Rozdział II

Wiatr rozwiewał mu włosy, targał koszulą i płaszczem. Szalony galop łąkami Brugge odbierał oddech i wypełniał uszy melodyjnymi gwizdami. Van poklepał kark swojej karej Gwiazdki, a gdy odpowiedziało mu pełne uczucia rżenie zadarł głowę i wydał z siebie dziki, radosny wrzask. Cieszył się każdą chwilą tej szaleńczej jazdy. Gwiazdka gnała niczym demon, z każdym krokiem oddalając od niego problemy, które zostawił za sobą w domu.

W końcu zapomniał o upokorzeniu, jakiego doznał na oczach całego dworu.

I o tym, że Marienne opuściła już Ilear, co znaczyło, że wkrótce przyjdzie czas na zmiany i w jego życiu.

A nawet o tym, że Raynhard zniknął bez słowa.

Gwałtownie osadził klacz w miejscu i zeskoczył na ziemię. Gwiazdka parsknęła nerwowo, zaniepokojona jego zachowaniem. Przeczesał palcami czarną grzywę i przytulił się policzkiem do jej szyi. Jak zwykle szmer przeprosin wyszeptanych do ucha ukoił jej niepokój.

– Ty jedna mnie rozumiesz… – westchnął, pieszczotliwie drapiąc ją między uszami. Gwiazdka zarżała cichutko, przywołując uśmiech na twarz chłopaka. – Śmiejesz się ze mnie. Ale to nie szkodzi. Tobie wolno, maleńka.

Isa powtarzała, że mówienie do konia to oznaka szaleństwa. On zawsze odpowiadał, że nie mówi do konia, tylko z nim rozmawia. Wtedy Isa kręciła głową ze zmarszczonymi brwiami i pukała się w czoło w geście, który musiała podpatrzyć u służby.

A może był szalony? Z pewnością miał po kim dziedziczyć. Po kątach w zamku i na dworze szeptano, że księżna Brugge jest niespełna rozumu. A ojciec od zawsze cieszył się zasłużoną opinią porywczego okrutnika.

Miał nadzieję, że Isa nie padnie ofiarą tej nagłej miłości do Korian. On i Marienne to wystarczająca cena za ich przyjaźń.

– Może ty wiesz, skąd się to wzięło? – Pogłaskał Gwiazdkę po chrapach. W czarnych oczach dostrzegł inteligentny błysk. Znów się uśmiechnął, ale niemal od razu uśmiech zniknął, przygaszony wyrazem zamyślenia. – Wiesz, tylko czy zechcesz mi powiedzieć? Tyle lat nienawiści, przygotowań do wojny, tyle planów starcia w pył ich wojsk i przyłączenia Korii do Cesarstwa, i co? Nagle zależy nam na pokoju i stabilizacji. Nagle zawieramy z nimi sojusz i pieczętujemy go wysyłając Marienne w ich dzikie góry. Nic z tego nie rozumiem.

Puścił uzdę i siadł na trawie. Gwiazdka trąciła go pyskiem w ramię. Nie zareagował, więc nauczona doświadczeniem odeszła kilka kroków dalej i zaczęła skubać żółknące źdźbła. Van podciągnął kolana pod brodę i oparł na nich głowę. Trzy miesiące temu ojciec zakomunikował mu, że wkrótce do Brugge przybędzie koriańska hrabianka, która zostanie jego żoną. Nie zaprotestował, bo nie miało to sensu. Ojciec nie pytał, ojciec oznajmiał. Nie wyjaśnił też, skąd ta nagła zmiana nastawienia do południowych sąsiadów.

Nawet Raynhard nie potrafił mu tego wytłumaczyć.

Raynhard. Nie było go, gdy wrócili z uroczystości zaślubin Marienne. Początkowo Van nie zwrócił na to uwagi. Raynhard zwykł opuszczać Brugge podczas nieobecności gospodarzy. Nigdy nie towarzyszył im w wizytach na dworze. Zawsze jednak wracał. Najpóźniej dzień po nich. Ale tym razem…

Tym razem nie było go już drugi tydzień.

Raynhard był doskonałym wojownikiem, powtarzał sobie w duchu. Nie dałby się nikomu zaskoczyć. Doskonale władał mieczem. Nikt nie mógł go pokonać. Nikt nie byłby go w stanie…

Poderwał się z ziemi i gwizdnął na Gwiazdkę, która oddaliła się w poszukiwaniu bardziej zielonej, soczystszej trawy. Podniosła łeb. Znów zastrzygła uszami, wyczuwając kolejną zmianę w zachowaniu pana.

