Rozdział IV

Pokój Vana był w strasznym stanie – bardziej przypominał pobojowisko niż sypialnię młodego dziedzica. Jak to powiedział von Throim? Van bronił się zacieklej niż Gabriel czy Kaspian? Tak było; jeśli nic innego, to zrzucone na ziemię okrycia, przewrócone krzesła, strzaskane bibeloty o tym świadczyły.

Raynhard zostawił nieprzytomnego chłopaka na łóżku. Pierwszego napotkanego w korytarzu żołnierza wysłał po służbę.

— Księcia trzeba opatrzyć.

Żołdak wyraźnie nie dostrzegł sensu w rozkazie, ale to już nie zaprzątało myśli Raynharda. Jego wzrok padł na kryjącego się w półmroku korytarza Marca, który instynktownie drgnął na jego widok. Minąłby go bez słowa, gdyby młody von Throim nie stanął mu niespodziewanie na drodze.

— Nic mu nie jest?

— Nie za późno na troskę?

Marco patrzył na niego z determinacją rozpalającą źrenice, niezrażony chłodnym tonem. Może nie był waleczny – na miejscu hrabiego Raynhard nawet nie zabrałby go do Brugge – jednak krył w sobie coś, co sprawiało, że nie sposób było przejść obok niego zupełnie obojętnie.

— To ty nas tu przyprowadziłeś.

Ze strony syna nienawidzącego ród de la Varre’ów hrabiego von Throim ten wyrzut zabrzmiał tak niepoważnie, że Raynhard nie opanował wpełzającego na wargi gorzkiego uśmiechu, choć daleko było mu do rozbawienia.

— Skoro już tu jesteś i tak ci zależy na zdrowiu Vana, dopilnuj, żeby ktoś się nim zajął. Natychmiast.

Zostawił chłopaka pod drzwiami sypialni Vana. Sam poszedł ku pokojom lady Elizabeth.

Von Throim zapamiętał się dzisiaj w nienawiści, robiąc widowisko ze śmierci Gabriela. Źle się stało, Raynhard nie docenił siły starannie pielęgnowanej przez lata żądzy zemsty. Jedyne, co mu teraz pozostało, to dopilnować, by hrabia, pijany zwycięstwem, nie popełnił kolejnych głupstw.

Historię małżeństwa księcia i księżnej Brugge znali wszyscy. Od lat nikt nie wspominał jej głośno, nadal jednak żyła w pamięci ilearskich możnych. Dla wielu stała się sztandarowym przykładem tyranii cesarskiej władzy na rodzimych ziemiach. Oto on, królewski brat, zakochał się bez pamięci w córce starego, szanowanego rodu. Ojciec Elizabeth wybrał już dla niej męża, panicza bez związków z Imperium i Cesarzem. Zanim doszło do ślubów, de la Varre wdarł się do domu wybranki, usunął ze swojej drogi nieprzychylną rodzinę dziewczyny i przemocą zmusił ją do małżeństwa. I miał pełne poparcie korony w swoich działaniach.

Zaiste, historia kołem się toczy.

Gabriel nie pozostawił ani jednego żywego potomka, ani jednej zdolnej do urodzenia mściciela dziewczyny – poza Elizabeth.

A von Throim nic nie mógł zrobić. Nikt nie zwątpił, że kochał Elizabeth nad życie. Występując otwarcie przeciwko królewskiemu słowu ściągnąłby zemstę nie tylko na siebie, ale i na nią.

Teraz jednak…

Teraz Elizabeth szlochała w ramionach córki, a von Throim stał skamieniały w progu jej sypialni, szepcząc jakieś niezrozumiałe słowa. W jego postawie malowała się tak bezbrzeżna bezradność, że nawet pomimo zimnego gniewu, jaki nie opuszczał go od wydarzeń na dziedzińcu, Raynhard odczuł coś na kształt współczucia. Zatrzymał się w drzwiach, nie naruszając przestrzeni należnej Elizabeth.

— Pani.

Von Throim odwrócił się do niego z bolesnym wyrazem na twarzy, Isabelle uniosła głowę, a Elizabeth…

— Zdrajco!

Elizabeth rzuciła się ku niemu, mijając osłupiałego hrabiego. Z całej siły uderzyła go w twarz.

— Głupcze!

Nie zrobił nic, by ją powstrzymać.

— Jak mogłeś, psie zdradziecki? Jak mogłeś? Miał tylko ciebie! Ufał ci!

— Liz. — Hrabia wyciągnął do niej dłonie, ale ona uciekła przed jego dotykiem.

— Odejdź! — fuknęła wściekle. — Nie chcę na ciebie patrzeć! Opuść ten dom. Przestań go brukać swoją żałosną osobą!

Isabelle podniosła się z łóżka i wpadła w ramiona matki. Elizabeth pozwoliła się objąć. Podniosła dłoń do jasnych włosów i przytuliła córkę do siebie. W jej oczach płonęło szaleństwo, ale też i zimna nienawiść.

— Myślałam, że ty jeden jesteś w stanie go uratować, ale ty postanowiłeś zniszczyć go do końca — wysyczała, ignorując rozpacz von Throima i zwracając się znów do Raynharda. Hrabia został zapomniany, jakby już go tu nie było. — Bogowie ci za to odpłacą, rycerzu Raynhardzie, i nawet twoje smoki nie wybawią cię od kary!

Krew odpłynęła z twarzy Raynharda. Hrabia odwrócił się do niego zdumiony. Nawet Isabelle podniosła pełne łez oczy.

Skąd wiedziała? Nie doceniał jej. Zawsze cicha, zawsze podległa mężowi. Nie narzucająca się, nie wchodząca nikomu w drogę. Skąd wiedziała? Tego sekretu nie znał nikt poza innymi Rycerzami.

— Głupiec. — Księżna zaśmiała się nienawistnie. — Tylu rzeczy nie dostrzegasz, Rayn. Zabierz stąd tego rzeźnika i obaj wynoście się z mojego domu!

