Rozdział VII

Chłodny podmuch wiatru odrzucił mu z głowy kaptur na plecy. Anrai tak to zostawił. Deszcz chwilowo ustał, choć w powietrzu nadal wisiała wilgoć, która tłumiła i tak już słabe ogniska rozpalone w zadaszonych żelaznych kadziach wzdłuż ulic.

Mokry płaszcz mu ciążył, a rozchlapywane przy każdym kroku kałuże utrudniały chód, ale Anrai nie przyspieszał ani nie dążył do skrócenia swojej wędrówki. Latem Górne Miasto tętniło życiem niezależnie od pory dnia, ale teraz jego zamożni mieszkańcy trzymali się rozświetlonych wnętrz pałacyków i okazałych kamienic. Z rzadka tylko gdzieś przetoczył się powóz albo przekłusował wierzchowiec. Takich maruderów jak on na ulicach nie było. Jeśli już ktoś go mijał, to szedł pośpiesznie, skulony od przenikliwego zimna wdzierającego się nawet pod grube okrycia.

Odnajdywał się w atmosferze opustoszałych ulic. Chociaż napór cudzych myśli już go nie przytłaczał – nie tak jak kiedyś, dawno, dawno temu – to nadal nie lubił zgromadzeń i harmidru tłumu. Ale cichy szmer w tle był mile witany. Kojący. Był taki czas, gdy nikomu i za nic nie uwierzyłby i histerycznie wyśmiał pomysł, że brak ludzi wokół i kompletna cisza może budzić w nim niepokój. Przez tak długi czas nie pragnął niczego poza kompletną ciszą! A gdy już ją zdobył, to zamiast się nią napawać, włóczył się teraz wzdłuż szpaleru mieszczańskich i szlacheckich siedzib, dobrowolnie otwierając się na obcą świadomość.

Ta myśl wywołała nikły uśmiech, który jednak szybko przeszedł w skrzywienie.

Nie miałby takiej potrzeby, gdyby nie pogarszająca się atmosfera w wieży. Męczyła go nerwowa energia Itari, jej wszem i wobec okazywane niezadowolenie z powodu przedłużającej się nieobecności Raynharda. Jej irytacja radnymi, z którymi to ona musiała rozmawiać w zamian za przebywającego w Brugge Strażnika. Jej zniecierpliwienie, bo spodziewała się, że teraz, gdy ich plany się ziściły, wszystko potoczy się bez przeszkód do szczęśliwego końca, a oni będą mogli opuścić Ilear – razem z Vanem.

A kiedy Raynhard już do nich dołączył, sam…

Anrai trzymał się z dala od kłótni, jaka wtedy wybuchła. Nikt nie wyszedł z niej zwycięsko. Nikt z nikim już nie rozmawiał. Inglot i Raynhard skupili się na dalszej pracy, a Itari po prostu zniknęła. On sam chętnie wziął na siebie zadanie rozwikłania zagadki manifestacji mocy Korianina i z ulgą opuścił wieżę. Plan nie zakładał, że zmarnuje tyle czasu na samotne spacery po mieście, ale nie czuł się winny. Musiał odzyskać utraconą równowagę, z której wytrąciły go wściekłe wzajemnie na siebie kobiety.

Dlatego długo chodził bez celu, wyłapując urywki myśli i cienie emocji, nie dopuszczając ich na tyle blisko do siebie, by miały na niego wpływ, ale bawiąc się nimi jak dziecko bawi się układanką.

Austeria, w której zatrzymał się Dragas, była pokaźna, wychodząca naprzeciw wykwintnym gustom majętnych mieszkańców stolicy i przyjezdnych nie żałujących grosza na wygodne apartamenty, znakomite potrawy, najlepsze południowe wina i zabawę. Nie było tajemnicą, że w budynku przytulonym do tyłów gospody mieści się burdel, luksusowy i niemniej dworny od frontowego interesu Rudolfa Rocheta. Mówiono, że można było tam spotkać nie tylko kurtyzany, kobiety i mężczyzn, ale i panie i panów z dobrych domów, którzy kryjąc oblicze za strojnymi maskami dawali upust skrytym fantazjom. Trudno było się dziwić, że poseł wolał pokoje Rudolfa od zimnych murów królewskiego zamku.

