Rozdział X

Chwilowe przejaśnienie na niebie zagoniło żołnierzy do zajęć, z którymi lepiej im było uporać się bez deszczu. Siodłali konie i przygotowywali wozy, by korzystając z pogody wkrótce wyjechać do pobliskiej wioski po zapasy. Czekający na nich Morivern z cienia pod krużgankami przyglądał się, jak Van rozmawia z pokojówką, która wpadła w oko Marcowi.

Van nadal zaszczycał ich swoim towarzystwem przy posiłkach, chociaż te i tak zazwyczaj upływały w milczeniu. Nie było to jednak to przytłaczające milczenie z początku ich wspólnego pobytu w Brugge. Wyglądało na to, że po tym niedorzecznym pojedynku Marco i Van w końcu zaczęli się wzajemnie tolerować.

Szkoda. Ich utarczki były nawet zabawne. Choć z drugiej strony… Morivern nie wyobrażał sobie, jak przyszłoby mu zapłacić przed von Throimem, gdyby jego hrabiątku stała się poważna krzywda. Van był niebezpieczny i co gorsza nieobliczalny. Kiedy kapitan zobaczył go z mieczem przy gardle Marca, był pewien, że to koniec. Marco zginąłby z ręki młodego de la Varre’a, jego zaś musiałby zabić Morivern. W efekcie hrabia wydałby wyrok śmierci na swojego kapitana, a pewnie i Raynhard miałby coś do powiedzenia w tej kwestii.

Niedobrze, to się mogło skończyć bardzo niedobrze.

Nie wyciągnął z tamtego zdarzenia żadnych konsekwencji. Po części dlatego, że Marco wyraźnie zaznaczył, że nie chce, by Morivern cokolwiek robił, a po części, bo nie chciał przyznać nawet sam przed sobą, jak poważna była to sytuacja. Nie chciał dawać Vanowi odczuć, że stanowił dla nich zagrożenie.

Bo stanowił, chociaż teraz w ogóle nie sprawiał takiego wrażenia. Ot, młodziutki paniczyk flirtujący ze śliczną służącą. Kilka razy na jego twarzy pojawił się nawet uśmiech.

Dziewczyna, z którą rozmawiał, była naprawdę ładna. Orzechowe włosy miękkimi lokami okalały jej drobną twarz o ogromnych oczach i pełnych, zmysłowych ustach. Nie za wysoka, o smukłej talii i wyraźnie zarysowanych, chociaż nie nazbyt wydatnych kształtach. Miała jasną skórę, lekko tylko dotkniętą słońcem, i długie eleganckie dłonie. W jej ruchach widoczna była niewymuszona gracja. Gdyby tylko jej ubranie było strojniejsze, a na zgrabnej szyi i palcach połyskiwało kilka świecidełek, mogłaby uchodzić za szlachecką córkę. Może nawet dobrą partię dla książęcego syna?

Doleciał go nieśmiały śmiech dziewczęcia, jak gdyby w jakiś przedziwny sposób usłyszała jego myśli. Ale nie, nie patrzyła w tę stronę. Ani ona, ani Van nie zauważyli jego obecności, a tym bardziej natarczywego spojrzenia. Dygnęła wdzięcznie i znikła w bocznych drzwiach dla służby. Van długą chwilę wpatrywał się z rzadką dla niego łagodnością tam, gdzie uciekła.

Książę Gabriel cieszył się opinią jednego z najprzystojniejszych mężczyzn w królestwie, a Van był do niego tak podobny.

Van powoli przeszedł przez dziedziniec ku stajni. Morivern opuścił zacienioną kryjówkę i ruszył w ślad za nim.

— Nie spodziewałem się, że zobaczę cię w takiej sytuacji — odezwał się, zanim jeszcze Van go dostrzegł. Chłopak obrzucił go nieprzyjaznym spojrzeniem. Niezrażony kapitan mówił dalej, dotrzymując mu kroku. — Takie spoufalanie się ze służbą zupełnie nie pasuje do wizerunku zimnego, wyniosłego de la Varre’a.

— Co ty możesz o tym wiedzieć?

— A czy to nie takim wcieleniem nas raczysz, odkąd się tutaj zjawiliśmy?

Van zatrzymał się przed wrotami stajni. Najwyraźniej nie zamierzał wchodzić tam z kapitanem. Najchętniej zawróciłby i uciekł jak najdalej od tej rozmowy, ale wrodzona duma nie pozwalała mu ustąpić pola zwykłemu żołdakowi.

