Rozdział VI

Ojciec wyjechał. Wrócił do domu. Razem z nim lady Elizabeth i Isabelle. Pragnienie uwolnienia stąd księżnej, która bez córki nie opuściłaby tego przeklętego miejsca, okazało się silniejsze niż nienawiść hrabiego do dzieci Gabriela. Brugge pozostało pod opieką Moriverna. I on – jego też ojciec zostawił pod opieką kapitana. Marco miał czekać. I uczyć się.

Siedziba rodu de la Varre nie była większa od ich własnej, choć niezaprzeczalnie okazalsza. Zwiedził wszystkie kąty już pierwszego dnia; od piwnic po strych, od sypialni gospodarzy i pokoi gościnnych po stajnie i loszki na wino. Książę lubował się w przepychu, widać to było na każdym kroku. Zdobienia, złocenia, cenne kamienie ponaszywane na narzuty i kapy, gobeliny strojące ściany – dosłownie wszystko wokół lśniło i mieniło się setką barw i blasków. Zdawał sobie sprawę, że zamek nie doczeka w tym stanie do przybycia wysłanników nowego króla. Żołdacy Moriverna mieli pełne kieszenie cennych drobiazgów jeszcze tej samej nocy, gdy dokonała się masakra, a i sam kapitan nie żałował sobie kamyczka czy brylantowego świecidełka. Marco nic nie mówił, bo też nie taka była jego tu rola. Pozornie tylko postawiony ponad żołnierzami, w rzeczywistości nie miał nic do powiedzenia. W milczeniu przyglądał się pokątnemu złodziejstwu, próbując zapamiętać każdego, kto dopuścił się kradzieży, by w odpowiednim czasie przedstawić to wszystko ojcu. Był pewien, że gdy hrabia się dowie, wyciągnie konsekwencje z takiego zachowania jeśli nie ze względu na narzuconą mu odpowiedzialność za Brugge, to choćby dlatego, że przecież to wszystko wciąż stanowiło własność Elizabeth.

Na swój tymczasowy pokój wybrał ten, do którego pokierowała go Rena – już wiedział, jak miała na imię śliczna pokojówka. Spotkał ją rankiem, gdy zanosiła jedzenie Vanowi, i ośmielił się zapytać. Odpowiedziała zanim zniknęła w sypialni młodego de la Varre’a. Nie dała się wciągnąć w rozmowę, choć odprowadził ją potem do kuchni. Dygnęła z wdziękiem nie pasującym do chłopki i zamknęła mu kuchenne drzwi przed nosem.

— Ja nie pozwoliłbym się tak traktować na twoim miejscu, paniczu.

Skamieniał, gdy tuż za nim rozległ się głos Moriverna. Oficer stał oparty o przeciwległą ścianę i z nieprzyjemnym uśmiechem przyglądał się podopiecznemu.

— Kazałbym ją wybatożyć — mówił dalej kapitan. — Żeby zapamiętała, jak należy zwracać się do pana. Mała suka. Chociaż ładna.

— Ani się waż — syknął, choć sam słyszał jak bardzo niepewnie brzmi. Kapitan roześmiał się i odkleił od ściany. – Ani się waż!

— Jak sobie życzysz, wasza miłość. Jestem tu po to, by spełniać życzenia waszej miłości. — Morivern machnął dłonią w parodii salutu, po czym potarł brodę w zadumie. — Rzeczywiście szkoda byłoby zniszczyć tak śliczną skórę. Masz oko, mały.

— Za wiele pan sobie pozwala, kapitanie. Zapomina się pan.

— Zatem pokornie proszę o wybaczenie, paniczu. — Choć już był poważny, w jego głosie wciąż pobrzmiewała kpina. Ukłonił się dworsko przed chłopakiem i odszedł, pogwizdując pod nosem. Zanim zniknął za zakrętem, do Marca doleciał jeszcze nieprzyjemny dźwięk jego śmiechu.

Pożałował, że nie sprzeciwił się ojcu, gdy tamten oddawał go pod opiekę zaufanego żołdaka. Marco nigdy nie darzył Moriverna sympatią, ale do tej pory mógł sobie pozwolić na unikanie jego towarzystwa. Teraz nie miał już wyboru.

W drodze powrotnej na piętro zatrzymał się w pokoju lady Elizabeth. Nikt nie uprzątnął jej porozrzucanych rzeczy, nikt też nie poskładał pościeli. Na toaletce leżały poprzewracane kosmetyki i pachnidła, których nie zdążyła lub też nie chciała spakować. Jej piękna twarz spoglądała na ten bałagan z portretu zawieszonego pomiędzy smukłymi oknami z wyrazem obojętności, jakiej nie było dane zobaczyć u niej Marcowi odkąd tu przybył. Podobizna lady de la Varre wisząca w jego domu za kotarą chroniącą ją przed wzrokiem matki uśmiechała się nie tylko ustami, ale i roziskrzonymi oczyma. Na tamtym obrazie była młodziutka i śliczna, tutaj – lodowato piękna i wyniosła, a w rzeczywistości… W rzeczywistości szalona i nie warta tego wszystkiego.

— Co tu robisz?

Odwrócił się gwałtownie, po raz drugi w ciągu zaledwie kilku chwil zaskoczony obecnością kogoś, kogo nie zauważył. Van siedział w fotelu przysłoniętym skrzydłem otwartych na oścież drzwi. Obserwował go spod przymrużonych powiek. Marco opanował impuls nakazujący krok w tył, by zamiast tego unieść lekko głowę.

— Mógłbym zapytać o to samo — odpowiedział, próbując nadać głosowi spokojny i pewny ton.

Twarz Vana wykrzywił grymas, który mógłby ujść za nieprzyjemny uśmiech, gdyby nie towarzyszyła temu potworna pustka w jego spojrzeniu. Młody de la Varre powoli podniósł się z fotela i zbliżył do Marca na odległość zaledwie kroku. Zbyt blisko.

— O to, co robię w zamku? Mieszkam. W końcu jeszcze do niedawna był to mój dom.

Marco drgnął pod wpływem słów, których ton zmroził powietrze w pokoju.

