Rozdział III

W dzieciństwie, zawsze wtedy, gdy coś ważnego wydarzyło się w jego życiu, Marco chował się w gabinecie ojca za ciężką, bogato zdobioną kotarą. Potrafił przesiadywać tam godzinami, niepomny na nawoływania szukającej go niani, a później guwernantki. Odkrył za tą kotarą coś, czym z nikim nie chciał się dzielić. Na ścianie w złoconej ramie wisiał obraz tak piękny, że samo patrzenie na płótno przynosiło spokój i napełniało szczęściem.

Kobieta z portretu, a właściwie wciąż jeszcze dziewczyna, bo nie mogła mieć więcej niż piętnaście, może szesnaście lat, była śliczna. Długie włosy okalały jej drobną, uśmiechniętą twarzyczkę miękkimi falami, skrzącymi się złociście w blasku słońca. Prościutkie wąskie brwi wyginały się ponad ogromnymi szarymi oczyma, nadając jej nieco figlarnego wyrazu. Rzęsy – czarne niczym pióra kruka, długie i wywinięte w górę, ocieniały te oczy, dodając im wyrazistości i głębi. Rozchylone usta uśmiechały się tajemniczo, a łabędzią szyję oplatało kilka sznurów mieniących się różowawo pereł, ale nawet te klejnoty bladły wobec uroku dziewczęcia, zdając się bardziej krępować jej ulotną naturę, niźli zdobić.

Ale to nie uroda sportretowanej damy przyciągała uwagę Marca. Była w niej otwartość, emanowała młodzieńczą radością. Stała się przyjaciółką, która z uśmiechem wsłuchiwała się w jego historie..

Dziesięć lat temu, gdy z rumieńcami na twarzy opowiadał jej o chłopcu z mostka nad strumieniem, z którym mógłby się zaprzyjaźnić gdyby nie to, że tato nienawidził jego ojca, i o spotkaniu ze smokami, nie wiedział kim ona jest.

Kiedy był tu ostatnio, po powrocie z letniej królewskiej rezydencji, nic jej nie powiedział ani o Vanie, ani o koriańskim pośle, ani o swoim pierwszym w życiu pocałunku. Mało już do niej przemawiał. Odchylał kotarę, siadywał na ziemi i przyglądał się ślicznej twarzyczce. Znał już jej imię i znał jej historię.

Teraz też milczał, wpatrując się w rozpromienione oczy, choć tyle mógłby jej powiedzieć. Że wreszcie nadeszła długo wyczekiwana przez ojca chwila. Że za kilka godzin skończy się niedola ilearskiej szlachty, i jej własna również. Że gdy wstanie dzień, nic już nie będzie takie samo. Zamiast mówić uniósł dłoń i przesunął palcami po szorstkiej fakturze obrazu tak ostrożnie, jakby spodziewał się, że dziewczyna z portretu wzdrygnie się i odrzuci dotyk, jeśli zrobi to nie dość delikatnie. Ale ona wciąż uśmiechała się do niego, tak jak robiła to od lat.

Lady Elizabeth. Pierwsza narzeczona ojca. Ukochana. Upragniona. Poślubiona innemu.

— Paniczu, już czas. Pan hrabia czeka.

Cichy głos kamerdynera nie mógł odciągnąć go od obrazu, ale cofnął dłoń i skinął nieprzytomnie głową. Podobizna młodziutkiej Elizabeth przyglądała mu się z radością, z wyczekiwaniem. Ciekawe, czy prawdziwa Lady Elizabeth, księżna Brugge, powita ojca z takim samym wyrazem na twarzy i w oczach.

— Paniczu.

Ojciec czekał na ten dzień prawie dwadzieścia lat. Nawet matka wyraziła dziś przed nim nadzieje, że jego plany ziszczą się zgodnie z zamysłem, choć Marco widział w jej oczach ból i łzy, gdy to mówiła. Kochała go, ale nawet ona wiedziała, że nikt nie może się równać z roześmianą złotowłosą pięknością z portretu zza kotary.

— Paniczu…!

