Rozdział IX

Opadające ostrze miecza schwyciło i rozbłysło słonecznym promieniem. Zgrzyt stali uderzającej o stal wybił się ponad odgłosy codziennych zajęć wypełniające dziedziniec zamku w Brugge. Van zrobił zgrabny wypad do przodu, unikając cięcia i, zatoczywszy mieczem szeroki półokrąg, wybił mu broń z ręki. Brzdękowi upadającego na kamienie żelaza zawtórował triumfalny okrzyk.

Pozwolił się wtedy zaskoczyć, bo jeśli miał być całkowicie ze sobą szczery, chciał takiego wyniku. Kiedy Van oddawał mu miecz, szare oczy rozświetlała radość, ale też i błysk aroganckiej satysfakcji, pojawiający się zawsze wtedy, gdy Van udowadniał, że z dnia na dzień staje się lepszy. Że już wkrótce dorówna, a może nawet przerośnie swojego mistrza. Ale wystarczyło, by Van w spojrzeniu trenera dostrzegł aprobatę i pochwałę rzadko wypowiadaną na głos, by z jego oczu traciło się wszystko poza zadowoleniem z dobrze wykonanego zadania.

Też się uśmiechnął, ale Van nie mógł już tego zobaczyć. Był po drugiej stronie dziedzińca przy głębokim korycie. Już po drodze ściągnął z siebie koszulę. Najpierw zanurzył tylko dłonie, a potem głowę i ramiona w zimnej wodzie. Prostując się rozesłał krople w powietrze, a to na ułamek sekundy rozbłysło barwną aurą wokół niego. Ukradkowe spojrzenie wyrwało Raynharda z chwilowego odrętwienia, w jakie popadł obserwując swojego podopiecznego.

Tego samego dnia po południu, gdy siedzieli razem nad rzeką przecinającą podzamkowe łąki, Van zapytał go, dlaczego ojciec wybrał mu za żonę jakąś koriańską hrabiankę, po raz kolejny wprawiając go w…

— …nie. Nie, nie, nie, nie! Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli zgodzić się na te absurdalne żądania!

Podniesiony głos któregoś z królewskich radców sprowadził Raynharda z powrotem z Brugge do sali obrad. Stał przy oknie, za którym rozciągały się puste zamkowe ogrody, niemalże w tym samym miejscu, które zajmowała Itari w trakcie ostatniej rozmowy z koriańskim posłem. W przeciwieństwie do niej, nie miał teraz ani maski, ani płaszcza. Nie przybył tu dzisiaj jako jeden z Rycerzy. Był sojusznikiem spiskowców, który swoim działaniem usunął z ich drogi do tronu całą linię królewskiego rodu z Brugge.

Gwar za jego plecami wzmógł się jeszcze. Teraz mówili, nie – przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Nie słuchał ich kłótni. Było mu wszystko jedno, w jaki sposób rozedrą i podzielą między siebie Ilear. Nie powinno tak być, bo przecież miał tu swoje zadanie, konkretny cel do osiągnięcia, a jednak…

Myślał, że dobrze robi…

Przestań. Przestań się usprawiedliwiać! Ileż można? Zachowaj choć odrobinę godności!

Zacisnął odruchowo pięści, wbijając boleśnie paznokcie w ciało, żeby uciszyć ten natarczywy głos w głowie. Rzeczywiście, ileż można? Ileż można powtarzać sobie jedno i to samo w kółko? Że nie tak miało być, że nie wiedział?

Van miał tak zdesperowane spojrzenie, kiedy pytał go, skąd pomysł mariażu z koriańską hrabianką. Dlaczego Korianka? Dlaczego teraz? Nie odpowiedział, bo też co miał powiedzieć? Że do małżeństwa i tak nie dojdzie, bo w przeciągu kilkunastu następnych dni wszystko się zmieni? Że nikt go nie zmusi do ożenku, bo zanim nastanie odpowiedni czas jego ojciec zginie, a miejsce na tronie Ilearu zwolni się dla nowej dynastii? O tak, to z pewnością by go uspokoiło.

Poza tym Van wcale nie pytał, dlaczego ma poślubić akurat pannę zza południowej granicy. W szarych oczach Raynhard wyczytał rzeczywiste pytanie, nie do wypowiedzenia na głos, nie do zadania innemu mężczyźnie. Nie był głupi. Nie był ślepy. Po prostu…

I znowu usprawiedliwienia! Nic, tylko wymówki! Jak długo chcesz to ciągnąć? Powiedz wprost: bałeś się. Wolałeś nie widzieć, nie rozumieć.

