuści ten pokój. I trzyma się od Vana z daleka.

Morivern zaśmiał się nieprzyjemnie.

— Ty mnie straszysz tatusiem. Ciekawe, co powiedziałby hrabia, gdyby wiedział o twojej nagłej sympatii do syna Gabriela. O tak, będę przy tym, gdy się dowie. Bo się dowie, Marco.

Wyszedł, zostawiając Marca wściekłego i roztrzęsionego.

Bogowie, co za koszmar. Co za koszmar! Ojciec musi się dowiedzieć, komu płaci żołd. I za co! Z pewnością nie mógł pochwalać pokątnych kradzieży i traktowania służby jak niewolników. Kiedy Marco przypomniał sobie uwagi kapitana względem Reny, żołądek podszedł mu do gardła. I Van – to jak Morivern z nim rozmawiał, jak na niego patrzył. Jak o nim mówił. Bogowie! Ten człowiek nie zasługiwał, by być oficerem wśród żołnierzy ojca!

Mnąc nerwowo krawędź koszuli podszedł do okna. Słońce znowu stało się tylko wspomnieniem. Ulewa rozszalała się na dobre. Żołnierze zaprowadzili konie do stajni i rozeszli się do swoich zajęć. Na zewnątrz zostali tylko ci, którzy pełnili służbę, a i oni pochowali się po kątach pod zadaszeniem.

Morivern pojawił się na dziedzińcu. Kierował się do stajni. Marco zmełł przekleństwo, gotów już pobiec za nim, kiedy spomiędzy uchylonych wrót wyłonił się Van, zmierzając w przeciwną stronę. Marco znieruchomiał, obserwując. Van nie unikał spotkania z kapitanem. Zatrzymał się, kiedy ten zbliżył się na tyle, żeby móc poprowadzić rozmowę bez krzyków na pół dziedzińca. Kapitan miał mu wyraźnie coś do powiedzenia. Marco wiele by oddał, by słyszeć co. Chyba jeszcze więcej, żeby usłyszeć odpowiedź Vana. To, czemu się przyglądał, nie wyglądało na przyjazną wymianę zdań.

Van pierwszy się wycofał. Minął kapitana, wracając na swoją ścieżkę do zamku. Morivern krzyknął za nim coś jeszcze, ale chłopak go zignorował. Kiedy tylko zniknął w wejściu, Marco wyszedł na korytarz. Oparł się o ścianę pod sypialnią Vana.

Na jego widok Van prychnął cicho, ale zostawił za sobą uchylone drzwi.

Marco wszedł za nim. W milczeniu przyglądał się, jak Van szuka suchych ubrań, a potem zdejmuje bez żenady to, co ma na sobie.

— Mam wyjść? — zapytał, gdy Van rozsznurował spodnie. Lekki rumieniec palił mu twarz, ale nie odwrócił wzroku, czekając na odpowiedź.

Van podniósł głowę, jakby dopiero teraz zauważył, że nie jest sam. Wzruszył ramieniem.

— Jeśli cię to krępuje — rzucił tonem, który sugerował, że wszystko mu jedno.

Teraz Marco był już pewien, że jest czerwony jak dojrzała poziomka. Van zdjął koszulę, potem spodnie zupełnie nie przejmując się towarzystwem. Marco po raz kolejny zadał sobie w duchu pytanie, czy Van rzeczywiście robi to wszystko z rozmysłem.

A czy mogłoby być inaczej? Jak powiedział Morivern, w tej rodzinie każde działanie miało swój cel – jawny bądź skryty.

Na wspomnienie Moriverna Marco znowu spochmurniał.

— Co ci powiedział?

— Kto? — zapytał Van, dopinając na powrót pas. Koszulę zostawił rozsznurowaną.

Marco przewrócił oczami.

— Cesarz — prychnął. Kiedy Van spojrzał na niego spod uniesionej brwi, sprecyzował z irytacją — Morivern. Co ci powiedział Morivern.

— Nic, co by przykuło moją uwagę na dłużej. Tępy żołdak.

Marco westchnął. Osunął się po drzwiach na ziemię. Skrzyżował nogi przed sobą i oparł się o gładkie drewno.

— Postaram się, żeby ojciec zrobił z nim porządek.

Van uśmiechnął się bez cienia humoru.

— Żartujesz? Tacy jak on są w cenie. Gdyby ojciec żył, sam by go pewnie od was podkupił. Zna się na swojej robocie, chociaż to sukinsyn jakich mało.

— Naprawdę?

— Widać, że mało wiesz na ten temat.

— A po czym poznajesz dobrego żołnierza?

— Jesteście tutaj, prawda?

— Jesteśmy tutaj, bo… — umilkł, przypominając sobie reakcję Vana w czasie rozmowy o Raynhardzie na łąkach.

— No tak, Rayn — dopowiedział zamiast niego Van. Stanął przy oknie, opierając się barkiem o ścianę. — Bez niego byście tutaj nie weszli. Ale… On sam nie wybiłby… Nie wybiłby tych wszystkich ludzi. Widzisz, nasi żołnierze też byli dobrzy.

— Przykro mi.

Van odwrócił się do niego, spoglądając spod wygiętych w zaskoczeniu brwi.

— Hm?

— Przykro mi, naprawdę. Nie chciałem brać w tym udziału. To znaczy chciałem, ale jeszcze zanim zrozumiałem, na czym to tak naprawdę polega.

