Rozdział VIII

Van nie zrezygnował z posiłków w salonie. Schodził na dół, poświęcając ciszę i bezpieczeństwo własnych pokoi, by nie pozostawiać von Throima i jego żołdaka samych przy rodzinnym stole. Marco zazwyczaj uparcie milczał, koncentrując się na jedzeniu, a nachalne monologi Moriverna w gruncie rzeczy nie były trudne do zignorowania, i tylko czasem Van wtrącał kąśliwą uwagę, gdy tamten był już bliski wytknięcia mu nagłej pokory. Kapitan otwarcie czekał na dalszą część widowiska, jakim były słowne potyczki jego pupila z Vanem, ale zważając na to, że sam ostrzegł Vana przed antagonizowaniem panicza Marca, powstrzymywał się od otwartego prowokowania obu chłopców.

Van miał jedną przewagę nad intruzami, którzy przejęli jego dom: znał tu każdy zakamarek i kąt, i wiedział, gdzie się zaszyć, by przetrwać kolejny dzień przez nikogo nie nachodzonym.

Gdy pierwszy raz zniknął im z oczu, wynikło z tego spore zamieszanie. Morivern kazał żołnierzom przeszukać zamek od piwnic po strychy. Van z dachu nad kuchennym skrzydłem z mroczną satysfakcją przyglądał się, jak kapitan miota się między zabudowaniami i klnie, i rzuca groźbami pewien, że Van w jakiś sposób przedostał się za mury Brugge. Nie był widoczny z dołu, zawinięty w ciemny, skórzany płaszcz z kapturem (Raynharda, który tamten zostawił w jego pokoju, choć Van nie wiedział kiedy i przy jakiej okazji; mógł się jedynie domyślać, że stało się to w noc najazdu, gdy sam był nieprzytomny i każdy miał otwarty wstęp do jego sypialni), osłonięty cieniem kominowych wieżyczek. Opierał się o jedną, by przypadkiem nie ześlizgnąć się po gładkich kamiennych płytkach kryjących spadzisty dach. Kiedyś w ich zamku gościł pewien magnat z cesarstwa, który lubował się w architekturze – określił zabudowę wysokich, bogato zdobionych ornamentami kominów jako chaotyczną i psującą harmonię linii dachu i elewacji. Może i tak było, Van nigdy tego głębiej nie rozważał. Ważne, że miejsce między filarami było dostępne tylko dla niego, że żołdactwo von Throima nie trafi tu za nim, nawet gdyby wiedzieli, gdzie go szukać. Poczekał wtedy, aż Morivern skrzyknie grupę pościgową, aż żołnierze dosiądą koni. Zanim otwarli bramę, opuścił swoją kryjówkę. Wyszedł na dziedziniec, przemaszerował pomiędzy jeźdźcami, przed samym Morivernem, kierując się do stajni, zdając się nie zauważać poruszenia, jakie wywołał swoim zniknięciem. Ale dostrzegł zwinięte pięści kapitana, gniewny ruch szczęki, gdy tamten ze zgrzytem zaciśniętych zębów powstrzymywał się, by nie wybuchnąć. Kapitan nie miał mu co zarzucić, nie przy żołnierzach – przecież zgodnie z zaleceniem chłopak omijał ich szerokim łukiem. Ale gdy był już sam w boksie Gwiazdki, ciężka dłoń we wzmocnionej stalą rękawicy najpierw boleśnie zamknęła się na jego ramieniu, a potem pchnęła na ścianę.

— Nie pogrywaj ze mną więcej — syknął Morivern. Wykrzywił się w wyrazie tłumionej wściekłości, odsłaniając zęby jak rozsierdzony ogar.

Van wytrzymał jego spojrzenie i nie zareagował na ból. Nie oferował wymówek, bo przecież obaj znali prawdę. Dłoń tamtego na moment zwiększyła jeszcze nacisk, a potem Morivern odsunął się tak gwałtownie, jak się przy nim znalazł.

Van powtórzył to jeszcze kilka razy, ale nie po to, by pograć na nerwach kapitanowi – potrzebował tej chwili spokoju i pewności, że chociaż tkwi w otoczeniu wroga, to wciąż są takie miejsca, gdzie nikt go nie dosięgnie. Morivern przyjmował to już ze spokojem, nie podejrzewając go więcej o ucieczkę. Już jeden raz udało się Vanowi ośmieszyć go w oczach podwładnych. Wystarczy.