Jednym ruchem zaciągnął zasłonę i w końcu opuścił gabinet ojca. Poprawił płaszcz i naciągnął kaptur na oczy. Nawet wewnątrz grubych murów zamku słychać było odgłosy ulewy, która rozszalała się na zewnątrz – prawdziwej ilearskiej ulewy, jaka przychodziła wraz z pierwszym dniem jesieni, a ustawała na dobre dopiero zimą.

Żołnierze otuleni w ciężkie płaszcze, tym cięższe że już zupełnie mokre, z ulgą przywitali jego przybycie. Dosiadł czekającego konia. Hrabia zakończył swoją przemowę i teraz kapitan Morivern rzucał ostrym głosem ostatnie rozkazy. Marco przez szum deszczu i gruby kaptur dosłyszał tylko kilka słów. „Bezwzględna cisza”, „czekać na rozkaz”, „broń w pogotowiu”. Nieprzyjemny dreszcz wstrząsnął całym jego ciałem. Patrząc na zaciętą twarz kapitana, na niespokojnie tańczące w kałużach wierzchowce i żołnierzy, których ponure spojrzenia śledziły ojca, gdy wyjeżdżał przez bramę w ciemność, powoli zaczynał rozumieć – tak naprawdę rozumieć – co się miało wydarzyć tej nocy. Słowa wypowiadane z obcym, śpiewnym akcentem znów do niego wróciły, jak wracały niemal codziennie odkąd je usłyszał. Zdusił je, zanim wybrzmiały do końca.

— Gotowy na przygodę swojego życia?

Kolejny paskudny dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa na dźwięk głosu niemal tuż przy uchu. Mimo deszczu i ciężkich okryć, które tłumiły i lekko zniekształcały głos Raynharda, kpina była aż nazbyt wyraźna. Nie odpowiedział, dźgnął konia piętami i zaczął wyprzedzać żołnierzy, prąc na czoło kolumny do ojca. Nie obchodziło go, czy mężczyzna poczuje się urażony, czy – co bardziej pewne – wyśmieje go. Wiedział, że nie powinien go traktować w ten sposób, bo to właśnie Raynhard zjawiając się w najbardziej odpowiednim momencie, gdy ojciec wraz z przyjaciółmi przygotowywali krwawy przewrót, podsunął im pomysł na bezkrwawe rozwiązanie.

Niemalże bezkrwawe, poprawił się w myślach.

Ale poza tym zawrócił ojcu w głowie opowieściami o zemście, i w imię sprawiedliwości prowadził ich teraz na zamek Brugge.

Zamiast po raz kolejny roztrząsać słowa kotłujące się w głowie, skupił się na głównym celu ich wyjazdu. Zamek Brugge. Tam, gdzie książę Gabriel de la Varre uprowadził prześliczną dziewczynę z portretu po tym, jak wymordował całą jej rodzinę. Tam, gdzie żył z nią przez tyle lat w związku pobłogosławionym przez samego cesarza i gdzie dorastały ich dzieci. Tam, gdzie dziś w nocy skończy się jej koszmar i koszmar jego ojca, gdzie romantyczna opowieść o rozdzielonych kochankach i okrutnym władyce w końcu znajdzie szczęśliwy finał.

*

Zostawili konie w zaroślach przy rzece. Raynhard wszedł pierwszy. Płomień pochodni chybotał się niepewnie w zatęchłym powietrzu tunelu, podejmując nierówną walkę z ciemnością.

Marco nie zrzucił kaptura. Dodatkowo przysłonił twarz połą płaszcza, chcąc choć w ten sposób ochronić się przed smrodem zalegającym wewnątrz podziemnego korytarza, którego ściany przy każdym nieopatrznym ruchu kruszyły się w chmurach zapleśniałego kurzu. Było tu niemal tak wilgotno jak na zewnątrz, a ciężkie powietrze, od lat nieporuszone, oblepiało ich niczym mokry pajęczy kokon.

Żołnierze przed nim szli z wyciągniętą bronią. Ci na czele ściskali w rękach kusze, następni miecze. Od momentu wejścia w tunel nie padło ani jedno słowo. Słychać było jedynie ciężkie oddechy i stukot okutych butów na kamieniu.