— Co robię w sypialni matki? — mówił dalej Van. — Chciałbym powiedzieć, że ją odwiedzam, ale przecież jej już tu nie ma, bo twój tatuś zabrał ją z domu, wywiózł wbrew woli, uprowadził do siebie.

— Nieprawda! – zaprotestował, ale tylko tyle zdołał powiedzieć, bo Van naparł na niego, robiąc ostatni krok w przód, i Marco widział już tylko jego oczy.

Szare.

Jak oczy Elizabeth.

— Nieprawda? Dla ciebie to radosna wyprawa w niecierpliwie wyczekiwaną podróż? Rozejrzyj się!

Dłoń Vana zakreśliła w powietrzu łuk, gdy chłopak wskazywał porzucone w pośpiechu i nieporządku rzeczy matki, ale Marco nie zauważył tego gestu.

Bogowie. Skąd to wrażenie, że świat wokół tak gwałtownie się kurczy; kurczy i znika, pozostawiając go bez tchu, samego w obliczu bezdennej otchłani, której pustkę nagle wypełniła wczechtrawiąca pożoga?

Van odsunął się niespodziewanie. Odwrócił głowę, zaciskając kurczowo powieki i pięści. Odetchnął głęboko. Raz. Kolejny. Gdy na powrót otworzył oczy, wciąż tliło się w nich zarzewie nawałnicy, ale panował nad tym, odzyskał kontrolę. Spojrzał na portret matki. Zatrzymał się przed nim.

— Mógłbyś być ich dzieckiem – powiedział, bez śladu wcześniejszych emocji. — Śliczny blondynek. Pewnie byłaby szczęśliwsza, gdyby tak właśnie było. A ty?

— Mam matkę.

Van zaśmiał się całkiem jak Raynhard, kiedy Marco rozbawił go odpowiedzią na przytyk. I tak jak po reakcji Raynharda poczuł gorąco zalewające policzki.

— Nie wątpię, że masz. Inaczej nie rozmawialibyśmy sobie teraz tak przyjemnie. Twój ojciec bardzo żałuje, że to nie piękna Elizabeth została jego żoną. A ty? Ma to dla ciebie znaczenie?

— A dla ciebie? Nie wolałbyś być synem uczciwego, dobrego człowieka zamiast takiego sadysty i okrutnika, jakim był…?

— Nigdy.

Dopiero gdy to jedno słowo przeszyło powietrze pogardą i nienawiścią, uświadomił sobie, że czekał, aż Van mu przerwie – i ze zgrozą pomyślał, że spodziewał się ciosu, nie słów.

— Van — zaczął, ale Van potrząsnął głową. Włosy opadły mu na twarz, kryjąc ją przed wzrokiem Marca. Pod wbitymi w dłonie paznokciami pojawiła się krew.

— Twój ojciec nie powiedział mi nic poza tym, że zabiera stąd matkę i że nie pozwoli mi się z nią zobaczyć przed wyjazdem — powiedział półgłosem, nie patrząc już na portret, tylko w podłogę. Kryjący ją dywan był głęboki i miękki, przetykany złocistymi nićmi układającymi się w przepiękne wzory. — Drzwi mojego pokoju są otwarte, a na korytarzu nie ma straży. Wyjaśnij mi, jaka jest moja rola tutaj, bo on najwyraźniej o tym zapomniał.

— Nie możesz opuszczać Brugge. — Słowa dławiły, ale Marco ze wszystkich sił starał się brzmieć nieugięcie, tak jak zabrzmiałby w tej sytuacji jego ojciec. — Nie dopóki…

— …dopóki ten wasz król nie zadecyduje o moim losie. — Van nie poczekał, aż sam dokończy zdanie. — Zdaję sobie z tego sprawę. Wyjaśnij mi, czego wy ode mnie oczekujecie.

— N…niczego. Kapitan Morivern… On jest odpowiedzialny i za Brugge, i za twoje bezpieczeństwo.

— Bezpieczeństwo?

Marco zacisnął pięści. Beznamiętny ton Vana doprowadzał go do szału szybciej niż kpina i gniew.

— Bezpieczeństwo, Van. Twój tatuś nie był jakoś szczególnie darzony miłością, a ty…

— …trochę go przypominam, to masz na myśli? — Van odwrócił się z powrotem do niego. — Tak, to samo powiedział twój ojciec. Koniecznie chciał mnie przekonać, że to dla mojego dobra. Ty również mi powiesz, że nie jesteś moim wrogiem?

— Nie jestem. Ja przecież… — urwał. Van uniósł brew, patrząc na niego z drwiną w oczach. Bogowie, był to tak znajomy wyraz, że gdyby nie fizyczne podobieństwo, Marco mógłby przysiąc, że Van był synem Raynharda, a nie księcia Gabriela.

— Nie jestem twoim wrogiem. — Nie wiedzieć czemu chciał, żeby Van mu wierzył. — Nigdy nie byłem. Nie dawaj mi powodów, bym nim został.

— Jakaż to ulga! — Van prychnął głośno, nie kryjąc własnej wrogości. — Nie wiem jak mógłbym spać wiedząc, że taki wojownik czyha na moje życie.

— Nie kpij. Nie masz tu już nikogo, kto stanąłby po twojej stronie.

— A kto mówi, że kogoś potrzebuję? Sam potrafię o siebie zadbać. Nikt – zwłaszcza synalek von Throima – nie jest mi do tego potrzebny.

— Każdy kogoś potrzebuje. Sam się o tym przekonasz. A na razie… Możesz robić, co chcesz – w obrębie zamku. Nie możesz opuszczać jego murów. Nie radzę też wchodzić w drogę żołnierzom. Oni nie darzą sympatią zarozumiałych, aroganckich paniczyków, którym się wydaje, że szyderstwo to odpowiedź na wszystko.

— Zatem ty musisz być ich pupilkiem, słodki aniołku.

Pięść Marca wystrzeliła do przodu bez jego świadomej decyzji. Van się tego spodziewał. Cofnął się i bez problemu uniknął ciosu, a Marco poleciał przed siebie.

— No patrzcie, patrzcie. Kociak nie boi się pokazać pazurków. Uważaj, żeby ich sobie przypadkiem nie połamać — syknął Van, mrużąc złośliwie oczy.