Od Marca też trzymał się z daleka. Gdy widział go w korytarzach albo na dziedzińcu, od razu zmieniał kierunek. Nie unikał go tylko wtedy, gdy razem siadali do stołu. Niech von Throim myśli, że podkulił ogon pod siebie i ulegle podporządkował się zasadom Moriverna. Niech myśli, co chce. Szczeniackimi sprzeczkami i tak niczego nie osiągnie, bo za słowami nie stało nic poza wpojoną przez ojca dumą i wrodzoną hardością. Nie miał za sobą siły oręża, by przegnać z domu najeźdźcę, nie był w stanie pomścić ojca i sprowadzić matkę i siostrę do domu. Przyznanie tego nawet przed sobą paliło wstydem i budziło w nim bezsilną wściekłość, ale wiedział, że taka właśnie jest prawda. Los bez wątpienia jeszcze się odmieni. Musi tylko cierpliwie poczekać.

Schodził z drogi również służbie, bo po groźbie Moriverna jego poczucie winy wzmogło się jeszcze bardziej. Ojcu nie mógł już pomóc, mógł jedynie czekać, aż nadarzy się okazja, by wziąć odwet na jego mordercach. Matka i Isabelle, choć z dala od domu, były bezpieczne pod dachem von Throima – nienawidził hrabiego i kiedyś przeleje jego krew, ale nie wierzył, by z jego ręki mogła je spotkać fizyczna krzywda. Służba natomiast była zdana na łaskę obcego żołdactwa. Nawet rozmowa z nim mogła być uznana przez kapitana za konspirację. Van nie mógł zapewnić ochrony ludziom, z których część od pokoleń była związana z jego rodziną. Majordom, Bruno, przybył do Ilearu wraz Gabrielem. Podobnie Anton, kamerdyner. I Mariele, ochmistrzyni. Merten, kredencerz. Alban, kawalkator, już nie żył, ale jego syn, Manu, wciąż pełnił tę funkcję. To on ułożył dla niego Gwiazdkę. Niższa stopniem i młodsza wiekiem służba była stąd, z Ilearu, ale to nie czyniło ich mniej ważnymi, bo przecież należeli do Brugge. Nie mógł ich chronić, ale mógł poskromić swój temperament, by nie sprowadzić na nich niezasłużonej kary. Zagadywali go, dopytywali o jego potrzeby i wypełniali swoje zadania, ale czuł, że poza tym starają się zachować dystans, bo również wiedzą, czym grozi przebywanie w jego towarzystwie. Jedynie Rena próbowała wciągać go w dłuższe rozmowy, relacjonując co się dzieje wśród służby, o czym się szepcze po kątach, co zauważyła i podsłuchała u żołnierzy von Throima. Nie zachęcał jej do tego, ale też nie kazał jej przestać. Do tego też było mu się ciężko przyznać, ale czuł się lepiej po ich spotkaniach. Dobrze było móc się do kogoś odezwać bez podszytej w tonie wrogości i ciągłej czujności. Parę razy doprowadziła go nawet do śmiechu i sama się uśmiechała, choć skromnie, nieśmiało.

Raz tylko sprawiła, że pożałował swojego przyzwolenia na te rozmowy.

— Pan Marco jest z nimi, ale nie jest taki jak oni — powiedziała, składając świeżo wyprane i wysuszone koce i narzuty w niedużej komnatce sąsiadującej z pralnią. — Niech mu panicz da szansę.

Nic jej wtedy nie odpowiedział. Chciał demonstracyjnie opuścić pokój, by ukarać jej czelność, ale został. Rena wiedziała, że nie chciał tego słuchać i gdy powiedziała już, co miała do powiedzenia, przezornie nie wracała więcej do tematu Marca.

*

Jeszcze kilka dni po powrocie do wieży Anrai czuł na skórze widmowy dotyk, śledzący kontury tatuażu na piersi i plecach – splecionych w walce smoków, których widok Dragas przywitał najpierw cichym parsknięciem („I smoki to dla ciebie tylko wymyślone poczwary z bajek, tak?”), a potem wręcz nabożną fascynacją. Wiedział, że to nie było fizyczne doznanie, jedynie pozostałość po tamtej nocy w jego umyśle. Może za bardzo się otworzył. Może w poszukiwaniu interesujących go informacji za daleko sięgnął w głąb świadomości mężczyzny i przez to ich kontakt stał się jeszcze bardziej intymny niż powinien w zwykłej jednorazowej przygodzie. Ale potem Anrai szybko się pożegnał, a Dragas go nie zatrzymywał – poseł szykował się do wyjazdu ku koriańskiej granicy, by spotkać się tam ze swoim księciem i przyszłą królową.

Nie dopuszczał do siebie myśli, że jego pociąg do Korianina nie był do końca jego własny, że w trakcie wieczoru w którymś momencie niezauważenie stracił kontrolę i cudze uczucia, zwłaszcza te docierające z burdelu, przesiąkły przez ochronną barierę i odcisnęły na nim piętno.