— Lizzy… — Von Throim raz jeszcze spróbował się do niej zbliżyć.

— Wynoś się, powiedziałam! — krzyknęła. — Zostaw mnie i moje dzieci w spokoju! Wynoś się, wynoś się, wynoś!

Hrabia cofnął się, pokonany. Po pokoju ponownie rozniósł się pobrzmiewający szaleństwem śmiech.

— Uciekaj, von Throim. Uciekaj. Ciebie również kara nie minie za to, co dzisiaj zrobiłeś.

Hrabia odwrócił się gwałtownie i niemal wybiegł z pokoju. Celem rozognionego spojrzenia stał się Raynhard.

— A ty na co czekasz? Biegnij za swoim nowym panem, pieseczku! Myślałeś, że dobrze robisz? Pozwoliłeś zabić… zarżnąć ojca na ich oczach. Myślisz, że ci to wybaczy, że zapomni? — Jej śmiech odbił się echem w pustym korytarzu za jego plecami. — Jesteś głupcem. Potwornym głupcem, rycerzyku.

— Nie było innego wyjścia.

Z trudem zachował spokój, mówiąc na głos słowa, w które nadal bardzo chciał wierzyć. Myśli huczały od próbujących wyrwać się przez ściśnięte gardło tłumaczeń: Gabriel musiał zginąć, to była najniższa cena, najmniejsza ofiara w cieniu rozgrywających się właśnie w stolicy wydarzeń. Sytuacja wymknęła się spod jego kontroli. Ta noc nie tak miała wyglądać. On, który nigdy nie odpowiadał i nie korzył się przed nikim poza mistrzem swojego zakonu, nie mógł znieść oskarżeń i nienawiści w lodowo—szarych oczach tej kobiety.

Zamiast wyjaśniać, powtórzył.

— Tak być musiało.

Zaraz potem pognał w ślad za von Throimem, zostawiając księżnę w ramionach córki.

*

Kiedy Raynhard zniknął mu z oczu, Marco niepewnie uchylił drzwi do pokoju Vana. Wewnątrz było zupełnie cicho. Ostrożnie wślizgnął się do środka.

Omijając rozrzucone po podłodze przedmioty zbliżył się do łóżka.

Van wyglądał żałośnie – przemoczony, dygoczący z zimna, z krwią na twarzy. Wokół rozcięcia na czole, gdzie trafiła rękojeść sztyletu Raynharda, formował się paskudny siniak. Jakże daleko mu teraz było do nieustraszonego, dzikiego wilka, którego przywodził na myśl jeszcze parę chwil temu na placu.

Jak ja bym wyglądał, gdybym był na jego miejscu? Gdyby kazali mi patrzeć jak ginie mój ojciec? Mój wuj? Gdyby ktoś przyłożył mi miecz do piersi i powiedział, że zaraz mnie zabije?

Przecież Van był tylko niewiele starszy od niego. A mimo to ani na razu nie ugiął się pod naporem żądzy krwi mordercy swojego ojca.

Raynhard ma rację. Daleko mi do niego.

Podniósł z ziemi koc i narzucił na łóżko. Potem usiadł w fotelu.

Co by było, gdyby mój ojciec poślubił twoją matkę, tak jak to miało się stać? Co by było, gdyby między nami nie było nienawiści? Moglibyśmy się zaprzyjaźnić?

Pewnie nie. Dla Vana liczyły się tylko przymioty zdatne w walce – szybkość, odwaga, pewność siebie, siła. Ale czy na pewno? Czego można dowiedzieć się o człowieku, obserwując go przez kilka chwil w takiej sytuacji jak ta dzisiejsza?

Co oznacza brak strachu w obliczu śmierci?

— Panie, czy mogę…?

Nie usłyszał pukania ani otwieranych drzwi. W progu stała dziewczyna z miską w dłoniach i kilkoma szmatami przerzuconymi przez ramię. Opuściła głowę jakby bała się na niego spojrzeć.

— Wejdź.

Dziewczyna zamknęła bezszelestnie drzwi i od razu przemknęła do łóżka. Przemknęła – tylko to słowo wydawało się Marcowi odpowiednie dla jej szybkiego, nerwowego kroku.

— Boisz się mnie? — zapytał.

Jej ramiona drgnęły i uniosły się nieznacznie, ale opanowała się niemal od razu. Odstawiła miskę na podłogę i przysiadła na brzegu łóżka. Odpowiedziała koncentrując się na Vanie, nie na nim.

— Nie, panie. — Głos, chociaż cichy, nie drżał.

— To dobrze.

W milczeniu przyglądał się, jak odchyla koce i obraca twarz Vana ku sobie, a potem wilgotną, delikatną tkaniną ostrożnie ściera krew.

— Myślisz, że potrzeba medyka? — zapytał, gdy cisza zaczęła mu ciążyć. Tym razem odpowiedź przyszła natychmiast.

— Nie, panie. — Zawahała się, nie wiedząc, czy Marco oczekuje od niej pełniejszej odpowiedzi, czy tylko zwyczajowego zaprzeczenia bądź potwierdzenia. Z widocznym trudem przemogła się i mówiła dalej. — Wystarczy zrobić opatrunek i pozwolić paniczowi odpocząć.

Kiwnął głową, chociaż i tak nie mogła tego zobaczyć, i podniósł się z fotela. Siadł po drugiej stronie łóżka, naprzeciw niej. Znów odruchowo skuliła plecy.

— Nie powinnaś się mnie bać. Nic wam nie grozi. Chodziło tylko o księcia Gabriela.

— Wybacz, panie. Ja… wiem. Nie boję się. Przecież… Przecież gdybyście, panie, mieli wrogie zamiary do pozostałych w zamku, to nie pozwolilibyście zająć się paniczem, prawda?

Podniosła na niego oczy, wbrew słowom rozszerzone strachem. Była bardzo młodziutka. Uśmiechnął się łagodnie.

— Prawda — potwierdził. Wyjął mokrą szmatkę z jej dłoni. — Znajdź mu ubranie. I bandaże.

