Rozdział V

Pokój, który przypadł jej w udziale w tym zakazanym przez bogów miejscu, nawet w połowie nie dorównywał wielkością sypialni w zamku ojca. Nawet w połowie nie był tak gustownie i wygodnie urządzony. Tutaj z ledwością mieściło się łóżko, toaletka z wiszącym nad nią lustrem, niewielki sekretarzyk z przysuniętym półokrągłym krzesłem o niziutkim oparciu i kanapa, którą zajmowała stale towarzysząca jej dwórka. Do tego wciąż słyszała odgłosy z dziedzińca – pomimo dokładnie pozamykanych okien i szczelnie zaciągniętych ciężkich zasłon. Marienne bezbłędnie rozpoznawała już zgrzyt otwieranej bramy, trzaski oznaczające wprowadzanie i wyprowadzanie wozów i koni, a nawet poszczególne głosy nawołujących się strażników. Jeszcze dzień, dwa, i postrada zmysły, z pewnością!

— Dlaczego wciąż tu jesteśmy? — zapytała po raz setny tego ranka.

Koriańskie panny po raz setny w odpowiedzi wymieniły jedynie westchnienia, zachowując milczenie. Jak wcześniej, to tylko wzmogło złość Marienne. Fuknęła, z satynowym szelestem sukni i przy stukocie upadających na dywan bibelotów podniosła się sprzed toaletki, przesiadła na krzesło przy biureczku, cały czas świadoma śledzącego jej ruchy uważnych spojrzeń dwórek. Dziewczęta otrzymały zakaz odzywania się do niej w języku innym niż ten, którym winna władać królowa Korii, choć obie dobrze znały ojczystą mowę swej pani. Marienne z przekory i w sprzeciwie wobec braku wyjaśnień nie respektowała tej zasady, od wielu dni nie odzywając się inaczej niż tylko w rodzimym języku. Niech mąż poczyta jej to za obelgę, niech skaże ją na przytłaczające milczenie towarzyszących panien i służby, za nic to ma!

Poderwała się z krzesła, przewracając flakon perfum, ale tym razem nic nie stoczyło się na podłogę pod wpływem jej zbyt gwałtownego ruchu. W kilku pospiesznych krokach przemierzyła odległość do okna i szarpnęła ciężką kotarą. Jak przypuszczała, jej małżonek wrócił właśnie bogowie wiedzą skąd w towarzystwie kilku żołnierzy. Brama w drewnianej palisadzie już była zamknięta, a stajenny ciągnął spienione konie do stajni, podczas gdy książę Sander kroczył ku wejściu, ani na chwilę nie przerywając ożywionej rozmowy ze swoimi podwładnymi.

Z książęcych towarzyszy Marienne z imienia znała tylko jednego, Aridana. To on w trakcie symbolicznych zaślubin zajął u jej boku miejsce nieobecnego Sandera i przyjął w imieniu swojego księcia przysięgę wierności i lojalności. Nie znosiła go, ale jeszcze bardziej nie znosiła drugiego z posłów Sandera, i przynajmniej w tym jednym względzie bogowie okazali jej miłosierdzie: mogłaby nie podołać obowiązkom królewskiej córy, gdyby to Dragas trzymał jej dłoń w swojej i z obrzydliwie kpiącym spojrzeniem wypowiadał słowa własnej przysięgi.

Jeszcze na dworze ojca śmiała się z zaaferowanych przyjaciółek, wodzących roziskrzonymi oczyma za Korianami. Dragas był dziki i zuchwały, a gdy błyskał wilczym uśmiechem w kierunku rozochoconych zabawą panien, niejednej zapłonął ogień w żyłach. Aridan przyciągał spojrzenia tych, dla których nieujarzmiona żywiołowość i arogancja jego towarzysza nie stanowiły pokusy, a jedynie potwierdzenie cech przypisywanych nieokrzesanym góralom z południa. Smagły jak tamten, jak on o ostrzejszych od znanych im w ojczyźnie rysach, czarował łagodniejszym spojrzeniem jaśniejszych oczu, w których jednak tlił się podobny żar, ta sama hardość co u Dragasa, jedynie powściągana, kontrolowana. Marzyli się dziewczętom namiętni kawalerowie z obcych krain! Niektóre z nich zdradziły nawet swą zazdrość, że to ona dostaje od losu taki prezent, i próbowały zgadnąć, czy jej przyszły małżonek bardziej przypomina wilka z południa czy ułagodzoną górską pumę.

Głupie! Teraz już jej to nie bawiło.

Gdzieś w pobliżu musiał zatrzymał się kolejny oddział koriańskiej armii, bo wśród przybyłych dostrzegła zupełnie nowe twarze.

To już trzeci, odkąd przerwali marsz ku stolicy. Z pierwszym przybył jej małżonek. Przy całej niechęci do tego sojuszu – czy jak to inaczej nazywali radcy jej ojca – Marienne nie zawiodła się przynajmniej w kwestii prezencji dziedzica koriańskiej korony. Jej książę był wysoki, smagły i ciemnooki. Powitał ją z szacunkiem należnym przyszłej królowej, miękko wypowiadając ilearskie słowa. Nie był nachalny i z całą pewnością nie był nieokrzesany. Pamiętając wszystkie historie dotyczące Korian, których nasłuchała się jeszcze na dworze ojca, obawiała się jego awansów. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie. Poświęcał jej swój czas jedynie podczas wspólnych posiłków i przypadkowych spotkań w korytarzach myśliwskiego dworku, zagubionego w samym środku dzikiej puszczy.

— Dość tego.

Kiedy książę zniknął z dziedzińca, podciągnęła brzegi sukni i szybkim krokiem opuściła komnatkę. Dwie dotrzymujące jej towarzystwa dziewczyny poderwały się z kanapy i świergocząc coś po swojemu pognały za nią. Nie bacząc na ich okrzyki Marienne zbiegła po schodach na spotkanie małżonkowi.

Książę Sander w otoczeniu swej świty nadchodził z przeciwnej strony.

— Chcę wiedzieć, co się tu dzieje! — zawołała, ściągając na siebie ich uwagę i spojrzenia. — Mam prawo wiedzieć!