Wskoczył na siodło i szarpnął wodze. Gwiadka zatańczyła w miejscu, rżąc nerwowo, nienawykła do tak szorstkiego traktowania. Zakręciła się i prychnęła niczym urażony kot, gdy pięty jej pana mało delikatnie dźgnęły ją w boki. Po chwili znów biegła, przecinając w galopie żółte łąki.

*

Ściemniało się już, gdy Van wrócił do zamku. Ignorując biegnącego ku niemu stajennego chwycił uzdę i sam wprowadził Gwiazdkę do stajni.

— Książę czeka, paniczu.

Niech czeka, odpowiedział w duchu kamerdynerowi, który poinformowany o jego powrocie blokował teraz dostęp światła, stojąc w drzwiach stajni. Głośno nic nie powiedział. Rozsiodłał Gwiazdkę i sprawdził, czy ma wszystko, czego potrzebuje. Pogłaskał ją po mokrym boku i chwycił zgrzebło.

— Pytał o panicza już kilka razy — dodał głośniej służący, akcentując wymawiane słowa. Van rzucił szczotkę stajennemu, który z trudem złapał ją w drżące dłonie. Najwyraźniej ojciec nie był w najlepszym nastroju, gdy o niego pytał.

— Idę.

Kamerdyner wycofał się za próg, ale nie odszedł, dopóki się nie upewnił, że Van rzeczywiście ma zamiar opuścić stajnię. Rzadko kiedy się zdarzało, by młody panicz oddawał swoją Gwiazdkę w ręce obcych. A odkąd odszedł Raynhard, spędzał z tym koniem więcej czasu niż z rodziną.

Książę Gabriel czekał w salonie, nie sam. Van zatrzymał się w progu, przyciągając spojrzenia obecnych. Na twarzy ojca odbiło się niezadowolenie, matka od razu odwróciła wzrok, wuj patrzył na niego z wyrazem niekrytej irytacji, Isa zmarszczyła nos lustrując jego wygniecione ubranie, i tylko jedna osoba uśmiechnęła się na jego widok. Koriański poseł, ten sam, który pokonał go w pojedynku na dworze.

— Van. Nie wypada kazać gościom na siebie czekać.

Ton ojca był nieskazitelnie uprzejmy, jak zwykle. Van skrzywił się w duchu słysząc nutę zniecierpliwienia.

— Wybaczcie. Nie wiedziałem, że mamy gości. Konrad mnie nie powiadomił. Inaczej nie przyszedłbym tu w takim stroju prosto ze stajni.

— Oczywiście. Przebierz się. I dołącz do nas przy kolacji.

Zanim wyszedł, pochwycił drwiące spojrzenie Korianina.

Wrócił w czystej koszuli i spodniach, i wypolerowanych butach. Jeszcze nie zdążył zamknąć za sobą drzwi, a ojciec już zganił go wzrokiem — za brak kurtki i pasa w rodowych barwach. Bez słowa usiadł przy zastawionym stole obok matki.

— Skoro wszyscy jesteśmy obecni, wznieśmy toast za przyjaźń, która połączyła nasze kraje, a wkrótce połączy również nasze rody.

połączy nasze rody… Van z trudem przełknął wino, podczas gdy ojciec i jego niespodziewany gość opróżnili swoje kielichy jednym haustem.

— Jak mówiłem zanim syn waszej książęcej mości do nas dołączył, nasz król niezmiernie cieszy się z tego sojuszu. Nie wątpię, że obie strony uzyskają w nim właśnie to, co jest im w tej chwili najbardziej potrzebne: pokój i stabilizację.

A wasze rajdy na nasze tereny? Nieustanne walki na pograniczu? Bandyckie napady na traktach?

— Czy to znaczy, że jesteście otwarci również na pokojowe rozmowy z Cesarzem? – zapytał głośno, czując że ojciec nie pochwaliłby otwartego ataku na gościa.

— Pokój między Korią i Cesarstwem od lat jest trwały — odpowiedział poseł. — Sojusz z Ilearem z całą pewnością umocni jeszcze nasze dobre stosunki.

— Niewątpliwie.

— Wasza książęca mość wybaczy moje śmiałe słowa, ale wydawało mi się, że dbacie, aby wasza młodzież orientowała się w politycznej sytuacji sąsiadów.

Isabelle zakrztusiła się. Zarumieniła się i przeprosiła. Poseł uśmiechnął się do niej.