Bał się tego, co widział. Sposobu, w jaki rozjaśniały się oczy Vana, jak zmieniał się ich wyraz na najmniejszą oznakę zadowolenia z jego strony. Spojrzeń, kiedy chłopak myślał, że Raynhard nie patrzy. Nieśmiałych aluzji i niemądrych wymówek, kiedy odpowiadał na pytania o dni spędzane na dworze w towarzystwie zapatrzonych w niego panien. Nigdy wprost, nigdy otwarcie, ale przez to wcale nie mniej wyraźnie na każdym kroku Van dowodził swojego oddania i… uczucia.

On to wszystko widział, tylko postanowił nie dostrzegać. Zepchnął to poza granice świadomości. Bo przecież…

Dziecko? – zjadliwy syk przerwał myśl w połowie, nie dając mu dokończyć. Szyderczy głos zrezygnował ze słów na rzecz prześmiewczego rechotu.

Głupi. Głupi, aż żal patrzeć, jak się musisz męczyć sam ze sobą

Bogowie, to prawda. Koria? Ilear? Rebelia? Wojna? To już od dawna go nie obchodziło. On po prostu chciał wyrwać Vana spod władzy ojca. Chciał uratować go za wszelką cenę, wydostać z Brugge, wywieźć, zanim zostanie wplątany w polityczne rozgrywki. Nie dlatego, że Itari tak wybrała. Dlatego, że on sam już nie wyobrażał sobie życia inaczej. Tylko, że…

Powiedz to. Przyznaj się, przynajmniej sam przed sobą, tchórzu.

Nie zostawił go w Brugge dlatego, bo naprawdę uważał, że tak będzie lepiej.

Zostawił go tam, bo był przerażony. Wiedział, że gdyby zapytał wprost, czy Van z nim wyjedzie, usłyszałby „nie”. A wtedy…

To jeszcze nie znaczy, że go straciłeś. Przestań się bać, Rayn. Strach nigdy nie był wpisany w twoją naturę. Ani ucieczka przed konsekwencjami.

To już nie był głos jego sumienia. Zakrztusił się gwałtownie, kiedy zaraz po tych słowach ogarnęło go kojące uczucie troski i wsparcia.

— …Raynhard?

Dopiero teraz zorientował się, że w sali panuje cisza, przerywana jedynie przez Rosiere’a, który uparcie powtarzał jego imię. Wszyscy obecni wpatrywali się w niego z bardziej lub mniej widoczną irytacją. Tylko Rosiere i de Cour zachowali charakterystyczną dla nich neutralność.

— Tak?

— Słuchał nas pan?

Rozmawiali o regencji dla Marienne, bo o czymże innym? Ale co dokładnie mówili?

— Nie — przyznał. Wciąż czuł widmową obecność Inglot. Przysłuchiwała się temu, co się tu działo, czy też tylko jego żałosnym żalom nad własną osobą? Na powrót odwrócił się do okna. Usłyszał westchnienie Rosiere’a, po którym szmer szeptów pomiędzy radcami zaczął się wzmagać. On jako jedyny wiedział, kim był Raynhard. Być może podzielił się tym z de Courem, ale poza tym Raynhard raczej nie podejrzewał go o bezmyślne gadulstwo.

— Omawialiśmy właśnie… — zaczął Rosiere, ale nie było dane mu skończyć.

— Co on tu w ogóle robi? — wybuchnął Thomas La Motte. — Po co on nam teraz? Zrobił, co do niego należało, dostał swoje złoto, niech nam zejdzie z oczu!

Raynhard odruchowo skrzywił się na wzmiankę o zapłacie. Nie otrzymał pieniędzy, ale nikt z obecnych nie musiał o tym wiedzieć. Nie dotknąłby ani monety z tego, co zaproponował mu von Throim. Jego ceną było życie i wolność Vana, tylko co sam z tym uczynił?

— Thomas, powściągnij nerwy, proszę — upomniał go Rosiere stanowczym, ale wciąż spokojnym tonem. Jego trudno było wyprowadzić z równowagi. — Pan Raynhard jest tutaj na moje zaproszenie.