Wchodząc z przedsionka do głównej sali Anrai musiał przymrużyć oczy, tak jasno była rozświetlona. Żelazne ozdobne konstrukcje zawieszone pod sufitem, kinkiety przymocowane do ścian i wieloramienne kandelabry na każdym ze stołów – wszędzie płonęły świece, których blask ślizgał się po polerowanym drewnie blatów i oparć, odbijał od inkrustowanych pucharów i mis, łapał refleksy w sprzączkach, broszach, sygnetach gości. Uderzył w niego hałas rozmów, śmiechu, szczęk zastawy. Dopiero po chwili spod tego wszystkiego dał się słyszeć słodki głos minstrelki i jej lutni.

Większość miejsc była zajęta, tak przez przemieszkujących tu obcych, jak i stałych bywalców. Wciąż w progu, Anrai omiótł spojrzeniem salę. Zatrzymał wzrok na stole z dala od dużego, trzaskającego kominka, z którego unosił się lekki swąd palonego drewna mieszający się z zapachem pieczeni, ziół, wina i mocnego miodu. Czwórka siedzących tam mężczyzn podniosła się niespodziewanie i, zabierając ze sobą jedynie napitki, odeszła na bok. Anrai odczekał, aż panienka w kusej spódniczce uprzątnie bałagan, jaki pozostał po tamtych. Przewiesił płaszcz przez siedzisko ławy, nie bacząc na to, że moczy grubą, wygodną poduchę, jaką ją wyłożono.

Dziewczyna wróciła do jego stołu, przynosząc ze sobą tacę, na której królowała karafka czerwonego wina. Podziękował, na co posłała mu jawnie prowokacyjny uśmiech. Odchodząc postarała się, aby jej biodra zakołysały się kusząco. Napełnił kubek i podniósł do ust, rozkoszując się bogatym południowym smakiem. Dragasa nie było wśród rozbawionego towarzystwa, ale to nic. Nie spieszył się z powrotem do wieży. Miał czas. Mógł poczekać.

Czuł na sobie zainteresowane spojrzenia. Zwracał uwagę – prostym strojem bez zdobień, wyróżniającą go z tłumu barwą włosów, i tym, że siedział sam. Nie wyglądał na dziedzica fortuny, a miał dla siebie cały stół. Ta obserwacja wśród tłoczących się gości podgryzała aurę nieprzystępności, jaką wokół siebie roztaczał. Teraz jeszcze trzymał ich na dystans, ale prędzej czy później znajdzie się śmiałek, który naruszy obszar, jaki ten byle dzieciak zagarnął dla siebie. Anrai czekał, niespecjalnie nawet starając się temu przeciwdziałać, choć silniejsza sugestia z jego strony wprost w umysły tych co nachalniejszych wystarczyłaby, żeby nikt go nie niepokoił aż do zakończenia wieczora. Zawsze to jakaś rozrywka.

Zdążył opróżnić połowę karafki, gdy o blat tuż przy jego ramieniu wsparł się mężczyzna na tyle nierozważny, by zignorować jego nieprzychylne, ostrzegawcze spojrzenie.

Zabawa zabawą, ale Anrai nie miał ochoty na wulgarne komentarze, a sądząc po jednoznacznie łakomym wyrazie wykrzywionej w sprośnym uśmiechu twarzy na to się właśnie zanosiło. Mężczyzna zwalił się na kolana z głośnym jękiem, chwytając się za głowę. Z nosa i uszu pociekła mu krew. Ktoś już przy nim był, już pomagał mu podnieść się z podłogi, sadzał na poprzednim miejscu. Na samotnie siedzącego chłopaka nikt już nie zwracał uwagi. Nikt nie zarzucił mu ataku na nieszczęsnego zalotnika, no bo niby jak? Ci, którzy ich obserwowali widzieli, że nawet się nie odezwał do tamtego.

Kiedy poziom wina w jego karafce sięgnął dna, na sali pojawił się Dragas w towarzystwie dwóch innych Korian. Przyszli z zewnątrz, wszyscy w oficerskich mundurach pod już odrzuconymi na plecy płaszczami. W czasie krótkiej rozmowy przy barze Rudolf wskazał posłowi młodego rudzielca. Anrai pochwycił zaciekawione spojrzenie. Uniósł kubek w geście toastu i w zaproszeniu. Korianin przyglądał mu się przez moment, ale wyraz zainteresowania szybko zniknął z jego twarzy. Wracając do przerwanej rozmowy z towarzyszami skierował się na schody prowadzące z sali na piętra, gdzie mieściły się pokoje gości.

Anrai był w połowie drugiej karafki, gdy Dragas wrócił, już sam.

— Pytałeś o mnie — rzucił zamiast powitania, gdy zatrzymał się przy stole.