— Możesz być pewien, panie hrabio, że ignorancja daleka jest naszej młodzieży — wtrącił Kaspian, zaraz po tym jak obdarzył córkę swego kuzyna karcącym spojrzeniem, które tylko pogłębiło czerwień na twarzy dziewczyny. — Wieści o związku królewskiej córki z waszym następcą tronu wywołały niemałe, choć oczywiście pozytywne poruszenie w całym Imperium. Możemy mówić otwarcie, prawda? Wszyscy tutaj wiemy, że nie tego się spodziewaliśmy. Jeszcze kilka lat temu taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia – i to nie ze względu na wrogie nastawienie Ilearu czy Cesarza do Korii. Zaprzecz, jeśli źle mówię.

— Nie. Byłbym hipokrytą, gdybym zaprzeczył. Ale – mówimy otwarcie, tak? Wasza miłość również okazałby się hipokrytą, jeśli uparłby się przy stwierdzeniu, że to jedynie z naszej winy wcześniej nie mogło dojść do porozumienia.

— Zgodzę się, że trudno rozważać, kto zawinił pierwszy i bardziej. Zbyt wiele na to wieków krwawej historii i nierozwiązanych waśni między naszymi narodami. Ale pewnym jest, że nigdy nie witaliście nas z otwartymi ramionami w granicach swego kraju.

— Intencje gościa nie pozostają bez wpływu na powitanie, jakie zgotuje mu gospodarz, tym bardziej jeśli jest to gość niezapowiedziany.

Kaspian zmrużył powieki w grymasie rosnącego wzburzenia, czerwieniejąc gwałtownie i już otwierając usta do riposty, na którą przypatrujący mu się z układnym uśmiechem i prowokacyjnym błyskiem w oczach Korianin wyraźnie czekał. Nie zdążył jednak wyrzucić z siebie nawet słowa.

— Panowie, dość tych rozmów. Nie po to się dziś spotkaliśmy. Hrabia Dragas nie przybył tu jako poseł koriańskiej sprawy, prawda?

Van spojrzał zaskoczony na matkę. Tak rzadko zabierała głos w towarzystwie, że prawie zapomniał, jak władczo – a przy tym nie tracąc nic z kobiecego wdzięku – potrafił on zabrzmieć.

— Oczywiście. Mieliśmy omówić szczegóły czekającej nas uroczystości — poparł żonę książę. Kaspian prychnął urażony, niezadowolony ze zmiany kierunku nabierającej żaru dyskusji. Urwana właśnie teraz czyniła go przegranym w tym starciu. Nie odważył się jednak głośno zaprotestować.

Van oparł się ciężko o krzesło. Stracił apetyt. Nie miał ochoty na wino. Nie miał ochoty na omawianie szczegółów „nadchodzących uroczystości”. Ale jego nikt o zdanie nie pytał. Na szczęście nikt też nie wymagał od niego udziału w rozmowie. Ojciec przedstawiał Korianinowi, wedle jakich tradycji odbędą się zaręczyny i ślub. Wuj wtrącał raz po raz jakieś uwagi. Dragas przysłuchiwał się im obu z niegasnącym uśmiechem, jakby wszystko jedno mu było co ustalą, po czym tonem, który mógł się równać z ojcowskim oznajmiał swoje zdanie. Matka odzywała się tylko w momentach, gdy wyczuwała rodzący się sprzeciw jednej lub drugiej strony. Isa milczała. On sam też milczał, modląc się w duchu, by to wszystko skończyło się jak najprędzej.

— Ojcze, czy mogę… — Isa wykorzystała krótką chwilę ciszy, jaka zapadła po szczególnie kontrowersyjnym pytaniu, ale urwała, pochwytując zgorszony wzrok wuja. Książę Gabriel nie okazał jednak niezadowolenia.

— Już późno. Masz rację, połóż się, dziecko.

— Van, mógłbyś…

Van też wstał, nie czekając na pozwolenie ojca.

— Wybaczcie na moment. Odprowadzę Isę.

Nikt nie zaprotestował, chociaż zmarszczki na wykrzywionej twarzy Kaspiana pogłębiły się widocznie. Van poszedł za siostrą, czując na plecach wzrok Dragasa.

Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, Isabelle wydała z siebie poirytowane parsknięcie.

— Argh! Jak ty możesz znosić to wszystko z takim spokojem? Jeśli nie wyszłabym w tej chwili, zaczęłabym krzyczeć!