— Czego się spodziewałeś?

Morivern zbliżył się powoli i przystanął koło niego, podpierając się barkiem o drewniane odrzwia.

— Przyznam, że nie miałbym nic przeciwko bardziej przyjaznemu zachowaniu z twojej strony, Van. To, co widziałem przed chwilą, wyjątkowo mi się spodobało.

Uniósł dłoń i odgarnął długie kosmyki z szarych oczu. Chłopak cofnął się gwałtownie, przywołując tym zadowolony uśmiech na twarz oficera. Gdzieś z boku doleciał ich radosny rechot żołnierzy stojących przy przygotowanych już do wyjazdu koniach. Najwyraźniej awanse ich kapitana względem paniczyka z Brugge przypadły im do gustu.

— Byłbym wdzięczny, gdybyś na przyszłość trzymał ręce z dala ode mnie — wycedził przez zaciśnięte zęby Van.

— A ja — zaczął Morivern, ale urwał, zmieniając zamiar. Uśmiechnął się tylko szerzej, obdarzając Vana spojrzeniem, w którym nietrudno było wyczytać, za co on byłby wdzięczny, po czym odwrócił się i dołączył do czekających żołnierzy. Powitał go wybuch głośnego śmiechu. Dosiadł konia i, salutując po drodze Vanowi, poprowadził swoich ludzi za bramę.

Mrużąc wściekle oczy, Van wpadł do stajni. Gwiazdka parsknęła radośnie na jego widok, ale nawet to nie rozwiało chmurnych myśli. Chwycił zgrzebło i zaczął szczotkować czarną sierść szybkimi i może nawet zbyt mocnymi ruchami. Prędko jednak uspokoił się na tyle, by zmniejszyć nacisk szorstkiej szczotki. To miała być pieszczota, nie tortura. Gdyby nie to, że bliskość jego ukochanej klaczy miała na niego tak kojący wpływ, nie musiałby tego robić, bo czyściutka sierść lśniła nawet w półmroku stajni, rozpraszanym jedynie przez wdzierającą się przez uchylone wrota bladą smugę słonecznego światła. Słowa pełne gniewu i żalu cisnęły mu się na usta, ale powstrzymywał je, wiedząc, że jeśli tylko zacznie, to nie umilknie dopóki nie wyrzuci z siebie wszystkiego. A to mogłoby zająć sporo czasu. Gwiazdka odwróciła łeb i trąciła go delikatnie chrapami. Oparł czoło o jej szyję, nadal nic nie mówiąc. Nie dziś, mała, nie teraz. Nie z nimi wszystkimi za plecami. Gwiazdka najwyraźniej zrozumiała jego przesłanie, bo cicho rżąc odwróciła się, nie narzucając się ze swoją troską.

— Piękna jest.

Van obejrzał się na stojącego w wejściu Marca. Wyprostował się i wrócił do przerwanego szczotkowania.

— Czego chcesz? — zapytał tonem, który sugerował, że jedyne, czego sam chce, to być zostawionym w świętym spokoju.

Marco wzruszył ramieniem. Najwyraźniej biorąc za zachętę to, że Van w ogóle się do niego odezwał, wszedł głębiej.

— Widziałem cię z Reną, a potem z kapitanem. Jeśli chcesz… — umilkł, kiedy doleciało go pogardliwe prychnięcie.

— Jeśli chcę? — ponaglił go Van, kiedy Marco nie podjął przerwanego zdania. Jego ruchy były już spokojne, miarowe, długie pociągnięcia zgrzebłem wzdłuż czarnego jak noc boku, niemal hipnotyczne, jeśli za długo je obserwować.

— Jeśli chcesz, mogę mu powiedzieć, żeby przestał cię niepokoić.

— Nie niepokoi mnie, tylko irytuje. — Nie do końca była to prawda, ale tego Marco nie musiał przecież wiedzieć. — Poza tym nie sądzę, żebyś miał nad nim taką władzę.

— Jest moim oficerem.

— Jest oficerem twojego ojca, a ciebie traktuje jak dziecko, któremu czasami należy ustąpić dla świętego spokoju. Nie zauważyłeś jeszcze?