Zresztą, nieważne. Zdobył to, po co się spotkał z Dragasem – wiedzę – i dobrze się przy tym bawił. Niczego nie żałował.

Gdy dziewczyny zapytały – Itari również już wróciła ze swojej ucieczki w nieznane, i teraz to Raynhard był nieobecny – czego się dowiedział, oznajmił zgodnie z prawdą, że Dragasa chroni artefakt, w którym jednak on sam nie wyczuwa magii. Potwierdził, że Korianin nie jest magiem. Nic nie powiedział o charakterze ich rozmowy – gdyby wiedziały, że tak swobodnie i bez ograniczeń zdradzał ich sekrety, choćby pełne niedopowiedzeń i półprawd, nie skończyłoby się to dla niego dobrze, wymazane wspomnienia czy nie. Zachował również dla siebie czym był wspomniany artefakt i to, co zobaczył w umyśle posła, a co nie było związane z ich sprawą.

— Chcę pojechać do Brugge.

Ten pomysł pojawił się jeszcze w drodze powrotnej ze stolicy. Anrai, nie do końca przekonany o jego słuszności, dał sobie kilka dni do namysłu. Chęć przyjrzenia się z bliska Marcowi von Throim jednak nie słabła.

— Po co?

Inglot przyjęła jego słowa z rezerwą – w wieży nadal dało się odczuć echa awantury, gdy Itari, wciąż rozwścieczona samotnym powrotem Raynharda, chciała ruszać do Brugge, by uwolnić z łapsk von Throima swojego niedorosłego strażnika. Wtedy przez chwilę wszyscy się bali, że uciekając z wieży zrobiła właśnie to: pojechała do Brugge. Ale nie, nawet wzburzona, Itari nie podejmowała działań mogących im zaszkodzić.

— Mógłbym sprawdzić, czy z Vanem na pewno wszystko w porządku. Dyskretnie. Bez ujawniania się.

Gdyby to Itari wystąpiła z podobną propozycją, nikt by nie dał wiary, że się powstrzyma przed interwencją, jeśli coś jej się nie spodoba. Anrai nie miał tego problemu, nie czuł emocjonalnej więzi z Vanem.

— Inge, mógłby? — zapytała Itari z nadzieją.

Inglot przyglądała mu się dłuższą chwilę, zupełnie jakby to ona potrafiła odczytywać myśli – nie jego, ani Inge, ani Itari nie były w stanie naruszyć jego osłony – i jakby samym spojrzeniem mogła go zmusić do wyznania ukrytych motywów. Niedoczekanie.

— Nudzę się — dorzucił jako argument. I to też była prawda. Chciał działać, a nie siedzieć w wieży albo w królewskiej komnacie przy politycznych dywagacjach bla, bla, bla. A jego chęć działania ciągnęła go do Brugge, do Marca von Throim, którego zobaczył w koriańskich fantazjach. Dragas zdawał się sporo rozmyślać o synu „rzeźnika z Brugge” jak Itari mówiła o hrabim von Throim. Anrai chciał wiedzieć dlaczego.

Inglot rozważała to jeszcze przez chwilę.

— Inge, proszę. — Itari splotła dłonie w niemalże błagalnym geście.

Inglot westchnęła i skapitulowała.

— Dobrze. Niech będzie po waszemu. Możesz jechać. Tylko nie narób głupstw.

Anrai wyszczerzył się do niej w prowokującym uśmiechu.

— Przecież mnie znasz.

— I właśnie dlatego cię ostrzegam.

Nie zwlekał z wyjazdem. Stracił tylko kilka chwil na przygotowanie potrzebnych mu w drodze rzeczy, i niedługo po ich rozmowie już gnał w kierunku Brugge w siodle swojego łaciatego wierzchowca.

*

Marco von Throim znów był w sypialni Elizabeth – Van dostrzegł go, gdy w drodze do spokojnego miejsca na dachu mijał jej pokoje. Zamiast przyspieszyć, zwolnił. Von Throim stał przed jej portretem jakby to była jego rodzicielka, za którą tęsknił. Przystanął.

Marco musiał go usłyszeć, bo się odwrócił. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Van czuł jak twarz tężeje mu w masce pogardy – lepsza pogarda niż wstyd albo poczucie winy, bo to właśnie czuł, gdy opuszczone pokoje w tym skrzydle przypominały mu o tym, że nie był w stanie zatrzymać uprowadzenia kobiet de la Varre. Marco odruchowo skulił ramiona, ale zaraz zapanował nad sobą, wyprostował się i nawet zadarł nieco brodę.