Uśmiechnął się lekko, chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę korytarza.

— Chodź stąd, zanim wuj cię usłyszy i zruga na oczach tego przybłędy. I zanim zmienią zdanie i każą nam od razu tam wracać.

— Przybłęda! Masz rację. Wiesz jak on na mnie patrzył? Jeszcze zanim się łaskawie zjawiłeś? Wiesz w ogóle co się działo, jak cię nie było? Wuj zjechał tu z wielką pompą prowadząc tego Korianina. Podobno spotkali się na trakcie, ale… Taki przypadek? Powracający Kaspian i ciągnący do swoich gór Dragas. Zresztą co to za imię: Dragas? Nikt cywilizowany nie może się tak nazywać! I nie śmiej się ze mnie!

Opanował śmiech, ale nie zdołał zachować pełnej powagi.

— A mnie się nawet podoba. Dragas, tak…

— Dziko? Barbarzyńsko? Bestialsko? — podpowiedziała. — Bogowie! Miałam wrażenie, że ten… przybłęda cały czas mi się przygląda, jakby się zastanawiał, czy i mnie nie wciągnąć w ten układ. Wyobrażasz sobie? Nie dość im biednej Marienne i… — urwała. Przytuliła się do jego ramienia i spojrzała mu w oczy żałośnie. Zatrzymali się przed drzwiami jej sypialni. — Van… Ja tak nie chcę. Nie zniosę żadnej Korianki w domu. Za jakie winy nas to spotyka?

Van spoważniał. Do tej pory udawał, ze cała ta rozmowa wcale nie dotyczy jego osoby i jakiejś obcej dziewczyny, która ma zostać jego żoną.

— Nie ty będziesz musiała znosić jakąś Koriankę — mruknął ponuro. — Ale nie martw się. Ojciec nie da się aż tak ogłupić, żeby i ciebie jeszcze sprzedać za cenę tego idiotycznego paktu. Co my z tego mamy? Ja jak na razie nie widzę żadnych korzyści.

Isa westchnęła. Puściła jego rękę i weszła do pokoju.

— Chodź. Przecież nie chcesz tam jeszcze wracać.

— Nie chcę. — Zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie ciężko. — To głupie. Czuję się jak dzieciak, który na nic nie ma wpływu.

— Mój drogi bracie, nie chcę cię martwić, ale w tym domu jesteś dzieciakiem, który na nic nie ma wpływu. No, może na… — zamilkła nagle, ale i tak o kilka słów za późno. Van zrozumiał. Wyraz jego twarzy stał się jeszcze bardziej chmurny. A oczy… Gdyby nie znała go lepiej, mogłaby przysiąc, że widzi w nich lęk. Chciała podejść, przytulić go i zapewnić, że Raynhard wróci, że nic mu nie jest, ale nie tak między nimi było. Van nie chciał pocieszenia. Nie od niej. Od nikogo.

— Gdzie byłeś wcześniej? — zapytała, próbując pociągnąć jego myśli w inną stronę.

— Na łąkach.

— Po co?

— Pojeździć. A po co? Co mam robić?

— No nie wiem. Zawsze… — Zawsze trenowałeś z Raynhardem, albo polowałeś z Raynhardem, albo dyskutowałeś z Raynhardem, albo wyprowadzałeś Raynharda z równowagi głupimi żartami. Znów westchnęła. Jak to się stało, że nigdy wcześniej nie zauważyła, że w życiu jej brata wszystko zawsze sprowadzało się do Raynharda? Kiedyś… Kiedyś to był ojciec, pamiętała. Ale odkąd zjawił się w ich domu Raynhard…

— A co ty robiłaś?

— A jak myślisz? Zabawiałam naszego zagranicznego gościa.

Uśmiechnął się słabo.

— Powinnaś… Powinnaś jednak być dla niego milsza. W końcu niedługo zostanie twoim szwagrem.

Zanim Isabelle zdołała desperacko zaprotestować przeciwko tej kolejnej niesprawiedliwości losu, Van sięgnął do klamki.

— Wiesz, ja chyba tam wrócę. Ojciec nie byłby zadowolony, a wuj… Wuj i tak uważa, że nie zachowuję się jak na dziedzica Brugge przystało. Przyślę ci tu Serinę. Śpij dobrze.

Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, po raz kolejny westchnęła cicho. Gdyby mogła coś zrobić, ulżyć mu w jakiś sposób… Ale ona miała tu przecież jeszcze mniej do powiedzenia niż Van.