— Tak? Po co, ja się pytam? — La Motte uderzył pięściami w stół i podniósł się z krzesła. Sądząc po narastającym szmerze wśród radców, nie był jedynym, który się nad tym zastanawiał. — Do czego jest nam jeszcze potrzebny sługus de la Varre’ów? Zdrajca do tego? Zdradził swojego pana, i nas pewnie też zdradzi! A może od początku był w zmowie z Korianami? Może wspólnie uknuli ten plan?

Rosiere podniósł się, zgrzytem odsuwanego krzesła ucinając gwar rozmów.

— Zapędzasz się, Thomas. Proszę cię, zajmij z powrotem swoje miejsce.

— Ja… zapędzam się? — Powieki La Motte’a niemalże zniknęły pod fałdami tłuszczu, kiedy rozwarł je szeroko w wyrazie zdumienia. — Jak śmiesz…?

— Siadaj! — Do Rosiere’a dołączył de Cour. Nie podnosił głosu, ale wyraźnie dał się słyszeć nakaz, którego nawet La Motte nie potrafił zignorować. Z ociąganiem, ale bez dalszych protestów zajął swoje poprzednie miejsce za stołem.

— Wróćmy do tego, co ważne. Moi żołnierze już dołączyli do koriańskiego oddziału, który ma eskortować Marienne w drodze powrotnej do stolicy. Otrzymałem informacje, że Dragas już wyruszył ku granicy. Panowie, mamy około dwóch tygodni, by przygotować odpowiedź na żądania Korian. Chciałbym ją przedstawić jeszcze przed przybyciem posłów Agellata.

— Posłowie czy wojsko? Mamy wieści?

— Posłowie. Na wojsko za wcześnie. Nasza propozycja to regencja dla Alexisa do czasu osiągnięcia wieku przez Sebastiena. — Rosiere skłonił głowę, patrząc w stronę de Coura, który przyjął honor nikłym skinieniem. — To siedem lat. To dość czasu, by przygotować się do dalszego działania. Bez Marienne na dworze, bez Gabriela i Vana to rozsądne rozwiązanie, dla którego jedyną alternatywą jest przysłanie przez Agellata protegowanego z własnego dworu. Nie wykluczamy tego, jednak wtedy…

— Wojna — rzucił hrabia de Cunard.

— Wojna — zawtórował hrabia Maurice.

— Wojna — odezwało się więcej głosów.

— Tak, ale tylko jeżeli nasi sojusznicy wywiązaliby się z łączących nas zobowiązań — odpowiedział im de Cour, ledwo zauważalnie krzywiąc się na wspomnienie Korian. — Obawiam się, że Dragas ma rację. Krew nie woda. Agellat poparł małżeństwo Marienne z Sanderem. Może poprzeć jej regencję.

— Wprowadzi Korian do Ilearu.

— Sami to zrobiliśmy.

— Jeżeli Korianie dojdą do porozumienia z wysłannikami Agellata ponad naszymi głowami, nie będziemy w stanie im się przeciwstawić.

— Gdzie są Rycerze? To wszystko ich wina! To oni wplątali nas w układ z Korianami i to oni powinni nas z niego wyciągnąć!

— Oni podsunęli wam rozwiązanie, wy z niego skorzystaliście — odezwał się niespodziewanie Raynhard. Przypomnienie de Coura, że „nie ma Gabriela i nie ma Vana” na moment sprawiło, że znów wyłączył się z rozmowy. Nikt z tu obecnych nie wiedział, że Van żyje i że wciąż stanowi zagrożenie dla ich i tak już chwiejnych planów. Gdyby było inaczej, ich żołnierze już byliby w drodze do Brugge, gdzie już nikt i nic nie stanie pomiędzy ich mieczami a Vanem. Roztrzęsiony tłumioną wściekłością głos La Motte’a po raz kolejny skutecznie wyrwał go z przepełnionej rozgoryczeniem zadumy. — To, że nie przemyśleliście wszystkich aspektów sprawy, nie ma chyba z nimi wiele wspólnego.

— Milcz! — La Motte znów stał na nogach, ale już ignorował Raynharda. Wymierzył oskarżycielsko palec w Rosiere’a. — Zapraszasz byle sługę na nasze spotkanie, a gdzie Robert? Jeżeli Marienne zostanie regentką, zażąda jego głowy za to, co spotkało jej rodzinę w Brugge. Gdzie von Throim?