Anrai wskazał miejsce naprzeciw siebie. Zanim usiadł, Dragas zamachał na przechodzącą służącą. Zatrzymała się, by odebrać zamówienie. Potem dygnęła, nachylając się przy tym w sposób, który niewiele pozostawiał wątpliwości co do wdzięków ukrytych pod wydekoltowaną, przyciasną bluzeczką.

— Marie to wyjątkowo urocza panienka — zaobserwował poseł, odprowadzając dziewczynę spojrzeniem, aż zniknęła za masywnym barowym kontuarem. — Przyczynia się do przytulnej atmosfery tego lokalu.

— A gdy nie obsługuje gości tutaj, robi to po drugiej stronie ściany.

Korianin na powrót odwrócił się przodem do niego, nie kryjąc zuchwałego półuśmieszku. Zupełnie otwarcie przesunął wzrokiem po młodzieńczej twarzy, od rudych włosów, w jeszcze wilgotnych kosmykach opadających na czoło i kark, niżej do jasnobrązowych oczu rozświetlanych bursztynowymi refleksami, niżej – do lekko wygiętych w dół warg, niżej – do sznurowania koszuli. Tam zatrzymał się na dłużej, zafascynowany konturem uciekającego spod materiału na kark tatuażu.

— Nie mów tego — odezwał się Anrai, gdy Korianin już otwierał usta, by coś powiedzieć. Zrewanżował się podobnie taksującym spojrzeniem. Choć kilka razy widział już posła na dworze, to nigdy mu się szczególnie bacznie nie przypatrywał. Teraz w oczy rzuciły mu się szczegóły, na które wcześniej zupełnie nie zwracał uwagi.
Włosy posła, gdy nie były związane jak to bywało przy oficjalnych okazjach, sięgały barków, lekko się kręcąc i opalizując w świetle świec ciepłymi barwami brązu. Tak kurtka, jak i koszula, które nosił, zamiast ukryć, akcentowały twardą, żołnierską budowę, zarys silnych ramion i szerokiej piersi. Nie miał czasu albo ochoty, by użyć dziś brzytwy, co zdradzał cień zarostu. Przez to jego twarz nabierała wyrazu jeszcze większej hardości, nawet gdy się uśmiechał, a jego oczy iskrzyły humorem. Kiedy sięgnął po wino, Anrai dostrzegł parę blizn znaczących jego dłoń, dodatkowo noszącą ślady ciągłego kontaktu z orężem. Mógł pełnić teraz rolę posła, ale przede wszystkim był wojownikiem i patrząc na niego nikt nie mógł mieć co do tego wątpliwości.

Dragas zaśmiał się bez skrępowania. Zainteresowanie tego ładnego chłopca przypadło mu do gustu, ale nie wziął sobie jego prośby – czy może ostrzeżenia? – do serca, bo chociaż nie powiedział tego, co początkowo zamierzał, to nie porzucił tematu.

— Zatem nie kusi cię niewysychający strumyczek złota i świecidełek? — zapytał przekornie, ale bez sugestywnych, zdrożnych nut w głosie. Ot, niewybredny żart.

Anrai przewrócił oczami ponad kubkiem, który uniósł do ust.

— Proponujesz? — zapytał w podobnym, nic nie znaczącym tonie. Docierały do niego strzępki uczuć i doznań z przyległego przybytku rozkoszy, ale na razie skutecznie ignorował echa lubieżnych zabaw, pozwalając jedynie na to, by cudze myśli stanowiły przygaszone tło dla jego własnych.

— Nie. — Dragas wyszczerzył się w jeszcze szerszym uśmiechu. — Płacę tylko wtedy, gdy biorę do łóżka kurwy.

Anrai parsknął niepoważnie – udzielał mu się przedni humor Dragasa. Pamiętał go z kilku wizyt na dworze, gdy jeszcze żył król i kiedy sprawa sojuszu z Korią pozostawała otwarta. Nie zrobił wtedy na nim wrażenia; nie dlatego, że zachowaniem odbiegał od wyobrażenia cesarskich posłów: ułożonych, operujących gładkimi słowami, których znaczenie zwykle różniło się od brzmienia, do przesady trzymających się dyplomatycznych protokołów. Korianin był surowy i bezkompromisowy nawet wtedy, gdy z czarującym uśmiechem i śpiewnym akcentem przedstawiał korzyści omawianego układu ilearskiej radzie. Całkowicie koncentrował się na swoim zadaniu. Wszystkie rozmowy, których był świadkiem Anrai, zawsze prędzej czy później sprowadzały się do politycznych celów. Był przewidywalny.