Książę zwolnił. Przez jego twarz przebiegł cień niezadowolenia, ale gdy Aridan coś do niego szepnął, ten grymas złagodniał. Marienne zadarła dumnie głowę. Nie potrzebuje niczyjego wstawiennictwa, nie ze strony Korianina. Zwłaszcza tego Korianina. Nie jest pierwszą lepszą dworską damulką, żeby dać się ignorować w ten sposób. Jest królewską córą, z cesarskiego rodu, na litość wszystkich bogów!

— Pani. — Sander zaczął po ilearsku, ale już po pierwszym słowie zmienił zamiar. Kontynuował w rodzimym języku. — Zechciej wejść, proszę. Wygodniej nam będzie rozmawiać w pokoju, nie w korytarzu.

Otworzył drzwi gabinetu i przepuścił przed sobą Marienne. Zanim do niej dołączył, szepnął coś jeszcze swoim oficerom. Nie zrozumiała słów, bez problemu jednak wychwyciła nutę rozbawienia w jego głosie. Jeśli do tej pory była tylko poirytowana, to teraz wezbrała w niej wściekłość.

— Chcę wiedzieć, co tutaj robimy.

Siedzący na drążku przy biurku sokół zatrzepotał skrzydłami i wydał powitalny skrzek. Sander zatrzymał się przy nim i wygładził dłonią nastroszone pióra. Dopiero wtedy spojrzał na Marienne, jakby na chwilę zapomniał o niej i o jej żądaniach.

— Pozwól mi się zapewnić, że nasz postój nie potrwa już długo — powiedział, wciąż głaskając grzbiet sokoła, który z drążka przeskoczył na jego przedramię. — Jest niezbędny, by…

— Postój? Postój?! — weszła mu w słowo, bardziej rozwścieczona uprzejmym tonem niż nim uspokojona. I tym, że w tej chwili wyraźnie więcej uwagi poświęcał temu cholernemu ptaszysku niż jej. — Nie nazwałabym postojem dwutygodniowej przerwy w podróży. Dlaczego się zatrzymaliśmy? Dlaczego nadciągają żołnierze? Co to wszystko ma znaczyć? Nie tak traktuje się przyszłą królową! Ojciec miał rację – jesteście nieucywilizowanymi barbarzyńcami! Nie powinien był ulegać tym…

— Pani — przerwał jej. — Raz jeszcze proszę byś na naszej ziemi zechciała rozmawiać w naszym języku. Jesteśmy w Korii, nie w Ilearze.

— Jesteśmy na granicy! Na granicy, nie na koriańskim dworze! Odmawiam przebywania dłużej w tej dziczy. Jeśli nie chcesz powitać swej małżonki jak obyczaj i kultura tego wymaga, ja…

— Pozwól mi przypomnieć, że tutaj nie obowiązuje ani ilearski obyczaj, ani ilearska kultura — znów jej przerwał.

Umilkła, zaciskając gniewnie usta, chociaż gdzieś w głębi zaczął kiełkować niepokój. Zapędzasz się, szepnęło coś w środku. To twój mąż, musisz go słuchać. Jesteś jego własnością. Zacisnęła pięści, wbijając boleśnie paznokcie w dłonie. Nie! uciszyła natrętnie powracające słowa, od lat wpajane przez ojca. Może to prawda, ale czy mogła pozwolić tak się traktować?

— Pozwól mi przypomnieć, że nie pojąłeś za żonę pierwszej lepszej dziewki. Być może nie należę już do dworu mego ojca, wciąż jednak należę do cesarskiej rodziny. Nie zapominaj o tym.

— Nie śmiałbym, moja pani.

— Nie drwij!

— Nie było moim zamiarem cię urazić. — Sander przysunął ramię do drążka, zmuszając sokoła do opuszczenia ręki. — Proszę o wybaczenie. Zapewniam, że wkrótce wszelkie twoje niewygody się skończą.

— Na co czekamy?

— Już na nic. Co miało się wydarzyć, już się zdarzyło. Nadeszła pora naszego działania.

— Co to ma znaczyć?

— Zechciej pani wstrzymać się z pytaniami do kolacji. Obiecuję, że wtedy…

— Nie. Nie zechcę się wstrzymać. Chcę wiedzieć w tej chwili, co się dzieje. Czemu stoimy? Na co czekamy? Co takiego się wydarzyło?

Korianin przyglądał się jej długą chwilę w zadumie. W końcu znalazł odpowiednie słowa. Wskazał wyściełany miękką skórą fotel.

— Zechciej…

Usiadła, nie odrywając od niego wyczekującego spojrzenia. Nie da się dłużej zwodzić.

— Mów.

— Wiesz, dlaczego został mi dany zaszczyt cieszenia się twym uroczym towarzystwem, pani?

— Skończ z tą drwiną i przestań mnie traktować jak pustą porcelanową laleczkę. Za kogo ty mnie masz?

— Za moją żonę, Marienne. — Na przystojnej twarzy księcia pojawił się mało przystojny uśmiech, pierwsza oznaka, że uprzejmość względem niej nie powinna być brana za gwarantowaną. — Pytałem czy wiesz, dlaczego? Dlaczego jesteś moją żoną?

— Dobrze wiesz, że to tylko polityka. I nie łączy nas nic poza układem zawartym między waszym a naszym dworem.
Zabrzmiało to jak wyzwanie. Starała się, żeby tak właśnie to zrozumiał. Sander uśmiechnął się tylko.

— Cynizm ci nie pasuje, Marienne. I zanim mi przerwiesz, zgodzę się, że nie jesteś pustą laleczką, jaką próbowali z ciebie zrobić radni twojego ojca. Dlatego uważam, że powinnaś w końcu się dowiedzieć, na czym polegał układ, w który wplątał cię ojciec.

— Mów.

— Jesteś zapłatą za obietnicę militarnego wsparcia waszych możnych na wypadek zagrożenia ze strony Agellata.

— Co? — Jej oczy rozszerzyły się w zdumieniu, a palce zacisnęły na delikatnej narzucie. — Cesarz nie zagraża Ilearowi! Przecież jesteśmy częścią Imperium!