Marco westchnął. Zauważył. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę od pierwszej chwili w Brugge. Nie miał tu nic do powiedzenia, nie w sprawach, które kapitan uważał za istotne.

Przez moment cichy głos w głowie przypominał, że przecież Morivern nie zrobił nic po ich niefortunnym pojedynku, ale szybko umilkł. To był właśnie jeden z przypadków, o jakich mówił Van – ugłaskanie rozkapryszonego dziecka, które grozi histerią, nic więcej. Bynajmniej nie przejaw posłuszeństwa.

Morivern nie powinien go tak traktować.

Morivern był tylko żołnierzem, któremu płacił jego ojciec.

— Van…? — zaczął, nie mogąc przestać śledzić ruchów zgrzebła na lśniącej sierści. Van oddawał się swojemu zajęciu z taką uwagą, z nieskrywanym uczuciem.

— Co?

— Nie chciałbyś jej zabrać na spacer? Na pewno przyda jej się trochę ruchu.

— Na dziedzińcu? Nie sądzę.

Wydawało mu się, że na krótki moment palce Vana mocniej zacisnęły się wokół szczotki, ale gdy Gwiazdka cicho parsknęła, wyczuwając nagłe napięcie, od razu rozluźnił swój chwyt.

— Nie, nie na dziedziniec. — Nie wiedzieć czemu, głos mu się załamał przy ostatnim słowie. Dlatego tym bardziej Marco postarał się, żeby następne zabrzmiały pewniej, może nawet stanowczo. — Za bramę. Tam, gdzie zwykle ją zabierasz. Na pewno masz takie miejsca?

Dłoń ze zgrzebłem znieruchomiała. Gwiazdka zastrzygła uszami na koniec pieszczoty i obróciła łeb do swojego pana. Wyglądało to, jakby sama czekała na odpowiedź.

— Żartujesz?

Marco potrząsnął głową. Uśmiechnął się lekko, kiedy klacz przeniosła inteligentne spojrzenie na niego, jak gdyby i jego reakcji była ciekawa.

— Nie. Spójrz na nią, jej ten pomysł chyba się spodobał. Założę się, że rzadko tak długo stoi zamknięta w stajni. Na pewno tęskni za przestrzenią.

Van odwrócił się powoli, patrząc na Marca z niedowierzaniem. Ale jeszcze coś było w jego wzroku – nadzieja?

— Nie żartujesz?

Znowu zaprzeczył ruchem głowy.

— A jeśli ucieknę?

— Dokąd?

Trafna uwaga.

— A jeśli spróbuję dokończyć, co zacząłem w pojedynku? I nie będzie przy tobie nikogo, kto mógłby mnie powstrzymać?

— Starasz się mnie przekonać, że to zły pomysł? Dobrze, skoro nie chcesz.

Marco odwrócił się do wyjścia. Cień uśmiechu wciąż jeszcze pozostał na jego wargach, bo był pewien, że Van nie pozwoli mu tak odejść. I miał rację.

— Czekaj!

— Tak?

Po raz drugi od czasu tamtej strasznej nocy zobaczył na twarzy Vana uczucia inne niż gniew i nienawiść. Nie, nie pomylił się przed chwilą; oczy chłopaka tak wyraźnie jaśniały nadzieją, że Marco poczuł dziwne ukłucie w piersi.

— Naprawdę pozwoliłbyś mi?

Jak mógłby nie, kiedy Van patrzył na niego w ten sposób?

— Obiecasz, że nie uciekniesz? I że nie spróbujesz mnie zabić?

Van pokiwał głową w odpowiedzi.

Marco pozwolił sobie na kolejny nikły uśmiech.

— No to ją siodłaj.

— Tak po prostu? Moje słowo ci wystarczy?

— Nie potrzeba mi niczego więcej.

Vanowi najwyraźniej też nie było potrzeba więcej. Odrzucił zgrzebło i zabrał się za siodłanie Gwiazdki. Marco pochwycił dźwięk jego głosu, kiedy coś jej szeptał, ale nie zrozumiał słów. Wszedł głębiej do stajni po konia, na którym tu przybył. Osiodłał go i wyprowadził na dziedziniec, gdzie Van z Gwiazdką już czekali. Żołnierze nie kryli swojego zdziwienia, niektórzy nawet rozbawienia. Marco wskoczył na siodło i podjechał do bramy.

— Otwierać.

Żołnierz przy wrotach zawahał się.