Van przyglądał mu się długą chwilę w milczeniu. Może zastanawiał się, czy to prawda. W końcu wrócił do kontemplowania widoku za oknem. Najwyraźniej to, czy Marco mówił szczerze czy nie, nie miało dla niego znaczenia.

— Van?

— No?

— Czy między tobą a Raynhardem…? — urwał, już żałując, że te słowa wyrwały się, zanim zdążył je powstrzymać. Van nie wydawał się jednak urażony. Nie powiedział też, że to nie jego sprawa. Marco spodziewał się nawet, że w ogóle się nie odezwie, ale jednak doczekał się odpowiedzi.

— Nie.

Marco kiwnął głową, chociaż Van nie mógł tego zobaczyć. Nie liczył na kontynuację i kiedy doleciały go kolejne słowa cicho wypowiadane przez Vana, dał się zaskoczyć — i tym, że Van nadal z nim rozmawia, i ich znaczeniem.

— Dragas powiedział mi, że nie miałby nic przeciwko bliższej znajomości z tobą.

— T…tak? — wydukał, nie wiedząc, co powinien na to odpowiedzieć.

— Mhm. Kiedy tu był. Powiedział mi, że nie miałby nic przeciwko, ym poślubił jego siostrę, a ja zapytałem, czy nie wolałby ciebie. Powiedział, że tak, ale dla siebie, nie dla Kiary.

Jeszcze tego ranka nic nie zapowiadało, by on i Van mieli prowadzić cywilizowaną, pozbawioną wzajemnych przytyków rozmowę, a teraz nie dość, że rozmawiali – spokojnie, rzeczowo, z pewnością nie jak wrogowie – to na taki temat! Z każdym, ale nie z Vanem! Chociaż Marco sam był sobie winien, bo to przecież on zaczął pytaniem o Raynharda.

— Powiesz mi dlaczego… — Przełknął ciężko, czując jak słowa grzęzną mu w gardle. — Powiesz mi, dlaczego rozmawiałeś z nim o mnie?

Van spojrzał na niego ponad ramieniem z nikłym uśmieszkiem, na poły złośliwym, ale i z humorem.

— Tak wyszło. Wtedy jeszcze myślałem, że jego siostra zostanie moją żoną, a wiesz jak to jest w ro… — urwał, kiedy jakieś poruszenie na dziedzińcu odwróciło jego uwagę od Marca. Marco podniósł się z ziemi, widząc jak cała sylwetka Vana się napina, a palce bieleją zaciśnięte na zasuwie okna.

— Van?

— Sukinsyn.

Van zdawał się nie pamiętać, że ma towarzystwo. Marco, czując rosnący niepokój, zbliżył się do okna i spojrzał w dół.

Morivern w towarzystwie kilku swoich żołnierzy wyprowadzał ze stajni Gwiazdkę. Zdawało się, że kapitan popatrzył w ich stronę, ale Marco nie był pewien, bo strugi wody zalewające szybę rozmazały widok.

Gwiazdka zatańczyła nerwowo na śliskich kamieniach. Bezskutecznie próbowała wyrwać się prowadzącemu ją żołnierzowi. Nie była przyzwyczajona do obcych. A już na pewno nie była przyzwyczajona do takiego traktowania.

Któryś z żołnierzy przerzucił przez jej łeb pętlę liny, potem jeszcze jedną. W dłoni Moriverna pojawił się bat. Raz jeszcze podniósł wzrok w górę, ku pokojom Vana. Marco mógł przysiąc, że jego twarz wykrzywił szeroki uśmiech, zanim trzasnął batem, sięgając końcem końskiego grzbietu.

Van szarpnął zasuwę, i Marco złapał go za ramię.

— On cię prowokuje. Nie rób nic głupiego.

— Puść mnie — warknął Van.

Marco chwycił go mocniej. Nie na wiele się to zdało. Na dziedzińcu Gwiazdka stanęła dęba, ale zaciskające się na szyi liny ściągnęły ją w dół, czemu odpowiedziało pełne bólu rżenie. Van wyrwał się i otworzył okno na oścież.

— Stój! On tylko na to czeka! — zawołał Marco z desperacją, ale Van już przeskoczył nad parapetem i wylądował na tarasie poniżej. Przywitał go rechot żołnierzy i szczególnie głośny śmiech Moriverna. — On cię prowokuje — szepnął, choć Van nie mógł go już usłyszeć. Zacisnął palce na parapecie, nie gotowy na takie akrobacje jak Van.

Przerażony koń szarpał się, bijąc wściekle kopytami przed sobą. Van zeskoczył z tarasu na dziedziniec. Nie rzucił się jednak ani na kapitana, ani na trzymających liny żołnierzy. Walnął z pięści stojącego najbliżej żołdaka, wyrwał mu zza pasa miecz i wbił aż po rękojeść w brzuch mężczyzny, zanim ktokolwiek na dole zdołał się zorientować, co się dzieje. Odkopnął osuwające się ciało i dopadł do następnego. Żołnierz nie zdążył nawet sięgnąć po broń, a już rzężąc leżał w rosnącej kałuży krwi. Kolejny zdołał odskoczyć w tył i ostrze ze świstem przecięło powietrze przed nim. Van zamarł na moment, mierząc swoją niedoszłą ofiarę zimnym, pozbawionym emocji spojrzeniem. Żołnierz cofnął się pod naporem szaleństwa płonącego w szarych oczach. Nawet nie próbował chwycić za miecz. Uderzył plecami o kamienną kolumnę podtrzymującą taras i to był jego ostatni ruch. Ze zdziwieniem bardziej niż przerażeniem obserwował, jak połyskująca stal wysuwa się z jego brzucha, zanim jak dwóch towarzyszy osunął się w błoto.