— Tutaj są opatrunki. — Położyła na łóżku zwitek płóciennych pasów i wstała.

Marco przesiadł się na jej miejsce. Wypłukał szmatkę w wodzie, już lekko różowej. Przetarł rozcięcie nad brwią i na skroni młodego de la Varre’a. Nigdy wcześniej nie opatrywał ran. Widział tylko kilka razy, jak robił to ich medyk. Cóż, ta noc była nocą nowych doświadczeń. Nigdy wcześniej nie brał też przecież udziału w takiej rzezi, a jak widać poradził sobie.

Oby pierwszy i ostatni raz.

— Powiedz… Jaki był książę?

Ruch za jego plecami ustał na chwilę, ale na odpowiedź nie czekał długo.

— Nie… nie był zły dla nas. Był wymagający. I nie znosił sprzeciwu.

— A co robił, gdy ktoś mu się sprzeciwił?

— Pa…panie…

Temat musiał być dla niej krępujący, a może nie umiała się jeszcze przełamać, by źle mówić o swym byłym władcy. Marco jednak nie ustąpił.

— No?

— On… Nikt mu się nie sprzeciwiał.

— Nawet Kaspian?

— N…nie.

— Nawet lady Elizabeth?

— O…ona nigdy…

— A Van? — Odwrócił się do dziewczyny i dostrzegł na jej twarzy nikły, smutny uśmiech.

— Widać, że pan nic nie wie o paniczu. Panicz Van nie sprzeciwiał się jaśnie panu. Panicz Van jest… był bardzo związany z jaśnie panem.

— A jaki jest panicz Van?

Jej uśmiech stał się cieplejszy, ale zanim zdążył się mu przyjrzeć, wróciła do przeglądania ubrań. Wybrała kilka i podniosła się z klęczek.

— Panicz Van jest odważny — powiedziała, gdy Marco był już pewien, że nie usłyszy odpowiedzi. — I dumny. I pełen życia. Nikt tutaj nie powie panu złego słowa na niego.

— Powiedziałaś, że nie chciał sprzeciwiać się ojcu, a przecież każdy wie, że książę…

— Nie jesteś stąd, panie — przerwała mu. Na jej twarz wpełzł rumieniec wstydu, że odważyła się na taką bezczelność, ale nie umilkła. — Tutaj nikt nie powie na panicza złego słowa — powtórzyła zdecydowanie. Wyjęła mu bandaże z rąk. — Panie, miałeś długą, ciężką noc. Powinieneś się położyć. Ja już wszystkim się zajmę.

— Ale…

— Na końcu tego korytarza po prawej stronie jest pokój gościnny.

— Skoro tak. — Wstał. Obrzucił Vana ostatnim spojrzeniem. — Nie wiem, czy moja służba wypowiadałaby się tak pochlebnie o mnie.

Dziewczyna znowu się zmieszała.

— Panie…

— Nie przejmuj się mną. Już idę. Dobrze się zajmij swoim paniczem.

Ukłoniła się głęboko. Odpowiedział podobnym ukłonem i wyszedł.

Pod drzwiami siedziało dwóch strażników.

— Kto…?

— Raynhard — odpowiedział jeden z żołnierzy usłużnie.

Marco skrzywił się, a żołnierze wyszczerzyli w bezczelnych uśmiechach.

— Dobrej nocy, paniczu. Choć to już niemal ranek przecież.

Nie odpowiedział. Ruszył korytarzem do wskazanego przez służkę pokoju. Zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz tkwiący w zamku. Ściągnął buty i rzucił je w kąt. Zaraz potem padł na łóżko. Zasnął niemal natychmiast.

Ostatnią jego myślą było to, że nawet nie zapytał tej ładnej dziewczyny o imię.

*

— Spalić! Spalić wszystko! Nie chcę widzieć nawet śladu de la Varre’a!

Raynhard przystanął, ustępując drogi wybiegającemu z gabinetu księcia żołnierzowi. W środku miotał się von Throim. Wczoraj, po ucieczce z sypialni Lady Elizabeth, zaszył się w jakimś kącie i nikt go już nie widział. Za to dziś jego wściekły głos od rana niósł się po korytarzach, napawając lękiem nie tylko niepewną swoich losów służbę, ale nawet jego ludzi. Na dziedzińcu rósł stos osobistych rzeczy księcia, jego portrety i ubrania. Za chwilę hrabia własnoręcznie rzuci na nie zapaloną pochodnię. Nikt nie śmiałby uczynić tego za niego.

— Najchętniej zburzyłbym to miejsce. Tak, żeby nie został kamień na kamieniu. Wybiłbym jego bydło, jego konie, jego służbę, żeby już nikt o nim nie pamiętał — sapał von Throim, przerzucając i niszcząc drobiazgi z biurka. Nie krył odrazy, jaką czuł, gdy patrzył na dokumenty, których nie mógł podrzeć i spalić. Rozsądek ledwo co wygrywał z chęcią zniszczenia wszystkiego, na czym widniał choć podpis księcia.

— Elizabeth będzie pamiętać.

Von Throim uniósł gwałtownie głowę znad papierów i zmrużył wściekle oczy na widok swojego nocnego przewodnika. Wyraz na jego twarzy zmienił się całkowicie, kiedy zrozumiał, co takiego powiedział Raynhard.

— Elizabeth… — Zamrugał szybko kilka razy, gwałtownie odwracając się do okna. — Wszystko jest nie tak. Wszystko.

— Może byłoby lepiej, gdybyś nie zrobił przedstawienia ze śmierci Gabriela. To nie było potrzebne. Tak samo jak rzeź w koszarach.

— Co ty wiesz? — Nowa fala obezwładniającego gniewu zalała hrabiego. Dłonie kurczowo zacisnęły się w pięści, bezwiednie mnąc książęce pisma. — Nie masz pojęcia jak to jest, gdy ktoś odbiera ci to, co najcenniejsze! Czekałem na ten moment. Czekałem, aż bogowie pozwolą mi naprawić zło, które wyrządził ten przeklęty człowiek. Modliłem się o to każdego dnia, każdej nocy przez osiemnaście lat!