Teraz to się zmieniło. Miał tajemnicę, która zaskoczyła nie tylko spiskowców, ale i ich niedużą grupkę. A gdy nie mówił o polityce, był zabawny. Arogancki i przesadnie pewny siebie, ale interesujący.

— Pytałeś o mnie — przypomniał Dragas, porzucając niewyszukany flirt. Znów przyglądał się chłopakowi, ale teraz już w zwyczajnym wyrazie zaciekawienia jego osobą i motywami, dla których chciał się zobaczyć z posłem Korii. — Dlaczego?

— Nie wiesz, kim jestem, prawda?

— A powinienem? — Zmarszczył lekko brwi w zadumie, szukając w pamięci twarzy rudzielca. — Jestem pewien, że zapamiętałbym, gdybyśmy się spotkali.

— Spotkaliśmy się — zapewnił go Anrai.

— Gdzie?

— Na dworze. Wielokrotnie.

Rozbawienie przygasło w oczach i na twarzy Dragasa, gdy rozważał usłyszane słowa. Marie wróciła do nich z zamówioną karafką wina i drugim kubkiem. Odeszła zawiedziona, bo żaden z nich nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem.

— Zatem nosisz maskę. — To nie było pytanie, tylko stwierdzenie wypowiedziane z niezachwianym przekonaniem. — Jesteś rycerzem czy jego smokiem?

— Smoki nie istnieją — rzucił lekko Anrai. — Nie wierz w te bajki.

— Nie?

Anrai pokręcił głową z teatralną wręcz powagą. Odgarnął z oczu przydługie kosmyki, wysuszone w nagrzanym powietrzu karczmy.

— Możesz mi mówić Anrai.

— Ja nie muszę się przedstawiać?

Anrai znów zaprzeczył, tym razem z nikłym uśmieszkiem wpełzającym na wargi.

— O czym będziemy rozmawiać? — pytał dalej Dragas. — O wiadomości zostawionej radcom? Powrocie Marienne? Oddziałach na granicy?

Odpowiedziało mu znużone westchnienie. Anrai podparł głowę na dłoni.

— Zgaduj dalej.

Rysy Dragasa ściągnęły się w pierwszych oznakach niezadowolenia.

— A jesteś pewien, że to odpowiednie miejsce na tego typu rozmowy?

Ruchem głowy wskazał ludzi, którzy co prawda otwarcie nie poświęcali im zbyt wielkiej uwagi, tylko od czasu do czasu zerkając w ich stronę. O tym, że Dragas był koriańskim posłem wiedzieli wszyscy – wieści się niosły, a poza tym trudno byłoby mu to ukryć zważywszy na jego prezencję. Koriański poseł przesiadujący z chłopakiem wyglądającym w najlepszym razie na posłańca o wpadającej w oko urodzie. Jakie wspólne sprawy mogła mieć ich dwójka poza szybkim przekazaniem korespondencji z rąk do rąk?

— Nikt nas nie podsłucha, o to możesz być spokojny. Potrafię zapewnić nam niezakłócony spokój. — Anrai sięgnął po karafkę i rozlał wino do kubków. — Nie pójdę z tobą na górę do prywatnych, pustych i zamkniętych pokoi.

Ostatnią, wypowiedzianą żartobliwym tonem uwagą zaskoczył sam siebie, ale najwyraźniej nie Dragasa.

— Noc jeszcze młoda, a wino wciąż na stole. — Poseł uniósł kubek w toaście, po czym opróżnił do dna, tylko po to, by od razu znów go napełnić. — Chcesz rozmawiać o tym, w jaki sposób przyjąłem prezent pana La Motte’a?

Sztylet niemalże niezauważenie pojawił się w jego dłoni.

— Ładne ostrze, dobrze wyważone — mówił dalej, kręcąc nim między palcami. Stal i zdobienia łapały światło świec, rozsyłając wokół kolorowe blaski. — Rękojeść inkrustowana, ale bez popadania w przesyt i utratę funkcjonalności. Dziwię się drogiemu radcy. Ja bym nie rozstał się równie łatwo z takim cudeńkiem. Nie na rzecz obcego, nawet jeśli z sojuszniczego państwa.

Anrai nie powstrzymał w porę śmiechu. Dragas posłał mu własny niepokorny uśmiech, gdy chłopak dopił wino i podsunął mu kubek do napełnienia.

— Więc? — ponaglił posła, wracając do głównego tematu ich rozmowy.

— Tajemnica za tajemnicę?

Czemu nie?

— Czemu nie. Pytaj.

— Jeśli nie smokiem, to czym jesteś?