Ciekawe, po co ktoś zbudował ten tunel? Bo przecież nie po to, żeby ułatwić potencjalnym wrogom dostanie się do środka. Położone na wzgórzu Brugge stanowiło być może strategiczny punkt, górując nad płaską okolicą, ale na pewno nie było twierdzą. Zresztą Marco czytał, że obronne twierdze rzadko kiedy posiadały tajemne wyjścia, właśnie w obawie przed nieproszonymi gośćmi i zdrajcami. Może tędy któryś z dawnych panów Brugge wymykał się na potajemne schadzki ze swoją ukochaną, nie chcąc, żeby plotki wśród służby szargały jej dobre imię? Ale patrząc na grubo ciosany zmurszały kamień zwątpił, by taka właśnie była prawda. Sam ledwo co przeszedł kilkanaście kroków, a już był pokryty warstwą brudu. W takim stanie żaden szanujący się kawaler nie pokazałby się damie swojego serca. Oczywiście kiedyś ktoś o ten korytarz dbał, nie od zawsze był on w tak kiepskim stanie, ale nawet pomimo to…

Ostry zgrzyt gdzieś z przodu przerwał te rozmyślania. Płomienie pochodni niesionych przez żołnierzy jeden po drugim znikały, pogrążając tunel w coraz głębszym mroku, ale dopiero po kilkudziesięciu kolejnych krokach Marco odkrył dlaczego. Korytarz kończył się okutymi żelaznymi drzwiami. Za nimi rozciągał się kolejny, już nie tak mroczny i zaniedbany jak poprzedni. Podłoga i ściany — choć zakurzone — były gładkie i proste. Co kilkanaście stóp tkwiły wmurowane zardzewiałe kuny od pochodni. Korytarz wyczuwalnie piął się w górę, a w końcu przechodził w schody.

Drzwi u ich szczytu nie były już tak masywne. Otwarły się cicho, wpuszczając ich do niewielkiego pomieszczenia gdzieś w głębi zamku. Kapitan Morivern w blasku pochodni gestami wydał ostatnie rozkazy i w ciszy przerywanej jedynie szuraniem twardych podeszew na wyłożonych sztywną tkaniną podłogach żołnierze rozbiegli się po zamkowych korytarzach.

Marco pobiegł za tymi, którzy obrali drogę ku wyjściu. Chciał pomóc obezwładnić straże i umożliwić ojcu realizację planów. Zaraz za pierwszym zakrętem potknął się o coś, a gdy spojrzał pod nogi zatrzymał się, czując jak wzbiera w nim przerażenie i panika. Wytrzeszczone oczy, nawet jeszcze nie zeszklone, wpatrywały się w niego pusto z niemal rozszczepionej na dwoje twarzy. Jakiś żołnierz potrącił go w biegu. Cofnął się i przywarł plecami do ściany, zapatrzony w leżące na poły w ciemnym pokoju, na poły w korytarzu ciało. Świecznik wysunął się z martwej dłoni i teraz nikły płomyk tlił się coraz mocniej w grubym dywanie.

Przecież był tak blisko, tuż za nimi… Nic nie słyszał, żadnej walki. Nic nie zauważył. Jak to możliwe? Któryś z mijających go żołnierzy odkopnął blokujące drogę ciało za próg. Marco zacisnął mocno powieki i ruszył za nim, nie oglądając się ani razu.

Gdy wypadł na dziedziniec, strażnicy leżeli już na bruku z przeszytymi bełtami gardłami. Kilka ciał zwisało z krużganków, otaczających podwórzec. Żołnierze ojca nikli w otwartej szeroko bramie koszar. Wbiegł tam za nimi, ale gdy tylko jego oczy przywykły do panującego wewnątrz półmroku wycofał się, nie mogąc znieść widoku tego, co tam się działo.

Nie tak przecież miało być. Nie tak to sobie wyobrażał!

Przerażony skrył się w cieniu krużganków, jak najdalej od ciał dekorujących tonący w deszczu dziedziniec. Po raz pierwszy w życiu był wdzięczny za siekący ziemię deszcz, bo jego szum zagłuszał odgłosy dochodzące zarówno z koszar, jak i z zamku. Niech okrzykną go tchórzem. Niech powiedzą, że nie nadaje się do walki. Przyzna im rację – otwarcie i bez wstydu. Do tego, czego był teraz świadkiem, nie nadawał się zupełnie.