— I wymodliłeś. Pozwolili. Zemściłeś się, a Elizabeth cię nienawidzi.

Nie wstyd mu było uczucia satysfakcji, gdy wypowiadał te słowa. Zaraz jednak cichy głos gdzieś w środku zawtórował niemalże dokładnie w tym samym tonie: i ciebie też tutaj nienawidzą.

— Nie chciałem, żeby tak się to skończyło. — Cała moc uciekła z von Throima, gdy opadł na krzesło i ukrył twarz w dłoniach. Wyglądał jak w nocy przy księżnej. — Nie chciałem, żeby to widziała. Miała być bezpieczna. Dlaczego nie została w swoich pokojach?

— Dlatego, że wywlokłeś jej dzieci w nocy z łóżek, żeby patrzyły jak zarzynasz ich ojca. Nie taka była umowa między nami.

— Nie tak, nie tak, nie tak…! — zawołał hrabia, unosząc głowę. Strąki nierozczesanych włosów opadły mu na twarz. — Sam wiem, że nie tak miało być! Jeszcze jakieś mądrości, rycerzyku? Dobrze wiem, o co ci chodzi. Ani o tych żołnierzy, ani nawet o Elizabeth. Wściekasz się, bo go omal wczoraj nie zabiłem. Moja stal niemal sięgnęła jego serca. O tym myślisz, prawda?

— Von Throim… — W głosie Raynharda rozbrzmiało ostrzeżenie. Hrabia to zignorował. Wstając odsunął krzesło z wściekłym zgrzytem. Jego oczy rozpalił płomień podobny do tego z wczorajszej nocy.

— Obiecałem sobie, że nie będę jak de la Varre — mówił dalej von Throim. Obszedł biurko i zatrzymał się przed Rycerzem. Był niższy, ale w tej chwili nie miało to znaczenia. — Że ukażę tylko winnych. Tylko czy ktoś tak podobny do niego, ktoś kogo on sam wychował, może być niewinny?

— Elizabeth nie wybaczyłaby ci jego śmierci.

— Elizabeth? Nie, pewnie nie. A ty? Co ty byś zrobił? W końcu to twoja nagroda. Twoja zapłata za pomoc. Mam nadzieję, że szybko go stąd zabierzesz i obaj na zawsze znikniecie z moich oczu. Też sobie wybraliście kandydata na Rycerza! — zakończył z pogardą. Nie czekał na odpowiedź, bo i tak żadna by go nie zadowoliła. Wyminął Raynharda w drodze do drzwi. — Prowadź więc.

— Von Throim?

— Prowadź do Vana. Chcę być przy tym, gdy mu powiesz, że teraz ja jestem panem na zamku Brugge.

*

Van otworzył oczy. Blask dnia wdzierał się do pokoju przez rozchylone kotary. Rozświetlał stojącą przy oknie kobiecą postać. Ledwo wyczuwalny oddech wiatru bawił się spływającymi do ziemi włosami, przywodzącymi na myśl płynne złoto. Kobieta odwróciła się i łagodny uśmiech rozpromienił jej cudną twarz.

Opuścił powoli powieki. Wciąż śnił. Ale to dobrze. Itari zjawiała się tylko wtedy, gdy było naprawdę źle. Nie pamiętał jeszcze dlaczego, ale już wiedział, że nie chce wracać do rzeczywistości.

Okrycia wokół niego napięły się lekko, gdy widmowa postać przysiadła na skraju łóżka. Za chwilę poczuje jej dłoń we włosach. Czekał na ten moment.

Kiedy był dzieckiem skrycie marzył, żeby taka właśnie była matka. Żeby pozwalała mu przesiadywać przy sobie, czasem przytuliła lub pogłaskała jak Isę. Już wtedy wstyd mu było tych myśli, ale czasem… Czasem nie potrafił ich powstrzymać. A gdy trochę podrósł i gdy już poznał Raynharda, miejsce matki zajął w jego marzeniach ktoś inny; ktoś, kto pozwalałby mu leżeć z głową na swoich kolanach, kto bawiłby się w czasie rozmowy jego włosami jak teraz robiła to ona, kto nie miałby nic przeciwko jego bliskości. Tych myśli wstydził się jeszcze bardziej, i z nimi też walczył. Nigdy – ani jako dziecko, ani tym bardziej teraz – nie żył złudzeniami. A zarówno pierwsza, jak i druga rzecz nie tylko były niemądre, ale i nieprawdopodobne nawet we snach.

— Wszystko się jeszcze ułoży, Van. To nie koniec. To dopiero początek.

Jej głos rozbrzmiewał tysiącem nut najpiękniejszych melodii, jakie kiedykolwiek stworzyła natura. Przysunął się bliżej, kryjąc twarz w pachnącej wiosną sukni. Poczuł chłodną dłoń na policzku, gładzącą go jakby był dzieckiem, które trzeba pocieszyć. Chciał jej wierzyć, chciał móc jeszcze wierzyć w dobre sny.

Gdy drzwi do pokoju otworzyły się z trzaskiem, poderwał się gwałtownie. Słodki zapach uleciał, a w głowie eksplodował ból, oślepiający i mdlący.

— Jesteś pewien, że tu nie jest potrzebny medyk? – zapytał von Throim, zatrzymując się w progu. Z niekrytą satysfakcją przyglądał się zwiniętemu w cierpieniu chłopcu.

Raynhard zignorował hrabiego i kilkoma szybkimi krokami pokonał dzielącą go od łóżka odległość. Chwycił Vana za ramię i niemal siłą pokierował z powrotem na poduszki. Bandaż pod ciemnymi włosami niepokojąco szybko zmieniał barwę z białej na brunatną.

— Bogowie, Van. Głupcze.

Ten głos…

— Odsuń się – wycedził Van przez zaciśnięte zęby.