— I to właśnie, moja droga śliczna Marienne, nie podoba się waszej szlachcie. Nie wiedziałaś o tym? Nie, nie sądzę, żebyś wiedziała. Ilearczycy mają całkowitą rację obawiając się twojego cesarskiego kuzyna. Pierwszy krok ku wolności już zrobili. I boją się, czym im przyjdzie za to zapłacić.

Odszukał wśród dokumentów zwinięty w rulon, przewiązany czarną wstążką list i podał Marienne. Rozprostowała pergamin z wahaniem.

— To po koriańsku.

— Oczywiście. W jakim języku spodziewałaś się, że piszemy nasze wiadomości?

Wróciła wzrokiem do pisma, z trudem odczytując kolejne słowa. Nie było ich wiele, ale zanim dotarła do końca, zgniotła i cisnęła nim w ziemię.

— To nieprawda.

— A jednak.

— Nie wierzę. Nie wierzę, słyszysz? — zawołała, zrywając się z fotela.

Sokół zaskrzeczał, zaniepokojony jej nagle podniesionym głosem. Po raz pierwszy pan nie zwrócił na niego uwagi.

— Marienne.

— Nie.

— Marienne, posłuchaj…

— Nie będę słuchać. Nie będę. Zwierzęta! Barbarzyńcy! Mordercy!

Wybiegła, nie zważając na to, że wciąż jeszcze próbował jej coś powiedzieć. Wpadła pomiędzy żołnierzy, flirtujących bezczelnie z czekającymi na jej wyjście dziewczętami. Odepchnęła od siebie Aridana, który wyciągnął do niej rękę, kiedy potknęła się, zaplątana we własne spódnice. Jej dwórki z piskiem ruszyły za nią.

Wpadła do swojej komnatki zapłakana i wściekła. Swoją złość wykrzyczała w twarz pierwszej dziewczynie odważnej na tyle, by za nią wejść. Za nic miała, że krzyczy w języku, którego rozumienia ta uparcie odmawiała.

Wreszcie została sama. Upadła na łóżko. Szloch targnął jej ciałem.

Nie. Zacisnęła palce w pościeli, walcząc z rozpaczą. Nie tu, nie teraz – powtarzała bezgłośnie, starając się zapanować nad płaczem. Nie przy tych wszystkich obcych ludziach! Jej łzy nie były dla nich, jej żal nie przyniesie im zwycięstwa!

Kiedy usłyszała otwierane drzwi wyprostowała się, odwracając do intruza.

— Wyjdź — rozkazała z najlepszym koriańskim akcentem, na jaki było ją stać. Uniosła wyżej brodę, mierząc nienawistnym spojrzeniem stojącego w progu księcia. Nie próbował wejść głębiej, ale też jej nie posłuchał. — To mój pokój. Życzę sobie zostać sama.

Pokręcił głową, choć nie zrobił kroku do przodu.

— Wybacz. Powinienem inaczej przekazać ci tę wiadomość.

Roześmiała się, zaskakując tym nawet siebie.

— Inaczej niż drwiąc ze śmierci mojego ojca? Twoja troska wzrusza mnie do głębi serca. To ty wybacz mi, że nie przywitałam tej jakże przedniej dla ciebie wieści radością i śmiechem! Uniżenie przepraszam, mój książę. A teraz uniżenie proszę – wynoś się stąd!

— Nie pozwoliłaś mi dokończyć.

— To może poczekać. Do kolacji, kiedy znajdziesz dla mnie chwilę?

— Nie może. Wysłuchasz mnie, a potem zgodnie z twoim życzeniem zostawię cię samą.

Ciche łzy bezsilności i rozpaczy uciekły spod jej powiek, ale tylko tym zdradziła jak bardzo w tej chwili cierpi.

— Niezależnie od tego, co powiedzą ci później, to był przygotowany spisek.

Jak w ogóle mógł pomyśleć, że uwierzyłaby w cokolwiek innego? Zagryzła mocno wargi, by tego nie powiedzieć. Nie powstrzymała jednak pełnego pogardy prychnięcia.

— Twój ojciec umarł, ponieważ wasi poddani postanowili zabrać tron dla siebie. — Niezrażony jej reakcją kontynuował. Dopiero teraz zauważyła, że odkąd tu wszedł, mówił po ilearsku. — Taki był ich plan. Ale…

— Wiedziałeś o tym? — przerwała mu, po czym sama sobie odpowiedziała. — Oczywiście, że tak. Przecież sam powiedziałeś, że jestem nagrodą za obietnicę wsparcia. Zaplanowaliście to wszystko. Kto z nich ośmielił się sięgnąć po koronę?

— Tego nie wiem. Ale ktokolwiek to będzie, srodze się zawiedzie. Zemsta będzie twoja.

— Moja?

— Tak. Jest sposób, żeby pokrzyżować ich plany.

— Jaki?

Wyjaśnił w kilku słowach. Nie wdawał się w szczegóły, których i tak nie potrzebowała. Kiedy skończył, zaśmiała się gorzko.

— Idioci. Sami ukręcili bicz na siebie. — Wciąż się śmiejąc opadła na posłanie, nie zważając na to, jak bardzo ta poza nie przystawała jej w rozmowie z mężem. Spojrzała na niego z uśmiechem na ustach i łzami w oczach. — Powiedziałeś, co miałeś do powiedzenia. Teraz się wynoś. Wracaj do knucia swoich spisków. Spotkamy się przy kolacji.

Tym razem posłuchał. Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, Marienne zwinęła się na łóżku i w końcu pozwoliła sobie na rozpacz. Teraz była już pewna, że nikt nie ośmieli się zakłócać jej żałoby.

*

Głuchy odgłos kroków odbił się echem od ścian pogrążonej w żałobnej ciszy kaplicy. Dragas rzucił urwane spojrzenie w stronę wejścia. Opierał się o gładki kamień jednego z filarów podtrzymujących sklepienie, zatopiony w chłodnym półmroku. Młody królewicz, któremu przyglądał się już od dłuższego czasu, nie zwrócił uwagi na nagły hałas. Siedział na posadzce przed katafalkiem, na którym niczym marmurowy posąg spoczywał jego ojciec. O czym myślał? O czym mógł myśleć dziesięciolatek zapatrzony w zwłoki ojca? Dragas nie miał pojęcia.