Van odwrócił się powoli, stając przodem ku reszcie.

Dopiero w tej chwili wybrzmiało echo śmiechów. Koń nadal szarpał się i wierzgał. Przez krótką chwilę był to jedyny ruch i jedyny dźwięk na dziedzińcu przebijający się przez nieustający szum deszczu.

Marco nie patrzył już na Vana – wystarczyło, że wszyscy inni to robili. Obserwował Moriverna z nienawiścią, jakiej jeszcze nigdy nie czuł.

Twarz kapitana nie wyrażała już rozbawienia. Na jeden krótki moment zdominowało ją zdumienie, ale on jak mało kto potrafił zapanować nad reakcjami. Gdzieś w kącikach mocno zaciśniętych ust pojawił się nawet uśmiech. Powiedział coś, lecz deszcz i rżenie Gwiazdki zagłuszyły jego słowa. Wyciągnął zza pasa miecz i powoli, rozchlapując przy każdym kroku wodę, ruszył do przodu. Van też wyszedł spod krużganków na dziedziniec. Zakręcił mieczem młynka i przyjął pozycję do walki. Uśmiech na twarzy Moriverna wyostrzył się. Skinął głową w kierunku chłopaka jak przyjmując wyzwanie w jakimś rycerskim pojedynku. W ułamku chwili rzucił się do przodu. Nie zaatakował jednak Vana; skręcił ostro w bok i błyskawicznym cięciem poderżnął końskie gardło.

Nawet przez strugi deszczu Marco widział jak twarz Vana szarzeje. Zatrzasnął okno. Odwrócił się i opadł na podłogę. Nie potrzebował już dłużej tego oglądać.

*

— Mówiłem, że poradzę sobie z twoimi wyskokami, Van — rzucił lekko Morivern, zwijając w dłoni bat. Uśmiechnął się, kiedy jego słowom zawtórował rechot kilku żołdaków. Przyszli tu za nim do stajni zobaczyć, jak ich kapitan poradzi sobie z dzieciakiem, który w kilka chwil pozbawił życia ich trzech kolegów. Nie był to wesoły śmiech, raczej złowieszczy, przepełniony żądzą zemsty.

— Mówiłem, żebyś nie wchodził mi w drogę. Zasady były jasne – a ty złamałeś je wszystkie.

Obszedł chłopaka dookoła, przyglądając mu się z niekrytym zadowoleniem. Raz jeszcze sprawdził sznury krępujące nadgarstki i przymocowaną do nich linę, przerzuconą nad górną belką.

— Raz: miałeś się trzymać z dala od Marca, i co? Kłótnie, bójki, ten nieszczęsny pojedynek. Błąd. Dwa: miałeś nawet nie myśleć o świecie za murami Brugge. I po co był ten wyjazd? Komu był on potrzebny? Błąd. Trzy: miałeś mnie traktować z szacunkiem. I gdzie by tu zacząć z twoją impertynencją? Błąd, błąd, błąd.

Zatrzymał się przed Vanem i, chwytając go za brodę, zmusił do spojrzenia na siebie.

— A za błędy się płaci, Van. Zawsze.

Jego uśmiech stał się jeszcze drapieżniejszy.

— Tyle razy słyszałem, jakim to znakomitym wojownikiem jesteś. A tu taki zawód. Twój Raynhard nie uczył cię, że wojownik nie ulega emocjom? Nie musiałem się nawet starać, żeby cię sprowokować, rycerzyku. Wystarczyła stara szkapa.

Ciało Gwiazdki wciąż leżało na dziedzińcu, zaraz pod uchylonymi wrotami stajni. Morivern zaśmiał się, kiedy wzrok Vana odruchowo tam trafił, a na twarzy chłopaka odbił się ból.

— I znowu te emocje. Dziecko, jak dużo ty się jeszcze musisz nauczyć!

Cofnął się i jednym ruchem, któremu towarzyszył świst przecinanego powietrza, rozwinął bat. Odpowiedziały mu kolejne rechoty spod ścian.

Wychylił się do przodu, żeby znów spojrzeć w szare oczy. Odnalazł w nich tylko nienawiść.

— Ty się rzeczywiście nie boisz — zaśmiał się cicho Morivern. — Do czasu, Van. Noc jeszcze młoda. Do czasu.

Bat znowu przeciął powietrze, rozorując skórę na plecach chłopaka. Van przygryzł wargę, tłumiąc jęk bólu. Nie da im tej satysfakcji.

Przy kolejnym uderzeniu poczuł smak krwi. Widok Gwiazdki nie pomagał. Deszcz zmywał krew na kamienie dziedzińca sprawiając, że Van nie widział już ran, tylko lśniącą w świetle pochodni przy wejściu niezgłębienie czarną sierść.

Zacisnął mocno powieki. Już tylko ta jedna myśl kołatała mu się w głowie: nie da im satysfakcji. Przy kolejnym…

— Kapitanie. Co to… Co to ma znaczyć?