Van przekroczył próg – nie zamierzał zostawiać von Throima samego w sypialni matki. Zresztą było za późno, żeby po prostu odejść. Von Throim mógłby odczytać to jako ucieczkę. Ale zamiast się zbliżyć do Marca i do portretu, zajął miejsce w fotelu za drzwiami, w tym samym co przy ich poprzednim tutaj spotkaniu. Był ciekaw, czy to Marco ucieknie, speszony jego nagłym najściem.

Ktoś uprzątnął wcześniejszy bałagan. Idealnie zasłane łoże, równiutko poukładane przybory na toaletce, podomykane szafki i szuflady, brak najdrobniejszych zagnieceń na obitych pluszem siedzeniach krzeseł – to wszystko sprawiało, że prywatna komnata jeszcze niedawno zajmowana przez panią tego domu niczym nie różniła się teraz od zimnych i pustych pokoi gościnnych.

— Podoba ci się? — Van kiwnął w stronę portretu. Nie spodziewał się, że sam przerwie ciszę, ale przytłaczające wrażenie porzucenia, jakim była przesiąknięta atmosfera w sypialni matki, wytrącało go z równowagi.

Marco wrócił spojrzeniem do obrazu. Patrzył w milczeniu, lekko przekrzywiając głowę jakby mu to miało pomóc w ocenie.

— Jest piękna — przyznał, ale na tym nie skończył. — U mnie w domu też wisi jej portret. W gabinecie ojca. Jest na nim młodsza. I jeszcze ładniejsza. Myślę, że dlatego, że tam wydaje się być szczęśliwsza. Ale może to jedynie zasługa malarza.

Marco nie był ciekaw jego reakcji, a szkoda, bo gdyby się odwrócił, ujrzałby lekceważący uśmiech.

— Szczęśliwsza? Nietrudno w to uwierzyć. W całym królestwie nie znajdziesz człowieka, który nie miałby nic do powiedzenia o tym, jak bardzo Lady de Brugge cierpiała u boku męża.

— A cierpiała? — Dopiero teraz Marco spojrzał na niego przez ramię. W jego oczach było coś dziwnego, niechęć przemieszana z żalem przemieszanym ze współczuciem.

Van odruchowo zacisnął pięści. Nie chciał wiedzieć, czy Marco myśli o losie matki czy jego własnym, gdy tak na niego patrzy.

— Ty mi powiedz — warknął, czując jak beznamiętna maska, której nie jest w stanie dłużej utrzymać, pęka. Marco tego nie widział, bo znów patrzył w obraz, nie w niego. Odetchnął głęboko, próbując okiełznać nerwy. Przygryzł wargę, mocno, boleśnie. Lepiej taki ból niż ten w środku. — W końcu to twój ojciec wie wszystko o mojej matce, nieprawdaż? Na pewno wiele o tym słyszałeś.

— Tak. Słyszałem. Ale nie sądzę, żebyś chciał tego słuchać.

— Dlaczego nie? — zapytał z wyzwaniem w głosie, choć naprawdę – naprawdę – nie chciał. Wstał z fotela i zatrzymał się za ramieniem Marca, patrząc na matkę zastygłą w bezruchu, emanującą obojętnością, nieobecną. — Może gdybyś mi opowiedział, jakim okrutnikiem był ojciec, zrozumiałbym, że jego śmierć to pomsta z nieba za potworności, których się dopuścił. Może przekonałbyś mnie, że twój ojciec miał święte prawo wcielić się w miecz sprawiedliwości. Że teraz świat jest lepszy. — W sypialni panował chłód, jak w każdym niezamieszkanym pokoju w zamku o tej porze roku, a Van czuł, jak po skroni ścieka mu strużka potu. Za daleko. Za dużo. Nerwowym gestem – na szczęście Marco wciąż stał do niego tyłem – przeczesał włosy dłonią, pozbywając się irytującego wrażenia wilgoci na skórze. — Nie, nie mów. Znam te historyjki na pamięć. Lepiej od ciebie.

— Jeśli to wszystko historyjki, to jaka jest prawda?

— Ty mi powiedz — powtórzył.

— Van.

Marco odwrócił się i od razu zrobił krok do tyłu, bo najwyraźniej nie przewidział, że Van jest aż tak blisko. Otwartość, z jaką na niego patrzył – i wciąż ten niezrozumiały żal walczący w jego oczach z niechęcią – podsycały z trudem powstrzymywane emocje.

— Powiedz mi, czego ty właściwie chcesz ode mnie, hm? — zapytał, zanim Marco mógł kontynuować. — Po co tu ciągle przychodzisz? Po co ze mną rozmawiasz?

— Nie nazwałbym tego rozmową. — Ale to była rozmowa, ich pierwsza od tamtej nocy, nie, od lat. — Nie, gdy ty zaraz rzucisz coś obraźliwego, co ma mnie wyprowadzić z równowagi, by znów zakończyć to kłótnią.