— Panie hrabio, chciał się pan ze mną spotkać.

Szept Rosiere’a rozbrzmiał nienaturalnie głośno w ogromnej sali. Chłopiec musiał go usłyszeć, jednak nawet nie drgnął. Dragas przytaknął skinieniem.

— Tak. Chciałem porozmawiać.

— Oczywiście. Ale nie tutaj.

— Nie tutaj.

Oderwał się od kolumny i ruszył ku wyjściu. Kroki Rosiere’a niosły się równie głośno jak wcześniej. Odprowadzani spojrzeniami mijanej w korytarzach służby udali się do sali obrad królewskiej rady.

Od niespodziewanej śmierci króla wszyscy tutaj stąpali na palcach. Powietrze było aż gęste od szeptanych półgłosem spekulacji, domysłów i planów jak tę sytuację obrócić na korzyść swoją i swojej kliki. Dragas miał ochotę wyśmiać wszystkich tych głupców, tak obytych w politycznych zawiłościach, obeznanych w sztuce tkania misternych intryg, a nie dostrzegających rzeczy oczywistych. W tym przedstawieniu wszystkie role zostały już obsadzone.

Zatrzymał się przed zdobionymi w roślinne motywy drzwiami pozwalając, by Rosiere pierwszy przekroczył próg. Obecność dwóch innych radców – de Coura i La Motte’a – nie była dla niego zaskoczeniem. Rycerza w białym płaszczu, który stał przy oknie tyłem do pozostałych, jednak się nie spodziewał.

Skłonił się dworsko przed obecnymi. Radcy odpowiedzieli mu oszczędnymi skinięciami; Rycerz zdawał się nawet nie zauważyć jego wejścia.

Rosiere zajął miejsce między siedzącymi za masywnym stołem i wskazał Korianinowi wolne krzesło.

— O czym chciał pan rozmawiać, panie hrabio?

La Motte nie krył swojego niezadowolenia, skrzywieniem warg, spojrzeniem, całą swoją postawą epatując niechęcią. Na twarzy de Coura gościła obojętność przemieszana ze znudzeniem. Jego nie bardzo interesowało to, z czym Korianin do nich przyszedł – a przynajmniej takie chciał sprawiać wrażenie. Przez moment Dragas zastanawiał się, który z nich dwóch został wyznaczony przez spiskowców do objęcia tronu po zmarłym królu. Miał dziwną pewność, że nie był to Rosiere. Czterdziestoletni hrabia sprawiał wrażenie osoby, która – realizując własne zamierzenia – wolała pozostać w cieniu.

Na dłużej zatrzymał wzrok na sylwetce przy oknie.

— Moja obecność panu przeszkadza, pośle?

Głos, choć wyraźny, był trudny do zidentyfikowania. Mógł należeć do młodego mężczyzny, ale równie dobrze za maską mogła kryć się kobieca twarz.

— Bynajmniej — odpowiedział bez chwili zawahania i zgodnie z prawdą. — Tym bardziej, że sądząc po waszym wkładzie w kształtowanie obecnej sytuacji na dworze, jesteście pewnie żywo zainteresowani jej dalszym rozwojem.

Rosiere zmarszczył brwi, a wyraz twarzy La Motte’a stał się otwarcie wrogi. Tylko de Cour nie zareagował na jego słowa.

— Zakładam, że mogę sobie pozwolić na pominięcie zbędnych formalności.

— Czekamy.

– Jestem tu, żeby prosić o wstrzymanie uroczystości żałobnych do czasu przybycia Jej Wysokości Marienne.

— Przybycia? — Rosiere nie pohamował zdziwienia. — Nie spodziewaliśmy się niczego poza notą kondolencyjną. Ze względu na wciąż nieznaną przyczynę śmierci Jego Wysokości wszelkie publiczne obrządki związane z pochówkiem zostały odwołane. Jak sam pan wie, dworski medyk nalegał…

— Zatem młody królewicz naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo, przesiadując w krypcie na dole — przerwał mu Dragas nie bez cienia drwiny w głosie. Od razu jednak spoważniał. — Jej Wysokość Marienne wyraża chęć pożegnania się z ojcem. Nie nam odmawiać jej prawa do tego.

— Oczywiście, że nie. — Rosiere rozsądnie zignorował prowokujący komentarz posła. Jemu na starciach w tym towarzystwie nie zależało. — Jak długo mamy czekać?

— Myślę, że Ich Wysokości są już w drodze. Zawrócenie orszaku do granicy nie powinno zająć im więcej niż kilka dni.

— Złe wieści rozchodzą się lotem błyskawicy — westchnął radca, na co La Motte prychnął nieprzyjemnie, a Dragas niezauważalnie się uśmiechnął. — No cóż, takie życie. Wyślemy oczywiście ludzi, by powitali i eskortowali Ich Wysokości.

— To nie będzie potrzebne. Sam wyruszę im na spotkanie. Mam własnych żołnierzy pod komendą. Chociaż, z drugiej strony… — Zastanowił się. Koriańskie mundury wciąż nie były witane z radością wśród prostego ludu Ilearu. — Może rzeczywiście lepiej by było, gdybyście panowie zechcieli oddać mi kilku ludzi do dyspozycji. Z całą pewnością taki gest zostanie dobrze odebrany przez Ich Wysokości. Na pewno też poczują się bezpieczniej.

— W tej kwestii, jeśli już jesteśmy przy temacie żołnierzy. — Rosiere zmienił pozycję na krześle, splatając dłonie przed sobą. Gest zdradzający zdenerwowanie? Nie, tak mu po prostu było wygodniej, ocenił Dragas. Rosiere naprawdę był dobry w tym, co robił. — Dotarły nas wieści, że na granicy gromadzą się kolejne oddziały waszej armii. Zgodziliśmy się na dwa pułki, nie więcej. Mam nadzieję, że o tym nie zapomnieliście?

— Panie Rosiere. Niech pan pomyśli. Te dwa pułki, jaka to siła w porównaniu z wojskami cesarza? Dać się zaskoczyć – to nie leży w naszej tradycji. Wsparcie militarne ze strony Korii jest kluczowym punktem układu między nami, prawda? Ruchy na granicy to tylko zapewnienie o gotowości wywiązania się z obietnic, panowie. Nic więcej. Bądźcie pewni, że dopóki wiązać nas będzie zawarty sojusz, każde wejście naszych żołnierzy na ziemie Ilearu odbędzie się za waszą wiedzą i zgodą.