Dźwięki od strony koszar cichły; wzmagały się za to te dobiegające z zamku. Na dziedziniec wyszedł ojciec. Szedł pewnym, zdecydowanym krokiem, z zadowoleniem wymalowanym na twarzy, a jego oczy błyszczały podnieceniem. Za nim zaczęli wyłaniać się żołnierze, wlokący szarpiących się, złorzeczących mężczyzn i rozszlochane kobiety.

Nie tak to miało być, powtórzył w duchu z rosnącą paniką.

Spodziewał się ofiar – a jakże! Wszak nie była to niedzielna przejażdżka, tylko bitwa – a raczej bitwą miała być, bo czy można bitwą nazwać wyżynanie śpiących na swoich pryczach żołnierzy, zanim ci na dobre zdążą się przebudzić? Czy można walką nazwać rozłupywanie czaszek starym służącym, którzy uzbrojeni jedynie w świecznik wychodzą na korytarz sprawdzić, co to za hałas budzi ich w środku nocy? Walka Dobra ze Złem, w imię sprawiedliwości, którą reprezentował przecież ojciec, z okrutnym, bezlitosnym mordercą i gwałcicielem nie powinna sprowadzać się do bezmyślnej rzezi, potoków krwi spływających po lśniących w deszczu kamieniach, szlochu wywlekanych z łóżek w środku nocy przerażonych kobiet. Ich celem był tylko książę Gabriel. Sam książę, a nie jego służba, nie najemni żołnierze. Nie rodzina – syn, kuzyn, córka, którzy wytargani na środek placu klęczeli w brunatnym błocie, rzuceni na kolana przez aż nazbyt gorliwych żołdaków obok powalonego na ziemię jedynego winnego.

Tylko czy… Czy przybyli tu po to, by karać winnych…? Słowa Korianina wróciły do niego z nową mocą.

Bogowie, jakim był głupcem! Jakim był głupcem, że nie zrozumiał od razu, że palił się do tego wyjazdu i że tak bardzo pragnął pomóc ojcu w dokonaniu zemsty!

Wcisnął się głębiej w mrok. Nie chciał, żeby żołnierze zobaczyli jak dygocze. Jeszcze bardziej nie chciał, żeby dostrzegł go ojciec. I nie chciał już dłużej brać udziału w tym przedstawieniu.

Łatwiej było patrzeć na trupy, które nic już nie czuły i nic nie słyszały, niż na spędzanych jak bydło mieszkańców zamku. Przez chwilę nawet im zazdrościł – tego, że nie muszą już wsłuchiwać się w szlochy zrozpaczonych służek, nie muszą przyglądać się, jak żołnierze celnymi ciosami powalają szamoczących się mężczyzn, nie słyszą podniosłego tonu ojca. Bo hrabia rozpoczął właśnie swoje przemówienie. Dzień sprawiedliwości, zasłużona kara, nowy porządek… Marco słyszał, ale nie słuchał, i nie starał się nawet zrozumieć, o czym mówił ojciec. Jego spojrzenie ślizgało się od ciała do ciała, wzdłuż strumyków leniwie spływających szczelinami w bruku ku kałużom, gęstym i błyszczącym rubinowo w świetle pochodni. Gdy dotarł do stóp pierwszej grupki jeńców — stłoczonych ciasno kobiet ze służby – nie mógł już dłużej unikać ich widoku. Były bose, a cieniutkie koszule kleiły się do ich rozdygotanych ciał ku uciesze żołdactwa.

— Nie patrz na nich z taką litością.

Cichy, pozbawiony emocji głos, który rozległ się tuż za nim, wyrwał go z otępienia. Być może dlatego, że po raz pierwszy Marco nie usłyszał w nim otwartej niechęci. Nie odpowiedział. Zaciągnął mocniej płaszcz wokół siebie.

— Żołnierze wezmą cię za mazgaja. O ile już tak o tobie nie myślą.

— Niech myślą, co chcą.