Van prychnął – z lekceważeniem, z irytacją, rozbawiony – sam nie wiedział, co w nim teraz dominuje. Marco mówił dalej.

— Dlaczego wciąż to robisz? Dlaczego wciąż mnie prowokujesz?

Van otwarcie się zaśmiał – paskudny dźwięk nawet w jego własnych uszach, szorstki i nieharmonijny, nie mający nic wspólnego z wesołością.

— Twój żołnierzyk ci nie powiedział? Jesteś słodki, kiedy się złościsz. — Przesadnie zaakcentował słowo „słodki”. Opłaciło się, bo twarz Marca zalała krew w uroczym rumieńcu, co pogłębiło ocierające się niebezpiecznie o granicę histerii ubawienie Vana. — Kiedy się tak rumienisz, również.

— Dość — syknął Marco, wciąż czerwony jak panienka po niewybrednym komentarzu, ale część z tej czerwieni wynikała już z gniewu, nie tylko zażenowania. — Mam dość, że znowu dążysz do awantury.

— A ty nie chcesz się ze mną awanturować. Wiem. Słyszałem. Znam na pamięć. Ty chcesz się ze mną zaprzyjaźnić, tak? Bo nie jesteś moim wrogiem, prawda?

— To naprawdę staje się nudne…

— Marco, to ty bez przerwy wchodzisz mi w drogę. Ty i twój żołnierzyk. Nie możesz włóczyć się za nim? On zdaje się bardzo lubi twoje towarzystwo.

— Ale ja nie lubię jego.

— A mnie lubisz, tak? Ty mnie nawet nie znasz.

— Może… Chciałbym poznać?

Wróciły do niego słowa Reny. Chciała, żeby dał mu szansę. jej rozumieniu chciała dobrze, ale to bez znaczenia w ich sytuacji.

— Miałeś okazję, von Throim — przypomniał. — Pamiętasz? Miałeś okazję. Ale nie przypominam sobie, żebyś choć raz – chociaż raz – spróbował porozmawiać ze mną po naszym pierwszym spotkaniu. Pamiętasz to jeszcze?

Marco skinął głową. Przygryzł nerwowo wargę, potem wygładził ją końcem języka.

— Byliśmy dziećmi. Mój ojciec…

— Właśnie. Twój ojciec — przerwał mu Van, zły, zniecierpliwiony i zmęczony tą rozmową. I jeszcze roztrzęsiony, o krok od wybuchu. — Wtedy dokonałeś swojego wyboru.

— Nie możesz wyrzucać mi tego, co myślałem, kiedy miałem siedem lat! Odkąd pamiętam, ojciec powtarzał jakim demonem wcielonym jest Gabriel de la Varre! Jak mogłem zaprzyjaźnić się z jego synem?

— Nie mogłeś. I nadal nie możesz. Dlatego najlepiej będzie, jeśli zakończymy ten cały absurd tu i teraz. Twój żołnierzyk powiedział, że wszystkim wyjdzie na zdrowie, jeśli będę traktował cię jak powietrze. Staram się, naprawdę się staram. Więc ty też zrób coś dla mnie, jeżeli wierzysz w to, że nie jesteś moim wrogiem, i przestań się do mnie odzywać.

Nie czekając na odpowiedź odwrócił się i wypadł z pokoju.

— Van, czekaj — zawołał za nim Marco. Van nie miał zamiaru czekać. Marco wybiegł na korytarz. Dogonił go i chwycił za ramię, zatrzymując w miejscu. — Zaczekaj.

— Na co? — Van wyrwał się, mierząc go rozognionym spojrzeniem. Jego też teraz paliła twarz, ale to na pewno od gniewu, niczego innego.

— To wszystko dlatego, że nie zaprzyjaźniliśmy się dziesięć lat temu, tam w ogrodach?

Van znów się roześmiał, tym razem już wypadając poza granicę, na której do tej pory balansował. Potrząsnął głową, nie wierząc w to, co słyszy.

— Nie — warknął. — Dlatego, że w środku nocy ty i twój ojciec wpadliście tu ze swoimi rzeźnikami. Dlatego, że zabiliście mojego ojca, że Isabelle musiała to oglądać, że wywieźliście stąd moją matkę, nie pozwalając mi się z nią zobaczyć. Wiesz, że nie widziałem jej od tamtej nocy? Twój ojciec bardzo się o to postarał. Chociaż… Może to była jej decyzja. Nie wiem. W końcu twój ojciec wyratował ją z piekła, jakim było życie z księciem Brugge i wychowywanie jego dzieci!

Wyminął zaskoczonego wykrzyczaną mu w twarz tyradą chłopaka, przyspieszył kroku i skręcił w pierwszy korytarz, by nie czuć już na sobie wzroku von Throima.