La Motte wymamrotał coś pod nosem, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.

— To zresztą kolejny powód mojej obecności tutaj. Jasnym jest, że wraz z Ich Wysokościami do Ilearu wkroczy również ich straż przyboczna. Nie chciałem, żeby z tego powodu wynikły między nami jakieś nieporozumienia.

— Jest pan bardzo zapobiegliwy, Dragas. Nie spodziewaliśmy się, że Marienne przybędzie tu tylko w otoczeniu swoich dwórek.

— Nie należy lekceważyć dwórek, panie La Motte. Nie wie pan, jaka siła drzemie w kobiecie?

La Motte prychnął z pogardą. Założył ręce na piersi i wbił wzrok w ścianę za plecami posła, świadomie go ignorując. Sztuka dyplomacji musiała mu być równie daleka, co brak apetytu, zauważył złośliwie Dragas.

— Wracając do tematu. — Rosiere odwrócił jego uwagę od nalanej twarzy radcy. — Myślę, że ta mobilizacja na naszej granicy jest niepotrzebna. Oczywiście doceniamy waszą gotowość do pomocy w razie zbrojnego konfliktu z wojskami cesarza, ale szczerze mówiąc nie przewidujemy takich kłopotów.

— Ah, no tak. Król nie żyje, ale nikt nie podnosi krzyku „Mord!”. Na każdego przychodzi kiedyś koniec, nawet na koronowane głowy. Smutne, ale prawdziwe. Otrzymaliście już panowie kondolencyjne noty z Brugge? Jak książę Gabriel zareagował na wieść o śmierci brata?

La Motte spurpurowiał, a Rosiere zacisnął mocno pięści pod stołem. Zanim któryś z nich zdążył odpowiedzieć, po raz pierwszy dzisiejszego wieczora odezwał się de Cour.

— Mieliśmy nie pogrywać, prawda? Niech pan wprost powie, do czego zmierza. Późno się robi, a jestem pewien, że każdy z nas ma jeszcze obowiązki do wypełnienia.

Dragas uśmiechnął się. Konkretnie i na temat. To też potrafił.

— Czekacie panowie na poselstwo od cesarza?

— …owszem. — Rosiere znów przejął rozmowę.

— Kogo waszym zdaniem cesarz obdarzy obowiązkiem regencji?

— To nie wasza sprawa, jak poradzimy sobie w rozmowach z cesarskimi posłami.

Ani przez chwilę nikt z nich się nie łudził, że pomimo zapewnień o opanowaniu sytuacji na dworze wysłanych razem z wieściami o śmierci króla, cesarz nie spróbuje za pośrednictwem swych posłów przekonać się o tym osobiście. Byli na to przygotowani.

— Oczywiście. Daleki jestem od mieszania się w wewnętrzne sprawy waszego dworu. Jednak jako poseł królestwa będącego nie tylko waszym sąsiadem, ale i sojusznikiem, pozwoliłem sobie przygotować pewne rozwiązanie, które z całą pewnością zapobiegnie nie tylko możliwej wojnie i rozlewowi krwi, ale w znacznym stopniu ułatwi również negocjacje z cesarskim dworem.

— Znowu to koriańskie pieprzenie. Przejdźże z łaski swojej do rzeczy, Dragas, a potem wynoś się stąd w jasną cholerę.

— Thomas, proszę.

— Pan La Motte, chociaż w niezbyt przychylnych słowach to wyraził, ma jednak rację. Nie ma co przedłużać. — Dragas wyjął spod kurtki zalakowany papier i położył go na blacie przed sobą. — Tutaj macie panowie wszystko. Pozwolę wam zapoznać się z tym pismem w spokoju, a potem przemyśleć naszą propozycję. Jeśli nie macie nic przeciwko, to – jak to malowniczo ujął pan La Motte – wyniosę się teraz stąd w jasną cholerę.

Podniósł się, gotów zostawić ich samych z listem.

— Siadaj, Dragas. — Rosiere zatrzymał go, zanim zrobił choć krok. Sięgnął po wiadomość. — Co to jest?

— Niech pan sam zobaczy — odpowiedział, z powrotem zajmując miejsce za stołem.

Przez chwilę radca przyglądał się pieczęci – cesarskim liliom na tle symbolu koriańskiego króla – po czym złamał ją i rozłożył zapisaną kartę. Już po pierwszych przeczytanych słowach prychnął cicho.

— Czekałem na chwilę, w której pojawią się takie właśnie absurdy z waszej strony. Jak widać, nie pomyliłem się w ocenie.

Pozwolił, żeby La Motte wyjął mu pismo z ręki. Dragas z niekrytym zainteresowaniem i lekkim uśmieszkiem, bez jakiejkolwiek oznaki, że słowa Rosiere’a mogły go urazić, przyglądał się jak La Motte czerwienieje w miarę czytania. Nikły gest Rosiere’a powstrzymał wybuch; nie mógł jednak wymazać nienawiści ze spojrzenia starszawego radcy. De Cour nie zdradził swoich emocji tak otwarcie. Prychnął lekceważąco jak wcześniej Rosiere i odrzucił papier na stół.

— Kpina! — zakrzyknął La Motte, ale zamilkł, uciszony przez Rosiere’a.

— Odpowiedź brzmi: nie.

Uśmiech na twarzy Korianina wyostrzył się.

— Odpowiedź konkretna, tylko nie zauważył pan jednego, panie Rosiere. Z mojej strony nie padło żadne pytanie.

— Regencja dla Marienne. Pan raczy żartować.

— Bynajmniej. Nasza propozycja obejmuje uznanie praw Jej Wysokości Marienne do opieki nad bratem, a co za tym idzie tytułu regentki do czasu osiągnięcia pełnoletności przez królewicza.

— Na jakiej podstawie, ja się pytam?

— Jako najstarszej z królewskiego rodu.

