Rozdział I

(10 lat później)

Letni dworek królewski nie przeżywał takiego oblężenia od lat. Obecni byli wszyscy, którzy się w królestwie liczyli, nie tylko ci najszlachetniej urodzeni, ale też urzędnicy i wojskowi cieszący się monarszym uznaniem. Okazja ku tak szczególnemu spędowi również była szczególna: oto królewska córka swe ostatnie dni przebywała wśród najbliższych w rodzinnych stronach. Już wkrótce miała wyruszyć do obcego kraju i obcego sobie człowieka, by w górach Korii zostać jego żoną. Koriańskie panny, przybyłe wraz z posłami przysłanymi w zastępstwie następcy tronu, nie odstępowały jej już na krok, w postawach pełnych szacunku i oddania należnych przyszłej królowej towarzysząc wszędzie tam, gdzie etykieta nie zabraniała. Smagłe, ciemnowłose, o urodzie niespotykanej wśród ilearskich kobiet budziły tyleż samo zainteresowania, co kontrowersji. Koria uznana była za wroga Cesarstwa, a co za tym idzie również i Ilearu – królestwa od lat pozostającego pod jego protektoratem.

Protektoratem! Nie tak nazywali to teraz rodzimi panowie. Ilear, zamorska posiadłość cesarza i swoista brama na wschód dla jego spragnionych podbojów wojsk, od początków swej historii był związany z imperialną stolicą, choć nigdy nie były to więzy duszące. Do czasu, gdy obecnie dzierżący w swych dłoniach cesarskie insygnia Marius zwany Agellatem w imię umocnienia przyjaźni – a wraz z nią i twardej kontroli — intrygą i kłamstwem wprowadził na tron kuzyna z najbliższej mu linii de la Varre’ów. Jakiż był to cios w ich ambicje i dumę! Nikt nie podniósł otwartego sprzeciwu – zbyt słabym kraikiem był Ilear, by mierzyć się z takim przeciwnikiem. I choć każdy z rodów ślubował zgodnie z tradycją lojalność i posłuszeństwo nowemu królowi, to wszyscy pragnęli pozbyć się niewidocznego jarzma.

Marco von Throim wodząc wzrokiem za piękną świtą królewny nie zastanawiał się nad politycznymi skutkami ich tutaj obecności. W tej chwili było mu wszystko jedno, czy zaręczyny stanowiły wyraz sojuszu Ilearu z południowym sąsiadem, krok w kierunku porozumienia cesarza z Korią, czy też jawną prowokację Agellata. Popijając wino z bogato zdobionego pucharu cieszył oczy urokliwym widokiem czarnowłosych panien w sukniach, które choć równie strojne co tutejsze swym zwiewnym krojem zdecydowanie bardziej przemawiały do męskich zmysłów. W domu nieczęsto miał okazję podziwiać takie piękności, a wizyty na dworze zdarzały się nader rzadko. Ojciec korzystał jedynie z zaproszeń na oficjalne uroczystości, takie na których jego nieobecność mogłaby zostać poczytana za jawny afront. Hrabia von Throim już w młodości wycofał się z publicznego życia w cień swoich wiejskich posiadłości.

Marco niechętnie towarzyszył ojcu w wyjazdach. Czuł się przytłoczony ciężką, oficjalną atmosferą panującą na dworze. Dzisiaj jednak w tak niezwykłych okolicznościach odstąpiono od sztywnych zasad etykiety. Starsi nie opuszczali salonów, przy dźwiękach muzyki i najwspanialej zastawionych stołach dywagując o przyszłości królestwa, a młodzież… Młodzież pozostawiona samej sobie korzystała z niespodziewanej swobody i pięknego, późnoletniego dnia.

Wielu młodzieńców kręciło się wokół Marienne, chcąc choć słowo zamienić ze ślicznotkami zza południowej granicy. Marco przyglądał się ich staraniom z tarasu wychodzącego na królewskie ogrody, oparty o balustradę z białego kamienia. Zbyt rzadko bywał na dworze, by stać się pupilkiem królewny bądź którejś z jej dam dworu, a gdy już był obecny, to wolał cichy kąt od wiru dworskich zabaw. Wśród panien miał opinię dobrze wychowanego, a nawet całkiem reprezentatywnego, ale nieciekawego milczka. Nie był taki, jak młody Maurice, którego dziewczęta kochały za porywczą naturę, każącą mu chwytać za miecz przy każdej okazji i zbytnią pewność siebie, która dla nich stanowiła oznakę męskości. Nie był jak Fabien de Cour, który za uroczymi uśmiechami i niewinnymi spojrzeniami krył iście diabelski talent już od dziecka zjednujący mu miłość kobiet począwszy od niani, przez guwernantki, ciotki, kuzynki, przyjaciółki matki, na królewnie i jej pannach kończąc. Nie był jak…