Razem z głosem Raynharda wróciły wspomnienia poprzedniej nocy. Spróbował wyrwać ramię z uścisku, choć wiedział, że to z góry przegrana walka.

— I co? Będzie żył?

Raynhard potrzebował całej swej siły woli, by nie odwrócić się, nie dopaść hrabiego i nie zetrzeć mu pięścią z twarzy zadowolonego uśmieszku.

— Nic mu nie będzie.

— Przeklęty zdrajca!

— Trochę szacunku, szczeniaku – syknął od drzwi von Throim. — Nie jesteś już tutaj gospodarzem.

Szare oczy wciąż jeszcze były zamglone bólem, ale poza tym twarz Vana zamieniła się w beznamiętną maskę.

— Mam rozumieć, że teraz ty nim jesteś, von Throim?

Hrabia zaśmiał się krótko. Podszedł bliżej łóżka.

— Tatuś nieźle cię wyszkolił.

— Był wart setki takich jak ty. – Van odrzucił okrycia i podniósł się szybko. Musiał chwycić się zagłówka, żeby nie upaść, ale utrzymał się na nogach. Nie będzie z nimi rozmawiać, leżąc w łóżku. – Zaszlachtowałeś go jak cielaka: związanego i rannego. To się dopiero nazywa sztuka wojenna! Musisz być z siebie dumny.

Von Throim poczerwieniał. Raynhard uznał, że czas najwyższy to przerwać, zanim rozmowa przybierze naprawdę zły obrót.

— Siadaj, Van. Nie potrzeba nam scen – rzucił półgłosem. – Hrabia von Throim przejął Brugge z rozkazu i za przyzwoleniem królewskiej rady. Nie chcesz być posądzony o zdradę stanu, więc zacznij zachowywać się rozsądnie.

— Zatem czy będę zdrajcą czy nie, jest zależne od tonu, w jakim będę się zwracał do hrabiego von Throim, nowego pana na Brugge, tak?

— Tak.

— Czy mój ton do ciebie też ma na to wpływ?

Stojąc pod murami Brugge Raynhard był pewien, że jest przygotowany na każdą ewentualność, na wszystko, co może zobaczyć w oczach Vana. Jeszcze jeden błąd.

— Tak – oświadczył, starannie wyrzucając z głosu wszelkie ślady uczuć.

— Zatem…

— Przestań, Van — powiedział łagodniej. — Naprawdę może obyć się bez scen.

— Naprawdę? Zatem słucham. To chciałem powiedzieć, gdy mi tak niegrzecznie przerwałeś, Rayn.

Bogowie. Zacisnął wargi, po raz pierwszy nie wiedząc, jak rozmawiać z tym dzieciakiem. Co mu powiedzieć. Żeby zrozumiał.

Niespodziewanie z pomocą przyszedł von Throim. Gdy się odezwał, w jego głosie słychać było odrazę, ale rozsądek zaczynał brać górę nad nienawiścią.

— Van. Możesz mi nie wierzyć, ale nie jestem twoim wrogiem. – Tym razem nie dał sobie wejść w słowo. Minął Raynharda. Teraz tylko rozkopane łóżko dzieliło go od Vana. – Twój ojciec poniósł zasłużoną karę za swoje zbrodnie. Nie tylko te niedawne.

— Mściciel mojej matki się odnalazł, tak?

— Van. Usiądź. Nie chcę, żebyś…

— Moje zdrowie jakoś cię nie martwiło w nocy, von Throim. Ani zdrowie mojej siostry. Ani matki, jak już przy tym jesteśmy.

— Wiem. – Hrabia westchnął ciężko. Wspomnienie Elizabeth nie poznającej go, nie chcącej go tu, ścisnęło mu gardło. Dopiero po chwili był w stanie kontynuować. — Wiem, zdaję sobie sprawę, że dałem ponieść się emocjom. Wiem, że źle postąpiłem, że nie mogłem zrobić gorzej. Ale, chłopcze… Nie chcę mieć w tobie wroga.

Van roześmiał się. Obaj skrzywili się, tak bardzo nieprzyjemny był to dźwięk i tak podobny do śmiechu Elizabeth wczorajszej nocy.

— Ty jesteś bardziej szalony od niej. Wroga? Nie chcesz mieć we mnie wroga? A kogo? Przyjaciela? Czy może syna? Może teraz, gdy ojciec zniknął ze sceny, stworzymy jedną wspaniałą kochającą się rodzinę, co? Tylko co z twoją żoną? Ją też zabijesz?

— Van. – W głosie Raynharda pojawiła się nuta ostrzeżenia, ale chłopak zbył go wściekłym syknięciem.

— Nie z tobą rozmawiam, więc milcz. A ty przestań pieprzyć, von Throim. Kim ja tu jestem? Więźniem?

— Cały majątek twojego ojca przechodzi pod mój zarząd. Czasowo. Dopóki twoja matka nie odzyska zdrowia. Bądź do czasu twojej pełnoletności.

— A więc jednak. Chcesz być moim nowym tatusiem. – W nagłej ciszy wyraźnie słyszeli jego przyśpieszony oddech. Palce zaciśnięte na zagłówku zbielały. Jeżeli to potrwa chwilę dłużej… – Chcę zobaczyć się z matką.

Hrabia pokręcił głową.

— Nie. Na to nie mogę się zgodzić.

— To wszystko, co masz do powiedzenia?

— Van, zrozum…

— Rozumiem, że teraz również i ten pokój nie należy już do mnie, tylko do ciebie. Mimo to proszę, żebyś go opuścił. Żebyście obaj wyszli.

Hrabia w milczeniu przyglądał się chłopakowi. Oddech młodego de la Varre’a stawał się coraz płytszy, paznokcie niemal wbijały się w drewno, a mimo to wciąż stał przed nim dumny i pełen godności. Na posiniaczonej twarzy nie było śladu bólu czy strachu.

Wściekłość ustąpiła miejsca zmęczeniu i poczuciu klęski. Prawda, zabił Gabriela, zemścił się. Ale co mu to dało? Elizabeth go nienawidzi, i nawet ten dzieciak, mimo że pokonany, nie uznaje jego zwycięstwa.