— Demonem.

W jego głosie nie było zawahania, gdy odpowiadał. Obserwował Dragasa, czekając na jego reakcję.

Odpowiedź chłopaka nie zrobiła na nim wrażenia, może z uwagi na dramatyczne zawieszenie głosu na końcu tego jednego słowa, podważające szczerość wyzwania. Zmrużył oczy, przypatrując mu się bacznie przez moment.

— Wyjaśnisz?

Anrai lekko wzruszył ramieniem.

— Co tu wyjaśniać? Ludzie są ludźmi, ja człowiekiem nie jestem, tyle sam wiem, ale nie zmieniam się w gigantyczną poczwarę ani nawet nic mniejszego, bliższego naturze. Nie wierzysz w demony? Demony bólu? Żądzy? Wojny?

— Nie pasujesz do żadnego z naszych mitów.

— Chcesz usłyszeć, że mi przykro, bo rozmijam się z twoim wyobrażeniem nadnaturalnych bytów? Twoja kolej.

Dragas rozsunął poły kurtki i przyłożył dłoń do koszuli, pod którą krył się lekko wypukły kształt.

— Amulet. Rodzinna pamiątka.

— Mogę zobaczyć?

— Kolejne pytanie?

— Pytaj.

— Zakon?

Anrai westchnął. Oparł się plecami o ścianę i na moment zapatrzył się w sufit. Miał nadzieję, że nie będzie musiał o tym mówić, ale przecież powinien był się spodziewać, że Korianina zafascynuje zakon, spowity głęboką tajemnicą i niedostępny dla zwykłych śmiertelników.

— Znasz tę legendę o magu, który odkrył sekretną moc, wypełniającą wasz świat niczym krew krążąca w żyłach człowieka?

Dragas kiwnął nieznacznie głową w potwierdzeniu.

— Dowiedział się, jak czerpać z niej siłę, by jeszcze bardziej naginać rzeczywistość do swojej woli — powiedział udowadniając, że owszem, zna. — Ale ta moc go opętała, jego i innych magów, tworząc wynaturzenie równie potężne, co okrutne.

— Pozbawione uczuć, niezdolne do współistnienia z ludźmi, oszalałe od nadmiaru nieznanych bodźców i materialności wokół. Czysta energia, która uzyskiwała samoświadomość w kontakcie z ludzką duszą.

— To nie legenda. To początek…

— Wojen Żywiołów? — Twarz Anraia wykrzywił gorzki uśmiech na ten wyraźny objaw strachu Korian przed magią. Tak bardzo się bali, że unikali nawet słów mogących sugerować, że magia jest im bliska. — Ludzie próbowali zniszczyć abominacje, ale nie mieli skutecznej broni przeciwko niemal nieograniczonej magicznej mocy. Zaraza się rozprzestrzeniała, bo na świat przywoływane były kolejne potworności. Trzeba było wieku, by to się zmieniło. Potrzeba było śmiałków gotowych poświęcić swoją wolność, by związać i ujarzmić obcą świadomość. Tak się zrodziła więź między demonem a jego strażnikiem. Część z pokonanych, uświadomiwszy sobie po dokonanym rytuale związania czym byli i co robili, zdecydowała oddać się w bezwarunkową służbę ludziom, by odpokutować wyrządzone krzywdy. To właśnie zakon.

Dragas przyglądał mu się w milczeniu, które wkrótce zaczęło mu ciążyć.

— Wybacz, że zabrakło mojej opowieści inwencji i lotności. Nie umiem wciągająco snuć bajek.

— To nie bajka — zaprotestował Dragas półgłosem. — To…

— Tak, tak, wiem — przerwał mu Anrai. — Wojny Żywiołów.

— Demony zostały starte z powierzchni ziemi.

— Nie.

— Zostały powstrzymane i zniszczone, sekret ich przywołania na zawsze wyparty ze ludzkiej świadomości.

— Nie. I nie.

— Chcesz powiedzieć…

— …że wciąż chodzą po tym świecie obce byty, które zagnieździły się w ciałach ludzi na tyle głupich, by za obietnicę władzy dać się opętać i zniszczyć. I że to wcale nie jest pieśń zapomnianej przeszłości.

— Ty…?

Tym razem Anrai nie przyszedł mu z pomocą i nie odpowiedział na niezadane pytanie, choć wyraźnie je słyszał, myśl, której Dragas nie potrafił z siebie wydusić w postaci słów.

— Amulet — przypomniał.

Dragas nieprzytomnie sięgnął pod ubranie. Między palcami posła błysnął wyciągnięty spod koszuli medalion.