Z cichym westchnieniem zatopił wzrok w rubinowym płynie znaczącym dno pucharu. Z całą pewnością nie był jak Van de la Varre, który nawet nie musiał się starać, by być ulubieńcem dam na dworze. Nie musiał się uśmiechać, nie musiał żartować, mógł im nawet okazywać znudzenie – Marco był już tego świadkiem – a i tak nie tracił dziewczęcych względów. Dlatego, że dziedziczył książęcy tytuł? Że urodzenie czyniło go pierwszym kawalerem po małoletnim królewiczu? Że był piękny?

Po przeciwnej stronie tarasu stanęli dwaj koriańscy posłowie. Marco nie mógł określić, czy kierowała nimi jedynie ciekawość, czy też pilnowali, by nikt z obecnych nie uchybił ich przyszłej władczyni. Im również udzieliła się swobodna atmosfera letniej posiadłości – w przeciwnym wypadku byliby albo wewnątrz wraz z magnaterią, albo na dole, nie odstępując wybranki swego księcia i jej panien na krok. Rozmawiali między sobą cicho w dziwnym, śpiewnym języku, śmiejąc się raz po raz. Ich stroje były bogato zdobione, dopasowane do rangi uroczystości, choć różniły się od sztywnych ubrań rodzimych panów. Dodatkowo zdawali się być bardziej przystępni i naturalni, co również przekładało się na ich inną od tutejszej prezencję. Zresztą na dworze panowała opinia, że Korianie niewiele się różnią od barbarzyńskich ludów północy i wschodu, że to monarchia młoda i bez tradycji. Być może coś w tym było.

Speszony odwrócił się ku wysypanym piaskiem ogrodowym alejkom, gdy pochwycił rozbawione, roziskrzone spojrzenie jednego z nich. Dostrzegł jeszcze błysk uśmiechu, zanim ukrył twarz za pucharem. Znowu doleciał go dźwięczny śmiech, przepleciony melodyjną mową.

*

— …i wtedy dosiadł konia, jak błyskawica pognał za… za błękitnym króliczkiem z pomponiastym ogonkiem i już, już miał go dopaść, żeby móc mi go ofiarować, gdy króliczek w kłębach dymu przemienił się w przerażającego smoka i pożarł wszystko wokół, łącznie z moim dzielnym nieodżałowanym bratem i jego klaczką. Koniec. Czyż nie tak to się właśnie skończyło, Van?

Wyrwany z zamyślenia brzmieniem własnego imienia i ciszą, jaka zapadła nagle w towarzystwie, Van podniósł głowę. Marienne uśmiechała się lekko, kręcąc parasolką w dłoni, a jej nowe dwórki wpatrywały się w niego wielkimi ciemnymi oczyma. Kilku chłopców stojących najbliżej z gorszym lub lepszym skutkiem udawało, że wcale mu się nie przyglądają, a młody hrabia Maurice… przygryzał pięść tłumiąc śmiech?

— Hm?

Zamrugał kilka razy, oślepiony refleksem popołudniowego słońca odbitym od królewskiej parasolki. Isabelle wychyliła się do przodu, tak że widział już tylko jej ściągniętą w zniecierpliwieniu twarz.

— Prosiłam, żebyś potwierdził, że na ostatniej naszej wspólnej przejażdżce w lasy Brugge było właśnie tak, jak przed chwilą opowiedziałam — wygłosiła spokojnie, akcentując wyraźnie każde słowo, jakby mówiła do dziecka, a nie starszego brata. Uniosła wyczekująco brwi.

— Bardzo śmieszne, Isabelle. — Tak, jej twarz pozostawała kamienną maską powagi, ale jasne oczy błyszczały figlarnie. Nie słyszał ani słowa z tego, co powiedziała, ale zbyt dobrze ją znał, żeby dać się nabrać. – Powinnaś zająć miejsce dworskiego błazna, tak dobrze sobie radzisz z żartami.

Pierwsza roześmiała się Marienne. Koriańskie panny od razu jej zawtórowały. Nawet Isabelle uśmiechnęła się szeroko.

— Nie ma co udawać, drogi kuzynie. Nudzisz się tu z nami — zauważyła Marienne, gdy ostatnie nuty śmiechu wybrzmiały w powietrzu.

— Skądże, wasza miłość. W takim towarzystwie?