Wypuścił powietrze z płuc, nie wiedząc nawet, że wstrzymał oddech. Nie otworzył oczu. Nie chciał teraz widzieć Marca. Nie chciał, żeby Marco widział jego. Myśl o wbitych w niego tych po dziecinnemu rozszerzonych oczach była nie do zniesienia.

Niespodziewanie z pomocą przyszedł mu Morivern.

— Marco. Wracaj do zamku. Nic tu po tobie.

— Kapitanie, proszę natychmiast przestać!

Znowu ten stanowczy ton. Szkoda tylko, że drżący głos zupełnie psuł efekt. Van zaśmiał się bezgłośnie, odwracając na bok głowę. Tak to ty nie zdobędziesz szacunku żołdactwa, paniczyku, pomyślał, prosząc w duchu, żeby von Throim po prostu odwrócił się i wyszedł, i zostawił go tu, i…

— Kapitanie — spróbował raz jeszcze Marco, ale jego głos wybrzmiał w pół słowa. Chmurne spojrzenia żołnierzy przytłaczały go swoim ciężarem, wstrzymując zaraz za progiem. Czuł ich narastającą niechęć. Bali się, że zepsuje im zabawę, że odbierze im szansę na zemstę.

Morivern okręcił bat na dłoni.

— Naprawdę chcesz pozwolić, żeby byle dzieciak mordował twoich żołnierzy, paniczu?

Kapitan zaakcentował wyraźnie trzy ostatnie słowa. W głosie Moriverna nie było nic z arogancji, z jaką zazwyczaj do niego mówił. Zrzucał odpowiedzialność na jego barki. Był to tak niski cios, że Marco miał ochotę rozpłakać się z żałości.

— Co by na to powiedział twój ojciec?

Żołnierze czekali na jego odpowiedź. Gdzieś w głębi ducha pojawił się natarczywy głos: rzeczywiście, czy mógł pozwolić…? Dopiero co parę godzin temu zwracał się do jednego z zabitych jako jego dowódca. Chowając rozdygotane dłonie za sobą, spojrzał na zwisającego z lin Vana. Bogowie…

— Marco. — Głos kapitana złagodniał. — Naprawdę lepiej będzie, jeżeli nas teraz zostawisz. Chyba, że chcesz się temu przyglądać.

Czy chciał…? Raz jeszcze popatrzył po ściągniętych w wyczekiwaniu twarzach żołnierzy. Kiedy się nie odezwał, kapitan dodał:

— Możesz, jeśli chcesz. To byli twoi żołnierze, których on zabił. Masz prawo w tym uczestniczyć.

Dostrzegł otwarte nagle, błyszczące przerażeniem oczy wbite w niego z niemą prośbą, i niemal od razu w uszach rozbrzmiał mu głos Raynharda: w jego oczach nie zobaczysz strachu. Nie przed śmiercią. Nie przed bólem. Ale w końcu każdy się czegoś boi.

— Nie. Nie chcę.

Odwrócił się i nie zważając na to, że tymi dwoma słowami zraził do siebie wszystkich obecnych żołnierzy, wybiegł na zewnątrz. Nie wrócił do zamku. Opadł na ziemię przy wejściu do stajni. Oparł się o ścianę i podciągnął nogi pod brodę. Szum deszczu wciąż przybierał na sile, nie na tyle jednak, żeby zagłuszyć rytmiczny świst bata, zadowolony rechot i coraz głośniejsze jęki dolatujące z wnętrza. Kiedy pojawił się pierwszy krzyk, zatkał dłońmi uszy, ale to nic nie dało. Jego echo wypełniło mu głowę i brzmiało jeszcze na długo po tym, jak rozbawieni żołnierze opuścili stajnię. Gdy Morivern wyszedł stamtąd chwilę później, jak i oni nie zauważył skulonej, rozdygotanej postaci, odprowadzającej go do zamku pełnym nienawiści spojrzeniem.

*

Kiedy Marco podniósł się z ziemi i niezauważony przez kryjących się po kątach strażników zniknął w uchylonych wrotach stajni, zbliżała się północ. W środku panował nieprzyjemny mrok, rozpraszany jedynie przez poświatę pochodni rozpalonych na zewnątrz. Rozciągnięta na klepisku migotliwa smuga sięgała zaledwie kilka stóp w głąb stajni, niewystarczająco daleko, żeby Marco zobaczył coś więcej niż odcinający się od ciemności zarys ciała bezwładnie zwisającego z lin.

Nic nie mógł zrobić, powtórzył w duchu, zatrzymując się za progiem. Nie mógł przeszkodzić Morivernowi w tym, co się wydarzyło tej nocy. Tak samo jak wtedy, gdy ojciec z zimną krwią mordował księcia. Nie mógł go powstrzymać, chociaż chciał. Więc skąd to potworne uczucie, natarczywy głos utwierdzający go w tym, że zawiódł? Zawiódł po raz kolejny.

Otarł szybko rękawem łzy, które uciekły spod powiek, i powoli zbliżył się do Vana. Uniósł dłoń, żeby odsunąć włosy z jego twarzy, ale musnął je tylko koniuszkami palców i od razu opuścił rękę. Wyjął sztylet i zaczął przecinać liny.