— Nie spieszyłeś się — warknął wuj, gdy Van zajmował miejsce przy stole. Matki już nie było. — Nie musiałeś chyba układać siostrzyczki do snu, co?

— Takie uwagi są całkowicie zbyteczne, drogi kuzynie.

— Wybacz, Gabrielu. Nie miałem na myśli…

— Oczywiście, że nie miałeś. — Książę Brugge uśmiechnął się zimno. Van napełnił swój puchar winem z butelki stojącej najbliżej i podniósł od razu do ust, kryjąc za nim nikły uśmiech. Nigdy nie przepadał za wujem Kaspianem. — Wcześniej odniosłem wrażenie, że miałeś ciężką i męczącą podróż. Nie powinienem dłużej przetrzymywać cię na nogach. Wybacz mi ten nietakt, drogi kuzynie. Jestem pewien, ze twoje pokoje są już gotowe. Elizabeth z pewnością wydała odpowiednie polecenia zaraz po twoim przyjeździe.

Kaspian mruknął coś pod nosem, ale szybko zapanował nad temperamentem. Jednym haustem opróżnił swój kielich i podniósł się z krzesła.

— Mój drogi kuzyn ma jak zwykle rację. Sam nie chciałem być nietaktowny przerywając to spotkanie, ale rzeczywiście, padam z nóg. Panowie wybaczą. Życzę wszystkim dobrej nocy.

— I wzajemnie, drogi kuzynie. I wzajemnie.

Van był pewien, że gdy tylko wuj odwrócił się do nich tyłem, na jego twarz wpłynął wyraz niewypowiedzianej wściekłości. Uśmiechnął się zadowolony. Z zaskoczeniem zauważył, że Korianin również się uśmiecha, tyle że przyglądając się jemu, a nie Kaspianowi.

— Cóż, jeśli nasz szacowny gość nie poczuje się urażony, ja także udam się na spoczynek. Może wtedy Van zacznie odzywać się we własnej sprawie. Oczywiście pokoje gościnne również są już przygotowane, jeśli nie życzy pan sobie dalszych rozmów, hrabio.

— Wasza książęca mość jest dla mnie zbyt łaskawy. Wystarczy, że zjawiłem się bez uprzedzenia, nie chciałbym jeszcze zakłócać odpoczynku waszej miłości. A co do waszego syna… Myślę, że i on chętnie zamieni ze mną jeszcze kilka słów. Obiecuję, że nie zatrzymam go długo.

— Zatem dobrej nocy. Hrabio, Van. – Książę skinął głową Korianinowi, po czym poszedł za Kaspianem. I znowu, hrabia Dragas nie przyglądał się wychodzącemu gospodarzowi, tylko Vanowi.

Wraz z zamknięciem drzwi w sali zapadła chwila ciężkiej, pełnej zakłopotania ciszy. Zakłopotania – dla Vana. Bo Korianin zdawał się czuć zupełnie swobodnie. Sięgnął po butelkę, napełnił swój puchar winem. Zakręcił nim w dłoniach, uniósł do ust. Wszystko to z niewielkim, na poły zadowolonym, na poły prowokującym uśmieszkiem.

— Więc… — Van urwał pod wpływem przenikliwego spojrzeniem hrabiego, ale szybko zapanował nad nerwami. Uśmiechnął się nawet. — Co ustaliliście?

Korianin wzruszył ramieniem, sącząc wino.

— Kilka mało istotnych szczegółów — odpowiedział po chwili. — Twój ojciec zdawał się zadowolony z przebiegu naszej rozmowy. Wuj trochę mniej. Za to ty…

— …wcale? — dokończył za niego chłopak.

Dragas parsknął wesoło.

— Nie próbujesz nawet ukryć swojej niechęci. Na dyplomatę to ty się z pewnością nie nadajesz.

— Nigdy nie szkolono mnie na dyplomatę. A jeśli nawet, to ja nigdy nie przywiązywałem wagi do tych bzdur. Śliskie słówka to nie moja specjalność.

— A co jest twoją specjalnością?

Miecz. Walka — miał już na końcu języka, ale powstrzymał się na wspomnienie ich poprzedniego spotkania. Przygryzł wargę, czując jak policzki pokrywa irytująca czerwień.

Korianin odgadł, co chciał powiedzieć.

— Jak na swój wiek jesteś całkiem dobry w machaniu mieczem. Brak ci doświadczenia, które mógłbyś zdobyć jedynie w prawdziwej bitwie. Chętnie poznałbym twojego nauczyciela.