— Popatrz na młodego de la Varre’a. – Głos rozległ się bliżej, wciąż poważny, a ciemne sploty włosów otarły się o jego kaptur. Raynhard znalazł się zdecydowanie za blisko, ale Marco nie zamierzał dać mu satysfakcji jakąkolwiek reakcją. – Popatrz. O nim nikt nie powie, że jest tchórzem. Widzisz? Czy w jego oczach jest coś poza nienawiścią? Strach? Ból? Żal? Zaręczam ci, że nie, Marco. Spójrz na niego.

Nie musiał. Nie chciał. Wiedział, że to prawda.

Ja niczego się nie boję.

Słowa siedmiolatka, którego spotkał przed tylu laty na królewskim dworze niespodziewanie rozbrzmiały mu w głowie. Wtedy mu uwierzył. A Van – arogancki, pewny siebie, zarozumiały paniczyk, przy każdym spotkaniu powtarzał, że nie wie, co to strach. I Marco wierzył mu nadal.

— Spójrz na niego.

Nie chciał. Nie chciał, ale głos Raynharda posiadł nad nim władzę i Marco podniósł wzrok na Vana.

Klęczał przed jego ojcem w deszczu i błocie, bez butów, bez koszuli, w samych tylko spodniach. Woda rozmywała ściekającą od skroni po twarzy krew. Ręce miał związane z tyłu, ale Marco widział wyraźnie, że tylko ciężka dłoń żołnierza za nim przytrzymuje go na kolanach. Nie, nie wyglądał na dzieciaka, który myśli o tym, że za chwilę zginie. Raczej na wilka, wyczekującego dogodnej do ataku chwili. Jego oczy błyszczały dziko spomiędzy czarnych, przylepionych do czoła włosów, gdy wodził wzrokiem za hrabią.

Obok niego Isabelle, młodsza córka Gabriela i Elizabeth, podtrzymywała księcia, który nie był w stanie pozostać w pionie nawet na kolanach. Była równie przerażona jak służki, blada i dygocząca z zimna i strachu, jednak gdy tylko napotkała spojrzenie Marca, jej twarz — mokra zapewne nie tylko od deszczu — skamieniała w wyrazie pogardy. Uniosła wyżej głowę i splunęła wprost pod nogi jego ojca.

Ciężki policzek, jaki wymierzył najbliżej stojący żołnierz, obalił ją na ziemię, i krzyknęła tak, że Marco nie tylko usłyszał, ale i poczuł w sobie jej ból. Pozbawiony podpory książę zwalił się w błoto, a Van wyszarpał się w beznadziejnej próbie ataku na żołdaka, który uderzył jego siostrę. Zanim zdołał do niego doskoczyć, mocny cios w żołądek, a zaraz potem w plecy, powalił go z powrotem na ziemię. Marco usłyszał cichy syk za sobą, a gdy się odwrócił, Raynharda już przy nim nie było.

Hrabia przerwał swoją mowę. Zatrzymał się przed Gabrielem. W jego dłoni pojawił się miecz, już zakrwawiony i stępiony dzisiejszą walką. Wtórujące wystąpieniu okrzyki żołnierzy przycichły, i nawet szloch kobiet ustał na chwilę.

— Oto nadeszła chwila sprawiedliwości – wyszeptał, wpatrzony w związanego, zakrwawionego de la Varre’a. – Oto nadchodzi sprawiedliwość! – powtórzył głośniej, tak by wszyscy wokół mogli go usłyszeć. – Oto litościwi bogowie oddają w moje ręce mordercę, gwałciciela i zdrajcę! Rzucili do mych stóp człowieka, którego człowiekiem nie godzi się nawet nazwać! Gabrielu de la Varre, oto nadchodzi twój koniec. Marco!

Drgnął, słysząc przywołanie ojca. Naciągnął głębiej kaptur na oczy i powoli wyszedł na dziedziniec. Ojciec już dawno pozbył się płaszcza, by nie krępował mu ruchów, i by jeńcy mogli dokładnie przyjrzeć się zwycięzcy.

— Marco, będziesz świadkiem. Patrz jak historia zatacza koło. Oto ci, którzy gnębili, sami zostaną pognębieni. Ci, którzy mordowali, sami zginą. Po tylu latach… Nie myślałeś, że cię to czeka, de la Varre, co? Czułeś się bezpieczny w swoim kamiennym gniazdku. Zapomniałeś o mojej przysiędze. Ale ja nie zapomniałem. Powtarzałem ją każdego dnia przez osiemnaście lat. Każdego dnia. I oto nadchodzi czas spełnienia.