Marco odwrócił się i chociaż i tym razem okazał się za wolny, to jego pięść przynajmniej otarła się o twarz rywala. De la Varre parsknął zgrzytliwym śmiechem, uniósł rozłożone dłonie w pozornie pojednawczym geście i z niegasnącym paskudnym półuśmieszkiem cofnął się ku drzwiom.

Marco przyglądał się temu dysząc ciężko, czerwony z gniewu i upokorzenia. W uszach wciąż brzmiał pełen pogardy śmiech. Zacisnął pięści i zanim uświadomił sobie, co robi, już na nim siedział, na oślep bijąc i szarpiąc. Przez moment zdawało mu się, że w szarych oczach zamiast kpiny dostrzega błysk triumfu, ale zignorował to, wciąż wściekły, wciąż zaślepiony szałem, w jaki wpadł. Tłumiona złość, strach, zmęczenie ostatnimi dniami i poczucie bezsensu wszystkiego, co się wydarzyło, w końcu znalazły ujście i cel, i dlatego uderzał dopóki był w stanie, nie potrafiąc – i nie chcąc – już się zatrzymać.

*

— Wdawać się w bójkę z młodym de la Varrem? — Morivern roześmiał się, nie kryjąc rozbawienia. Stał w progu pokoju Marca, oparty o framugę. Rena przecierała właśnie twarz chłopaka, częściowo zasłaniając go przed wzrokiem kapitana. — I to do tego stopnia, żeby moi żołnierze musieli was rozdzielać? Co by powiedział twój ojciec?

— Sprowokował mnie. — Marco syknął z bólu, kiedy rozcięta warga znowu zaczęła krwawić.

— Oczywiście. Zaskoczony? W tym domu nikt nigdy nie podjął żadnego działania bez wyraźnej przyczyny i korzyści w zasięgu wzroku — Morivern pokręcił z politowaniem głową.

— Chciał, żebym go pobił? Jest równie szalony jak jego matka.

Rena drgnęła, ale zanim zdążył uchwycić wyraz jej twarzy schyliła się, by wypłukać szmatę.

— Jak dla mnie to wcale nie on najbardziej ucierpiał. — Kapitan oderwał się od framugi i stanął za plecami służki, która odruchowo się skuliła. Przyjrzał się posiniaczonej, wciąż jeszcze zakrwawionej twarzy chłopaka i kiwnął głową. – No. Nasz pupil zdecydowanie potrafi się bić.

— Sprowokował mnie — powtórzył Marco.

— Tak, tak, my to już wiemy. – Kapitan wykrzywił się w parodii uśmiechu. — A co ty o tym sądzisz, mała? Myślisz, że wasz paniczyk zrobił to z rozmysłem?

Rena podniosła wystraszone oczy na oficera i potrząsnęła głową.

— Chcesz powiedzieć, że nie? Że to wina Marca? Spójrz na tego chłopca, kwiatuszku. Czy on wygląda dla ciebie na nieokrzesanego zbója?

Dziewczyna zacisnęła mocno powieki i opuściła głowę, wciąż nią kręcąc, teraz jednak mniej pewnie.

— Nie umiesz mówić? — Morivern zacisnął dłoń w jej włosach i pociągnął do góry. Krzyknęła bardziej z zaskoczenia niż z bólu.

— Panie — wyszeptała przerażona.

— Kapitanie, niech pan ją puści. Natychmiast.

Żołnierz przyglądał się przez chwilę ściągniętej strachem twarzy, po czym rozluźnił dłoń w splątanych włosach. Wygładził je prawie czułym gestem i uśmiechnął się łagodnie.

— Chodźmy do tego waszego diablątka, dziecko. Jemu też przyda się twoja pomoc. Może Marco nie jest nieokrzesanym zbójem jak Van, ale widziałem już, że uderzyć potrafi.

— Kapitanie, co pan chce zrobić? — Marco poderwał się na nogi, ale zanim zrobił krok do przodu, na ramię opadła mu ciężka dłoń, usadzając go z powrotem na łóżku.

— Nic, Marco. Odpocznij. Nie chcę, żeby do twojego ojca doszło, że przez moje niedopatrzenie dzieje ci się tu krzywda.

— Nie dzieje mi się żadna krzywda! — zaprotestował. — Nie jestem dzieckiem!

— Nie. Nie jesteś. Ale jesteś pod moją opieką. I to wystarczy. No, mała, na co jeszcze czekasz?

Rena posłusznie podniosła miskę, wrzuciła do niej szmaty i odeszła do drzwi. Gdy zniknęła za progiem, Morivern wyszczerzył się w paskudnym uśmiechu.

— Odpoczywaj, Marco, i pozwól, że zajmę się całą resztą. Gdy skończymy u Vana, z powrotem przyślę ci tę ślicznotkę.

— Kapitanie…

— Później, Marco. Później.

*

Van stał przy oknie, zapatrzony w zasnuty szarymi strugami deszczu dziedziniec. Nie zareagował na dźwięk otwieranych drzwi, całkowicie zatracony w widoku szalejącej na zewnątrz ulewy. Dopiero drżący głos wyrwał go z zadumy.

— Paniczu…

Odwrócił się. Rena stała przy łóżku, trzymając w dłoniach miskę wypełnioną wodą. Jej palce były tak mocno zaciśnięte na brzegach, że widział jak zbielały. Jej twarz ginęła pod splątaną jasną falą włosów. Za nią zatrzymał się oficer von Throima.

— Nie potrzeba mi tego. Możecie wyjść.

Rena skuliła się jeszcze bardziej. Zadygotała. Twarz Moriverna rozjaśnił nieprzyjemny uśmiech.

— Widzę, że niczego się jeszcze nie nauczyłeś, szczeniaku. Ale niech będzie jak chcesz. Wyjdź — zwrócił się do Reny, która od razu posłuchała, pospiesznym krokiem idąc ku drzwiom. — Panicz Marco na ciebie czeka. Nie chciałbym usłyszeć, że w czymkolwiek mu się naraziłaś, mała.

Chwycił ją za ramię, gdy mijała go w progu, i zmusił, by na niego spojrzała.

— Rozumiesz?

— Puść ją.