Powinien był go zabić, kiedy miał ku temu okazję.

Z rezygnacją pokiwał głową i wyszedł, nie mówiąc nic więcej.

Van przeniósł wzrok na Raynharda.

— Ty też.

— Nie.

Bez słowa i bez ruchu mierzyli się spojrzeniami. Ale Van nie miał szans w tym starciu. Nie z Raynhardem, w oczach którego był tylko spokój i żal, i zrozumienie.

— Niech was szlag… — Van zdarł z głowy bandaż i rzucił w kąt. Momentalnie zgiął się w pół, gdy przy tym zbyt gwałtownym ruchu ból eksplodował z nową siłą. — Niech was wszystkich szlag!

Raynhard w milczeniu obszedł łóżko i posadził chłopaka na jego brzegu. Podniósł zakrwawione szmaty z ziemi.

— Marco nie byłby zadowolony, gdyby to zobaczył — powiedział cicho.

— A co on ma jeszcze do tego? Zakładał to czy jak? — warknął Van przez zaciśnięte zęby. Dłoń mężczyzny zamknęła się na jego ramieniu.

— Własnoręcznie. Połóż się.

— Pięknie. Po prostu pięknie. – Van odetchnął głęboko, próbując zapanować nad bólem. Dopiero po chwili udało mu się rozluźnić na tyle, żeby rozchylić powieki i spojrzeć w górę. — Wyjdź.

Raynhard ponownie odmówił z niezachwianym spokojem. Pokierował chłopaka tak, by się położył, i narzucił na niego koce.

— Nie. Musimy wyjaśnić kilka spraw.

Nie pozwolił znów mu się podnieść. Van skapitulował, ale tylko dlatego, że konfrontacja z von Throimem pochłonęła resztę siły, jaka mu pozostała po minionej nocy. Gdy się odezwał, w jego głosie nadal pobrzmiewał gniew i rozgoryczenie.

— Na przykład dlaczego zniknąłeś bez słowa, a potem wróciłeś w środku nocy z rzeźnikami von Throima? Owszem, chętnie się dowiem. Wyjaśniaj.

— Nie. Nie o tym chcę mówić.

— Nie chcesz. A to, co ja chcę? To już nie ma znaczenia? Nigdy nie miało, prawda?

— Van. Powiedziałem już. Obejdzie się bez scen.

Chłopak zaśmiał się gorzko. Wyrwał ramię z uścisku Raynharda – obaj wiedzieli, że udało mu się tylko dlatego, że tamten mu na to pozwolił.

— Zatem mów o czym tam sobie chcesz. Będę słuchał jak dobry, grzeczny uczeń. I nie będę urządzał już żadnych scen. Słowo.

— Van.

— Słucham, słucham. Mów.

Raynhard milczał długą chwilę. Znów miał przed sobą jedynie skamieniałą maskę w miejscu młodzieńczej twarzy, niemal tak doskonałą w swoim braku wyrazu jak ta, którą sam zakładał.

— Znasz historię. Ilear niemal od początku swojego istnienia jest podzielony na tych, którzy pielęgnują w sobie stare urazy do Cesarstwa, chcą niezależności i władzy dla siebie, i tych, którzy pozostają lojalni cesarzowi. – Pięknie. Odniesienia do historii w momencie, gdy rozmawia z chłopcem, który przez jego działania właśnie stracił ojca. Jakoś jednak musiał zacząć. – Wzajemny antagonizm narastał przez wieki, umacniany przez kolejne pokolenia, i teraz, dzisiaj, osiąga apogeum. Kaspian i Garbiel, ściągnięci tutaj przed laty z Imperium, mieli zapanować nad nawołującymi do rebelii rodami. Nie udało się. Od dnia koronacji wszystko zmierzało ku wojnie. Krwawemu przewrotowi, który pochłonąłby nie tylko króla, nie tylko Gabriela, ale również twoją matkę, twoją siostrę, ciebie i szereg uznanych zwolenników cesarskiej władzy z całymi ich rodzinami. Do wczoraj taka była rzeczywista alternatywa dla tego, co wydarzyło się w nocy.

Van nadal milczał, zapatrzony w sobie tylko widoczny punkt na przeciwległej ścianie. Raynhard kontynuował.

— Wojna to wciąż realna perspektywa. Sytuacja jest napięta i to jeszcze nie koniec. Król musiał zginąć. Twój ojciec musiał zginąć. Ale ty żyjesz, i żyje Isabelle, i dziesiątki innych. Zdaję sobie sprawę, że nie chcesz tego słuchać i nie chcesz tego zrozumieć, ale wokół toczy się gra o naprawdę wysokie stawki.

— O co ty grasz? — zapytał Van.

— Ja? Nie, ja jestem tylko pionkiem.

Van uśmiechnął się bez cienia humoru.

— Mam ci uwierzyć? Po tych wszystkich lekcjach, które od ciebie otrzymałem? Po tym, co sam przed chwilą powiedziałeś? — Potrząsnął głową i od razu zacisnął kurczowo powieki, gdy fala mdłości podeszła do gardła. Sam nie był pewien, czy to z powodu zbyt szybkiego ruchu, czy zmęczenia tą rozmową.

Raynhard czekał na dalsze jego słowa, ale chłopak znów milczał. Kiedy był już pewien, że nic więcej od niego nie usłyszy, doleciało go kolejne, wypowiedziane na granicy szeptu pytanie.

— Po czyjej ty jesteś stronie, Rayn?

— Po twojej — odpowiedział bez cienia zawahania, wlewając w swój głos tyle przekonania, tyle szczerości, by Van w końcu uwierzył, zrozumiał, że do tych właśnie dwóch słów sprowadzają się wszystkie tłumaczenia. — Zawsze po twojej. Mało mnie obchodzi, czy ci wszyscy starzy durnie wyrżną się wzajemnie czy nie. Nie pozwolę, żebyś padł ofiarą ich politycznych gierek.