Marco wciąż patrzył w róg, za którym zniknął Van, nie mogąc wykonać nawet kroku do przodu. Bogowie, przecież to wszystko prawda. Wiedział, zdawał sobie z tego sprawę. I chyba wreszcie zaczął zdawać sobie sprawę z tego, dlaczego tak bardzo zależy mu, żeby załagodzić otwartą wrogość. Głupi był. Jak mógł myśleć, że to w ogóle możliwe? Gdyby sytuacja była odwrotna…

Gdyby sytuacja była odwrotna, Van nie próbowałby dojść z nim do porozumienia, bo nie żałowałby tego, co się wydarzyło. Nie miałby wyrzutów sumienia i nie czułby tej przemożnej potrzeby naprawienia błędów, choćby w niewielkim, mającym chociaż maleńkie znaczenie stopniu. I przede wszystkim nie czułby do Marca nic poza nienawiścią, wpojoną mu przez ojca do całego jego rodu.

Nie nienawidził Vana. Gdyby ojciec wiedział, że nie nienawidzi syna jego odwiecznego wroga… Zresztą księcia też nie nienawidził. Uświadomił to sobie już wtedy, gdy przyglądał się jak Gabriel kona w błocie we własnym domu na oczach rodziny. Nikt nie zasługiwał na taką śmierć. A już na pewno nie zasłużyły na takie widowisko jego dzieci.

Może rzeczywiście nie miał prawa żądać wybaczenia? Może jedyne, co mógł zrobić, to uszanować wolę Vana i zejść mu z drogi? Nigdy więcej się do niego nie odezwać? Pozwolić mu w spokoju pogrążyć się w żałobie po ojcu i nienawiści do jego morderców?

Nie.

Otrząsnął się i pognał za Vanem. Kiedy wypadł za róg, już go tam nie zobaczył. Wbiegł po schodach w korytarz, który prowadził do pokoju Vana. Bez wahania otworzył drzwi i wpadł do środka, ale pokój był pusty. Zatrzymał się, by rozważyć, co dalej. Nie wiedział, gdzie znikał Van, gdy schodził z widoku, ale znał jeszcze jedno miejsce, w którym de la Varre często bywał. Zamknął za sobą drzwi i biegiem ruszył do wyjścia na dziedziniec.

— Van! — zawołał, wypadając na zewnątrz. Deszcz rozbijał się dużymi kroplami o kamienie podwórca, ale dla Marca nie miało to znaczenia. Przyciągnął zaciekawione spojrzenia żołnierzy na warcie, ale na nich też nie zwracał uwagi.

Ważny był tylko Van.

Van zatrzymał się przed wejściem do stajni. Najwyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, że Marco nie zostawi go w spokoju, dopóki sam nie uzna ich rozmowy za zakończoną, ale był zdeterminowany utrudnić mu to tak bardzo, jak tylko był w stanie.

— Czekaj!

— Przecież czekam — odpowiedział, kiedy Marco do niego dobiegł. Dopiero wtedy powoli się odwrócił. Mokre włosy lepiły mu się do twarzy. Odgarnął je z oczu do tyłu i uniósł wyczekująco brew.

— Chcesz to zakończyć tu i teraz? Zatem dobrze. Poczekaj — powtórzył po raz kolejny Marco. Podbiegł do kryjących się pod łukami krużganków strażników i wyciągnął rękę.

— Miecze — zażądał.

Żołnierze popatrzyli po sobie, ale kiedy powtórzył swoje żądanie używając tonu, jakiego nauczył się od ojca, najpierw jeden z nich, a potem drugi wyciągnęli broń i z wahaniem mu ją oddali. Marco wrócił do Vana. Nie bez satysfakcji zauważył, że po raz pierwszy to on zaskoczył młodego de la Varre’a. Podał mu jeden z mieczy.

— Pokonaj mnie i dam ci spokój. Pozwolę ci mnie nienawidzić bez żadnych kolejnych starań z mojej strony.

— Oszalałeś.

— Jeżeli to ja pokonam ciebie — wszedł mu w słowo — wysłuchasz tego, co mam do powiedzenia. Bez kłótni i bez złośliwości, i bez prowokacji. I potem dam ci spokój. Zgoda?

— Nie masz szans — stwierdził Van, chwytając pewniej miecz. — Przecież wiesz, że nie masz ze mną szans. Dajesz mi broń do ręki?

— Może cię jeszcze zaskoczę — odpowiedział spokojnie, chociaż spokój ulatywał z niego z każdą mijającą chwilą. Kiedy Van zakręcił mieczem młynka, ze świstem tnąc ostrzem powietrze, w jego głowie zakiełkowało podejrzenie, że to może nie był jego najlepszy pomysł. Ale już było za późno. Nie zamierzał się wycofać.