Niespodziewanie Rosiere roześmiał się. Znów zmienił pozycję za stołem i spojrzał na Korianina z szerokim uśmiechem. Oczy błyszczały pozorną wesołością, ale Dragas nie dał się zwieść.

— Chcecie, żebyśmy oddali tron Marienne? Ona już nie jest nasza. Ona jest wasza. A obcym korony się nie oddaje.

— Obcym? Sądzę, że cesarzowi Marienne jest bliższa niż którykolwiek z panów. Krew nie woda.

— Jest żoną następcy koriańskiego tronu.

— Owszem. A cesarz sam pobłogosławił ten związek, za waszą zresztą namową, czyż nie?

— Nie taka była umowa.

— I to powiecie cesarskiemu poselstwu, kiedy tu się zjawi i przedstawi wam własną nominację do tronu? Że nie taka była umowa? Że nie po to pozbyliście się poprzedniego króla, żeby teraz przyjąć na jego miejsce kolejnego protegowanego cesarza?

— Nie taka była umowa między nami!

— Niech mi pan zatem przypomni, panie de Cour, jaka ona była?

— W zamian za otwarcie granic, zniesienie ceł i utworzenie nowych szlaków handlowych dla waszych i naszych kupców mieliście zaprzestać rajdów na nasze tereny i w razie potrzeby wesprzeć nas militarną siłą — wyrecytował radca bez zająknięcia. — To. Wszystko.

Dragas parsknął śmiechem.

— Panowie! Naprawdę chciałem tego uniknąć. Chciałem dać wam czas na przemyślenie sprawy w spokoju. Na rozważenie wszystkich za i przeciw, i wyciągnięcie własnych wniosków. Ale nie daliście mi szansy i teraz obawiam się, że… — urwał, ale tylko na moment. Przewrotny uśmiech skutecznie rozbudził w Ilearczykach niepokój. — Naprawdę myśleliście, że kupieckie szlaki to wystarczające wynagrodzenie za nasz wkład w obalenie przez was panującego rodu?

— Naprawdę myślicie, że za ten „wasz wkład” – za cokolwiek zresztą – zrzekniemy się władzy na waszą rzecz? — zapytał dokładnie tym samym tonem Rosiere. — Jak już ustaliliśmy, nasz dwór, nasz tron to nasze wewnętrzne sprawy. Nic wam do tego. Jeśli będziecie się wtrącać…

— …to co? Wypowiecie nam wojnę? Żarty na bok. Wojna z koriańską armią to nie to samo, co pacyfikacja opornych chłopów i garstki szlachty z wybujałą fantazją. Liczyliście, że cesarz zdaje sobie z tego sprawę, kiedy podpisywaliście z nami układ, prawda? Cóż, niedobrze by było, gdybyście sami o tym zapomnieli.

— Do czego pan zmierza, panie pośle? Grozi nam pan zerwaniem sojuszu? Wojną?

— Nie. Dopasowuję się do poziomu rozmowy po prostu.

— To kpina…! — uniósł się znowu La Motte.

— To polityka, panowie. Polityka zacofanego państewka; młodej monarchii, jak to ładnie o nas mówicie.

— Nie. Nie, Dragas. Tak się bawić nie będziemy. — Najwyraźniej i niespotykane pokłady spokoju Rosiere’a w końcu zaczęły się wyczerpywać. Dragas bynajmniej się nie dziwił; gdyby sytuacja była odwrotna i miała miejsce na koriańskim dworze, ta rozmowa nie trwałaby nawet w połowie tak długo. — Nie chcemy wpływów Cesarstwa, ale nie zamienimy ich na koriańskie.

— Może poczytacie mi to, panowie radcy, za impertynencję, ale pozwolę sobie zauważyć, że dużego wyboru nie macie. Jej Wysokość przybędzie tu w przeciągu kilkunastu dni. Poselstwo cesarza pewnie niewiele później. Ale jak powiedziałem wolałbym, żebyście sami wyciągnęli wnioski z zaistniałej sytuacji. — Wstał i przysunąwszy krzesło z powrotem do stołu skinął im głową na pożegnanie. — Jeśli mielibyście jeszcze jakieś pytania lub wątpliwości, chętnie posłużę radą.

Gdy tylko Dragas odwrócił się ku drzwiom, La Motte zerwał się ze swojego miejsca tak gwałtownie, że jego krzesło z hukiem uderzyło o podłogę.

— Hańba! — wrzasnął i zanim Rosiere lub de Cour zdołali zareagować sztylet, który niezauważenie znalazł się w jego dłoni, ze świstem przeciął powietrze, zmierzając prosto w posła.

Na ułamek sekundy wszyscy trzej zamarli – de Cour w połowie drogi do pozycji stojącej, Rosiere z dłonią przy ramieniu La Motte’a, i on sam w pół kolejnego słowa. I nawet kiedy sztylet z brzdękiem upadł na posadzkę tuż za Korianinem, odepchnięty od niego niewidzialną siłą, żaden z nich nie drgnął.

Dragas spojrzał przez ramię na La Motte’a, później na leżący u jego stóp sztylet. Przygryzł wargę, jakby nie wiedział, czy wybuchnąć gniewem czy się roześmiać. Schylił się i podniósł broń.

— Doskonała robota — stwierdził, obracając sztylet w dłoniach. Spojrzał z błyskiem w oczach na poczerwieniałego, z trudem łapiącego powietrze radcę i uśmiechnął się lekko. — Uniżenie dziękuję za tak piękny prezent, panie La Motte.

Wykonał przed nimi dworski ukłon. Przez nikogo nie zatrzymany opuścił salę.

Już za drzwiami roześmiał się głośno, przyciągając zgorszone spojrzenia służby. Płynnym ruchem wsunął za pas sztylet La Motte’a, po czym opuścił zamek.

*

Kiedy tylko drzwi za Korianinem się zamknęły, La Motte opadł na krzesło zapominając, że przewrócił je w swoim akcie słusznego gniewu. Poderwał się natychmiast z podłogi, po czym szybkim krokiem ruszył ku drzwiom.

— Thomas. — Cichy, stanowczy głos Rosiere’a usadził go w miejscu. — To było głupie. Chciałeś zabić posła.

La Motte roześmiał się chrapliwie.

— Nie mówił jak poseł.