Rozmowa o zakonie przytłumiła dobry humor Anraia, tym bardziej że i poseł spoważniał, ale gdy chłopak zobaczył amulet Dragasa, wszelkie inne uczucia nagle zostały zastąpione rozchodzącą się lodowym dreszczem po skórze grozą. Moment szybko minął, pozostawiając Anraia zapatrzonego w błyskotkę ze spokojem ustępującym rosnącemu oczarowaniu.

— Daj. — Choć żądał, wysuwając już rękę do przodu, to zabrzmiał miękko, łagodnie.

Dragas potrząsnął głową.

— Nie za nic.

Anrai podniósł wzrok od medalionu do twarzy Korianina.

— Co jeszcze chcesz wiedzieć?

— Co tu robicie. Dlaczego ingerujecie w sprawy Ilearu i Korii. Jaki jest wasz ostateczny cel.

— To więcej niż jedno pytanie.

— To więcej niż cenna ozdóbka. — Dragas zdjął medalion z szyi i podał chłopakowi. — Więcej niż słowa.

— Przybyliśmy dziesięć lat temu wraz z królem z rodu de la Varre w roli przybocznej straży — zaczął Anrai, zapatrzony w ozdobę. Owal z nieznanego mu metalu z wprawionym w środek ciemnym kamieniem, który znał doskonale. Kamień był gładki i zimny, jak wyjęty prosto ze skarbca ukrytego głęboko pod ziemią, a nie dopiero co zdjęty z szyi żywego człowieka. Z doświadczenia wiedział, że nie było mocy, by nabrał ciepła, choćby i wrzucić go w płomienie.

— I…? — ponaglił go Dragas, uważnie przypatrując się jego poczynaniom z rodzinną pamiątką.

— Chroniliśmy go. Nie cieszył się przychylnością poddanych, a ostatni zamach nie był bynajmniej pierwszy.

Poza nienaturalnym chłodem i tym, że zamiast odbijać światło zdawał się je pochłaniać, kamień nie miał w sobie… niczego. Anrai nie czuł od niego magii, ale w tym akurat nigdy nie był najlepszy. Może to Inglot powinna spotkać się z Korianinem? Tylko czy jej Dragas pozwoliłby obejrzeć z bliska medalion?

— Był pierwszym, który się powiódł. Dlaczego?

— Bo tego chcieliśmy.

Nie było magii, ale nie było też śladu po bytności przetrzymywanej świadomości. W takich kamieniach więziono istotę przemocą wydartą z ciała człowieka, z którym się zespoliła. Niewielu było takich, którzy potrafili dokonać tej sztuki i niewiele odnieśli oni sukcesów. Jak na kogoś, komu ta nazwa nawet nie przechodziła przez gardło, Dragas z niezwykłą swobodą nosił na piersi relikt Wojen Żywiołów.

— Jaki macie w tym cel?

— O to musiałbyś zapytać kogoś, kto wie więcej. — Anrai oddał medalion. — W jaki sposób ta błyskotka cię chroni?

Na twarz Dragasa wrócił nieznaczny uśmiech. Teraz, gdy jego własność była na swoim miejscu, nie w rękach obcego, i bezpiecznie ukryta pod ubraniem przed niepożądanym wzrokiem, odzyskał część utraconego wcześniej humoru. Wyraźnie się rozluźnił.

— Myślałem, że to ty mi powiesz. Ja nie jestem magiem.

— Ja też nie. Dziwię się, że Korianin z taką łatwością trzyma przy sobie artefakt. Ponoć u was nie toleruje się żadnych przejawów nadnaturalnych mocy.

— Prawda. Ale medalion nie ma w sobie śladu magii. O tym mogłem sam ci powiedzieć, gdybyś zapytał.

Nie miał, ale w jakiś sposób roztaczał wokół noszącego ochronną aurę. A może dotyczyło to tylko tej jednej konkretnej osoby? Dragasa?

— Wiesz o tym?

— Sprawdziłem.

— Co jeszcze wiesz?

Dragas wzruszył lekko ramieniem.

— Na ten temat? Nic.

— Skąd się wziął?

— Otrzymałem go od babki. Skąd ona go miała – nie wiem. — Dragas przekrzywił lekko głowę, znów uważnie przyglądając się chłopakowi. — Nie bierz tego do siebie, ale nie wyglądasz na ogarniętą szaleństwem abominację. Gdzie jest twój strażnik? — Wrócił do początku ich rozmowy, udowadniając, że słuchał i prawidłowo wyciągał wnioski ze słów, które słyszał.