— Oczywiście. Odkąd opuściliśmy pałac nikt słowem nie wspomniał polowań ani pojedynków. Mówiliśmy za to o…? — Zawiesiła wyczekująco głos.

Van uśmiechnął się nieznacznie, z błyskiem przekory w oczach.

— …wielu istotnych sprawach, jak sądzę. Nieładnie tak sprawdzać własnych gości, wasza miłość.

— Nieładnie tak zbywać i ignorować gospodynię, kuzynie. Ale dla nas to nie tajemnica, że jeśli wokół nie ma koni, broni lub rywala do walki, jesteś znudzony jak mops. Miałam kiedyś mopsa – i wiem, że taka mina może oznaczać tylko jedno! Przez wzgląd na naszą długoletnią przyjaźń wybaczę ci ten nietakt, jeśli zdradzisz nam, o czym tak zapamiętale myślałeś.

— Ja ci powiem, kochana – wtrąciła się Isabelle, odciągając Marienne o krok od Vana. – Zanim znów nawymyśla te swoje zgrabne wykręty, a ty dasz się złapać na jego gładkie słówka. Myślał o porannym polowaniu i tym, jak bardzo cierpi, bo zamiast w towarzystwie swojej klaczki musi przebywać z nami. Do tego w ogrodach. Do tego spacerując. Wśród kwiatów.

— Isa — mruknął, tym bardziej poirytowany, że każde słowo siostry było prawdą.

Rano, po wschodzie słońca ci, którzy dali radę podnieść się z łóżek po wczorajszej zabawie, wyruszyli w okoliczne lasy. Jemu szczęście niezwykle dopisało. To znaczy – inni nazywali to szczęściem, dla niego był to talent i umiejętności. Jak nikt trzymał się w siodle i jak mało kto miał celne oko. Ale wszystko, co dobre musi się skończyć, a spacer z Marienne i jej nowymi przyjaciółkami nawet w połowie nie był tak zajmujący jak poranna wyprawa w las.

Marienne pogroziła mu zabawnie palcem w koronkowej rękawiczce, po czym okręciła się wdzięcznie na obcasiku do kolejnego z towarzyszących jej młodzieńców.

— A pan, panie Rosiere, też się z nami nudzisz?

Młody syn hrabiego spłonął rumieńcem jak panienka na wydaniu. Van prychnął. To tylko pogłębiło czerwień na twarzy chłopca. Nie miał jeszcze piętnastu lat, i po raz pierwszy był sam na sam w tak znamienitym towarzystwie.

— Nie, wasza miłość. Nie śmiałbym…

— Van…? — Marienne najwyraźniej już mu przebaczyła, skoro chciała jego opinii.

— Powiedziałbym, że jest zbyt onieśmielony obecnością waszej miłości. I nie tylko on jeden.

Od razu przeklął się w duchu za te słowa, gdy Marienne zwróciła się do Isy.

— Isabelle?

Wiedział, że nie ma z nimi szans, gdy obie sprzysięgają się przeciw niemu.

— Dobrze znasz mojego brata, kochana. Obie wiemy, że byłby z niego całkiem przyzwoity czaruś, gdyby włożył w to trochę serca – ale sama widzisz!

— Drogi kuzynie, wypraszam sobie te impertynencje! Nie będę tolerować nieszczerych pochlebstw! — Marienne zakręciła parasolką w dłoni. — Wracamy. Na nic nam wasze towarzystwo, panowie, gdy zamiast nas zabawiać myślicie bogowie wiedzą o czym!

— Wasza miłość jest dla nas zbyt okrutna. To, że Van nie potrafi zachować się w towarzystwie, to nikogo nie dziwi, ale żeby od razu nas wszystkich karać za jego przewiny?

Ciemne brwi królewny zjechały się w prościutką kreskę.

— Uważaj, drogi panie Maurice. Mówisz o królewskim kuzynie. Moim najdroższym kuzynie. Zastanów się, czy wypada…?

— Wybacz, wasza miłość.

— Nie mnie przepraszaj! — rzuciła lekkim tonem, kierując się z powrotem w stronę dworku.

Młody hrabia Maurice rzucił chmurne spojrzenie Vanowi, które ten zignorował, dołączając do kuzynki. Marienne od razu zaplotła mu dłoń wokół ramienia, co wywołało kolejny wybuch perlistego śmiechu wokoło.

— Wiem! Wiem, co zrobię, drogi kuzynie. Specjalnie dla ciebie. Tylko dla ciebie! Nie chcesz zabawiać nas rozmową, zatem pozwolę ci na to, w czym jesteś najlepszy! — Wyrwała dłoń spod jego ramienia, podała parasolkę jednej z dziewcząt i zaklaskała radośnie. — Turniej! Turniej powinien rozbawić nie tylko nas, drogie panie, prawda?