— Ale kapitan…

— Kapitana nie ma. I jest pod moimi rozkazami, a to chyba znaczy, że wy też. Czyż nie tak, żołnierzu? Otwierać bramę.

Strażnik wciąż nie był przekonany, ale nie protestował więcej.

— Podjęliście dobrą decyzję, żołnierzu — rzucił lodowatym tonem Marco, przejeżdżając przez otwarte wrota. Van wyminął go zaraz za bramą, która zamknęła się za nimi ze zgrzytem.

Marco uśmiechnął się. Egzekwowanie posiadanej władzy było wyjątkowo przyjemne.

Gwiazdka wysunęła się sporo do przodu. Marco wbił pięty w boki konia i pogonił za Vanem. Kłus prędko przeszedł w galop, kiedy Van poprowadził ich na łąki pod Brugge. Sam już zapomniał, jak przyjemna mogła być szaleńcza jazda przez targane wiatrem wysokie trawy, z dala od masywnych murów zamku.

Zatrzymali się nad rzeką przecinającą pożółkłą okolicę. Van puścił Gwiazdkę luzem. Klacz od razu zamoczyła chrapy w mętnej, spienionej wodzie, zapadając się przy tym kopytami w błoto. Te kilka godzin jesiennego słońca nie mogło wysuszyć rozmokłej od ciągłych deszczy ziemi. Łąki bardziej przypominały bagnisko, ale Vanowi wyraźnie to nie przeszkadzało. Przedarł się przez trawy do miejsca, gdzie leżał wielki głaz, pokryty zgniłozielonym mchem. Przysiadł na nim i zadarł głowę w górę, ku sunącym po niebie poszarpanym chmurom.

Marco zaczepił wodze o łęk i zostawił konia obok Gwiazdki, po czym dołączył do niego przy głazie. Nie zauważył w pobliżu podobnych kamieni. Stanął we względnie suchym, nierozmoczonym miejscu.

— Nie wiedziałem, że potrafisz wydać rozkaz, von Throim — odezwał się Van, przerywając milczenie. Na moment opuścił głowę i popatrzył na Marca z czymś, co przy ogromie dobrej woli można by wziąć za szczery uśmiech. — Prawie mi zaimponowałeś.

— Wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz.

— Bogowie, nawet nie przypuszczasz, jak bardzo mi tego brakowało! — Van zignorował jego uwagę, zupełnie jakby Marco wcale się nie odezwał. — Miałem już tak cholernie dość tych wszystkich spojrzeń, tego ciągłego śledzenia! Bycia więźniem we własnym domu. Nie ma nic gorszego – wierz mi.

— Wierzę. Ja… nie sądzę, żebym to zniósł.

— Zniósłbyś, von Throim, zniósłbyś. Nie miałbyś wyjścia.

— Van. — zawahał się. Niepewność w głosie przyciągnęła spojrzenie Vana z powrotem do jego twarzy.

— No?

— Nie mógłbyś… — znowu urwał. Przeklął się w duchu za te ciągłe wahanie i brak stanowczości. Z żołnierzem się udało, dlaczego nie potrafi sam na sam z Vanem? — Nie mógłbyś przestać tak do mnie mówić?

— Jak?

— Po nazwisku.

— Dlaczego miałbym? — Wyraz na twarzy Vana pozostawał poważny, niemal obojętny, jakby odpowiedź Marca wcale go nie interesowała, ale czarne brwi uniosły się nieznacznie w oczekiwaniu, zdradzając jego zaintrygowanie.

— Nie chciałbyś – chociaż na moment – zapomnieć o tym wszystkim?

Van długą chwilę przyglądał mu się w milczeniu. Przekrzywił lekko głowę i założył ręce na piersi. W końcu niemal niezauważalnie wzruszył ramieniem.

— Chciałbym. Ale to bez znaczenia, bo nie powinienem.

— Dlaczego? — zapytał Marco z desperacją. — Choćby na chwilę, tylko tu. Potem możesz wrócić do nienawidzenia mnie, ale teraz…

Van zaśmiał się cicho. Zrezygnował ze swojej defensywnej pozycji na kamieniu i rozsiadł się wygodniej.

— Dobrze. Skoro tak ci na tym zależy, Marco.