— Po pierwsze, strażnik i abominacja… — Anrai urwał, krzywiąc się na to słowo, czym wywołał wybuch śmiechu i przypomnienie, że przecież pierwszy użył tego określenia. — Związana ze sobą para nie musi przebywać razem bez przerwy, choć dłuższa rozłąka jest odczuwana przez obie strony i dla żadnego z nich nie jest to przyjemne. Po drugie, ja nie mam strażnika.

— A mówiłeś, że bez tego…

— Wiem, co mówiłem. Obcy byt, brak zrozumienia fizycznych doznań w materialnym świecie, brak zrozumienia ludzkich emocji, brak moralności, etycznych dylematów, człowieczeństwa. — Anrai przewrócił oczami w geście zniecierpliwienia i irytacji. — W każdej legendzie jest ziarno prawdy, każda odległa historia obrasta w legendę. Jak sam powiedziałeś, nie jestem krwiożerczym monstrum, a nawet jeżeli miałbym takim być, to potrafię zapanować nad żądzą mordu i zniszczenia. Nie wiem, czy strażnik rzeczywiście jest niezbędny, czy cokolwiek ułatwia, czy to już tylko tradycja, bo zaręczam, że ja doskonale rozumiem uczucia, nie mam nic przeciwko fizycznym doznaniom i wiem, jaki zrobić użytek i z jednych, i z drugich.

Nie był świadomy, co skłoniło go do obrotu rozmowy w tę stronę – może to, że znów czuł bijące od Korianina zafascynowanie swoją osobą, a jemu samemu o dziwo nie przeszkadzało wędrujące spojrzenie półprzymkniętych, lśniących drapieżnie w świetle świec oczu. Nie zastanawiał się.

— Mam jeszcze jedno pytanie — rzucił Dragas lekkim tonem, nieznacznie zmieniając pozycję na ławie, siadając szerzej, zajmując jakby więcej przestrzeni. Kręcił w dłoniach kubkiem, sprawiając wrażenie rozproszonego, ale intensywność, z jaką wpatrywał się w chłopaka, całkowicie temu przeczyła.

Anrai nie chciał dłużej mówić o zakonie, polityce, planach i celach ich grupki, które i tak nie były mu do końca znane ani go nie interesowały, ale skapitulował, bo Dragas cierpliwie czekał na jego pozwolenie, wyraźnie dając znak, że sam się nie wycofa.

— Pytaj — bardziej westchnął, niż powiedział.

— Zobaczę dziś twój tatuaż? — Część żaru, jaki rozgrzewał jego spojrzenie, przeniknęła do głosu.

Anrai bez zastanowienia sięgnął do sznurowania koszuli. Zanim zaczął rozplątywać wiązania, Dragas niespodziewanie wychylił się ponad stołem i chwycił jego dłoń.

— Czy to, że nas nie słyszą znaczy także, że nie widzą? — zapytał z niekrytym rozbawieniem. Chłopak powiódł wzrokiem po sali jakby dopiero teraz przypomniał sobie, gdzie są. Dragas wskazał puste karafki ustawione na blacie między nimi. — Noc wciąż jest młoda, ale wino już się skończyło.

Jego słowa nawiązywały do wcześniejszego żartu, który teraz już żartem nie był, a śpiewny ton skrywał zachętę i obietnicę, i zwykłą radość życia.

Anrai dał się temu porwać.

Rozmowa to jedno, ale musiał jeszcze przyjrzeć się Korianinowi, tak naprawdę się przyjrzeć, jak tylko on potrafił – wyjaśnił sam sobie swój entuzjazm, gdy chwytał płaszcz i wstawał od stołu. Mógł zrobić to tutaj, przy świadkach, ale gdyby coś poszło nie tak, i znany wszystkim koriański poseł zacząłby krwawić z nosa lub uszu jak tamten narzucający mu się głupiec, to z pewnością tym razem nie obeszłoby się bez powszechnego zainteresowania i interwencji. Prywatne pokoje posła na górze były lepszym ku temu miejscem. Porzucenie czujności i ostrożności dodatkowo mu jeszcze ułatwią zadanie.

A poza tym chciał tego.

W połowie schodów, z dala od spojrzeń siedzących na dole gości, Dragas zatrzymał się, odwrócił, przyciągnął go do siebie i pocałował. Nie protestował, przywitał to śmiechem, który od razu przeszedł w zduszony jęk, gdy Korianin wykorzystał okazję, żeby pogłębić pocałunek.