Nie czekając na odpowiedź wysunęła się na przód ku jednemu ze służących. Chwilę później rozporządzenia zostały wydane.

*

Powoli wszyscy dołączali do młodzieży na wcześniej już wzniesionych trybunach. Jako ostatni wnętrze dworku opuścili królewscy strażnicy – w maskach i płaszczach do ziemi, i sam król. Gdy wyszli na zewnątrz gwar rozmów przycichł, ale tylko po to, by król – jeśli taki miałby zamiar – mógł wygłosić mowę do gromadzących się na dziedzińcu wojowników. Widok kryjących swe oblicza rycerzy od lat nie był już niczym nowym ani niczym niezwykłym. Goście na dworze poświęcali im taką samą uwagę jak służbie czy gwardii.

Król zajął miejsce w centralnym miejscu trybun. Obok niego po prawej stronie jego małoletni syn, po lewej – brat. Marienne trochę dalej, pod płóciennym zadaszeniem, wciąż w otoczeniu roześmianych piękności i tutejszych młodzieńców.

Marco nie opuścił swojego miejsca na tarasie. Stąd miał całkiem dobry widok. No i hołdował swojej opinii nietowarzyskiego mruka. Pochwycił karcące spojrzenie ojca z dołu, ale od razu odwrócił wzrok. Dziś nakazy etykiety zostały odstawione na bok, więc i on nie zamierzał się do niczego zmuszać. Ojciec stał na uboczu w towarzystwie kilku swoich przyjaciół, częstych gości w ich domu. Nie miał ochoty do nich dołączać. No bo co mu groziło? Urażenie władcy, nad którym zawisł niewidoczny topór pewnie trzymany w garści przez „lojalnych poddanych”? Dobrze wiedział, że historia właśnie zatacza koło, i że niedługo już król będzie cieszył się swym dziedzictwem.

Panowie, już czas.”

Ale to nie była chwila na ponure myśli. Wydarzy się, co się wydarzyć powinno. Na razie pierwsza para wojowników wkroczyła pewnie na przygotowaną arenę. Kiwnął na służącego, który momentalnie dopełnił jego kielich, i oparł się wygodniej o balustradę.

Walka na dole rozgorzała na dobre. Popołudniowe słońce rozbłyskiwało na wzniesionych, tnących powietrze klingach. Ostry dźwięk stali uderzającej o stal ledwo co górował nad coraz głośniejszymi pokrzykiwaniami z trybun. Młodzi szlachcice niemal od razu powstawali z miejsc, by dopingować swoich faworytów. Na razie do pojedynków stawali specjalnie szkoleni chłopcy, którzy dzięki talentowi i odrobinie szczęścia zamienili wojskową służbę na popisy przed władcą. Ale to tylko kwestia czasu, zanim zaczną padać wyzwania z trybun i na arenę dołączą młodzi arystokraci. Jak Van de la Varre. Marco był pewien, że on czekał jedynie, aż słabsi zostaną wyeliminowani i zostaną tylko ci lepsi, z którymi warto się mierzyć.

To był kolejny problem Marca. Nie tylko nie zabiegał gładkimi słówkami i olśniewającymi uśmiechami o przychylność dworskich panien, ale i nie zabawiał ich również popisami w modnych na dworze towarzyskich turniejach i pojedynkach. Nie należał do najgorszych szermierzy – ojciec zadbał i o tę stronę jego wykształcenia, ale wiedział, że byli lepsi. A Marco nie zamierzał być tylko kolejnym na liście pokonanych, żeby panienki mogły w zachwycie piszczeć nad kunsztem młodego de la Varre’a albo innego paniczyka, dla którego nie liczyło się nic poza walką i rozanielonymi, zakochanymi spojrzeniami dziewcząt.

— Który z nich wygra?

Ciepły oddech owiał mu ucho, wyrywając z zamyślenia. Odwrócił się zaskoczony, omal nie rozlewając wina. Korianin zdążył się już cofnąć. Na jego twarzy błąkał się nieznaczny uśmiech ni to rozbawienia, ni to nieśmiałości. Marco znowu poczuł, jak się czerwieni pod wpływem roziskrzonego spojrzenia. Tym razem nie miał już gdzie się ukryć.

— Zatem…?

Z trudem odrywając wzrok od smagłej twarzy posła poparzył na arenę. Kolejna para walczyła wśród zachęcających i ponaglających krzyków z trybun. Teraz nie było już nawet słychać zgrzytu stali.