Uśmiech Moriverna stał się drapieżniejszy i przez to jeszcze mniej przyjemny. Cofnął dłoń, pozwalając dziewczynie opuścić pokój. Gdy tylko zniknęła w korytarzu, Morivern zamknął drzwi. Nie przestawał się uśmiechać.

Van z godnością uniósł w górę brodę. Bo kimże był przy nim ten byle żołdak?

— Van de la Varre. Patrzcie państwo. Jedyne, co pozostało z dumnego rodu Brugge. – Morivern powoli wyszedł na środek pokoju. Zatrzymał się przy łóżku, ostatniej przeszkodzie pomiędzy nim a Vanem. — Żal mi cię. Wczoraj królewski kuzyn, a dziś… Dziś sierota pozbawiona władzy i majątku. Co ci zostało?

Przez chwilę czekał na odpowiedź, ale gdy nie padły żadne słowa, skwitował uparte milczenie Vana śmiechem. Obszedł łóżko i zatrzymał się przed chłopakiem. Z niegasnącym uśmiechem ujął go pod brodę i obrócił twarz na bok, by przyjrzeć się sinej szramie na lewym policzku. Van wyrwał się, ale nie cofnął, ani nie odwrócił wzroku.

— Dalej hardy, co? Tatuś rzeczywiście dobrze cię wyszkolił. Czy może raczej ten… jak mu… Raynhard? Ten, dzięki któremu znalazłeś się w tej sytuacji. Na mojej łasce.

— Nie jestem…

— Ależ oczywiście, że jesteś — przerwał mu z niekrytym zadowoleniem kapitan. — W tej chwili Brugge należy do mnie. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, w jakim jesteś położeniu. Żyjesz tylko dlatego, że hrabia obiecał cię Raynhardowi w nagrodę za jego nieocenioną pomoc. Oficjalnie? Oficjalnie ciebie już nie ma. Żaden król – ani stary, no bo nie żyje, ani nowy – nie będzie sobie zaprzątał tobą głowy. Von Throim ma teraz swoją Elizabeth i o nią będzie dbał. Raynhard… Może ty wiesz, gdzie jest Raynhard? Bo ja z pewnością nie. Pominąłem kogoś? Kogoś, kto by się o ciebie upomniał?

Dłoń Moriverna wróciła do twarzy Vana, tym razem gładząc delikatnie jego policzek. Znów się wyrwał. I znów odpowiedział mu śmiech.

— Kilka zasad, Van. Żeby wszystko było jasne między nami. Po pierwsze: żadnych impertynencji, bo szybko się przekonasz, że sobie z tym radzę. Po drugie: żadnych bójek z młodym von Throimem. Najlepiej by było, gdyby przestał dla ciebie istnieć. Po trzecie: żadnego knucia. Tobie śmierć nie grozi, o to możesz być spokojny, ale każdemu innemu z tego zamku? Oczywiście wiem, że dla ciebie życie służby to drobnostka zupełnie jak dla twojego drogiego świętej pamięci tatusia, ale zastanów się, czy warto mieć w każdym, z kim dzielisz dach nad głową, wroga. Po czwarte: żadnych numerów, żadnych prób ucieczki. Rozumiesz? Jeśli rozumiesz, to znaczy, że może jakoś się dogadamy i może spokojnie i bez nieprzyjemności obaj doczekamy rozwiązania tej sprawy. Możesz włóczyć się po zamku gdzie chcesz, ale pamiętaj, że są straże i że mają na ciebie oko. Jeśli tylko usłyszę o jakiejkolwiek nieuprzejmości z twojej strony, nie zawaham się wziąć sobie ciebie na smyczkę, szczeniaku.

— Skończyłeś?

— Mhm. Skończyłem.

— Wyjdziesz?

— No nie wiem. — Morivern zmrużył oczy i przekrzywił głowę. — Myślisz, że jest tu coś, czym mógłbym się jeszcze zająć?

— Wyjdź.

— Van, dobrze ci radzę – żyj ze mną w zgodzie, a wszystko skończy się dobrze.

— Jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia, wyjdź. Zajmij się lepiej swoim paniczykiem.

Z ociąganiem, ale nie kontynuując już dyskusji, kapitan wrócił do drzwi. Nie wyszedł jednak bez ostatniego słowa.

— Nie musisz tutaj siedzieć sam. Możesz dołączyć do mnie i Marca przy kolacji. Nie mogę mówić za niego, ale ja poczuję się zaszczycony, jeśli wasza książęca mość przyjmie moje skromne zaproszenie.

Van z trudem zapanował nad chęcią rzucenia w żołnierza pierwszą lepszą rzeczą, jaka wpadłaby mu w rękę. Morivern i tak to zauważył, bo dopiero trzask zamykanych drzwi uciął jego paskudny śmiech.

Powoli, oddychając głęboko, Van odwrócił się z powrotem do okna. Zacisnął dłonie na krawędzi parapetu i oparł czoło o chłodną szybę. Kojący szum deszczu wyciszał wściekłość, nie był jednak w stanie zagłuszyć uparcie powracających myśli.

Nie chciał myśleć o tym, co powiedział Morivern. Nie chciał wierzyć, że to prawda. Sam przed sobą nie był w stanie przyznać, jak bardzo słowa kapitana zabolały. Wszystkiemu winien był Raynhard, a on był dla niego tylko zapłatą za dobrze wykonaną pracę. Do tego zapłatą, której Rayn nawet nie chciał odebrać.

Zaśmiał się cicho, zastanawiając się, co bardziej bolało: to, że Raynhard sprowadził tu von Throima czy że zostawił go na łasce żołdactwa hrabiego.

Nieprawda, że nie czuł nienawiści do Raynharda. Kiedy to mówił, był ranny i zmęczony. Nie myślał jasno.

Nienawidził go.

A nawet jeżeli jeszcze tak nie było, to się nauczy: nienawidzić z całego serca. Nienawidzić tak długo, aż trafi się okazja do zemsty.