Zacisnął dłoń w pozlepianych krwią włosach i szarpnął w górę. De la Varre poderwał się z krótkim okrzykiem, któremu zawtórował szloch Isabelle. Żołnierze odciągnęli ją od ojca. Van podniósł się na kolana. Jego oczy płonęły, wpatrzone z nienawiścią w hrabiego, nic już jednak nie próbował zrobić, nawet gdy ostrze miecza dotknęło gardła księcia.

— Oto nadeszła godzina sprawiedliwości – wyszeptał von Throim.

— Ojcze, nie możesz. Król… – Wzrok Marca błądził po rozbitej, zakrwawionej twarzy tego, którego imię odkąd pamiętał było równe przekleństwu w jego domu. Spojrzenie Gabriela było zamglone i tylko półprzytomne. Przecież on już nawet nie wiedział, co się wokół niego dzieje!

– Król, Marco? Król?! – Von Throim parsknął nieprzyjemnym śmiechem. — Już nie możesz skryć się za swoim królem, de la Varre! Nie jesteś już dłużej bezkarny. W tej właśnie godzinie twój zdradziecki brat zdechł, a nowy władca nie przymknie oka na twoje winy. Z jego woli i wyroku skazuję cię, Gabrielu z Brugge, na karę śmierci. Z jego woli i wyroku. Niech żyje prawowity dziedzic ilearkiego tronu, nie zdrajcy i nie mąciciele! – zakrzyknął, odwracając się gwałtownie z mieczem uniesionym ponad głowę. Od razu dziesiątki głosów dołączyły do jego zawołania.

– Niech żyje! Niech żyje król!

Ostrze miecza kreśląc łuk w powietrzu zalśniło w migotliwym świetle pochodni. De la Varre wydał z siebie przeciągłe sapnięcie, a hrabia przekręcił miecz w ranie. Zza pleców księcia doleciał dziewczęcy okrzyk i odgłos szarpaniny.

Marco nie spojrzał nawet w tamtą stronę. Nie potrafił oderwać wzroku od twarzy, na której nie było już świadomości, tylko gasnący ból. Widział dziś trupy, ale nie widział jeszcze, jak ktoś umiera.

Kobiety na dziedzińcu rozszlochały się na dobre przy wtórze złorzeczeń mężczyzn, tłumionych razami żołnierzy. Gabriel książę Brugge zwalił się ciężko na ziemię. Marco jak zahipnotyzowany obserwował jak gęsta, ciemna krew skapuje powoli kropla po kropli na lśniące w deszczu i blasku pochodni kamienie.

— Zdychaj, de la Varre. Zdychaj długo.

Von Throim otarł czubek ostrza o koszulę księcia i przekroczył nad nim, podchodząc do jego kuzyna.

Kaspian cofał się na kolanach, bełkocząc coś żałośnie. Zatrzymał się dopiero gdy poczuł ostrze wbijające się między łopatki. Stojący za nim żołnierz pchnął go do przodu i Kaspian de la Varre upadł przed von Throimem, jak chwilę wcześniej Gabriel.

— Morderca.

Niemal wszyscy spojrzeli na rozdygotaną Isabelle.

Dziewczyna ze wszystkich sił starała się powstrzymać szloch. Tylko zaciśnięte na ramionach dłonie jednego z żołnierzy chroniły ją przed osunięciem się na ziemię.

— Zapłacisz za to. Zapłacisz… Za wszystko, czego się dziś dopuściłeś. Zapłacisz ty i twój król. Bogowie nie wybaczą ci twoich zbrodni. Bogowie…

Hrabia roześmiał się, gdy szloch na dobre związał jej słowa w gardle. Isabelle wciąż próbowała się opanować, i Marco poczuł podziw zmieszany z żalem widząc jak walczy ze swoją rozpaczą. Chciała zachować choć tyle godności, podczas gdy jej ojciec konał w błocie pośrodku własnego dziedzińca.

Hrabia odwrócił się do Vana.