Nie na tym mu zależało, nie na takim tonie, w którym więcej było sarkazmu niż szczerości, i nie na takich słowach. Ale lepsze to niż nic. Lepsze niż kłótnie i prowokacje. Westchnął. Lepsze, ale nie wystarczające, szepnął głos gdzieś w środku.

— Jeśli chcesz, to ja mogę zostawić cię tu samego na chwilę. Jeśli chcesz pomyśleć, albo… nie wiem. Mogę pojeździć po okolicy i wrócić za jakiś czas. Jeśli chcesz.

Kiedy Van nie odpowiedział, znów tylko patrząc z trudnym do odgadnięcia wyrazem w przymrużonych oczach, westchnął znowu i odwrócił się, gotów spełnić obietnicę.

— Stój.

Tym razem już się nie spodziewał, że Van go zatrzyma. Nie dał po sobie poznać zaskoczenia. Stanął, czekając na to, co będzie dalej.

— Zostań. Marco. Niekoniecznie chcę być teraz sam. I bogowie za świadków, nie potrzebuję już więcej myśleć. Mów, o czym chcesz. Pytaj, o co chcesz. Ale nie łudź się, jak tylko wrócimy do Brugge, będzie jak było. Nic się nie zmieni.

Kończąc, Van przesunął się, robiąc mu miejsce obok siebie. Marco z wahaniem przysiadł na kamieniu. Między nimi zostało tylko kilka cali wolnej przestrzeni.

Marco przez chwilę milczał, szukając tematu, który mógłby poruszyć. Parę cisnęło mu się na myśl – chciał przeprosić, ale nie sądził, żeby akurat to zostało dobrze przyjęte w tej chwili. Chciał zapewnić, że to wszystko kiedyś się przecież skończy. Chciał…

— Pamiętasz, jak spotkaliśmy się po raz pierwszy? — zapytał, przerywając ciąg coraz natarczywszych myśli.

Van parsknął cicho w odpowiedzi. Podciągnął kolano pod pierś i oparł na nim głowę, patrząc przed siebie na rozległe łąki.

— Pamiętam. Bogowie, te uroczystości zawsze były tak przeraźliwie nudne. Kompletnie nie było co robić.

— Dla ciebie były nudne? — Marco uśmiechnął się blado. — Przecież wokół ciebie zawsze było pełno ludzi. Pełno dziewcząt.

— A to zmienia co…? Nuda.

— Ktoś mógłby pomyśleć, że nie lubisz dziewcząt

— Ktoś mógłby powiedzieć o tobie to samo — odwarknął Van. Zanim Marco zdołał się odezwać i zanim ta rozmowa mogłaby się przerodzić w kolejną kłótnię, wrócił do pierwotnego tematu, starając się wyrzucić z głosu gniewną, defensywną nutę, która nie wiadomo czemu przed chwilą się w nim odezwała. — Kiedy wspomniałeś o naszym pierwszym spotkaniu miałeś coś na myśli, czy po prostu nie wiedziałeś, co powiedzieć?

Marco pokiwał szybko głową, chociaż dalsza rozmowa wcale nie przychodziła mu łatwo.

— Wtedy, tam na mostku, a potem między drzewami… Pamiętasz, kogo spotkaliśmy?

— Mhm. Trójkę dziwacznie wyglądających obcych i rycerza w masce. Zmierzasz do czegoś?

Marco pohamował irytację. Nie był pewien, czy Van już zdaje sobie sprawę z tego, czym chciał się z nim teraz podzielić, czy nie. Wyrzucił to z siebie w jednym krótkim zdaniu, zanim Van znów zdołałby wyprowadzić go z równowagi.

— Myślę, że to był Raynhard.

Van roześmiał się.

— Jako któraś z tych kobiet czy tamten rudzielec?

— Rycerz. Z maską na twarzy.

Śmiech ucichł. Marco zaryzykował szybkie spojrzenie w bok. Van się uśmiechał, chociaż w jego oczach nie było ani cienia radości. Obserwował poruszane wiatrem trawy, zupełnie ich przy tym nie widząc.

— Raynhard jest Rycerzem — dopowiedział Marco, chcąc mieć pewność, że Van go zrozumiał.

Van milczał.

— Mój ojciec się dowiedział — dodał cicho.

Odpowiedź przyszła dopiero po długiej chwili.

— To by wiele tłumaczyło.

— Nie wiedziałeś o tym.

Van potrząsnął głową.