— Ja nie wiedziałem… Ja nie chciałem… Nigdy bym… Przecież wiesz. Van, przepraszam — szeptał, sam nie wiedząc, co chce powiedzieć. Z każdym kolejnym słowem głos drżał mu bardziej, ale nie mógł przestać. Kiedy ostatnie sploty liny puściły, Van opadł ciężko w jego ramiona. Marco ostrożnie położył go na ziemi, nie wiedząc, co dalej. Starał się nie patrzeć na krwawe szramy, które nawet w tak marnym świetle odcinały się wyraźnie na skórze. — Bogowie, Van, i co ja mam teraz zrobić? Przecież on mógł cię zabić. Prawie to zrobił.

— Nie… nie pochlebiaj mu tak… — usłyszał jeszcze cichszy od swojego głos.

Van powoli otworzył oczy. Z trudem podciągnął się na łokciach, próbując się podnieść. Jęknął przy tym i z powrotem skulił się na ziemi. Opuścił powieki i przygryzł wargę, tłumiąc kolejny jęk. Kiedy ból ustąpił na tyle, że był w stanie mówić dalej, wycedził przez zaciśnięte zęby:

— Trzeba coś więcej niż żołdaka z batem, żeby mnie… — Gwałtowny dreszcz przerwał mu w pół zdania. Marco znieruchomiał z dłonią wyciągniętą w jego stronę. Znów nie odważył się go dotknąć.

— Van…

Głupie łzy znowu spłynęły po twarzy, kiedy Van jeszcze raz spróbował się podnieść.

— Nie rycz, tylko mi pomóż.

Z wahaniem, nie wiedząc jak to zrobić, żeby nie urazić żadnej z ran, pomógł mu usiąść. Van przez moment siedział bez ruchu, oddychając przez zaciśnięte zęby. Marco dopiero po chwili zauważył, że wciąż jeszcze trzyma dłoń na jego ramieniu. Momentalnie ją cofnął.

— Cholerny skurwiel — wymamrotał Van, najwyraźniej nie zauważając jego nerwowego gestu. A może po prostu było mu w tej chwili wszystko jedno. — Pieprzony sukinsyn. Będzie jeszcze kwiczał jak zarzynane prosię. Zarżnę go tak, jak on zarżnął Gwiazdkę.

— Van, nie rób nic głupiego. Proszę cię, nie rób nic, co by mogło…

Van podniósł głowę i od razu znowu zgiął się wpół, walcząc z kolejną falą bólu i mdłości. Ciąg przekleństw przerywany ciężkim oddechem wypełnił na moment ciszę stajni.

Marco przyklęknął i znowu chwycił go za ramię.

— Spokojnie. Oddychaj. To zaraz minie, tylko nie ruszaj się tak szybko.

Spomiędzy kryjących twarz Vana włosów doleciał cichy śmiech.

— Odkąd to jesteś takim ekspertem w sprawach mojego zdrowia? A może szkolisz się na medyka, co?

Marco uśmiechnął się blado. Zacisnął mocniej palce na ramieniu Vana, uważając przy tym, żeby nie sprawić mu jeszcze większego bólu.

— Już raz cię opatrywałem. Mogę to zrobić po raz kolejny. Chodźmy stąd.

Van spojrzał na niego, tym razem powoli.

— Twój żołnierzyk wrócił do zamku?

— Nie nazywaj go tak.

— Kolejna pozycja do listy? To jak, wrócił?

Marco kiwnął głową.

— Tak.

— Poszli spać czy świętują udane przedstawienie?

— Van, ty chyba nie myślisz…

— Myślę. Czasami mi się to zdarza. Pewnie chleją i zabawiają się z moją służbą. Świnie.

Z trudem się podniósł. Marco też wstał, gotów mu pomóc, gdyby tylko poprosił. Ale na to już zbytnio nie liczył. Jeden raz to i tak niespodziewanie dużo jak na dumnego de la Varre’a.

Van chwiejnym krokiem podszedł do drzwi i oparł się o nie ciężko.

Marco nie ruszył się ze swojego miejsca. Nie musiał. Wystarczyło, że widział jak kostki zaciśniętych palców bieleją. Van przyglądał się Gwiazdce. Jak poprzednio zaczął zatracać się w nienawiści do Moriverna. Jeszcze chwila i…

— Van, czekaj. Nie rób nic głupiego — powtórzył. Po chwili dodał cicho: proszę.

Van obejrzał się. Marco wcisnął dłonie w kieszenie, żeby nie zobaczył jak drżały. Ze wszystkich sił starał się wierzyć, że lśniące w świetle pochodni ślady na twarzy Vana to deszcz. Tylko deszcz.

— To co ja teraz twoim zdaniem mam zrobić, von Throim?

Przed sobą znowu miał Vana z tych pierwszych dni po ich przybyciu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo nie chciał do tego wracać. Przymknął oczy i opuścił głowę.

— Chodźmy stąd — powtórzył cicho.

Odpowiedź dostał dopiero po kolejnej długiej chwili milczenia.

— Chodźmy.

W ciszy opuścili stajnię. Van nie spojrzał więcej na ciało Gwiazdki. Nie patrzył na Marca. Szedł przez dziedziniec zdając się nie widzieć nikogo ani niczego.

Kiedy dotarli do zamku, Marco zrównał się z nim, nie chcąc mieć już dłużej przed oczami pociętych śladami po bacie pleców.