— Też mi teraz coś powiesz? Jakieś przepowiednie, groźby, może błaganie o litość?

W jego głosie brzmiała nie tylko wesołość. Marco nigdy jeszcze nie słyszał takiego tonu. Jakby… Jakby to nie był jego ojciec, jakby coś go opętało.

— Umrzesz.

Hrabia roześmiał się.

— Te wasze dzieciaki są odważniejsze od was – stwierdził konwersacyjnie, zwracając się do Kaspiana. — Może to od nich powinienem był zacząć, co? Wszyscy widzieli, że Van stoczył lepszą walkę niż ty czy Gabriel. I teraz wszyscy widzą jak kulisz się niczym przerażone prosię.

— Cesarz…

Miecz wbił się aż po rękojeść w brzuch Kaspiana, przerywając mu w pół zdania. Ten wrzasnął, dokładnie jak zarzynane prosię. Odgłosowi padającego ciała zawtórował zduszony krzyk Isabelle. Zaciśnięte powieki, zupełnie mokra twarz…. Dziewczyna kurczowo trzymała się płaszcza żołnierza, nie będąc już w stanie dłużej walczyć. A Marco poczuł, że jeżeli to wszystko zaraz się nie skończy, to sam znajdzie się w tym rdzawym błocie, jęcząc i rzygając tak długo, aż w końcu nic w nim nie zostanie, niczego nie będzie czuł.

I tylko Van znowu nie zareagował. Syknął tylko jeszcze raz:

— Umrzesz za to.

Hrabia odwrócił się do niego z szerokim uśmiechem. Marco cofnął się o krok. Nie chciał tego oglądać. Niczego już nie chciał dziś oglądać. Niech ta noc wreszcie się skończy!

— Już do ciebie idę, wilcze szczenię. Tobą też się zajmę.

Z głosu i z oczu ojca coraz bardziej wyzierało szaleństwo. Isabelle załkała, ale na nią von Throim nie zwrócił uwagi. Przekroczył ciało kolejnego de la Varre’a i zatrzymał się przed Vanem. Ten z widocznym trudem — i równie widoczną dumą — podniósł się z kolan.

— Odważny z ciebie szczeniak, co? Ty się nie boisz jak oni. Nie będziesz błagał o litość, ostatni z rodu Brugge?

Hrabia uniósł miecz i ostrożnie, ledwo co dotykając skóry, przesunął krawędzią po twarzy chłopaka, pozostawiając krwawą rysę. Van odwrócił głowę, nie spuścił jednak wzroku z hrabiego. Von Throim roześmiał się znowu.

– Jesteś taki jak on, co? Postarał się o to dobrze. Wyglądasz jak on. Zachowujesz się jak on. Musiał włożyć w to dużo serca i wysiłku. – Ostrze nadal osuwało się po szyi, po ramieniu, aż w końcu dotarło na wysokość górnych żeber. – Szkoda, że ten wysiłek pójdzie na marne.

— Ojcze… – Mdliło go coraz bardziej. Musi to przerwać. Musi to zakończyć, zanim będzie za późno. Chwycił rękaw kurtki ojca, kurczowo zacisnął w niej palce, ale nie ściągnął tym jego uwagi, zupełnie jakby dla zatraconego w zwycięstwie hrabiego nie istniał w tej chwili nikt poza Vanem i umierającym księciem.

Spojrzenie szarych oczu pomknęło ku Marcowi. Nadal nie było w nich strachu.

Wszyscy boją się śmierci. Dlaczego nie on?

— Powinienem był cię zabić na jego oczach, żeby widział, żeby poczuł jak to jest, gdy tracisz wszystko, na czym ci zależy. Ciebie i twoją odważną siostrzyczkę też. — Kolejny szaleńczy uśmiech rozjaśnił twarz hrabiego. – Może jeszcze nie wszystko stracone? — Odwrócił się, jednak Gabriel już nie żył. Uśmiech zgasł na twarzy hrabiego. — Niestety. Prawdziwa szkoda.

— Dość już, zapędzasz się, von Throim. Nie zapominaj o umowie.

Oczy Vana rozszerzyły się nagle, a on sam zbladł jeszcze bardziej.