Coś w twarzy Vana najwyraźniej zdradziło mu, że to drażliwy temat, bo ciemne brwi zjechały się w zamyśleniu, gdy cierpliwie czekał na odpowiedź.

Ta długo nie nadchodziła.

— Niestety, tej prośby nie jestem w stanie spełnić. Nie ma go tu. Wyjechał kilka dni temu.

— Na długo?

— A jak długo zamierzasz tu się zatrzymać?

— Z całą pewnością nie dyplomata. — Na twarz Dragasa wrócił uśmiech. — Nie obawiaj się, jutro jadę dalej. Mam wiele spraw do załatwienia.

— A czego miałbym się bać? Chyba tylko tego, że w jakiś sposób zdołałbyś przekonać ojca, by oddał ci Isę za żonę.

Teraz Korianin śmiał się już otwarcie. Wzniósł puchar w toaście, po czym opróżnił go do końca. Odstawił go z trzaskiem na stół i wstał, odsuwając krzesło z głośnym zgrzytem.

— Chodź. Zaprowadzisz mnie do stajni. Chcę sprawdzić przed snem, jak się miewa mój koń.

Van też się podniósł, nadal z chmurnym wyrazem na twarzy.

— Zapewniam, że w naszych stajniach niczego mu nie brakuje.

— O, nie śmiem wątpić. Ale może chcę mu powiedzieć: dobranoc? Nigdy tak nie robiłeś?

Często. A od czasu odejścia Raynharda codziennie.

— Tak bardzo przywiązujecie się do swoich zwierząt?

— Koń, miecz, kobieta – taki jest u nas porządek. Powiedz szczerze: dziwi cię?

Van nie odpowiedział, ale pokręcił głową. Gdyby sam miał ustalić jakąś kolejność… Cóż, Gwiazdka zawsze była ważna. Z mieczem w dłoni czuł się pewnie. A kobiety… Nie miał żadnej, więc jak miałby je umieścić w rankingu?

— Tak myślałem. Widzisz, gdyby nie to, że mówisz po ilearsku, a na nazwisko masz de la Varre, byłby z ciebie całkiem przyzwoity Korianin.

— Cieszę się, że mówię po ilearsku, jestem dumny, że nazywam się de la Varre i dziękuję bogom za to, że nie urodziłem się Korianinem.

Zamiast poczuć się urażonym, Dragas roześmiał się w odpowiedzi.

— Hardy, dumny i bezczelny. No i masz świetne zadatki na doskonałego wojownika. Trochę pracy w ciebie włożyć i… Tak, nie miałbym nic przeciwko takiemu krajanowi. Nie przyniósłbyś nam wstydu.

— Jesteś gościem mojego ojca i nie wypada mi odpowiedzieć tobie w tonie, na jaki zasłużyłeś tą uwagą. Wiedz jednak…

— …że w innych okolicznościach wyzwałbyś mnie na honorowy pojedynek, bo taką zniewagę można zmazać jedynie krwią? — Wyszli na zewnątrz. Korianin zatrzymał się na środku dziedzińca i przeciągnął mocno. Odwrócił się do Vana, patrząc na niego spod lekko zmarszczonych brwi. — Dziecko… Naucz się przyjmować komplementy. Naucz się rozumieć, co kryją słowa, które słyszysz.

— Rozumiem…

— Nie rozumiesz. Ale to nic. Młody jeszcze jesteś. Ktoś cię kiedyś nauczy, i albo pojmiesz nauki od razu, albo jeszcze długo będzie bolało. Ale zapomnijmy o tym. Nie psujmy tak wspaniale rozpoczętego wieczoru.

— Nie pozwolę, żeby ktoś…

Dragas spoważniał. Podszedł krok bliżej, tak że dzieliło ich już tylko kilka cali.

— Naprawdę tego chcesz? Naprawdę chcesz teraz tej walki? Raz już się przekonałeś, który z nas jest lepszy. Potrzeba ci kolejnej nauczki? Nie sądzę. Ale jeśli poprawi ci to humor… – urwał. Przez chwilę mierzył go zagadkowym spojrzeniem. W końcu prychnął cicho, z cieniem uśmiechu na twarzy, i cofnął się. – Nie, to naprawdę niepotrzebne, Van. Nie miałem nic złego na myśli. Jeśli moje słowa cię uraziły, przepraszam. Nie było to moim zamiarem.

— Nie?

— Nie.

Nie powiedział nic więcej. Pozwolił mu to przemyśleć. Pozwolił podjąć decyzję.