— Ktoś taki jak ty nie powinien kryć się za maską — usłyszał, czując przyjemne drapanie zarostu na policzku, gdy Dragas wypowiadał te słowa tuż przy jego uchu. Odruchowo otarł się o twarz tamtego, trochę jak przymilny kociak, bardziej jak spragniony dotyku człowiek.

— Dziesięć lat temu wyglądałem tak samo.

Jeszcze jedna rzecz, która wyrwała mu się bez jego świadomej decyzji.

Dragas przyglądał mu się przez moment, rozważając jego wyznanie.

— A wcześniej? Pięć lat wcześniej? Dziesięć?

Wciąż rozmawiali? Gdy Korianin przyciskał go sobą do ściany na schodach, na których ktoś w każdej chwili mógł się pojawić?

— Pięć lat wcześniej wyglądałem o pięć lat młodziej.

Kolejne długie, badawcze spojrzenie, ale w końcu Dragas odsunął się i pociągnął go za sobą na górę. Ledwo tylko drzwi się za nimi zamknęły, Anrai przejął inicjatywę i wciągnął posła w następny niecierpliwy pocałunek, byle tylko nie dać mu szansy na dalsze pytania. Miał świadomość, że Dragas wciąż jeszcze chciał coś wiedzieć – dlaczego chłopak tak chętnie udzielał odpowiedzi na wszystkie jego pytania. Ta myśl tłukła się między nimi odciągając obu od dziejących się rzeczy. Warknął cicho w pocałunek, czując rosnącą irytację zamiast namiętności. Dragas odchylił się nieznacznie, żeby na niego spojrzeć spod uniesionych w zdziwieniu brwi.

— Bo gdy wstanie poranek, i tak nie będziesz pamiętał ani słowa z tej rozmowy — powiedział, zanim tamten mógł się odezwać.

O dziwo, Korianin przyjął tę odpowiedź ze spokojem, zupełnie nieprzejęty ukrytą w niej zapowiedzią.

— Tatuaż. Zanim i o tym zapomnę.

Sięgnął do sznurowań, które na dole zaczął rozplątywać Anrai. Chłopak bez oporów pozwolił mu dokończyć zadanie. Blask ognia zza okna zagrał na jego twarzy, rozpalając oczy.

— Tego nie zapomnisz, gwarantuję — obiecał, zanim Dragas rzucił jego koszulę na podłogę, by jak najlepiej wykorzystać daną mu szansę na poznanie każdego szczegółu, który warto było zapisać w pamięci.

Rozdział VIII

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Rozdział VII

  1. Jedna scena, skupiająca się głównie wokół Dragasa i Aarai, ale jak wciągająca! Panowie prowadzą intrygującą grę, manipulują sobą nawzajem, by osiągnąć własne cele, a jednocześnie ulegają obopólnemu urokowi. Prowadzony przez nich dialog bardzo treściwy i interesujący. Poznajemy lepiej Anrai, dowiadujemy się więcej o kreacji świata, odkrywamy zagadkę magii chroniącej Dragasa i co najważniejsze – poznajemy prawdę o Strażnikach i smokach. Jedna rozmowa, a tyle informacji 😀 Do tego podanych w tak przystępnej formie, że czytelnik się nie gubi. Szkoda tylko, a może bardzo dobrze, że Dragas nie będzie o niczym pamiętał 😉 Co do naszego Koriańczyka, podobało mi się, jak Anrai z nim rozmawiał, zbijając go z tropu, traktując z góry, miejscami nawet lekceważąco, przez co Dragas nie był już tak arogancki i pewny siebie. Trafiła kosa na kamień 😛

    Polubione przez 1 osoba

    • Zastanawiałam się, co zrobić z tym rozdziałem i ostatecznie zdecydowałam się ograniczyć jedynie do spotkania Anraia z Dragasem z dwóch powodów: po pierwsze rzeczywiście upycham tu mnóstwo informacji i obawiałam się, że gdzieś się to zgubi, jeśli przeskoczę w inne miejsce do innych postaci, a po drugie potrzeba mi było porządnego wprowadzenia Anraia. Co prawda przez to rozdział jest krótszy niż zazwyczaj, ale mam nadzieję, że to nieduży minus.
      Dragas nie obronił się przed wpajanymi Korianom od dziecka strachem i niechęcią względem magii, stąd z racji tematu ich rozmowy, Anrai już na wstępie miał pewną przewagę. Poza tym on tylko sprawia wrażenie ładniutkiego, niegroźnego dzieciaka 😉 Ale do tego jeszcze wrócę.
      Dziękuję i pozdrawiam!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s