— Z nich? Pewnie ten, którego wybrali spomiędzy siebie.

Ciemne brwi zjechały się w zamyśleniu.

— Po co urządzać takie nieprawdziwe widowisko? – zapytał po chwili Korianin. Bezbłędnie mówił po ilearsku, choć nie był w stanie, a może nie chciał, pozbyć się śpiewnego rodzimego akcentu.

— To tylko przygotowane popisy. Król je lubi, a chłopcy w ten sposób unikają niepotrzebnych zranień. Oczywiście obietnice wysokich sum za zwycięstwo, rzucane z trybun, zwykle mają wpływ na wzrost spontaniczności. Ale to i tak tylko zabawa.

— A gdy walczą oni? — Korianin znów się zbliżył.

Pierwszy z młodych śmiałków właśnie przeskakiwał nad sznurową barierką. Marco wstrzymał oddech, zanim ten niebezpiecznie przyspieszył. Obok niego było dość wolnej przestrzeni, by poseł swobodnie mógł znaleźć miejsce, skąd widziałby i arenę, i trybuny. Z całą pewnością nie musiał spoglądać mu ponad ramieniem.

— Wtedy… – zaczął, ale głos mu się załamał. Poseł uśmiechnął się, a z jego oczu znikły wszelkie oznaki zawahania. Zresztą, być może nigdy ich tam nawet nie było, a Marco tylko się przewidział? – Wtedy walka jest bardziej zażarta. Oni nie walczą dla rozrywki króla, tylko dla swoich dam.

— A ty?

— Ja nie walczę.

— Nie potrafisz? Czy nie masz damy, dla której warto byłoby się poświęcać?

— Po…potrafię.

— Mhm.

Nie pytając o nic więcej Korianin skoncentrował się na walczących. Teraz na trybunach większe poruszenie zapanowało wśród panien. Widać było, że pojedynki młodzieńców, których celem było im zaimponować, budziły więcej emocji w dziewczęcych sercach.

Marco z rosnącą fascynacją obserwował, jak jego oddech porusza łagodnie wijące się ciemne kosmyki, które wymknęły się z węzła na karku posła. Wiedział, że wciąż są za blisko, ale nie cofnął się. Korianin przechylił się do przodu, by nic nie przesłaniało mu widoku. Otarł się przy tym o ramię Marca, na co policzki chłopaka zapłonęły z nową mocą.

— Który z nich jest najlepszy?

Śpiewny głos zdjął z niego czar. Marco cofnął się, zwiększając między nimi dystans. Oparł się o balustradę. Starając się zapanować nad oddechem i nagłą falą gorąca, dreszczami rozchodzącą się po ciele, sprawdził, co dzieje się na dole. Większość chłopców już porzuciła towarzystwo królewny. Przewieszeni nad barierkami dopingowali teraz swoich kolegów. Van stał całkiem z przodu, ale wciąż jeszcze wśród publiczności, nie na arenie. Nikły uśmiech pojawił się na twarzy Marca. Nie sądził, że młody de la Varre tak długo powstrzyma się przed udziałem w popisach.

— On?

Ukrył zmieszanie unosząc zapomniany puchar do ust. Dopił wino i po raz kolejny przywołał gestem służącego. Dopiero potem odpowiedział.

— Tak.

— Dlatego mu się tak przyglądasz? Czekasz na jego walkę?

Kolejna rumieniec zalał mu twarz, tym razem nie z powodu bliskości Korianina. Nie wiedząc, co powiedzieć, i czy w ogóle coś mówić – czuł, że głos znów mógłby mu się załamać – ograniczył się do lekceważącego prychnięcia. Jego reakcja przyciągnęła palący wzrok mężczyzny, choć tylko na moment.

— To bratanek króla?

— Tak.

— I jest naprawdę dobry?

— Tak.

Na krótką chwilę sympatyczny uśmiech Korianina stał się drapieżny. Dziki błysk pojawił się w ciemnych oczach, zgasł jednak, gdy poseł spojrzał na Marca.

— Sprawdźmy.

Odstawił swój puchar i z kocią gracją przeskoczył nad balustradą, zręcznie lądując kilkanaście stóp niżej. Ci, którzy to zauważyli, palcami wskazywali go pozostałym. Król wzniósł dłoń i przerwał toczący się pojedynek. Na twarzy drugiego posła, stojącego u boku monarchy, zaigrał nikły uśmieszek.