— W Verdes. Ma w tej chwili inne sprawy na głowie. Dopóki ja i Alexis mamy coś jeszcze do powiedzenia, von Throim jest bezpieczny. Cokolwiek tu postanowimy, to nie z Marienne będziemy rozmawiać, a z Sanderem. Jego nie obchodzą nasze wewnętrzne porachunki. I jeżeli zdecydujemy, że to Marienne obejmie tron, Sander stanie się beneficjentem działań podjętych przez von Throima. Spodziewałbym się podziękowań, nie kata, nawet ze strony Korianina.

— Jeżeli zadecydujecie…? — Raynhard zaśmiał się krótko, zanim się opanował. Mówił dalej, ale nie bez nuty gorzkiego rozbawienia w głosie. — Przepraszam, panowie. Kontynuujcie.

La Motte poczerwieniał, ale to nie on się odezwał następny, a de Cour.

— Został pan zaproszony, by wyrazić swoją opinię. Proszę, jakie według pana mamy opcje w zaistniałej sytuacji?

La Motte wymamrotał coś pod nosem, coś o sługusie de la Varre’ów, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Raynhard przesunął spojrzeniem po obecnych. La Motte patrzył na niego z nieskrywaną pogardą, podobnie jeden czy dwóch innych. Pozostali przyglądali mu się z większą lub mniejszą ciekawością, czekając na jego odpowiedź. I znów tylko Rosiere i de Cour zachowali całkowitą neutralność.

— Wojska Agellata są daleko, zaangażowane w walkę na dwóch frontach: na morzu z noldorskimi piratami, by ci nie przejęli szlaków, i w zachodnich dzielnicach, które jak Ilear chcą niepodległości, ale mają to nieszczęście, że nie oddziela ich od rdzenia cesarstwa wielka woda. Korianie stoją na waszej granicy. Jeżeli nie macie dość siły, by o sobie stanowić, dla mnie to jasne, z kim powinniście rozmawiać.

— Mówiłem — syknął La Motte. — Mówiłem, że jest w zmowie z wrogiem! Zdrajca!

— Co, gdy przybędą tu posłowie Agellata? — pytał dalej de Cour, ignorując hrabiego.

Co, gdy do Ilearu przybędzie Cathan, którego plan właśnie się ziszcza? Czegokolwiek nie spróbują ilearscy spiskowcy, nie odniesie to skutku innego, niż Cathan to sobie zamierzył zapewne już wiele lat temu.

— Będziecie mieli dla nich dobrze przemyślaną propozycję.

De Cour zmarszczył brwi w nieznacznej oznace niezadowolenia.

— Nic pan nam nie podpowie?

Zwracał się teraz do Rycerza, nie do zdrajcy de la Varre’ów, choć tylko trzy osoby zdawały sobie z tego sprawę: oni dwaj i Rosiere.

— Są ludzie potężniejsi od cesarza nawet jeżeli wam wydaje się to niemożliwe. Nie lekceważcie nikogo, kto jest od was silniejszy. Nie możecie sobie na to pozwolić. Jeżeli w jakiś sposób dojdziecie do porozumienia z Korianami, będziecie w stanie utrzymać pozycje przeciw Agellatowi. Jak długo? To już zależy od was i waszych decyzji.

— Hm. — De Cour nie powiedział nic więcej. Przez dalszą część rozmowy, której ciężar prowadzenia znów przejął Rosiere, w milczeniu przyglądał się Raynhardowi, próbując samym spojrzeniem wydrzeć mu znaczenie rady, jaką im udzielił.

Raynhard również już się nie odzywał, choć przysłuchiwał się burzliwej kłótni, jaka się rozpętała, gdy z ust Rosiere’a padło pytanie, co więcej mogą zaoferować Korianom, by podzielili się władzą. W końcu jednak jego myśli znów uciekły w stronę Brugge i Vana.

Van jest bezpieczny. Hrabia dał ci słowo i już nie zaprząta sobie nim głowy. Nikt inny nie wie, że żyje. Jeżeli to się zmieni, wkroczysz. Jeszcze się wszystko ułoży. Obiecuję.