— Mówił. Jak poseł, który grozi nam wojną, ale wciąż poseł. Do tego kraju, z którym trwamy w sojuszu. I który mógłby nam naprawdę zaszkodzić, jeśli doszłoby do zerwania łączącej nas umowy.

La Motte odwrócił się gwałtownie.

— Boisz się go?

— Ty nie?

Znowu śmiech.

— Widziałeś. Wyglądałem jakbym się go bał? Gdyby nie… — urwał i zmrużył oczy. Przeniósł spojrzenie z Rosiere’a na wciąż stojącego przy oknie Rycerza. — To twoja sprawka? Ten sztylet upadający na ziemię o cal przed celem?

— Thomas…

Rosiere nawet nie starał się nawet brzmieć urzędowo. Był zmęczony. Gdzieś znikła jego pewność siebie i żelazne opanowanie. Opadł na krzesło i podparł głowę na rękach.

La Motte nie zwrócił uwagi na jego starania załagodzenia sytuacji. Skoncentrował się na zwróconej ku sobie masce.

— To jak? Chronisz go?

— Zgadzam się z panem Rosiere. To, co pan zrobił, było nierozważne. Konsekwencje tego czynu mogły być fatalne. Nadal mogą.

— Zatem jednak. — La Motte postąpił krok do przodu. Zadarł brodę w górę. — Nie rozumiem, co tu jeszcze robicie. Wasze zadanie dobiegło końca i nic tu po was! Powinniście się wynieść stąd…

— …w jasną cholerę? — dokończył za niego Rycerz.

Zanim La Motte zdążył zareagować, Rosiere stanął między nimi.

— Panowie, proszę. Thomas, pan Rycerz tu jest na moją wyraźną prośbę — powiedział spokojnie, kładąc dłoń na ramieniu starszego radcy. Kiedy pierwsza fala gniewu zdawała się opaść, zwrócił się do Rycerza. — A pan niech odpowie. Ten trik z osłoną to pańskie dzieło? Nie pytam jedynie z ciekawości i z całą pewnością nie będę miał za złe, jeżeli rzeczywiście to pana rozsądek uratował nasze skóry przed ich armią. Chcę wiedzieć, z czym mamy do czynienia.

— Nie. To nie moje dzieło.

— Myślałem, że oni brzydzą się magią — włączył się w końcu w rozmowę de Cour. Z wyrazem zadumy na twarzy wpatrywał się w zamknięte drzwi.

— Najwyraźniej nie wszyscy. I może tylko we własnym gronie — odpowiedział Rosiere, podobnie jak on ściągając w zamyśleniu brwi.

— W życiu nie słyszałem o magu wśród Korian. A Dragas na maga to już zupełnie nie wygląda.

— Co pan o tym myśli? — Rosiere spojrzał na Rycerza.

— Nic. Nie jestem w stanie powiedzieć panom jaka to magia, ani skąd się bierze. Ja również po raz pierwszy spotykam się z przejawem takiego zachowania u Korianina.

— A… ogólnie? O tym wszystkim, co tu miało miejsce?

Rycerz wzruszył ramieniem. Podszedł do stołu i podniósł papier. Przebiegł wzrokiem po piśmie, po czym złożył je starannie i rzucił z powrotem na blat.

— Myślę, że dalsze rozważania na ten temat w tej chwili są bezcelowe. Proponuję skorzystać z rady Dragasa: odpocząć i przemyśleć to na spokojnie. Trudno odmówić celności pewnych jego uwag. Taka decyzja nie powinna być impulsem chwili.

— Zdrajca — syknął La Motte.

Rosiere przymknął oczy, czując że to wszystko zaczyna być ponad jego siły.

— Nie zamierza pan opuścić stolicy? Będzie pan nam mógł służyć radą, kiedy wrócimy do tego tematu?

— Mam taką nadzieję. A teraz panowie wybaczą. Na mnie czas.

Rosiere kiwnął tylko głową. De Cour też się nie odezwał. Kiedy Rycerz mijał La Motte’a, ten znowu coś syknął, ciszej i mniej wyraźnie niż poprzednio, choć nikt z obecnych nie łudził się, że to nie kolejna obelga. Rycerz nie dał się sprowokować. Bez słowa wyszedł, pozostawiając radców pogrążonych w ponurych myślach.

Na tonącym w deszczu dziedzińcu czekał już osiodłany koń. Zanim go dosiadł, zapytał jeszcze o koriańskiego posła.

— Opuścił zamek — odpowiedział młody chłopak, który ściskał w dłoni uzdę. Po chwili dorzucił jeszcze usłużnie. — Zatrzymał się w którejś z karczm w górnym mieście. Być może tam właśnie wrócił.

Rycerz kiwnął głową i wskoczył na siodło. Podrywając konia niemal od razu do galopu wypadł za bramę.

Szalejący na otwartej przestrzeni zbocza wiatr odrzucił ciężki kaptur na plecy jeźdźca i targnął rozsypanymi na ramiona złotymi włosami. Itari zerwała maskę z twarzy, odsłaniając się na siekące bicze ulewy. Wbiła mocno pięty w boki konia, poganiając zwierzę do jeszcze szybszego biegu przez oberżnięte pola, otaczające stolicę.

Zwolniła dopiero między drzewami. Koń na pamięć znał już drogę i sam obrał ścieżkę poprzez kolczaste zarośla.

Na miejscu wyszeptała kilka słów w ciemność i zręcznie zsunęła się z siodła. Kiedyś znajdował się tutaj święty przybytek ku czci bóstw, którym prosty lud składał hołdy i ofiary jeszcze zanim Ilear stał się częścią Cesarstwa. Teraz na ruinach sanctum wznosiła się wieża, chroniona przed niepożądanym okiem magią Inglot.

Itari zaciągnęła konia do niewielkiej stajni, przylepionej do gładkiej ściany wieży, po czym weszła do środka, uciekając wreszcie przed deszczem. Minęła niewielką sień i otworzyła drzwi do pokoju, który służył im za dzienny.

— Powiedz mi, że Raynhard już tu jest — zaczęła od progu, rozpinając sprzączkę płaszcza i zostawiając go na ziemi tam, gdzie zsunął się z jej ramion. Inglot, zwinięta na fotelu przy rozpalonym kominku, pokręciła głową, nie odrywając wzroku od wielkiego tomiska, które kartkowała.