Korianin zbliżył się do trybun. Nie wszedł między publiczność, tylko zatrzymał się na dole, przed zdezorientowanym młodym de Courem i jego przeciwnikiem. Skłonił się przed królem i resztą możnych, potem przed Marienne, a ona aż podniosła się z miejsca, by lepiej mu się przyjrzeć.

Po raz pierwszy tego dnia Marco pożałował, że wybrał sobie tak odległe miejsce. Poseł coś mówił, ale szmer poruszonych rozmów zagłuszył jego słowa. Marco widział tylko jak król wybucha śmiechem, Van wraca do Marienne, przyklęka przed nią, a ona obwiązuje mu ramię kokardą wypiętą z włosów. Nie umknął mu też szybki całus i kolejny wybuch perlistego śmiechu wśród dwórek, gdy Van już się odwrócił i równie zręcznie co Korianin zeskoczył z trybun na arenę.

*

Van nie cenił przedstawień młodych królewskich szermierzy, których pojedynki z reguły z góry miały ustalony wynik. W jeszcze mniejszym poważaniu miał popisy hrabiątek, próbujących machaniem miecza zaimponować rozemocjonowanym panienkom. Nie znaczyło to jednak, że nie uczestniczył w tych przedstawieniach z chęcią i zapałem. Zawsze to lepsze od towarzyszenia Marienne i jej dwórkom w popołudniowych spacerach po ogrodzie albo włóczenia się krok w krok za ojcem, omawiającym z tym lub innym radcą „sprawy wagi państwowej”. Nawet teraz od strony ojca i wuja dolatywały go strzępki dyskusji na tematy zbyt poważne i nudne jak na dzisiejszy dzień. Kilka razy pochwycił swoje imię w rozmowie z posłem. Wiedział, czego dotyczyła, i choć wcześniej nie miał zamiaru tak szybko opuszczać boku swej kuzyneczki, teraz ignorując jej uroczo naburmuszoną minę dołączył do chłopców przy barierkach, czekających na swoją kolej zaprezentowania się na arenie.

Maurice też już czekał, ale na to, by móc w końcu go wyzwać za wcześniejszą „obrazę” i „upokorzenie”. Z nim też Van spodziewał się stoczyć pierwszy pojedynek. Jednak gdy na arenie znikąd pojawił się ten Korianin, sprawy przybrały całkiem ciekawy obrót.

Nie tylko bez wahania przyjął wyzwanie. Korianie mieli opinię świetnych wojowników, a poseł następcy tronu na pewno nie był byle żołdakiem. Zrobił coś, czego nie powinien – poprosił Marienne, by ostatni raz zanim zostanie koriańską królową pozwoliła mu walczyć w jej imieniu i dla niej. Przyjął z jej rąk srebrną kokardę.

Zwyczajowo ukłonił się królowi. Wuj ze śmiechem gratulował ojcu bezbłędnego wychowania syna – butnego i aroganckiego. Stojący za nimi poseł przyglądał się temu ciekawie, bez śladu wrogości. Na smagłej twarzy pojawił się nawet nikły uśmiech, gdy wymienił spojrzenie ze swoim krajanem.

— Słyszałem, że jesteś dobry. Jak dobry? – doleciały go wyśpiewane bardziej niż wymówione słowa.

— Najlepszy – zapewnił.

Przeciwnik był starszy od niego, ale nie wyższy ani masywniejszy. Jeśli wszystko, co mówiono o Korianach to prawda, zapowiadał się wyrównany pojedynek.

— Czelny jesteś. Prosić naszą przyszłą władczynię o przychylność w walce przeciwko jednemu z jej poddanych.

— Dopiero od jutra. Dziś to moja siostra, Korianką stanie się jutro.

— Więc walczysz dla niej?

— Tak.

— A ja walczę dla niego. Widzisz?

Bez odwracania się wskazał na dworek i taras. Van zmarszczył brwi, rozpoznając zapatrzonego w nich von Throima.

— Dla niego cię pokonam — dokończył Korianin.

— Zobaczymy.

Van ścisnął mocniej rękojeść krótkiego, pojedynkowego miecza. Korianin zakręcił swoim w dłoni. Jego uśmiech nieodparcie przywodził na myśl wyszczerzonego wilka. Ciemne oczy płonęły już nie tylko rozbawieniem; w ich blasku Van wyczytał obietnicę zabawy – niebezpiecznej jak zabawa z ogniem.

Stal uderzyła o stal i powietrze zaiskrzyło. Na trybunach znów było cicho, wokół niosły się tylko szmery komentarzy między sąsiadami i westchnienia zapatrzonych kobiet.

— Bogowie, jacy oni obaj piękni. Nie wiem, który bardziej.