Niemal namacalna aura Inglot przy jego boku przytłumiła ciągły, niegasnący niepokój. Przez łączącą ich więź docierały do niego pozbawione słów zapewnienia, że będzie dobrze, musi być tylko cierpliwy. Van zrozumie, że to, co się wydarzyło, stało się również i dla jego dobra. Potrzebuje tylko czasu. A do tego momentu Raynhard skoncentruje się na przydzielonym zadaniu. By rzeczywiście wszystko się ułożyło tak, jak to sobie zaplanowali.

Obiecuję, powtórzyła Inglot, próbując uciszyć niemilknący, oskarżycielski głos sumienia.

Wierzył jej. Musiał. Nic innego mu nie pozostało.

*

Poznaj swojego wroga, powtarzał Raynhard, gdy udzielał lekcji jej bratu.

Uśpione i pogrążone w ciemności Verdes, rodzinna posiadłość von Throimów, nie różniło się aż tak bardzo od Brugge. Nawet za dnia Isabelle była w stanie zatracić się w fantazjach, że wciąż jest w domu. Ojciec siedzi w gabinecie, przerzuca papiery i przygotowuje się na kolejne spotkanie w stolicy z wujem i jego radcami. Van gna przez łąki na swojej Gwiazdce, a może pojedynkuje się z Raynhardem? Matka kartkuje stare księgi, przyglądając się inkrustowanym ilustracjom. Ale te wyobrażenia zawsze kończyły się łzami rozpaczy i gniewu, bo zamiast w Brugge, była przecież w dalekim, obcym zamku mężczyzny, który powołując się na boskie prawa uprowadził je obie: ją i matkę. Dlatego, choć w ciszy i mroku byłoby jeszcze łatwiej wmówić sobie, że Verdes to w rzeczywistości Brugge, Isabelle walczyła z pokusą. Grube dywany, pokrywające posadzki korytarzy skutecznie tłumiły odgłos jej kroków i chroniły przed chłodem kamienia bose stopy. Szła z dłonią przyłożoną do ściany, chociaż nie było aż tak ciemno, by nie widziała, dokąd idzie. Już po kilku dniach od przybycia znała na pamięć układ korytarzy i rozmieszczenie wszystkich pokoi, do których miała dostęp. To był pierwszy punkt jej planu. Poznać wrogi teren, na którym przyjdzie jej stoczyć bitwę.

Nie tylko to, z kim walczysz jest ważne, mówił Raynhard Vanowi. Ileż razy znajdowała sobie zajęcie w ich pobliżu, żeby przysłuchiwać się wykładom trenera na temat taktyki i strategii! Oczywiście zawsze wkładała mnóstwo wysiłku w to, żeby nie posądzili jej o podsłuchiwanie. Była kobietą i nie przystawało jej interesować się tak skomplikowanymi męskimi sprawami. Czasami miała wrażenie, że Raynhard nie daje się nabrać na te wyszukiwane z trudem czynności, pozornie absorbujące ją bez reszty, ale czy tak było naprawdę? Nigdy nie odważyła się zapytać.

To, gdzie walczysz, mówił, jest równie istotne. Zawsze, jeśli to tylko możliwe, poznaj teren, gdzie rozegra się twoja walka.

Dlatego ona w każdej wolnej chwili przemierzała korytarze, pochłaniając i utrwalając w pamięci wszystkie dostrzeżone szczegóły. Jednak po raz pierwszy robiła to w nocy.

Nie mogła zasnąć. Dziś spotkała w korytarzu panią tego domu, Loraine von Throim. Loraine pierwszego dnia przywitała je pod swoim dachem, zaprowadziła do przydzielonych im pokoi, poprosiła, by ją powiadomiły, jeśli będzie im czegokolwiek brakować w trakcie gościny w Verdes – a wszystko to łagodnym tonem, któremu towarzyszyło zrozpaczone spojrzenie. Potem, ona i matka – i Isabelle – schodziły sobie wzajemnie z drogi. Nie było to trudne, bo matka opuszczała pokoje jedynie na krótkie spacery po wypielęgnowanych, wciąż kwitnących ogrodach, a ona sama w swoich wędrówkach starała się pozostać niezauważona. Dziś wymieniły z Loraine pierwsze słowa od dnia ich przyjazdu. „Co z nami będzie?” zapytała Isabelle, „jak długo mamy tu zostać?” W nagłym przypływie lęku i szczerości wyznała, że boi się o zdrowie matki, bo Elizabeth nie czuje się tutaj dobrze, mało sypia, nie je tyle, ile powinna. Nie wiedziała, czego oczekuje po żonie mordercy jej ojca, ale na pewno nie spodziewała się tego, co usłyszała w odpowiedzi.