— To może jednak nie jestem szalony — westchnął z jakąś dziwną rezygnacją w głosie. Wyczuł bardziej niż zobaczył zaszokowane spojrzenie Marca. Zignorował go i mówił dalej. — Słyszałeś na pewno, że moja matka jest szalona? Zresztą, co ja mówię: słyszałeś. Sam tak myślisz, prawda?

Marco nie odpowiedział, zbyt zaskoczony nie tylko nagłą zmianą tematu, ale przede wszystkim wyrazem na twarzy Vana. Wyrazem, który naprawdę graniczył z szaleńczym.

— Od tamtej pory – naszego pierwszego spotkania, mam na myśli – czasami widywałem tę kobietę. Jedną z tych, które wtedy spotkaliśmy w lasku. Złote włosy do samej ziemi, oczy jak niebo w lecie. Pamiętasz?

Pokręcił głową, ale nie dlatego, że nie pamiętał tamtych kobiet. Nie miał pojęcia, która z nich miała oczy „jak niebo w lecie”.

— W każdym razie widywałem… widuję ją czasem. Spójrz tam.

Marco posłusznie popatrzył we wskazanym kierunku. Nie zobaczył nic poza rozległą łąką i ścianą lasu, kryjącą horyzont.

— Co widzisz?

— Las — odpowiedział zgodnie z prawdą. — I trawę. I niebo.

— Przechadza się, od czasu do czasu spoglądając na nas jakby nas pilnowała. Przeczesuje dłonią źdźbła, które sięgają jej pasa. Ma na sobie mieniącą się w słońcu suknię, a wiatr targa jej włosy, przez co wyglądają jak łopocząca, złocista peleryna. Zawsze wiedziałem, że tylko ja ją dostrzegam. Szalony, widzisz?

— Van…

Van wpatrywał się przed siebie błędnym spojrzeniem. Marco raz jeszcze upewnił się, że nic – nikt – nie pojawił się pomiędzy pożółkłą trawą. Byli sami, nie licząc koni.

— Ale skoro Raynhard jest Rycerzem, a ona – smokiem? – to może to ma sens. Raynhard powiedział, że ma plany, że chce mnie stąd zabrać. W końcu kupił mnie sobie swoją pomocą od twojego ojca, prawda? Po coś to zrobił.

— Nie mów tak.

— Jak?

— Że cię kupił.

Van zaśmiał się gorzko, zupełnie bez humoru.

— Strasznie wielu słów nie chcesz ode mnie słyszeć. Może zrobisz listę, żebym wszystko spamiętał?

Marco zignorował jego prześmiewczy ton i sarkastyczne słowa.

— Wydaje mi się, że jemu szczerze na tobie zależy. — Naprawdę, naprawdę nie chciał tego mówić. Nie darzył Raynharda sympatią, ani trochę, i w głębi serca czuł, że chce, żeby i Van go nie znosił. Ale coś mu podpowiadało, że to, co teraz ma do powiedzenia, było dla Vana równie ważne, jak zapewnienie, że to nie Elizabeth unikała z nim spotkania przed wyjazdem do Verdes. — Pokłócił się z ojcem, chociaż „kłótnia” to naprawdę nieadekwatne słowo w odniesieniu do tego, co między nimi zaszło z twojego powodu. No i wtedy, kiedy zrozumiałeś, co zrobił. Nie widziałeś jego twarzy. On naprawdę był…

— Przestań — przerwał mu Van i Marco z ulgą go posłuchał. Ulga zamieniła się w niepokój, a potem w coś, czego Marco nie potrafił nawet nazwać, kiedy dostrzegł wyraz oczu Vana. Jego twarz nie zdradzała nic, ale oczy błyszczały w sposób, w jaki nie powinny. Zamrugał, pewien że źle zobaczył, i rzeczywiście, po tym zrozpaczonym spojrzeniu nie było śladu. Został za to wymuszony, nieszczery uśmiech.

— Dziwny z ciebie dzieciak, Marco — rzucił Van. — Naprawdę, dziwny.

— Nie mów… — zaczął odruchowo, ale ugryzł się w język, zanim skończył. To jednak nie powstrzymało kolejnego parsknięcia.

— Zdecydowanie, lista będzie potrzebna.