— Oby mój narzeczony mógł się z nimi równać…

— Czujecie to napięcie? Wokół nich aż iskrzy!

— Van poradzi sobie bez trudu.

— No nie wiem. Spójrz tylko na tego Korianina. Mówią, że nie mają sobie równych.

— Ciekawe, czy są równie biegli w… innych sztukach, jak w machaniu mieczem.

— Wstydź się! O czym ty myślisz!

— Powiedz, że ty nie myślisz o tym samym!

— Oh! Cicho, głupie! Widziałyście? Omal nie zranił Vana!

Wystraszone „ooooooh” rozeszło się wśród żeńskiej części publiczności, gdy Van o włos uniknął ostrza przelatującego tuż przy ramieniu. Korianin sparował kontrę Vana i wyprowadził kolejny atak, tym razem drąc materiał pod przywiązaną kokardą. Van odskoczył. Na kilka chwil wrócili do powolnej, niegroźnej wymiany ciosów. Nie trwało to jednak długo, kilka uderzeń i znów byli przy sobie.

— Co za pojedynek! Widziałyście? Widziałyście to?

Niemal wszystkie już stały, by jak najuważniej przyglądać się walce. Kolejne „ooooh” — tym razem pełne zachwytu i aprobaty, rozległo się wokół, gdy zgrabna parada Vana pozostawiła za sobą krwawą rysę na przedramieniu przeciwnika.

— Rzeczywiście dobry jesteś. Masz dobrego nauczyciela. Ale musisz się jeszcze nauczyć kilku rzeczy — usłyszał w reakcji na drobną ranę, pierwszą krew w tym pojedynku.

— Na przykład?

Odpowiedź nie nadeszła. Ułamek sekundy wystarczył, by miecz Korianina niespodziewanie znalazł się w jego lewej ręce. Van za późno się zorientował, co tamten zamierza. Nie był w stanie wykonać pełnego uniku, ale przynajmniej zamiast w żołądek, Korianin trafił go pięścią pod żebra. Cios był na tyle silny, że na moment pozbawił go tchu. Mimo to Van dał radę się cofnąć, i celnie wymierzony łokieć o cal minął głowę.

— Brawo. Ale to nie koniec – usłyszał, i w tym samym momencie dostrzegł zbliżające się nieuchronnie do twarzy ostrze. Poczuł leciuteńki podmuch na skórze, ale ból nie nadszedł. Tuż przed sięgnięciem celu miecz osunął się niżej. Rozcięta wstążka Marienne opadła na ziemię.

— Szkoda byłoby zepsuć taką ładną buźkę.

Korianin schylił się i podniósł z ziemi skrzącą się kokardę. Spojrzał na Vana pytająco. Ten kiwnął głową.

— Wygrałeś. Tym razem.

Mężczyzna uśmiechnął się. Skłonił się przed nim lekko.

— Jestem pewien, że jeszcze się spotkamy. Nie miej mi za złe tej małej zabawy. Musiałem sprawdzić, jakiego męża szykujecie dla mojej siostrzyczki.

Odprowadzany zaskoczonym spojrzeniem podszedł do trybun. Jak poprzednio skłonił się przed monarchą i przed jego bratem. Obu daleka była niedawna wesołość. Mimo to, na twarzy króla pojawił się nikły uśmiech, gdy z uznaniem uderzył kilka razy dłonią o dłoń.

Korianin odwrócił się w stronę Marienne i nie spuszczając z niej wzroku uniósł wstążkę do ust, by ją ucałować z szacunkiem. Uśmiech królewny przygasł, ale wysiliła się na wdzięczny dyg. Ilearskie panny milczały, blade i z zaciśniętymi ustami, za to Korianki szeptały między sobą tak cicho, by nie urazić swej nowej pani, i z radością obdarzały posła olśniewającymi uśmiechami. Wyszczerzył się do nich sympatycznie, po czym ukłonił się wszystkim głęboko i odszedł.

I wtedy wśród publiczności zawrzało. Król machnął na służącego. Wyszeptał mu kilka słów, a ten skłonił się i zniknął w tłumie. Zaraz potem król podniósł się i gestem uciszył swych gości.

— Kolację podano — rozległo się za nim. I to był znak, że na dziś pojedynków już dosyć.

*

Po raz pierwszy Marco był świadkiem porażki Vana. Nawet ze swego miejsca widział jak wściekły był młody de la Varre. Mimo to, gdy opadły go dziewczęta, uśmiechał się, lekceważąco wzruszając ramionami na ich pełne troski i otuchy słowa. Na krótką chwilę ich oczy spotkały się, i wtedy wszelkie ślady uśmiechu zniknęły z twarzy Vana.