Lady von Throim nie żywiła nienawiści do matki Isabelle. Nigdy jej źle nie życzyła.

A przecież Robert von Throim oszalał na jej punkcie! Zabił dla niej, porwał z domu, przywiózł do własnego, sprawiając cierpienie nie tylko jej, ale niewątpliwie i własnej prawowitej małżonce! Jeśli Loraine nie obwiniała jej matki, to z pewnością musiała czuć odrazę do męża! Jak mogła znosić jego towarzystwo?

— Mam go nienawidzić za to, że pokochał kogoś innego, nie mnie? — zapytała Loraine z niezachwianym spokojem w głosie. — Jak mogłabym? Nie rozumiesz tego, Isabelle? Elizabeth jest miłością jego życia. Kiedy wyruszał do Brugge wierzył, że robi dobrze. Że twoja matka będzie mu za to wdzięczna.

Wdzięczna! Isabelle prychnęła nawet teraz na samo wspomnienie tych słów. Od razu podniosła dłoń do twarzy, wystraszona, że ktoś mógł ją usłyszeć, ale nic na to nie wskazywało. Korytarz nadal tonął w ciszy.
Jak von Throim mógł myśleć, że matka będzie wdzięczna za to, co zrobił? Ludzie od lat szepczą, że Elizabeth de la Varre jest szalona, ale szaloną by się dopiero okazała, gdyby naprawdę poczuła wdzięczność do tego rzeźnika!

— Na twoim miejscu czułabym to samo — zapewniła ją hrabina. — Ale trudno mi ocenić, czy zachowałabym sie tak samo jak ona.

Isabelle nie zrozumiała, ale smutek, jaki towarzyszył Loraine niczym subtelny zapach perfum, utrafił gdzieś głęboko w jej duszę. Nie rozumiała, ale w tamtej chwili poczuła szacunek do tej drobnej, jasnowłosej kobiety, tak bardzo z wyglądu podobnej do jej matki. Szacunek i żal. Przekraczając próg tego domu poprzysięgła nienawiść do każdego z domowników, ale okazało się, że nie była w stanie znienawidzić Loraine.

Ta myśl trzymała sen z dala od niej, gdy wieczorem położyła się w szerokim, podwójnym łóżku obok matki.

Na twarzy śpiącej Elizabeth malował się wyraz spokoju, który za dnia od dawna tam już nie gościł. Isabelle poczuła nikłe ukłucie bólu w sercu na ten widok. Matka była taka piękna, wciąż tak młoda. Dlaczego nie mogła być szczęśliwa? Przez kilka chwil Isabelle gładziła rozsypane na poduszce złote sploty, skręcając jedwabiste pasemka w palcach. Ale to zamiast koić, tylko wzmogło jej niepokój. Wtedy wstała, i cicho, tak żeby nie zbudzić matki, opuściła pokój, by zgodnie z naukami Raynharda poznać teren, na którym wcześniej czy później przyjdzie jej stoczyć bitwę. Bo hrabia popełnił błąd, zabierając ją ze sobą z Brugge. To, że nie była mężczyzną nie znaczyło, że obce są jej honor i duma, i rodowa powinność względem zamordowanego ojca.

Kiedy stanęła przed pozbawionymi zdobień dwuskrzydłowymi drzwiami, odetchnęła głęboko, próbując uspokoić bijące pospiesznie serce. Gabinet hrabiego. Do tej pory dla niej niedostępny. Ilekroć żądała rozmowy, von Throim zbywał ją nieuprzejmymi półsłówkami, zanim zdążyła przekroczyć próg.

Z wahaniem ścisnęła w dłoni zimną klamkę i pchnęła drzwi do przodu. O dziwo, ustąpiły. Hrabia nie zamykał gabinetu. Interesujące.

Komnata tonęła w mroku jak cały zamek. Isabelle na palcach podeszła do masywnego biurka, którego blat niknął pod zwałami papierów. Podniosła jeden z rulonów i rozwinęła, ale było zbyt ciemno, żeby wyczytać cokolwiek z pokrytego drobnym pismem pergaminu. Odłożyła go i rozejrzała się, chcąc zapamiętać tak dużo, jak tylko była w stanie.