Marco wymamrotał coś pod nosem, ale za cicho i zbyt niewyraźnie, żeby Van mógł zrozumieć. To przyniosło mu w odpowiedzi śmiech, wciąż niewesoły, ale pozbawiony już przytłaczającego rozgoryczenia. Pozwolił sobie na ledwo zauważalny uśmiech, bo przecież wszystko było lepsze od tego, czego przed chwilą doświadczył w szarych oczach – nawet jeśli teraz Van się z niego naśmiewał.

— Powiesz mi coś?

Van znów go zaskoczył, bo nie myślał, że po tym, co przed chwilą powiedział, ta rozmowa potoczy się dalej.

— Zależy co.

— Jak to jest całować mężczyznę?

Marco zakrztusił się, całkowicie nieprzygotowany na podobne pytanie.

— Co? — wydukał, czując jak krew zalewa mu twarz.

— Jak. To jest. Całować. Mężczyznę. — Van powtórzył poprzednie słowa powoli, akcentując wyraźnie każde z nich.

— Skąd…

— Widziałem.

— Co?!

Van westchnął i wrócił do poprzedniej pozycji z brodą na kolanie i oczami utkwionymi w przestrzeni. Znowu przyglądał się swojej widmowej strażniczce?

— Chyba się nie dowiem. Zapomnij, że pytałem.

— Ale… — Marco odetchnął głęboko, starając się poskromić oszalałe serce. Z marnym skutkiem. W końcu zdołał opanować się na tyle, żeby coś z siebie wydukać. — Nie chcę nawet wiedzieć, dlaczego poruszasz ten temat właśnie teraz, ale…

— Jestem ciekawy — przerwał mu Van, ignorując jego życzenie, które dopiero co z takim trudem wyraził. — To wszystko.

Marco ściągnął brwi i zacisnął wargi. W jednej chwili zmieszanie ustąpiło miejsca irytacji. Van zrobił to specjalnie – po raz kolejny – może dlatego, żeby Marco zapomniał o jego reakcji na wyjaśnienia dotyczące Raynharda. Irytacja zamieniła się w złość, po części za udaną prowokację, a po części właśnie za tę reakcję. Jeśli Van myślał, że tak łatwo mu pójdzie, to rzeczywiście musiał się jeszcze wiele dowiedzieć o Marcu von Throim. Bo Marco również wiedział, jak się gra w tę grę.

— Van? — Poczekał, aż Van na niego spojrzy. Kiedy tak się stało, po raz pierwszy w tej rozmowie zadał własne pytanie z niezachwianym spokojem. — Jak bardzo chcesz się dowiedzieć?

Na odpowiedź już jednak nie dał mu szansy. Pochylił się do przodu i zademonstrował własną tak dokładnie, jak tylko umiał. Gdy poczuł wargi Vana pod swoimi, dopiero co uspokojone serce rozszalało się z nową mocą, a w głowie w tym samym szaleńczym rytmie zakołatała myśl: co robisz? co robisz? co robisz?!

Z rosnącą paniką zdał sobie sprawę z tego, że nie ma pojęcia, co robi. Jeden jedyny wcześniejszy pocałunek nie tylko był zainicjowany, ale i w pełni kontrolowany przez Dragasa.

O litościwi bogowie…

Już miał się cofnąć, zanosząc przez cały ten czas prośby do litościwych bogów, aby zaraz potem pozwolili ziemi rozstąpić się pod jego stopami, kiedy Van przysunął się bliżej i początkowo z wahaniem, a potem już pewniej odpowiedział na pocałunek. Nie przymknął oczu, tak samo zresztą jak Marco; w końcu nie był to poryw romantycznej chwili ani tym bardziej wyraz uczucia. Wciąż świadom czającej się w zakamarkach umysłu paniki, Marco zdał sobie nagle sprawę, że Van pozwala mu dominować, mimo że sam na pewno ma większe doświadczenie w tej kwestii. Stłumił jęk i w ostatniej chwili opuścił dłoń, zanim ta bez jego świadomej decyzji wsunęła się w czarne włosy.

Wyprostował się gwałtownie, przerywając pocałunek. Jak w sypialni Lady Elizabeth znowu poczuł, że nie jest w stanie wyzwolić się spod władzy spojrzenia Vana. W szarych oczach nie doszukał się tym razem niczego poza zaspokojoną ciekawością i może odrobiną żalu, którego powodu nie chciał znać. I nie chciał nawet się zastanawiać, co w jego wzroku odnalazł Van. Opuścił gwałtownie powieki i wstał, odchodząc kilka kroków od kamienia.