— Ty…

Marco nigdy by nie pomyślał, że Raynhard mógł wyglądać jak w tej chwili, jakby rozpacz Isabelle przelała się na niego, jakby to jego ojciec leżał martwy o kilka kroków od niego, jakby żal i ból, i przerażenie – jakiekolwiek uczucia — były mu znane. Ale zanim którykolwiek z nich zdołał powiedzieć coś więcej, zanim hrabia zareagował, na dziedziniec z zamku wybiegła kobieta z rozwianymi, potarganymi włosami, w samym tylko nocnym odzieniu. Za nią pędzili dwaj żołnierze, żaden jednak nie był w stanie jej dogonić. Isabelle wyszarpnęła się z uścisku żołnierza i wybiegła naprzeciw kobiecie.

Miecz hrabiego z brzdękiem upadł na kamienie, i on też rzucił się ku nadbiegającej.

— Elizabeth…

Van też już odwracał się w tamtą stronę, ale zanim zdążył zrobić cokolwiek więcej, osunął się nieprzytomny wprost w ramiona Marca. Marco przez moment znów nie wiedział, co się dzieje. Dopiero gdy obok upadł sztylet Raynharda zrozumiał, że to właśnie on pozbawił Vana przytomności.

— Przetnij sznur.

Słowa Raynharda znów stały się dla niego rozkazem. Ostrożnie położył Vana na ziemi. Podniósł broń i posłusznie wykonał polecenie. Potem odnalazł wzrokiem ojca. Długowłosa kobieta szarpała się w jego ramionach, nadal wyrzucając z siebie słowa pełne gniewu i rozpaczy.

Nie takiej reakcji się spodziewał, gdy przed wyjazdem spoglądał na portret roześmianej, ślicznej dziewczyny.

Isabelle otwarcie płakała u stóp matki. Żołnierz, który za nią pobiegł, stał teraz nad nią nie mając pojęcia, co zrobić.

— Czas kończyć ten cyrk – szepnął Raynhard.

— Najwyższy.

Marco nie zauważył, kiedy zatrzymał się przy nich Morivern. Kapitan gestem przywołał do siebie żołnierza.

— Weźcie ich wszystkich do domu. Służbę zamknijcie w jednym pokoju. Hrabia wyda rozkazy, co dalej. Potem uprzątnijcie ciała.

Żołnierz biegiem ruszył wykonać polecenia.

— Twoja robota też się już chyba skończyła, co? – rzucił do Raynharda.

— Nie wasza sprawa, kapitanie.

— Drażliwi jesteśmy, co? – Morivern zaśmiał się nieprzyjemnie. – Też bym był na twoim miejscu. Strasznie jestem ciekaw reakcji tego chłopczyka, jak się dowie, że to ty odpowiadasz za cały ten burdel.

— Wie. I to też nie jest wasza sprawa. Radziłbym wam sprawdzić, czy nie jesteście potrzebni gdzie indziej, kapitanie.

— A co z nim?

— Wyglądacie, jakbyście się bali nieprzytomnego siedemnastoletniego chłopca. Wstyd, żołnierzu, wstyd. Sam się nim zajmę.

Kapitan roześmiał się raz jeszcze i wreszcie odszedł, zostawiając ich samych.

— Tobie też radzę znaleźć jakieś ciepłe, suche miejsce. Wstyd będzie, jeżeli rano twoi ludzie zobaczą cię zasmarkanego jak dziecko.

Marco zacisnął zęby. Przerażenie ustąpiło miejsca wściekłości. Raynhard go zignorował. Pochylił się i podniósł Vana.

Ten widok – widok młodego de la Varre’a w ramionach Raynharda wywołał w nim dziwne, nieprzyjemne uczucie. Raynhard nie wahał się, gdy obierał kierunek, najwyraźniej doskonale wiedząc, gdzie znaleźć ciepłe i suche miejsce w tym zamku.

Rozdział IV

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Rozdział III

  1. Jezu….czytałam po prostu z otwratymi ustami, zszokowana do cna. Piszesz fenomenalnie…Co dalej będzie? Co z Vanem? Rozstrzęsiona sceną okrucieństwa niewiele w stanie jestem napisać.
    weny
    rurq

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s