— Powinienem kogoś zawołać? — zapytał z wahaniem, gdy Van zwolnił. Jego krok był pewniejszy niż wcześniej, ale Marco nie dałby głowy, że to nie duma trzymała go na nogach.

— A kogo ty chcesz wołać? Może swojego żołnierzyka?

Przechodzili obok zamkniętych drzwi salonu, zza których dobiegały wyraźne odgłosy ucztujących żołnierzy. Van spochmurniał, i Marco szybko chwycił go za rękę i pociągnął dalej, zanim głupie pomysły mogłyby przejść w głupie działanie. O dziwo, nie wyczuł oporu. Prawie dotarli do schodów na piętro, gdy na korytarz wypadła roztrzęsiona Rena. W ręce ściskała srebrną tacę; drugą kurczowo trzymała razem rozerwane sznurowania bluzki. Zawahała się na ich widok, ale tylko na moment. Podbiegła, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo z salonu wyszedł Morivern, odprowadzany pijackimi okrzykami i głośnym rechotem. Metaliczny trzask upadającej na posadkę tacy od razu przyciągnął wzrok kapitana w ich stronę. Jego twarz rozjaśnił uśmiech. Marco chwycił przerażoną dziewczynę i pociągnął za siebie. Kapitan zamknął drzwi, ucinając dolatujący z komnaty hałas, i powoli ruszył ku nim.

— Panicz nie śpi? — zaczął z drwiną w głosie. Może nie był pijany jak ci, których głosy jeszcze przed chwilą wypełniały korytarz, ale z całą pewnością nie był też trzeźwy. — Co by powiedział pan hrabia, gdyby panicza teraz widział? I to w takim towarzystwie?

— Proszę pilnować własnych spraw, kapitanie, a nam dać spokój.

— „Nam”? — powtórzył za nim Morivern ze śmiechem. — Ależ to są moje sprawy, Marco. Ty, i nasz paniczyk z Brugge też.

Podszedł bliżej. Zatrzymał się przed Vanem.

— Prawda, Van? My już to sobie dzisiaj wyjaśniliśmy, czyż nie tak?

Jak wcześniej w stajni ujął go pod brodę i uniósł jego twarz ku swojej. Chłopak wytrzymał natarczywe spojrzenie. Coś w jego oczach musiało szczególnie spodobać się żołnierzowi, bo po raz kolejny roześmiał się głośno. Przesunął kciukiem po zaciśniętych, bezbarwnych wargach.

— Już nie jesteśmy tacy hardzi, co? Cieszę się, że nie zapominasz od razu udzielanych lekcji.

Van się nie odezwał. Nie odsunął się nawet. W ogóle nie zareagował, jak gdyby bliskość kapitana zupełnie go obezwładniła. Marco znalazł się nagle między nim a oficerem, zmuszając Moriverna do cofnięcia ręki.

— Dość — rzucił lodowato. — Dość już dziś pan zrobił. Teraz niech nam pan zejdzie z drogi, kapitanie.

Morivern zasalutował z drwiną.

— Jak sobie Wasza Miłość życzy. — Skłonił się przed nim głęboko. Zanim się odwrócił i odszedł, zerknął jeszcze na Renę. — A ty, mała, nie zawiedź naszego Marca. Bo jeśli się dowiem, że czymkolwiek mu się naraziłaś…

Marco zmrużył wściekle oczy, ale już się nie odezwał. Odwrócił się do stojącej za nim dwójki.

— Van?

Van kiwnął półprzytomnie głową, choć nie odrywał wzroku od drzwi, za którymi zniknął Morivern. Z każdą mijającą chwilą płomień nienawiści rozpalał się coraz silniej, ale wciąż nie strawił innych uczuć malujących się w szarych oczach. Na szczęście cichy, wystraszony głos odciągnął jego uwagę od Vana zanim zdołał nadać im nazwę.

— Paniczu.

Rena przyciskała obie dłonie do twarzy, wpatrując się w młodego księcia. Wciąż była przerażona, ale teraz już nie o siebie się bała.

Van uśmiechnął się do niej nienaturalnie.

— Nic mi nie jest. To tylko kilka szram. Naprawdę nic…

Marco w ostatniej chwili dopadł do niego i przytrzymał, ratując przed upadkiem. Van wyrwał się gwałtownie i podparł o ścianę, zostawiając na niej brunatne ślady.

— Chciałem tylko… — zaczął Marco, ale Van przerwał mu ostro.

— Nie potrzebuję twojej pomocy, von Throim. Zostaw mnie w spokoju. Oboje zostawcie mnie w spokoju!

Zaskoczony nagłą zmianą w jego zachowaniu, a jeszcze bardziej nutą histerii w głosie, Marco nie zareagował, kiedy Van ruszył ku schodom. Po kilku krokach znowu się zatoczył i opadł ciężko na ścianę. Rena niemal natychmiast znalazła się przy jego boku, ale ją od siebie odepchnął. Zatrzymała się, przenosząc bezradnie wzrok ze swojego panicza na Marca.

Marco zaklął cicho, tłumiąc rosnącą panikę. Kilkoma krokami pokonał dzielącą ich odległość i chwycił Vana mocno za ramię. Jak przewidział, Van próbował się wyrwać, ale bez skutku. Nie włożył w to siły, bo niewiele mu jej zostało.