Zapatrzony w ściekające po szybie strugi wody dał kapitanowi czas na dotarcie gdziekolwiek tamten zmierzał wychodząc z pokoju, po czym wymknął się na korytarz, a potem na zewnątrz, do stajni. Zaszył się w kącie boksu Gwiazdki, czując się jak dziecko ukryte przed rodzicami albo rozzłoszczoną nianią. Gwiazdka najwyraźniej zrozumiała jego potrzebę. Stanęła tak, by odgrodzić go od reszty świata, a potem trąciła pyskiem w ramię dając znak, że jest tuż obok i że przy niej nie spotka go już żadna krzywda.

— Wiem, maleńka. — Zaśmiał się, kiedy otarła się o jego policzek, jak robiła tysiące razy przedtem. Podrapał ją po chrapach. — A ty wiesz, że ja ciebie też.

Zastrzygła uszami i wróciła do skubania siana, pozwalając mu zatopić się w myślach.

— Nie chcę już myśleć — szepnął tak cicho, że nawet koń nie mógł go usłyszeć.

Skupił się na odgłosach dolatujących z dziedzińca, przez który bez przerwy przewijali się żołnierze Moriverna. Przysłuchiwał się ich prostackim rozmowom. Kilku z nich, zapewne pełniących wartę, zaszyło się jak on w stajni i teraz grało w karty. Żaden go nie zauważył aż do chwili, kiedy się podniósł i wyszedł, zostawiając ich osłupiałych w środku. Zanim którykolwiek zdążył zareagować, zniknął w bocznym wejściu do zamku.

Nie miał ochoty spędzać więcej czasu niż koniecznie musiał z młodym von Throimem, a już na pewno nie z jego żołnierzem, ale nie widział powodu, dla którego miałby kryć się przed nimi w pokoju. Być może był więźniem we własnym domu, ale ten zamek wciąż jeszcze stanowił jego dziedzictwo. Najwyższy czas, by zachować się jak na dziedzica Brugge przystało.

*

— Itari, proszę cię, usiądź.

Inglot nie podnosiła wzroku znad rozsypanych przed nią pergaminów, z których większość nosiła złamane już pieczęcie z symbolem smoka, zbyt skoncentrowana na pracy, by nerwowy chód Itari mógł ją rozproszyć na dłużej niż potrzeba do wypowiedzenia tych kilku słów. Czarny wosk – Cathan. Nie mistrz zakonu, nie hierarcha w kręgu, ale to jego zwierzchnictwo uznawała ich czwórka. On krył się za misternie tkanymi planami, które sprowadziły Korian na te ziemie i pozbawiły korony cesarskiego kuzyna. On ułagadzał zapędy Agellata, by ten trzymał swe wojska z dala od Ilearu, przez lata zapewniając o stabilnej i spokojnej sytuacji w zamorskiej kolonii cesarstwa, obecnie jeszcze umocnionej nowym sojuszem.

Itari od samego południa miotała się po niewielkim pokoju, krążąc między ścianami. Choć obie miały ważne sprawy do przedyskutowania i przygotowania, nie potrafiła się skupić. Po kolejnym upomnieniu opadła w wolny fotel, ale nie usiedziała długo. Niemal natychmiast poderwała się i stanęła przy wąskim wykrocie.

Inglot westchnęła, ale uparcie trzymała się swojego postanowienia, by nie ulegać nerwowej atmosferze wprowadzanej przez przyjaciółkę.

— Podobno miał być już blisko.

— Jest blisko. — Starannie złożyła przeczytaną wiadomość i włożyła ją do zamykanego na mały kluczyk sekretarzyka. Sięgnęła po czystą kartę i kałamarz, i następny list, którego fragmenty należało przepisać. Zamiast się za to zabrać, z rosnącym bólem głowy i wbrew sobie kątem oka obserwowała będącą w ciągłym ruchu towarzyszkę.

— Godzinę temu mówiłaś to samo i co? — W głosie Itari zabrzmiał wyraźny wyrzut.

— I jest o godzinę bliżej niż wtedy.

— Spóźnia się.

Inglot pohamowała kolejne westchnienie i przymknęła oczy, kryjąc pod powiekami rozpalającą się w nich irytację.

— Uspokój się. — W te dwa słowa włożyła całą stanowczość, na jaką było ją stać w tej chwili. — Zaręczam ci, że Rayn jest blisko. Bardzo blisko. W zasadzie…

Itari w końcu znieruchomiała na dłużej, nasłuchując.

— …już jest na miejscu — dokończyła Inglot. Jej niepotrzebny był odgłos uderzających o kamień przed wieżą kopyt. I tak wiedziała, że jej Strażnik właśnie nadjechał. Znów westchnęła widząc, z jakim zacięciem Itari szykuje się na słowną potyczkę z Raynhardem.

— I gdzieś ty był? — Itari zaatakowała zanim Rayn zamknął za sobą drzwi. — Miałeś wrócić już dawno temu. Wiesz, co tu się dzieje? I gdzie… Gdzie Van?

Raynhard minął ją bez słowa. Przewiesił ociekający wodą płaszcz przez poręcz krzesła i siadł, żeby porozpinać sprzączki wysokich butów. Ignorował je obie, zupełnie jakby był sam w pokoju. Inglot skrzywiła się w duchu. Nastrój jej Strażnika w niczym nie ustępował nastrojowi Itari. Emanujące od niego gniew, żal, i jakaś dziwna determinacja, której powodów ani celu nie potrafiła odgadnąć, skutecznie przegnały z pokoju resztki spokoju.

Źle się to skończy. Przesłała mu tę myśl, nie chcąc otwarcie mieszać się w rodzącą się kłótnię.

Itari okręciła się na pięcie. Koniec warkocza uderzył jak złocisty bat jej ramię.

— Zadałam ci pytanie. Czekam na odpowiedź.

Raynhard wyprostował się, ale nie wstał. Posłał Inglot zmęczone spojrzenie, które jasno mówiło, że wybuch Itari jest mu obojętny.

— W Brugge.

Złociste brwi zmarszczyły się w niezadowoleniu.

— W Brugge? — powtórzyła za nim z niedowierzaniem.

Raynhard pokiwał w odpowiedzi głową.

Czy on nie zdaje sobie sprawy, jaki ten jego pozorny spokój będzie miał skutek? A może celowo prowokuje Itari? Inglot nie miała już pewności.