Wreszcie Van kiwnął lekko głową.

— Chodźmy. Strażnicy dziwnie się nam przyglądają. Przypuszczam, że jest już po północy.

Korianin zadarł głowę.

— Grubo — stwierdził, idąc już w stronę stajni.

Weszli do środka w milczeniu. Mimo ciemności, Korianin bezbłędnie odnalazł boks, w którym nocował jego wierzchowiec. Van podszedł do Gwiazdki. Powitało go senne parsknięcie. Uśmiechnął się i podrapał klacz między uszami. Zastrzygła nimi, łaskocząc go w twarz. Z boksu obok doleciał niezrozumiały, śpiewny głos.

— I tak bym do ciebie przyszedł, przecież wiesz — szepnął Gwiazdce, głaszcząc ją po chrapach. — Tylko ty mi zostałaś, maleńka — dodał jeszcze ciszej. — Jutro znowu pojedziemy na łąki. A na razie… Bądź grzeczna i dobrze wypocznij.

Poczekał na Korianina na zewnątrz. Nie stał tam długo. Dragas wyszedł na dziedziniec zaraz po nim.

— Pięknego konia tam masz — zauważył hrabia, gdy powoli ruszyli z powrotem do zamku. — Taki koń naprawdę jest wart więcej niż miecz czy kobieta.

Van nie powstrzymał w porę uśmiechu.

— Bogowie, mam nadzieję, że naprawdę nigdy nie przyjdzie ci do głowy, żeby prosić o rękę mojej siostry. Isa nie zniosłaby bycia trzecią po zwierzęciu i kawałku metalu. Prędzej odebrałaby sobie życie, chociaż pewnie wcześniej straciłbyś i konia, i miecz.

— Ognistą masz siostrzyczkę. Ale możesz być spokojny. Jest bezpieczna ode mnie.

Weszli do środka. Van od razu obrał drogę do gościnnego skrzydła.

Szli w milczeniu, ale Van nie wytrzymał tak długo. Pewna sprawa od miesięcy nie dawała mu spokoju, choć ze wszystkich sił starał się o tym nie myśleć. Ale w tych okolicznościach…

— Jaka jest twoja siostra? — zapytał. Nie patrzył przy tym na swojego rozmówcę, bo nie chciał widzieć, jak go to bawi.

Dragas najwyraźniej musiał rozumieć jego obawy, bo odpowiedział mu bez śladu kpiny.

— Pogodna, radosna, pełna życia – jak na prawdziwą córę Korii przystało. Kocha konie i będzie potrafiła podzielić się z nimi miłością swojego mężczyzny. Uwielbia walczyć i jest w tym całkiem dobra, ale z mieczem o uczucie rywalizować nie będzie. Ma czarne włosy, oczy pełne ognia, usta stworzone do całowania, piersi które dadzą rozkosz mężczyźnie, do którego będzie należeć, biodra, które dadzą mu zdrowe dzieci…

…a może jednak bawił się przy tym lepiej, niż na posła i gościa przystało.

— Przestań — przerwał mu Van, czując gorąco zalewające twarz. — Jak możesz tak mówić o własnej siostrze?

— Z trudem, wierz mi, z trudem. Ale warto było się zmusić, by się przekonać, że wcale nie jesteś tak pewny siebie i niewzruszony, za jakiego chciałbyś uchodzić.

— Dupek… — mruknął w odpowiedzi.

— Coś mówiłeś? — zapytał Dragas ze śmiechem.

— Nie — warknął.

— Tak myślałem, że mi się tylko wydawało.

Van zatrzymał się przed zdobionymi drzwiami z ciemnego drewna.

— To tu. Przysłać ci kogoś ze służby do pomocy?

— Po co? Jeszcze potrafię sam się rozebrać. Do łóżka też chyba trafię. Aż tyle nie wypiłem.

— Zatem… — Van cofnął się, zamierzając odejść.

— Czekaj.

— Tak?

— To co mówiłem wcześniej… czym cię tak uraziłem. Mogłem powiedzieć to inaczej.

— Jak?

— Tak, żebyś zrozumiał, dzieciaku.

— Zrozumiałem…! I nie mów do mnie…

— Cicho, dziecko. Posłuchaj. Chciałem ci powiedzieć, że… że gdyby leżało to jedynie w mojej gestii, chciałbym żebyś został mężem mojej siostry. Pakty paktami, ale myślę, że gdyby Kiara miała okazję cię poznać, od razu by cię polubiła. Gdybym to ja miał wybierać spośród Ilearczyków kogo poślubi, też wybrałbym ciebie.