Zrobił parę kroków do tyłu, gotując się do walki. Teraz już wszyscy żołnierze z dziedzińca porzucili swoje zajęcia, obserwując moknącą parę.

Van ściągnął kurtkę i odrzucił za siebie. Raz jeszcze zakręcił mieczem w dłoni, po czym bez zbędnych słów zrobił nagły wypad do przodu.

Marco w ostatniej chwili podniósł broń, by się zasłonić. Zmrużył oczy i odbił uderzenie. Zgrzyt stali przebił się przez jednostajny szum deszczu. Z boku doleciały pierwsze okrzyki zaaferowanych żołnierzy. Żaden nie wpadł na to, żeby powstrzymać szykujące się widowisko. Przy kolejnej wymianie ciosów nowe głosy dołączyły do poprzednich.

— Wierzą w ciebie. Lojalni żołnierze. To budujące — stwierdził Van, zręcznie unikając ostrza Marca, które przeleciało obok jego ramienia. Cofnął się o krok, a gdy Marco postąpił do przodu, wyprowadził własne uderzenie.

— Już myślałem, że powiesz „słodkie” — skrzywił się Marco. Ostrze Vana ześlizgnęło się po klindze, omal sięgając jego dłoni. Zaklął, kiedy stopa uciekła mu zbyt daleko na mokrych kamieniach.

Van zaśmiał się.

— Słodkie? Nie. Już mówiłem, co jest słodkie. — Jego miecz opadł w dół z niespodziewaną szybkością. Zdecydowanie lepiej niż Marco radził sobie ze zdradliwą powierzchnią pod nogami. Nie ślizgał się i nie tracił równowagi. — Właśnie zdałem sobie sprawę, że chyba z tobą nie walczyłem.

— Starałem się ze wszystkich sił. Nigdy nie miałem ambicji być tylko tłem dla ciebie w oczach tych wszystkich dworskich panien.

— Zatem przyznajesz… — Miecz ze świstem przeciął powietrze tuż przy uchu Marca, który odskoczył w tył. — …że nie masz… — Tym razem przyjął cios na klingę, po czym odepchnął Vana od siebie, ale z równowagi go nie wytrącił. — …ze mną najmniejszych… — Poradził sobie z kilkoma błyskawicznymi pchnięciami, ale kiedy Van przełożył niespodziewanie miecz do lewej ręki, zastanawiał się o ułamek sekundy za długo. — …szans — dokończył Van. Silnym uderzeniem odbił miecz Marca na bok, odsłaniając go na swój kolejny cios. Jego pięść sięgnęła szczęki Marca, a kiedy ten poleciał do tyłu, podciął go, posyłając na ziemię. Uderzenie o kamienie wyparło Marcowi powietrze z płuc i zanim się zorientował, czubek ostrza Vana wbijał mu się w gardło.

— I co teraz, von Throim?

Z głosu Vana zniknęły wszelkie nuty rozbawienia. Jego oczy błyszczały niebezpiecznie spomiędzy włosów, które opadły mu z powrotem na twarz, kiedy się nad nim pochylił. Żołnierze zamarli. Nie takiego obrotu spraw się spodziewali.

— Wygrałeś — wyszeptał, czując jak przy każdej wypowiadanej sylabie miecz mocniej napiera na skórę.

Van się roześmiał, zimno i pewnie, stawiając tym włosy na karku Marca na baczność. Lodowaty dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa pokonanego chłopaka.

— Nigdy w to nie wątpiłem. Powiedz, nadal ci mnie żal?

Marco nie zrozumiał pytania. Zamrugał, walcząc z deszczem zalewającym mu oczy. Nie odważył się podnieść ręki do twarzy, by zetrzeć z niej wodę.

— I co teraz? — powtórzył za Vanem.

Zanim Van odpowiedział, gdzieś za nim szczęknął zamek kuszy.

— Teraz Van grzecznie odda mi miecz.

Głosowi Moriverna zawtórowały szczęki kusz żołnierzy. Przynajmniej sześć bełtów było wycelowanych w Vana. Van wyprostował się, ale nie odsunął miecza od szyi Marca.

— A co, jeżeli Van tego nie zrobi? — zapytał. — Co, jeżeli wychyli się zbytnio do przodu i ostrze nieopatrznie wbije się pomiędzy kamienie pod waszym chłopczykiem?

— Nie zrobisz tego i wszyscy tutaj o tym wiemy.

Wszyscy poza mną, pomyślał Marco, patrząc w płonące źrenice ponad sobą. Nie był tak pewien jak kapitan. Oczy Vana zwęziły się jeszcze bardziej.
— Też tak uważasz, von Throim? — zapytał.