— Van.

— Puść mnie. Ile razy mam ci to powtarzać? Zostaw mnie.

— Van, posłuchaj mnie…

— Czego ty chcesz? Bo ja nie chcę twojej cholernej litości, rozumiesz? Nie potrzeba mi tego.

— Głupi jesteś, wiesz? — Ze wszystkich sił starał się zmienić niepokój w złość. Wiedział, jak sobie radzić ze złością. Z gniewem. Strach, to co innego, nieważne – jego własny, Vana. — Chodź.

— Von Throim…

— Chodź, do cholery jasnej! Chcesz tu zostać i poczekać, aż wróci?

Tym zwrócił jego uwagę. Wyrwał spod władzy paraliżującej histerii, jakiej poddał się Van. Każdy, tylko nie on – przemknęło przez myśl Marcowi, ale szybko ją uciszył. Tym bardziej, że Van teraz bez oporu szedł za nim.

— Paniczu — przypomniała o sobie Rena, kiedy byli już w połowie schodów. Van oczywiście nie chciał jej pomocy, ale Marco nie przejmował się teraz urażoną dumą de la Varre’a, który nie mógł znieść myśli o własnej słabości. Dużo bardziej obchodziły go realne, wciąż krwawiące rany.

— Przynieś jego koszulę i płaszcz — poprosił dziewczynę. — I jeśli znajdziesz mój płaszcz też go weź, dobrze?

Skinęła szybko głową. Zanim zdążyła wbiec na szczyt schodów, Marco zawołał ją jeszcze i zapytał o wschodnie skrzydło. Jej oczy rozszerzyły się minimalnie, kiedy zrozumiała, do czego zmierza.

— Służba, która tam miała pokoje, została przeniesiona gdzie indziej. Ale i tak zawsze jest tam strażnik — odpowiedziała, potwierdzając przypuszczenia Marca.

Zaklął. Słysząc go, Rena dodała ciszej.

— Niech panicz poczeka na mnie, zanim tam pójdzie.

— Co ty chcesz zrobić? — zapytał Van, gdy zniknęła w korytarzu.

— Chodź.

Van się nie ruszył. Z irytacją Marco pociągnął go za rękę.

— Chodź. Powiem ci, gdy odejdziemy dalej od salonu.

Kiedy dotarli na piętro, Marco nie skręcił ku pokojom Vana, a w przeciwną stronę. Zatrzymali się przy kolejnych schodach.

— Tu mi powiesz?

W jaki sposób Van jeszcze odnajdywał w sobie energię, by zwykłe pytanie przemienić w wyzwanie? Marco nie wiedział. I nie miał czasu, by się nad tym zastanawiać.

— Chciałeś wiedzieć, co możesz zrobić, tak? — odpowiedział pytaniem.

Van popatrzył na niego podejrzliwie. Na widok jego miny Marco parsknął zupełnie pozbawionym humoru śmiechem.

— Powiem ci, co zrobimy. Wyniesiemy się stąd. Znajdziemy… kogoś.

— Gdzie? — zapytał Van, zupełnie nie negując samego pomysłu, co dodatkowo zaniepokoiło Marca.

— Nie wiem. Pomyślimy po drodze. Byle dalej stąd. Bo ja nie pozwolę więcej…

Nie dokończył, bo z tyłu doleciał go odgłos pospiesznych kroków. Odwrócił się ku nadbiegającej z ich rzeczami Renie. Wziął od niej ubrania.

— Zakładaj. — Podał koszulę Vanowi. — Pomóc ci? — zapytał jeszcze, gdy zauważył, że Van nie wykonał nawet ruchu.

Jego propozycja odniosła dokładnie taki skutek, jak przewidział. Van bez słowa naciągnął na siebie koszulę. Skrzywił się i nie opanował w porę bolesnego westchnienia, gdy materiał przylgnął do ran. Marco przygryzł wargę, hamując kolejną propozycję pomocy. Zamiast tego wyciągnął w stronę Vana płaszcz.

— Powiedziałem ci, opuszczamy zamek — odpowiedział na niezadane pytanie.

— Von Throim, ty jesteś…

— I przestań mówić do mnie po nazwisku — przerwał mu ostro. Naprawdę miał tego dość. Miał dość tego dnia. Tego miejsca. Całej tej sytuacji. Wcisnął Vanowi płaszcz w dłonie i popchnął na prowadzące w dół schody. — Idziemy.

— Ja pójdę pierwsza. Wiem, co zrobić — zapewniła Rena, po czym nie czekając na ich przyzwolenie zbiegła na dół.

— Poczekaj tu — szepnął Marco, gdy znaleźli się piętro niżej. Van zatrzymał się bez protestów. Z pewnością miało to więcej wspólnego ze zmęczeniem niż uległością, a tak przynajmniej pomyślał Marco. Zbliżył się cicho do miejsca, gdzie korytarz się rozwidlał i wyjrzał poza krawędź.

Na warcie stał tylko jeden żołnierz. Bacznym spojrzeniem lustrował Renę, gdy ta otwierała jeden z wielu pokoi w długim korytarzu. Na twarzy żołdaka błąkał się nikły uśmieszek, który przygasł, gdy dziewczyna zniknęła w głębi pokoju. Westchnął, rozczarowany. Nie minęła jednak chwila, a te same drzwi znowu się otwarły. To, co w nich zobaczył, musiało całkowicie go zaskoczyć, bo stanął jak wryty. Zdumienie szybko ustąpiło miejsca uśmiechowi. Bez ociągania przekroczył próg i zatrzasnął drzwi.