— W Brugge — powtórzyła raz jeszcze Itari, chcąc zrozumieć tę niedorzeczność. — Dlaczego?

— Uznałem, że powinien tam zostać. Przynajmniej dopóki nie dokończymy tego, co tutaj rozpoczęliśmy. Przed nami jeszcze mnóstwo pracy.

— Uznałeś. Tak po prostu, tak?

— Itari, proszę. To niepotrzebne. Pozwól mu spokojnie wyjaśnić — spróbowała raz jeszcze Inglot, bez większego rezultatu. Żadne z nich nie zwróciło na nią uwagi.

— Nic nie mówiłam, kiedy wciągnąłeś w nasz plan wszystkich tych głupców. Dobrze, chce uniknąć niepotrzebnego rozlewu krwi, pomyślałam. Po co nam to? Po co nam rzeź? Na nic, niech więc i tak będzie. Nic nie mówiłam, kiedy w tym pokoju padła idea zemsty von Throima. Owszem, książę musiał umrzeć. Stał nam na drodze. Tak musiało się stać. Ale teraz, kiedy przyjeżdżasz tutaj i mi mówisz, że Van został tam, w towarzystwie tego… tego… — przez moment szukała odpowiedniego słowa, ale poddała się i dokończyła pomijając epitet — milczeć nie będę! Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś?

Z każdym kolejnym słowem jej głos przybierał na sile, tak że teraz już niemal krzyczała. Inglot podniosła się z fotela, chcąc choć trochę ją uspokoić.

— Itari, skarbie…

— Nie wtrącaj się, Inge. — Itari uciekła przed jej dłonią. — To nie twoja sprawa.

— Ale mój Strażnik.

— Twój Strażnik zostawił chłopca, za którego był odpowiedzialny, w rękach osoby nienawidzącej go jak nikogo innego na świecie. Rozumiesz? — syknęła i od razu zwróciła się znowu do Raynharda. — Powiedz mi, coś ty sobie myślał, co?

— Może to, że z dala od dworu jest teraz bezpieczniejszy niż tutaj. — Im bardziej wzburzona była Itari, tym spokojniejszy stawał się Raynhard. — Hrabia dał mi słowo.

— Słowo?! A cóż jest warte słowo człowieka? — Kolejne słowa rzuciła twardo, z żądaniem. — Chcę wiedzieć.

— Co?

— Chcę wiedzieć, co się tam stało. Minuta po minucie. Odkąd tylko wkroczyliście do Brugge.

— Nie. — Krzesło skrzypnęło w proteście, gdy Raynhard wstał, gotów wreszcie wycofać się z tej kłótni. Nie zrobił nawet kroku. Drobna dłoń przyciśnięta nagle do jego piersi przytrzymała go w miejscu.

— Inge? — Itari spojrzała pytająco na towarzyszkę. Ta pokręciła głową, wiedząc co Itari ma na myśli.

— Dobrze wiesz, że nie zrobię nic, co by…

— Dobrze, zatem sama to zrobię.

Zanim Inglot zdążyła ją powstrzymać, Itari zmrużyła oczy, a jej wargi poruszyły się w bezgłośnej inkantacji. Czaszkę Raynharda przeszył obezwładniający ból. Zacisnął palce we włosach i ciężko zwalił się na kolana u stóp dziewczyny. Przejmująca obecność Itari rozsadzała mu umysł, targając świadomość na kawałki w poszukiwaniu śladów minionych dni. Wydarzenia z nocy najazdu na Brugge przesuwały mu się przed oczami w przyśpieszonym tempie – tunel, walka, przemówienie von Throima, Gabriel konający w brunatnym od krwi błocie, Van. Nienawiść i ból, i strach, i żal, i – bogowie, nie tak to przecież miało być! I – dlaczego nie potrafię cię nienawidzić?

— Dość! — Inglot wdarła się pomiędzy nich, przerywając zaklęcie. Jej oczy też błyszczały, kiedy patrzyła w pobladłą twarz Itari. Raynhard skulił się na kolanach, z trudem łapiąc powietrze. Ból mijał, ale wspomnienia tamtej nocy wciąż przemykały pod zaciśniętymi powiekami.

— Inge, ty nie wiesz… — Wargi Itari poruszały się przez moment bezgłośnie, zanim zdołała wyszeptać kolejne słowa. — Rayn, jak mogłeś być takim głupcem?

Wpatrując się w zwiniętą u swoich stóp postać zrobiła kilka kroków do tyłu. Wpadła na fotel, ale nie przestała się cofać, dla równowagi macając dłonią oparcie. Widząc jej wzburzenie, Inglot niemal zapomniała o gniewie, ale jedno spojrzenie na wciąż rozdygotanego Strażnika skutecznie jej o nim przypomniało.

— Nie miałaś prawa — powiedziała, akcentując wyraźnie każde słowo. — Nigdy więcej nie rób czegoś takiego. Drugi raz na to nie pozwolę.

Przez moment mierzyły się spojrzeniami. W nienaturalnie rozszerzonych źrenicach Itari zdumienie walczyło z niedowierzaniem i gniewem. Skapitulowała. Wybiegła, zostawiając ich samych.

Inglot opadła na kolana przy swoim Strażniku.

— Wszystko w porządku? — zapytała cicho.

Potrząsnął głową.

— Nie — wyszeptał zachrypniętym głosem, z którego wciąż przebijał ból. — Nie, nic nie jest w porządku. Itari ma rację. Jestem głupcem. Potwornym głupcem, Inge. Jak ja mogłem nie wiedzieć? Jak ja mogłem to zrobić?

Kolejny dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Inglot przysunęła się bliżej i objęła go, oferując wsparcie.

— Zrobiłeś, co uważałeś za słuszne. Co wszyscy uznaliśmy za słuszne. Takie dostaliśmy zadanie. Nie było dobrego wyjścia – wybraliśmy to mniej złe. Wspólnie.

Raynhard zaśmiał się gorzko.

— W takim razie wszyscy jesteśmy głupcami.

Na to nie znalazła już odpowiedzi. Oparła głowę na jego ramieniu i przytuliła się mocniej, ale Raynhard wyplątał się z jej objęć i odsunął. Otworzył usta, chcąc coś jeszcze powiedzieć, ale zamiast tego potrząsnął tylko głową i wstał, bez słowa opuszczając pokój.