— Taka odpowiedź cię zadowala? — zapytał.

— Mhm.

— Możemy wracać do zamku? — Dopiero teraz, czując podmuch wiatru na twarzy, zdał sobie sprawę, że chmury znowu szczelnie zasłoniły niebo, a powietrze przesiąknięte jest siąpiącym deszczem. — Pada.

— Jeszcze nie, ale zaraz będzie. — Van zsunął się z kamienia. Gwizdnął na Gwiazdkę, która od razu podniosła łeb w jego stronę, strzygąc uszami. Gwizdnął jeszcze raz i jego klacz posłusznie do nich dołączyła. Pogłaskał ją po mokrych chrapach, strząsając przy tym przylepione żółte źdźbła z pyska. — Wracamy, maleńka. Dość tej włóczęgi.

Miał dosiąść Gwiazdki, kiedy od strony idącego po konia Marca usłyszał zupełnie nie pasujące do młodego von Throima przekleństwo.

Od gościńca zmierzało do nich kilku jeźdźców.

Sam też zaklął.

— Twój żołnierzyk się za tobą stęsknił — rzucił, mrużąc wściekle oczy.

— Raczej za tobą — odpowiedział mu Marco. Na widok Moriverna przeszła mu jakoś żądza władzy i ochota na bunt. Zacisnął nerwowo palce na uździe.

Morivern w towarzystwie trzech żołnierzy dojechał do nich po kilku chwilach. Kapitan osadził gwałtownie konia i zeskoczył, od razu zapadając się w błocie. Zaklął nieprzystojnie.

— Kapitanie — zaczął Marco, starając się nadać głosowi ten sam ton, jakiego użył w rozmowie z żołnierzem przy bramie. Bezskutecznie. Tym bardziej, że oficer nie dał mu dokończyć.

— Nie teraz, Marco. Porozmawiamy po powrocie do zamku — stwierdził beznamiętnie, patrząc już przy tym na Vana.

Van chwycił za łęk przy siodle Gwiazdki, zamierzając jej dosiąść. Ciężka dłoń na ramieniu przytrzymała go w miejscu.

— Nie tak prędko, Van. Ja jakoś nie darzę cię takim zaufaniem, jak panicz Marco. Pojedziesz ze mną. Albo nie — poprawił się, rzucając okiem na klacz chłopaka. — Ja pojadę z tobą.

Przez twarz Vana przemknął cień uśmiechu. Bez słowa cofnął się, otwierając kapitanowi drogę do Gwiazdki, która zastrzygła uszami, zaniepokojona odczuwalną zmianą atmosfery. Gdy tylko kapitan wskoczył na siodło, Van gwizdnął cicho, odrobinę inaczej niż poprzednio. Gwiazdka momentalnie stanęła dęba. Kapitan zdołał się utrzymać, na co klacz opadła z powrotem na ziemię i zaczęła wierzgać. Wierzgała tak długo, aż w końcu pozbyła się intruza. Morivern z nieprzyjemnym plaskiem upadł w błoto. Podniósł się, klnąc przy tym paskudnie. Próbując otrzepać się z trawy i ziemi roztarł je tylko po ubraniu. Bez słowa wskazał Vanowi swojego konia.

— Kapitanie — spróbował ponownie Marco i ponownie mu przerwano, nawet mniej uprzejmie niż poprzednio.

— Nie wtrącaj się — warknął Morivern.

Van najwyraźniej uznał, że wszelkie protesty są bezcelowe, bo dosiadł wskazanego konia, chociaż nie zanim nie szepnął Gwiazdce pochwały. Kapitan siadł za nim, szarpnął wodze i dźgnął konia piętami do kłusa. Gwiazdka podreptała za jednym z żołnierzy.

— Niedobrze, Van. Naprawdę niedobrze — szepnął tuż przy uchu chłopaka, ocierając się przy tym policzkiem o wilgotne, czarne włosy. Van odruchowo spróbował się odsunąć, ale ramię w pasie od razu pociągnęło go z powrotem do tyłu.

— To był błąd, chłopcze, a za błędy się płaci — dodał Morivern tak cicho, że nikt poza Vanem nie zauważył, że w ogóle coś mówił.

Van nie odpowiedział.

Aż do bram Brugge żaden z nich się nie odezwał.

Rozdział XI

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s