Marco odruchowo potrząsnął głową i skrzywił się z bólu, kiedy ostrze rozorało mu skórę na gardle. Zacisnął powieki, czując napływającą do rany krew.

— I dobrze — usłyszał. Zaraz potem przy lewym uchu rozbrzmiał mu dźwięk uderzającej o kamienie stali.

Oddychając głęboko otworzył oczy, ale Vana już przy nim nie było. Za to niemalże od razu w jego polu widzenia znalazł się Morivern.

— Wszystko w porządku? — zapytał kapitan, chociaż patrzył już za odchodzącym chłopakiem. Marco pokiwał głową. Chwycił go za ramię, kiedy oficer chciał się podnieść.

— Nie — szepnął, siadając. — Niech pan się nie angażuje. To był mój pomysł i tylko ja mogę to rozwiązać. Rozumie pan, kapitanie?

Morivern zacisnął wargi, wyraźnie niezadowolony. Zaraz jednak wyraz irytacji zniknął z jego twarzy, ustępując miejsca ledwo zauważalnemu uśmieszkowi.

— Oczywiście, Marco. Tylko proszę, nigdy więcej nie rób takich głupot. To samobójstwo.

Marco kiwnął głową. Podniósł się powoli. Jego spojrzenie padło na leżącą na ziemi kurtkę. Schylił się po nią, po czym poszedł w ślad za Vanem.

Znalazł go w jego pokoju. Jak wcześniej nie zapukał, co zaskarbiło mu wrogie spojrzenie.

— Zostawiłeś kurtkę — zaczął, zatrzymując się w progu.

Van prychnął cicho.

— Jaki miły dzieciak z ciebie. Z łaski zamknij drzwi.

Marco nieprzytomnie wykonał polecenie, nie odrywając wzroku od półnagiej sylwetki przed sobą. Van zmieniał ubranie na suche. Włosy nadal oblepiały mu twarz i szyję, kontrastując z jasną, lśniącą od wilgoci skórą.

— Jeszcze coś, czy przyszedłeś sobie popatrzeć? Miałeś dać mi spokój, jeśli dobrze pamiętam twoje własne słowa.

Marco otrząsnął się z odrętwienia. Podszedł bliżej i powiesił kurtkę na oparciu krzesła.

— Nie. Chciałem ci to oddać. Nie będę więcej cię nachodził.

Van kiwnął głową.

— Dobrze.

Jego spojrzenie ześlizgnęło się na szyję Marca, gdzie krew z rany mieszała się z wodą ściekającą z włosów i wsiąkała w kołnierz koszuli, barwiąc ją na różowo.

— Ktoś powinien ci to opatrzyć — rzucił lekko, wręcz obojętnie.

Marco kiwnął głową. Odwrócił się i ruszył do wyjścia. Z dłonią na klamce jeszcze się zawahał. Nacisnął ją, ale nie pchnął.

— Twoja matka pytała o ciebie — powiedział cicho, nie odwracając się od drzwi. — Wtedy w nocy, i później też. Wiele, wiele razy. Była wściekła. Nie chciała rozmawiać z ojcem. Nie chciała go nawet widzieć. Krzyczała, że jest mordercą. I nie chciała cię tutaj zostawić. W ogóle nie chciała opuszczać Brugge.

Zaryzykował spojrzenie do tyłu. Van stał bez ruchu, wpatrując się w niego poszerzonymi oczyma. Może dla niego to też było zaskoczenie.

— Naprawdę tak było — dodał, chociaż wiedział, że to już niepotrzebne. Van mu wierzył.

Wyszedł, zamykając za sobą drzwi tak cicho, jak tylko zdołał, nie chcąc niszczyć tej chwili niepotrzebnym hałasem.

Rozdział IX

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Rozdział VIII

  1. Cześć!
    Trafiłam na Twój ślad tropem Leśnego Ptaka. Uwielbiam fantastykę(i koty)….zaczęłam czytać parę dni temu….postacie, które stworzyłaś są takie….TAKIE! Klimat całej opowieści bardzo przypadł mi do gustu(brakuje tylko kotów…:P). Opowiadanie wciągnęło mnie tak jak mojego kota lizanie futerka….czyli zachłannie i nieustannie trzeba sprawdzać jego stan.
    Pozdrawiam, Blueberrycat

    Polubione przez 1 osoba

    • Koty rządzą światem (mój się tym właśnie zajmuje z wysokości regału i to przez sen)! Kolejnych rozdziałów można się spodziewać w weekend – mam mały poślizg ze względu na pracę. Bardzo dziękuję za odzew, każdy pozostawiony komentarz wiele dla mnie znaczy. Pozdrawiam!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s