Inglot westchnęła ciężko, patrząc w ślad za nim. Domyślała się, co mogła zobaczyć Itari. Ale to nie było istotne. Powiedziała prawdę – wspólnie podjęli decyzję, licząc się z konsekwencjami. Raynhard nie ponosił za to większej winy niż którekolwiek z nich. A jeśli Itari tego nie rozumie, osobiście jej to wytłumaczy – i będzie to o wiele mniej przyjemna rozmowa od tej, która rozegrała się tu przed chwilą.

*

Van zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami salonu. Godzina, o której służba podawała wieczerzę już minęła, więc był spóźniony, a Marco i Morivern z pewnością byli już w środku. Sięgnął do klamki, ale w ostatniej chwili się zawahał – jeszcze mógł odejść, jeszcze był na to czas. Mógł pozwolić im skonsumować wieczerzę nieniepokojonym przy jego rodzinnym stole.

Niedoczekanie.

Pchnął drzwi i zdecydowanym krokiem przekroczył próg.

Przywitał go triumfalny uśmiech Moriverna i zaskoczone, zaniepokojone spojrzenie von Throima.

Kapitan zajmował krzesło ojca u szczytu stołu.

Van zgrzytnął zębami, ale poza tym niewzruszony podszedł do stołu, by zasiąść na przynależne mu miejsce.

— Cieszę się, że przyjąłeś moje zaproszenie. — Morivern skinął głową w jego stronę. Normalnie byłby to wyraz szacunku względem książęcego tytułu, ale ani Morivern nie darzył szacunkiem jego pozycji, ani on sam nie był księciem na Brugge.

— Zbytek łaski — odpowiedział, czując na sobie ukradkowe spojrzenie von Throima. Nie umknął mu bezwiedny gest ze strony tamtego, gdy na jego pojawienie się przy kolacji dłoń Marca uciekła ku posiniaczonej twarzy. Dobrze. — Nie ma żadnego powodu, dla którego wy mielibyście siedzieć przy tym stole, a ja nie.

— Niezbyt jesteś uprzejmy — wytknął mu żołnierz, ale bez przejęcia. Ot, wyrażał obserwację. — Po książęcym synu można by się spodziewać lepszego zachowania w towarzystwie.

— Śmiem twierdzić, że moje zachowanie jest odpowiednie zarówno do sytuacji, jak i towarzystwa. Jeśli się nie zgadzasz, kapitanie, nikt cię siłą w Brugge nie trzyma.

Morivern zaśmiał się głośno. Napełnił kielich winem. Opróżnił go jednym potężnym haustem i dopiero potem sięgnął po jedzenie.

— Oczywiście, że nie trzyma. Pan hrabia płaci mi za to, żebym tu był i miał na ciebie oko.

Van nie zaszczycił go odpowiedzią, koncentrując się na kolacji. Mdliło go na widok potraw. Z trudem przełykał kolejne kęsy, ale panował nad sobą. Nie da im tej satysfakcji. Nie odsunie od siebie jedzenia. To nie on powinien czuć się źle siedząc przy rodzinnym stole.

Marco wciąż mu się przypatrywał, chociaż nabrał w końcu odwagi i robił to już otwarcie. Pewnie nie podobał mu się stan, w jakim Van do nich dołączył. W pierwszej chwili chciał przywdziać rodowe barwy, ale czuł, że by je zszargał, zasiadając tak do kolacji w tym towarzystwie. Uznał, że wzmocnione buty do jazdy noszące ślady błota z dziedzińca, spodnie i luźno zasznurowana koszula wystarczą na zaistniałą okazję. Ci dwaj na nic więcej nie zasługiwali. Jego włosy wciąż były mokre po deszczu i tylko odgarnięte z twarzy do tyłu. Jeśli Moriverna i von Throima raziła jego prezencja, w każdej chwili mogą odejść od stołu.

— Chcesz coś powiedzieć, von Throim? — zapytał, nie podnosząc spojrzenia znad talerza. — Milczący się zrobiłeś od południa. Źle się czujesz?

— Van, myślałem, że się zrozumieliśmy, kiedy prosiłem cię, żebyś nie prowokował więcej Marca — przypomniał Morivern przesadnie zatroskanym tonem, w którym pobrzmiewały źle skrywane nuty rozbawienia.

— Oczywiście, że się zrozumieliśmy. — Van dopełnił swój kielich winem. — Co nie znaczy, że wziąłem sobie do serca twoje kazanie, kapitanie.

— A powinieneś, chłopcze. Przykro mi będzie, jeśli przyjdzie mi cię o tym dodatkowo przekonać.

Van zerknął na Marca, który teraz uparcie patrzył w stół, czerwony po czubki uszu. Widać pomoc kapitana, który postanowił ruszyć mu na ratunek w tej niewinnej słownej potyczce, nie przypadła mu do gustu. I dobrze.

— Nadal się nie odzywasz? Kot odgryzł ci język? — zakpił, ignorując wkład kapitana w rozmowę, jeśli można to było nazwać rozmową. — Szkoda. Myślałem, że kolacja w twoim towarzystwie będzie przynajmniej równie interesująca jak siedzenie w pustym pokoju, ale najwyraźniej próżne moje nadzieje.

— Nie wiem, o czym moglibyśmy mówić. — Marco wreszcie coś z siebie wyrzucił. Nadal był czerwony i nadal bał się spojrzeć mu znowu w twarz. — Mam dziwne wrażenie, że każda nasza wymiana zdań prowadzi jedynie do kłótni.

— A co w tym złego? Dyskusja podobno oczyszcza atmosferę, przynosi ulgę skołatanym nerwom – a pozwól mi zauważyć, że na ukontentowanego to ty nie wyglądasz. No i to niezła rozrywka. Jedyna, przyznaję, jaką potrafię sobie wyobrazić w tym miejscu i towarzystwie.

Morivern westchnął teatralnie, ale tym razem się nie wtrącił. Sięgnął po butelkę i napełnił kielich. Odsunął od siebie talerz i rozsiadł się wygodniej, z rosnącym zainteresowaniem obserwując rozwój sytuacji.