— Daję mu dzień. Jeden dzień, a potem sama przytargam go tu choćby w strzępach — warknęła Itari, siadając na miękkim, grubym dywanie pokrywającym kamienną posadzkę. — W strzępach, Inge.

— Ktoś chyba nie za dobrze bawił się w czasie wizyty na dworze. — Anrai, ściągnięty jej podniesionym głosem, wyłonił się z drzwi, za którymi spiralne schody pięły się w górę, prowadząc do kolejnych pokoi. Obrzucił badawczym spojrzeniem najpierw leżący w kałuży wody płaszcz, a potem rozplatającą mokry warkocz dziewczynę.

Itari prychnęła.

— Ograniczeni głupcy — rzuciła gniewnie. — Teraz płaczą, a dali się podejść jak dzieci!

— A czy nie o to nam właśnie chodziło? — zapytał Anrai z przekorną nutą w głosie, przysiadając na szerokim parapecie. — Obalić uświęconą przez Agellata władzę, zaprosić Korian do Ilearu, doprowadzić możnych do płaczu?

— Było aż tak źle? — Inglot zignorowała jego wtrącenie, bo przecież nie spodziewał się odpowiedzi, i skoncentrowała się na Itari. Smukłe palce tańczyły wśród długich, złocistych pasm, wręcz hipnotycznie przykuwając uwagę.

— Dragas zażądał regencji dla Marienne, a La Motte próbował go zabić — odpowiedziała, podkreślając tonem głosu niedorzeczność tej sytuacji.

— Próbował?

— Tak, próbował. Nie udało mu się, ale nie dlatego, że miał szczęście i nie trafił. Dragasa chroni nadnaturalna moc.

— Tak? Przecież oni mordują u siebie każdego, kto włada magią — stwierdził rzeczowo Anrai.

— Właśnie — zgodziła się Itari, na moment przerywając ruch dłoni pomiędzy splotami. Ściągnęła brwi i spojrzała na pochyloną w jej stronę przyjaciółkę. — Ale Dragas nie jest magiem. Nie wygląda na maga. Nie zachowuje się jak mag.

— W tym akurat nie ma nic dziwnego, z tym wyrzynaniem potencjalnych czaromiotów, i w ogóle — zauważył Anrai z obojętnością świadczącą o tym, że krwawe zwyczaje Korian w tym względzie nie robiły na nim żadnego wrażenia.

— Wokół niego nie ma magicznej aury. Rzeczywistość w jego otoczeniu nie nagina się gotowa dopasować się do jego woli.

— Więc co?

— Nie wiem. Błogosławieństwo? Klątwa? Artefakt? Nie wiem! Wiecie, co to może oznaczać?

Anrai potrząsnął głową, a Inglot zmarszczyła brwi w zamyśleniu.

— Kłopoty? — zaproponowała z niechęcią.

Itari westchnęła.

— Tego się właśnie obawiam.

Rozdział VI

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Rozdział V

  1. Korianin-nie-będącym-Dragasem, jak nazwałaś Aridana, również bardzo przypadł mi do gustu. „Ułagodzona górska puma” – świetne określenie muszę przyznać :3
    Marienne to harda dziewczyna, choć brakuje jej talentu dyplomatycznego i daje ponieść się emocjom. Z drugiej strony ciężko jej się dziwić, kiedy jest traktowana w lekceważący sposób i nie wie na czym stoi, bo nikt nie raczy jej poinformować.
    Rozgrywki polityczne bardzo smakowite. Ujawnienie magicznych zdolności Dragasa też mnie zaintrygowało, szczególnie w zestawianiu z faktem, że magia jest u Korian zakazana.
    Spotkanie w wieży, gdzie toczą się zakulisowe działania, a do tego zwiastują wkroczenie na scenę Rainharda czytało się bardzo przyjemnie. Podoba mi się nagromadzenie tylu wątków, nie sposób się nudzić 🙂
    PS Przyznam, że ta przerwa w czytaniu Sojuszu zrobiła swoje i niewiele pamiętam, poza ogólnym zarysem postaci, i faktem że cudownie się czytało xD Dlatego mogę brzmieć jak ktoś, kto czyta pierwszy raz i tak w sumie się czuję. Tym bardziej mi smakuje 😉

    Polubione przez 1 osoba

    • 😀
      Był taki czas, że trwałam przy „Sojuszu” tylko ze względu na Aridana, więc tak, to dla mnie postać szczególna 🙂
      Dyplomacja to domena mężczyzn, manipulacja – kobiet, które chcą władzy. Obie te rzeczy są obce Marienne, bo nigdy jej nie przyszło do głowy, że można odmówić narzuconych jej obowiązków i tradycyjnych zachowań królewskiej córki. Byleby traktowano ją tak, jak się należy kobiecie z jej urodzeniem i pozycją, a do reszty jakoś przywyknie. Tak myślała. Do teraz.
      Staram się zapanować nad mnogością wątków (bo wciąż pojawiają się nowe), ale jak to wychodzi, to już może ocenić tylko Czytelnik. Jeżeli gdzieś zauważysz, że gubię Czytelnika w nawale lub – co bardziej u mnie prawdopodobne – niedomiarze informacji, daj znać.
      Bardzo się cieszę, że dobrze się bawisz przy „Sojuszu”. Postaram się tego nie zepsuć!

      Polubione przez 1 osoba

      • Awwww, słodka pumka z Aridana :3 Marienne wydaje się bystra, więc pewnie szybko nauczy się, jak postępować z mężem ;). Wątki na razie płynnie się przeplatają i nie gubią, świetnie nimi manipulujesz, dostarczając nowych informacji, ale nie tracąc nic z napięcia. Mimo że jest sporo postaci pierwszo i drugoplanowych, łatwo je rozróżnić, bo każda ma jakąś wyrazistą cechę, co jest sztuką i co bardzo ładnie Ci wychodzi. Nie wiem, co musiałabyś zrobić, żeby zepsuć Sojusz, chyba powybijać wszystkie postacie xD (mam nadzieję, że nie masz zapędów Martina :P)

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s