Minęła długa chwila, zanim Van się odezwał.

— Co z Bastienem? Von Throim wywrzaskiwał coś o nowym królu. Bastiena też zabili?

— Sebastien jest za młody, żeby objąć tron. Rada powoła regenta, który będzie rządził w jego imieniu.

— Domyślam się, że ten nowy król nie wyciągnie żadnych konsekwencji z tego, co tu się wydarzyło.

— Nie. Obecna rada nie odmówi von Throimowi prawa do dokonanej zemsty na twoim ojcu. Gabriel…

— Daruj sobie. Znam tę bajkę.

— Gdyby nie… — Może nie powinien tego mówić, ale Van znów patrzył na niego z niemym wyzwaniem. Dokończył. — Gdyby historia potoczyła się inaczej, to von Throim byłby twoim ojcem.

Van parsknął śmiechem.

— On? Nie. Nie byłby moim ojcem. Miałby może z matką gromadkę dzieci, syna, takiego grzeczniutkiego, dobrego aniołka ze złotymi loczkami, takiego Marca, ale nie mnie. Mnie by po prostu nie było.

Czarny kosmyk włosów osunął się na błyszczące niepokojąco oczy, kryjąc je w cieniu. Raynhard zdusił impuls, żeby pochylić się i odgarnąć go ze zbyt bladej, ściągniętej zawzięcie twarzy.

Van miał rację. I nie chodziło nawet o to, że Raynhard nie potrafił wyobrazić go sobie jako potomka rodu von Throim, jako cherubinowego blondynka, łagodnego i dobrego, za to bez rogatej duszy i ognia w oczach. Po raz pierwszy tak naprawdę zaczynał rozumieć, co miała na myśli Itari, gdy tyle lat temu w lesie pochyliła się nad aroganckim siedmiolatkiem, grożącym wszystkim wokół maleńkim sztylecikiem, i powiedziała mu, że będą na niego czekać, bo jest tego wart.

– Co teraz? — Cichy głos przywołał go z powrotem, zanim za daleko uciekł we wspomnieniach.

— Zabiorę cię stąd.

— Zabierzesz. Dokąd?

— Jak najdalej od Brugge.

— Naprawdę wierzysz w to, że po tym wszystkim ja mógłbym… Z tobą… — zaczął Van, ale głos mu się załamał. — Naprawdę jesteś aż tak… — spróbował raz jeszcze, z tym samym skutkiem. Znów się zaśmiał. Niemal od razu śmiech przeszedł w cichy jęk. — Bogowie, dlaczego nie potrafię cię znienawidzić? Nawet teraz. Nie potrafię, Rayn.

Powiedział to tak cicho, że Raynhard nie był pewien, czy dobrze usłyszał. Ale nie zastanawiał się już nad tym, bo nagle maska opadła i to, co do tej pory widział, a czego nie dostrzegał przez te wszystkie lata, co dzień w dzień ignorował i czego nie przyjmował do wiadomości, stało się jasne i zrozumiałe. Wyprostował się gwałtownie, zwiększając odległość między nimi, choć to i tak nie miało już znaczenia.

— Nie nienawidzę cię, a bogowie mi świadkami, że bardzo w tej chwili tego pragnę — dokończył Van, mocno i pewnie, bez śladu wcześniejszej słabości. Nie odrywał spojrzenia od zamarłego w bezruchu mężczyzny, który w przeciągu kilku ostatnich lat stał mu się bliższy niż rodzina. Niż ktokolwiek. Wiedział, że w jego oczach jest to wszystko, czego nie był w stanie powiedzieć na głos. Szybkim ruchem otarł twarz, z resztką nadziei, że przynajmniej tego Raynhard nie zauważył.

Jeśli zauważył, to nic nie powiedział. W ogóle nie odezwał się już słowem. Po długiej chwili przytłaczającej ciszy odwrócił się i szybko, jak najszybciej ruszył do drzwi. Nie zauważył przyglądających mu się strażników. Nie zauważył niemal wtulonego w ścianę Marca, który w ostatnim momencie uskoczył mu z drogi. Wpadł do stajni, a parę chwil potem galopował gościńcem, z ulgą witając głuche dudnienie kopyt na bruku, w którym ginął każdy niepotrzebny dźwięk, nawet rozhukane, niechciane, natrętne myśli.

Rozdział V

Reklamy

5 uwag do wpisu “Rozdział IV

  1. Jak obiecałam, skrobię komentarz 🙂 Nie wiem tylko od czego zacząć, bo jeszcze nie ochłonęłam z wrażeń po przeczytaniu prologu i czterech rozdziałów, co chyba najlepszy dowodów na to, jak wspaniała i emocjonująca jest ta historia. Chociaż czytałam ją dawno dawno temu i coś tam kojarzyłam, to i tak miałam poczucie, jakbym dopiero poznawała Sojusz. Twój styl pisania Jette wciąż mnie zachwyca, potrafisz wspaniale oddać emocje postaci, ale i stworzyć fantastyczny klimat już od pierwszych słów. Budujesz plastyczne obrazy, które z łatwością przenosiły mnie w różne miejsca, od zamkowych komnat, po polany i do tuneli (czułam ich smród, serio). Piszesz zgrabnie, treściwie, bez zbędnych ozdobników i cudownie wciągająco ❤ Nic, tylko pozazdrościć heh ~~

    A teraz odnośnie samej fabuły. Bardzo podoba mi się, że snujesz opowieść z dwóch punktów widzenia: Marco i Vana, dzięki czemu możemy lepiej poznać osobowość i losy każdego z nich. W ogóle, Twoje postacie żyją, mają charaktery, cele, a każdy jest interesujący na swój sposób. Oczywiście lubię Dragasa ( a która laska, go nie lubi? ;)), choć teraz po czasie wydaje mi się trochę zbyt zarozumiały i arogancki, może nawet zadufany w sobie, ale i tak jest fascynującą postacią, a jego relacja z Marco ma spory potencjał. Sam Marco jest cudowną postacią i bardzo lubię obserwować wydarzenia z jego punktu wiedzenia.