Niespodziewanie Marco uniósł głowę. Jego niebieskie oczy lśniły niepokojąco w świetle świec.

— Już ci mówiłem. Nie jestem twoim wrogiem. Nie widzę powodów, by każdą rozmowę kończyć kłótnią.

Intensywność rozpalająca jego spojrzenie zaskoczyła Vana, ale miał nadzieję, że nie dał tego po sobie poznać.

— Nie lubisz? Czy nie chcesz się kłócić – ze mną?

— Nie lubię. Nie chcę. Nie zależy mi. Nie jesteś tego wart.

Van uśmiechnął się lekko.

— Naprawdę? Ranisz moje uczucia, von Throim. Zastanawia mnie, kto w takim razie byłby wart twojego zachodu. Na kim może ci zależeć?

Marco znieruchomiał na moment.

— Na ojcu. Na matce. Na kilku innych osobach, ale to chyba nie twoja sprawa — odpowiedział, ignorując zaczepkę.

— Mhm.

Van umilkł, wracając do przerwanego jedzenia. Uśmiechnął się nieznacznie, dostrzegając ulgę łagodzącą spięte mięśnie siedzącego naprzeciwko chłopaka.

— Ten koriański poseł — podjął na nowo rozmowę konwersacyjnym tonem. Marco wyraźnie drgnął i mocniej zacisnął palce na sztućcach, ale inaczej nie zareagował. — Spędził tu niedawno noc. Wiesz, on też wspomniał, że nie jest naszym wrogiem. Muszę stwierdzić, że dyskusja z nim była dużo bardziej zajmująca niż dzisiejsza, może dlatego, że nie bał się niewielkiej różnicy zdań. Wiesz o kim mówię, prawda?

Marco nie odpowiedział, więc Van ciągnął dalej.

— Jestem pewien, że wiesz. Tak się zastanawiam, czy on jest wart twojej uwagi. Bo jeśli idzie o niego, to wiem, że nie traciłby czasu na niepotrzebne słowa przy tobie. Mam rację, Marco?

Marco spurpurowiał. Odsunął gwałtownie krzesło od stołu i wstał.

— To był błąd, kapitanie. Nie powinien pan organizować czegoś takiego bez uzgodnienia ze mną. Van, jak powiedziałem, nie jesteś tego wart. Nie sprowokujesz mnie więcej.

Wyszedł, nie zatrzymany ani przez Vana, ani przez Moriverna. Van bez słowa opróżnił swój kielich, kryjąc za nim zadowolony uśmiech.

— Zechcesz mi wyjaśnić, co się tutaj stało? — zapytał kapitan.

— Marco pozbawił nas swego jakże fascynującego towarzystwa.

— Pozwól, że ujmę to inaczej: o czym, a raczej o kim mówiłeś?

— Marco nie zwierza się swemu obrońcy i opiekunowi? Zaskakujące. Ale skoro tak jest, to nie sądzę, żebym miał kompetencje do wyjaśniania takich spraw. Zapytaj swojego pupilka, o kim mówiłem.

— Tym samym sprowokowałeś go wcześniej?

Van prychnął pogardliwie, ale się nie odezwał, bo też nie miał nic więcej do powiedzenia temu żołdakowi.

— Teraz ty straciłeś ochotę na rozmowę?

— Nie. Nigdy jej nie miałem.

— Więc po co było to całe przedstawienie?

Van pozwolił sobie na sztuczny uśmiech.

— Marco jest taki uroczy, kiedy się złości — stwierdził. Wstał. — Nie zapomnij mu tego przekazać.

Morivern nie zatrzymał go, tak samo jak wcześniej nie zatrzymywał Marca.

W swoim pokoju Van oparł się ciężko o drzwi. Przymknął oczy i odetchnął głęboko. To jednak nie był dobry pomysł. Pocieszające było tylko to, że von Throim zdawał się bawić równie marnie, jak i on. Uśmiechnął się lekko na wspomnienie jego świętego oburzenia, kiedy usłyszał wzmiankę o Dragasie, ale uśmiech szybko przygasł. Kiedy to wszystko się działo – tam, nad strumieniem w letniej posiadłości wuja, dwie ciemne postaci na tle rozgwieżdżonego nieba – wszystko było inaczej. Wieki temu, nie tygodnie. Była Marienne, i był wuj. I ojciec. I Raynhard.

Bez rozpalania świec, w tym co miał na sobie, rzucił się na łóżko. Sen jednak długo nie nadchodził.

Rozdział VII

Reklamy

5 uwag do wpisu “Rozdział VI

  1. Świetny rozdział. Van próbujący wywalczyć sobie prawa w miejscu, które jeszcze chwilę temu było jego domem budzi sporo emocji. Jego sytuacja jest dramatyczna i pełna napięcia, ale dobrze widzieć, że nie traci zawziętości i nie daje się złamać. Do tego starcie z Marco, tak fizyczne, jak i słowne przy stole, wyszło fantastycznie. Bardzo podobało mi się, jak Van podpuścił go, wspominając o Dragasie :3
    Ciekawy konflikt między Inge, Itari i Rainhardem odsłania kolejne niuanse ich wzajemnych powiązań, które wydają się dość skomplikowane. Ale najbardziej nie mogę się doczekać kolejnego spotkania Vana z Rayhardem. Jego wyznanie na końcu, sprawia, że tylko jeszcze niecierpliwiej wypatruję tej chwili ❤

    Polubione przez 1 osoba

    • Na linii Van – Marco iskrzyć będzie jeszcze długo, a co najlepsze, żaden z nich się z tym dobrze nie czuje. Jedynie Morivern się przy tym doskonale bawi.
      Do spotkania z Raynhardem pozostało parę rozdziałów, do konfrontacji z nim – jeszcze więcej. Ale dojdzie do niej na pewno – to mogę obiecać. Wcześniej obaj muszą trochę pocierpieć 😉
      Dzięki za odzew!

      Polubione przez 1 osoba

      • Co tu kryć, ja też się doskonale przy tym bawię xD Kiedy postacie są tak różne, konfrontacje zawsze są ciekawe. Czyli ze strony Vana i Raynharda szykuje się spora dawka dramy, me gusta :3

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s