Marco wrócił do Vana, starając się nie myśleć o tym, co się teraz działo w tamtym pokoju. Na pewno nie miał zamiaru mówić o tym Vanowi.

— Chodź — powtórzył po raz kolejny. — Tylko staraj się być cicho.

Van skwitował jego rady prychnięciem, ale posłusznie oderwał się od ściany i ruszył za nim. Niemal bezszelestnie podeszli do drzwi, za którymi kryło się wyjście. Marco nacisnął klamkę i od razu zaklął cicho. Drzwi były zamknięte.

Oparł się ciężko czołem o gładkie drewno, powstrzymując kolejne przekleństwa. Pięknie. Po prostu pięknie.

Van przesunął go i sam nacisnął klamkę. Marco parsknął, kiedy pod ręką samego dziedzica Brugge też ani myślała ustąpić. No to na tym ich wycieczka się kończy…

Van bez ostrzeżenia płynnym ruchem wyrwał mu zza pasa sztylet. Przez moment obracał go w dłoniach. Spojrzał pytająco na Marca, ale ten rzucił tylko zduszone „później”. Van kiwnął głową w milczeniu i przyklęknął, tłumiąc bolesny jęk. Wsunął koniec ostrza w zamek. Po chwili Marca doleciały cichutkie zgrzyty, a zaraz potem szeptane przekleństwa, i to o ile bogatsze od tych, których potok jeszcze przed chwilą wypełniał jego myśli! Van wyprostował się z kolejnym cichym jękiem.

— Nic z tego — rzucił gniewnie.

Oddał sztylet, jakby ten go palił. Odwrócił się, przesunął zamyślonym spojrzeniem po ścianach korytarza. Popatrzył zagadkowo na Marca. Znalazł rozwiązanie?

O ułamek sekundy za późno Marco zorientował się, co zamierza Van. Nie zdążył go powstrzymać. Van kopnął w zamek, wyłamując go z głuchym trzaskiem.

Z pokoju naprzeciw dobiegły odgłosy szarpaniny, a zaraz potem drzwi uderzyły głośno o framugę i w progu stanął żołnierz, który miał strzec wyjścia z zamku.

Marca oblał zimny pot. Palce same zacisnęły się na rękojeści sztyletu. Oczy wbiły w pulsujący punkt na szyi mężczyzny. Zrobić wszystko, żeby tylko uciszyć ten rodzący się w gardle alarmujący krzyk. Spiął się, gotów do skoku. Zrobić wszystko…

Rzucił się do przodu. Ale zanim ostrze sztyletu sięgnęło celu, żołnierz wydał z siebie zduszone sapnięcie i ciężko zwalił się na ziemię. Zza niego wychyliła się Rena z poszarzałą twarzą i ciężką statuetką w rękach.

Marco zamarł, przenosząc wzrok z dziewczyny na rozciągnięte ciało. Sztylet wysunął mu się z drżącej dłoni, kiedy zdał sobie sprawę, czego o mało nie dokonał. Dopiero cichy szept wyrwał go z odrętwienia.

— Idźcie. Ja się już wszystkim zajmę.

Za jego plecami Van zaczął protestować, ale Rena przerwała mu z niespotykaną w jej głosie mocą.

— Musicie iść. Zanim ktoś przyjdzie go zmienić. Ja wszystkiego tutaj dopilnuję, naprawdę!

Spojrzała błagalnie na Marca. Kiwnął głową. Miała rację. Teraz nie mogli już tracić czasu. Schylił się po leżący na posadzce sztylet i wetknął go z powrotem za pas. Zaraz potem odwrócił się i pociągnął Vana do tonącego w mroku pokoju.

— Hej, przestań mnie tak…! — Van umilkł, kiedy Marco otworzył ukryte drzwi. Przez moment wpatrywał się w ciemny, zionący zatęchłym powietrzem korytarz. — Więc to w taki sposób tu weszliście.

Wyminął Marca i bez słowa więcej zniknął w ciemnościach.

Rozdział XII

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Rozdział XI

  1. Matko! Czytam sobie po nocach zamiast spać, ale jak tu spać kiedy lektura wciąga do utraty tchu i orientacji w czasie! Dobrze, że kot już czeka na mnie z lekkim pomrukiem, bo nieprędko zasnę po tak emocjonujących rozdziałach.
    Pozdrawiam ❤

    Polubione przez 1 osoba

    • Zarwane nocki – komplement dla autora 🙂 Cieszę się, że wciąga, choć to nie były wesołe rozdziały. Dobrze jest mieć kota przy sobie – nic tak nie uspokaja jak kocie mruczenie ❤ Pozdrawiam!

      Polubienie

    • Dzięki 🙂 Po zakończeniu Księgi I aktualizacje niestety będą nieco rzadsze, ale nadal regularne. Do tej pory wrzucałam rozdziały, które już raz gdzieś były dostępne, nowe planuję publikować raz w tygodniu. Komentarze karmią wenę, a mnie motywują do dalszej pracy, więc tak naprawdę wszystko w rękach zainteresowanych Czytelników 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s