— Tak?

— Mhm.

— A myślałem, że wolałbyś Marca von Throim.

Dragas spojrzał na niego zaskoczony. Zaraz uśmiechnął się zagadkowo.

— A miałem wrażenie, że ktoś jeszcze był wtedy obecny tam przy strumieniu. Ale nie masz racji. — Dragas położył dłoń na klamce i otworzył drzwi.

— Nie?

— Nie. To ciebie wybrałbym dla Kiary. Marca von Throim wybrałbym dla siebie. Dobrej nocy, Van.

Van stał jeszcze przez chwilę bez ruchu, wpatrując się w zamknięte drzwi. Pozwolił sobie na nikły uśmiech i w końcu poszedł do siebie. Był zmęczony. Jemu też należał się odpoczynek.

*

Dragas opuścił Brugge zaraz po świcie. Nie skierował się ku granicy; ledwo tylko zamknęły się za nim bramy, dźgnął konia piętami i galopem ruszył w stronę stolicy.

Był zadowolony z wizyty. Nie lubił podejmować żadnych kroków, zanim nie poznał wszystkich okoliczności. Co prawda czas jego działania dobiegł już końca, a wieczór w towarzystwie księcia Gabriela i jego rodziny, choćby nie wiadomo jak przyjemny, niewiele mógł zmienić w przebiegu zaplanowanych wydarzeń.

Przybył tu raczej z ciekawości, niż z konieczności. Tyle się nasłuchał…

Książę potwierdził wszystkie plotki na swój temat. Był wyniosły i władczy, od służby, a nawet od rodziny wymagał bezwzględnego posłuchu. I to, że go miał, było widoczne już na pierwszy rzut oka. Niepewność, jaka pojawiła się na ułamek sekundy w oczach Vana, gdy zorientował się, że mają gości. Wahanie w głosie Isabelle, gdy opuszczała towarzystwo. Brak sprzeciwu ze strony Kaspiana, kiedy nie do końca z własnej woli udawał się na spoczynek. Nawet cicha obecność Lady Elizabeth. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, kto rządzi w Brugge.

Kaspian w przeciwieństwie do księcia wywarł na nim wrażenie zapatrzonego w siebie głupca, który sam siebie uważa za obeznanego światowca. Porywczy, kłótliwy, typowy imperialny arystokrata. Dość trzech słów, by się zaperzył i od wszystkich w koło żądał satysfakcji. Wspomnienie tej tłumionej wściekłości, gdy upokorzony przez własnego kuzyna opuszczał salon, przywołało na twarz Dragasa nikły uśmieszek. Wspomnienie satysfakcji w oczach młodego dziedzica książęcego tytułu wywołało cichy śmiech.

Van de la Varre… Coś kryło się w tym chłopaku. Był tak podobny do ojca i choć zachowywał się zupełnie inaczej, nie sposób było nie dostrzec, jak ogromny wpływ na syna ma książę. Drobne, nieświadome gesty, takie samo spojrzenie pełne wyższości. Ciekawe, czy poglądy ojca i jego zamiłowanie do bezlitosnych zabaw też podzielał. Dragas był szczery, gdy mówił, że nie miałby nic przeciwko związkowi Vana z Kiarą. Kiara naprawdę mogłaby polubić tego chłopca. Jeśliby tylko kiedykolwiek miała okazję go poznać.

Ale Dragas na nic nie miał już wpływu. Ilearscy panowie zadecydowali. On był tylko uniżonym sługą swego króla i z pokorą wypełniał powierzone mu zadania.

W drodze złapała go ulewa. Schronił się na noc w przydrożnej karczmie, ale rano obudził go nie sługa, a szelest kropel bijących w drewnianą powałę. Gdy wstawał – szarzało, gdy godzinę później ruszał dalej – wokół nadal było szaro i ponuro. Jesień, powiedział gospodarz na pożegnanie, jakby to jedno słowo wyjaśniało wszystko – i deszcz, i półmrok, i nieprzyjemne uczucie rozchodzące się dreszczem po krzyżach, które nie opuszczało go przez cały dzień. Dopiero niewyraźny zarys czarnych chorągwi, rozwieszonych nad miejskimi murami, ciężkich i nieruchomych w przesiąkniętym wodą powietrzu, przywrócił mu dobry nastrój.

Zaczęło się.

Rozdział III

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Rozdział II

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s