Jedną ścianę całkowicie kryła szeroka, zdobiona u szczytu przeszklona biblioteczka, zastawiona grubymi księgami i ciasno pozwijanymi, powiązanymi rulonami. Isabelle stanęła przed nią, lustrując uważnie zawartość, ale litery na grubych grzbietach również rozpływały się w ciemności w bezkształtne, pozbawione sensu plamy. Mebel miał czworo drzwiczek, wszystkie w tej chwili zamknięte. Przyjrzała się zamkom, chcąc mieć choć nikłe pojęcie o tym, jak mógłby wyglądać klucz. Z całą pewnością nie był duży. Ale czy na pewno tylko jeden pasował? Czy też potrzebne były cztery?

Rozważając w myślach ten problem porzuciła bibliotekę. Poza biurkiem i szafką na książki resztę umeblowania stanowiły już tylko trzy fotele, wąska sofa i niewielki, pozbawiony szuflad pod blatem stolik. Wróciła do biurka. Przez moment zastanawiała się, czy nie warto byłoby rozpalić przynajmniej jednej świecy, by przy jej blasku przejrzeć papiery hrabiego, ale nie uległa podszeptom ciekawości. To zbyt wielkie ryzyko, a hrabia – jeśli był pedantyczny – mógłby się zorientować, że ktoś odwiedził w nocy jego gabinet.

Wzdychając cicho raz jeszcze powiodła wzrokiem po pokoju, gotowa do powrotu do swojej sypialni. Zatrzymała spojrzenie na kotarze, spływającej po ścianie niemalże do samej ziemi. Wiedziała, co się za nią kryje, chociaż nie miała jeszcze okazji zobaczyć obraz, o którym szeptała cała tutejsza służba. Przygryzła lekko wargę w zawahaniu, ale szybko je pokonała. Cofnęła krawędź zasłony, odkrywając najpierw ramę, później część płótna. Kiedy jej oczom ukazała się twarz matki, w jednej chwili zapomniała o ostrożności. Odciągnęła kotarę na bok. Przycisnęła obie dłonie do piersi i cofnęła się, chłonąc każdy szczegół.

Czy to naprawdę była Elizabeth de la Varre, księżna Brugge? Ta młodziutka dziewczyna, której szczęście emanowało nawet z martwego, starego płótna? Migotliwe blaski zatańczyły na jej twarzy, rozpaliły roześmiane oczy sprawiając, że Isabelle zamiast portretu zobaczyła osobę z krwi i kości, która nie tylko żyła, ale i cieszyła się tym tak wyraźnie, że nikt, kto ją taką zobaczył, nie uwierzyłby, że troska i żale są znane jej naturze.

— Co tu robisz?

Odwróciła się gwałtownie na dźwięk głosu, w którym brzmiał ledwo wstrzymywany gniew. W progu stał hrabia. To właśnie blask trzymanej przez niego świecy rozpalał mrok w pokoju, sięgając obrazu. Jak mogła nie zauważyć jego obecności?

— Pytam, co robisz w tym pokoju?

Odetchnęła głęboko, chcąc przywołać pewność siebie, ale wciąż nie potrafiła nawet opanować drżenia dłoni. Ale nie mogła przecież stać tak bez słowa, pozwalając besztać się jak małe dziecko!

— Proszę o wybaczenie. — Nie na darmo była córką Gabriela. Choć jej duma zapiekła urażona przeprosinami, Isabelle poznała moment, kiedy to uległość zamiast agresji może doprowadzić do pożądanego przez nią rozwiązania. — Nie powinnam tu przychodzić. Chciałam tylko zobaczyć… — Rzuciła bezradne spojrzenie na wizerunek matki.

Hrabia wszedł głębiej do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Odstawił świecznik na biurko między rozgarnięte pospiesznie papiery. Zapatrzył się w odsłonięte oblicze swojej Elizabeth. Z piersi wyrwało mu się ciężkie westchnienie.

— Piękna, prawda? — zapytał, przerywając milczenie.

Brwi Isabelle zjechały się ledwo zauważalnie. Może wcale nie musi ustępować mu pola?

— Tak, piękna — odpowiedziała, starając się, żeby w jej głosie zagrała łagodna nuta.