    Jednak najbardziej fascynuje mnie Raynhard ze swoją tajemniczą osobowością, przeszłością, trudnymi wyborami, skomplikowaną relacją z Vanem. Ta ich relacja jest zresztą strasznie intrygująca i aż z niecierpliwością czekam, jak to się dalej potoczy między nimi, jak Rayn będzie teraz traktował Vana, po tym, co podejrzewa; czy Van ponownie mu zaufa po zdradzie? Kocham takie pokomplikowane więzi :3

    Muszę jeszcze powiedzieć, że ogromnie podobała mi się scena zamachu. Poprowadziłaś ją tak dobrze, że miałam wrażenie, jakbym oglądała film, a do tego te wszystkie emocje… Coś genialnego. Sama mam problemy z pisaniem dynamicznych scen, dlatego tym bardziej zazdraszczam talentu i warsztatu 😉 Poza tym piszesz bardzo dobre dialogi.

    Na koniec powiem tylko, że czytałam z ogromną przyjemnością i zachwytem, i mogę tylko prosić o więcej, bo stęskniona jestem strasznie za takimi historiami jak Sojusz. By the way, wciąż pamiętam o Rienne i gdzieś tam naiwnie sobie roję, że może jednak kiedyś wrócisz do tamtego opowiadania ;D (wybacz, że nie przestaję Cię o to męczyć ;P)
    Życzę mnóstwa czasu, weny i czekam na kolejne rozdziały!
    Pozdrawiam ciepło
    Leśny Ptak

    Polubienie

    • Dziękuję za komentarz! Przyjemnie jest wiedzieć, że „Sojusz” (taki odgrzewany ziemniaczek) wzbudza emocje. O, to z pewnością podbudowuje moje autorskie ego 😉
      „Oczywiście lubię Dragasa ( a która laska, go nie lubi? ;)), choć teraz po czasie wydaje mi się trochę zbyt zarozumiały i arogancki”
      Tak! Tak, tak, tak, tak! Nareszcie! Pierwsza osoba, która wytyka mu to, jaki jest! A Dragas jest zarozumiały i bezczelny, i przesadnie dumny, i patrzy z góry na ludzi spoza ojczyzny, i kpi, i nie ma w tym zahamowań. Ma też rzecz jasna pewne zalety (i jak się zorientowałam po dawnych komentarzach są to: arogancja i duma, traktowanie z góry politycznych przeciwników, drwiący humor i brak zahamowań w tym wszystkim 😉 ), ale nie w tym rzecz. Dzięki Ci za te słowa!
      Cieszy mnie również fascynacja Raynhardem. Dla mnie od zawsze była to trudna postać do pisania (ale przez długi czas mi najbliższa, dopiero od całkiem niedawna dzieląca to miejsce z pewnym Korianinem-nie-będącym-Dragasem), a w zestawieniu z pozostałymi bohaterami chyba też trudna w odbiorze. Jestem właśnie na etapie jego konfrontacji z Vanem, i kochana, się dzieje 😉
      W tym tygodniu sukcesywnie będę umieszczać tu dotychczasowe rozdziały aż do najnowszych. Miałam nadzieję, że pójdzie mi to sprawniej i szybciej, ale przygotowanie tekstu i drobne poprawki, które wciąż i wciąż robię, trochę spowalniają ten proces.
      „Rienne” to stracona sprawa w takiej formie, jaka była opublikowana. Bohaterowie i wątki rozeszli mi się po innych opowiadaniach. Liam Connor i jego oddział snują swoją historię (a zamiast elfów na scenę wkroczyły o ileż oryginalniejsze zmiennokształtne bestie :P), a Rien również ma własne fantastyczne podwórko, choć już pod innym imieniem i bez szpiczastych uszek. Do publikacji i jednego, i drugiego jednak daleko.
      Dziękuję serdecznie i również gorąco pozdrawiam!

      Polubienie

      • Haha, zaskoczyłaś mnie tym, że jestem pierwszą osobą, która wytyka coś Dragasowi ;D Po piątym rozdziale mogłabym mu jeszcze bardziej nawytykać, bo dał tam ładny popis i pokazał rogatą duszę w pełnej krasie. Dokładnie, nie ma żadnych zahamowań i podejrzewam, że przyjdzie moment, gdy za to zapłaci.
        „Jestem właśnie na etapie jego konfrontacji z Vanem, i kochana, się dzieje ;)” No teraz to już w ogóle nie mogę się doczekać xD
        Bardzo mnie cieszy, że będziesz sukcesywnie wrzucać kolejne rozdziały, bo ja na pewno będę sukcesywnie ich wypatrywać :3
        Czyli takie losy podzieliło Rienne, dobrze wiedzieć. Zmiennokształtni brzmią nieźle, szkoda tylko, że Rien stracił szpiczaste uszy, chociaż może lepiej dla niego 😉 Nie ukrywam, że jestem bardzo ciekawa tych historii. Może kiedyś się doczekam, za co trzymam kciuki!

        Polubienie

      • Tak, jesteś pierwsza. Gdzieś kiedyś przewinął się jeden jedyny zarzut dotyczący sposobu, w jakie Dragas czasem lubi spędzać noce, ale to absolutnie wszystko.
        Dziękuję za pomoc z edycją. Przyznam, zdarza mi się to po raz pierwszy, ale teraz wiem już, na co zwracać uwagę. Dzięki Tobie piątka naprawiona :).

        Polubione przez 1 osoba

  2. Właśnie chciałam skomentować Rozdział V, ale widzę, że nie ma możliwości wstawić komentarza. Miałam podobny problem i wystarczy przy opublikowanym rozdziale kliknąć „szybka edycja” i tam po prawej stronie zaznaczyć „zezwól na komentarze”. Kiedyś ta opcja była automatyczna, ale wordpress od jakiegoś czasu każe samemu decydować. Gdybyś miała jakieś problemy z blogiem, albo chciała coś wiedzieć, to służę pomocą 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s