Chyba jej się udało, bo von Throim przeniósł wzrok z obrazu na twarz stojącej przy nim dziewczyny. Chciał coś powiedzieć, ale żadne słowa nie wydostały się ze ściśniętego nagle gardła. Przez chwilę poruszał bezgłośnie wargami. W końcu odkaszlnął, maskując tym swoje zmieszanie.

— Jesteś do niej podobna. Teraz dopiero to widzę.

Oczywiście! Nie mógł przegapić tego, że Van był podobny do ojca, ale fakt, że Isabelle – córka Gabriela – miała rysy jego ukochanej Elizabeth umknął mu bez problemu. Isa zaśmiała się gorzko w duchu. Niczym nie dała tego po sobie poznać. Spuściła skromnie wzrok, nic nie mówiąc.

Hrabia obszedł biurko i stanął przed portretem. Z uczuciem widocznym w tym drobnym geście przesunął dłonią po płótnie.

— Śliczna, młoda, roześmiana. Dlaczego nie może być taka teraz? Dlaczego to wszystko musiało skończyć się w ten sposób?

Nie wiedziała, czy te pytania skierowane są do niej, czy też hrabia już całkiem zapomniał o towarzystwie. Na usta cisnęły się wściekłe słowa: rzeźnik! morderca! Napadłeś nocą na jej dom i rodzinę, a teraz pytasz, dlaczego? Ale tym niczego by nie osiągnęła, więc milczała. Niespodziewanie von Throim odwrócił się i przeniósł dłoń na jej policzek, muskając ciepłą skórę koniuszkami palców.

— Jej pachnące włosy, jej złote brwi, jej delikatne wargi. Łabędzia szyja. Smukła talia. Jej uśmiech, jej radość… — szeptał, wodząc dłonią i spojrzeniem po twarzy Isabelle. Ślad jego palców palił i dziewczyna ostatkiem sił panowała nad sobą, by nie wymierzyć mu policzka, a potem stąd uciec. Uciszyła rozhukane, spanikowane myśli i zdławiła podchodzącą pod gardło falę mdłości. Poznaj swojego wroga, przywołała słowa Raynharda. Na wpół opuściła powieki, chcąc pokazać hrabiemu, że wcale się go nie boi, a jego dotyk nie jest jej wstrętny.

— Przykro mi, że matka nie widzi jak wielką miłością ją darzysz, hrabio — szepnęła, choć w środku wszystko w niej krzyczało, że to kłamstwo nie do zniesienia, że takimi słowami godzi w dumę i honor rodu de la Varre, i że nie w ten sposób należy wypełnić rodową powinność. Zdusiła w sobie ten głos. Van miał miecz. Ona miała jedynie słowa.

Von Throim ocknął się i momentalnie opuścił dłoń. Zrobił krok w tył, przerażony tym, co zaszło, ale Isabelle nie sprawiała wrażenia wystraszonej ani wzburzonej, więc i on się uspokoił.

— Tak, mnie też jest przykro. — Jednym ruchem zaciągnął kotarę, kryjąc portret przed niepożądanym wzrokiem. — Isabelle, jest środek nocy. Wracaj do łóżka.

Dziewczyna skinęła posłusznie głową.

— Dobrej nocy, hrabio.

— Dobrej nocy — odpowiedział, odprowadzając ją wzrokiem do drzwi. Kiedy opuściła komnatę, opadł ciężko w fotel i ukrył twarz w dłoniach. Bogowie… Dlaczego nie może być jak dawniej?

Zaraz za drzwiami Isabelle przycisnęła dłoń do ust. Szloch targnął jej ciałem, a zaraz potem mdłości podniosły żołądek do gardła. Zapanowała nad tym i, trzymając się ściany, chwiejnie dotarła do sypialni.

Wsunęła się pod okrycia, starając się zapanować nad łzami. Ostrożnie splotła swoją dłoń z dłonią matki, która nadal emanowała za dnia utraconym spokojem, bezpieczna daleko od okrutnej rzeczywistości w swoim śnie.

Isabelle wciąż nie mogła zasnąć, ale teraz dlatego, że w jej głowie już formował się plan. Hrabia popełnił błąd i za ten błąd zapłaci. Zapłaci za wszystko, czego się dopuścił względem jej rodziny. Nie bacząc na cenę, Isabelle pomści ojca i sprowadzi zgubę na ten dom tak samo, jak von Throim sprowadził na jej własny.

Rozdział X

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s