Jeszcze kilka razy w czasie wieczerzy Marco pochwycił jego spojrzenie. Tak samo jak kilka razy dostrzegł roziskrzony wzrok zwycięzcy pojedynku. I jedno, i drugie budziło w nim nieokreślony niepokój, choć w obu przypadkach różny. Przy pośle policzki i kark palił irytujący rumieniec. Van sprawiał, że targał nim zimny dreszcz, a żołądek kurczył się w niezrozumiałej reakcji na wyzbyte z emocji, zagadkowe spojrzenie. Marco nie mógł przestać się zastanawiać, o czym myśli de la Varre, gdy tak na niego patrzy. I dlaczego patrzy.

I nawet gdy późnym wieczorem udało mu się wymknąć z bankietu, to szare oczy wciąż nie dawały mu spokoju, jakby wypaliły mu znak na duszy.

Szemrząca na kamieniach woda odbijała refleksy blasku księżyca. Od strony dworku dolatywał gwar rozmów i muzyki. Do mostka na strumyku nie było aż tak daleko, jak mu się wydawało w dzieciństwie. No i balustrada nie była tak wysoka; teraz sięgała mu ledwo do połowy ud. Nie musiał się wychylać, żeby zobaczyć w wodzie nocne ryby.

— Czekasz na kogoś?

Z mroku na brzeg strumienia wyszedł koriański poseł. Przyglądał mu się. Tak się przynajmniej Marcowi zdawało – rozpuszczone włosy kryły w cieniu większą część twarzy.

Pokręcił głową. Korianin dołączył do niego na mostku. Przysiadł na balustradzie.

— Myślałem, że może czekasz tu na swojego przyjaciela.

— Kogo?

— Wiesz. To czarnowłose wcielenie waszej idei arystokraty.

— Masz na myśli Vana de la Varre? To nie jest mój przyjaciel.

— Zauważyłem. — Na twarzy posła zaigrał nikły uśmieszek, ale zgasł szybko. Podparł się dłońmi o balustradę i spojrzał w upstrzone gwiazdami niebo. — Zauważyłem też, że wciąż mu się przyglądasz.

— I nie jest wcieleniem idei arystokraty — mówił dalej Marco, jakby go nie usłyszał. — Nie naszej. Może imperialnej. Nie wiem.

Korianin odwrócił się ku niemu. Uśmiechnął się.

— A wiesz o tym, że on także zginie? — szepnął i znowu gorący oddech musnął policzek Marca. — Jeżeli wasze plany się ziszczą – a teraz, gdy my już tu jesteśmy, ziszczą się na pewno – twój Van de la Varre będzie musiał umrzeć. Bo inaczej – po co to wszystko?

Słowa ojca sprzed kilku miesięcy na nowo rozbrzmiały mu w głowie.

Panowie, już czas. Nie będziemy dłużej tolerować tyranii. Koniec z imperialnymi figurantami. Chcemy własnego króla i własnej Rady. Ilear nie będzie dłużej klęczał przed tronem Agellata.

„…a teraz, gdy my już tu jesteśmy…” Bezwzględni, zaprzysiężeni wrogowie Cesarstwa. Król przekonany głosami swej Rady spodziewał się, że dzięki małżeństwu Marienne z koriańskim księciem zyska wgląd w politykę tego hardego państewka. Nie przekona się, jak bardzo się pomylił. Nie dożyje.

— Nie wiem… Nie wiem, o czym mówisz. — Marco uciszył szalejące myśli. Nie chciał tego rozważać. Nie dziś. Nie teraz.

Odpowiedział mu dźwięczny śmiech.

— Oczywiście. Wybacz. Zresztą i tak nie przyszedłem tu dywagować o polityce.

— A po co?

Korianin wygrzebał z ubrania połyskującą w mdłym blasku księżyca kokardę.

— Wygrałem ją.

— Gratulacje. Oszukiwałeś.

Korianin znów się roześmiał. Tym razem ten śmiech – mimo że tak melodyjny i ciepły – już mu się nie spodobał.

— To, co zrobiłeś na końcu, ten cios w brzuch, to nie było honorowe.

— Ależ dziecko. Dla ciebie w walce chodzi o honor? Nie o zwycięstwo?

— Za wszelką cenę?

— Oczywiście. W walce zwycięstwo to życie. Przegrana to śmierć. Lepsza honorowa śmierć od przeżycia?

Marco milczał. Zapatrzył się w przepływającą dołem wodę. Korianin też się odwrócił i podparł łokciami o balustradę.

— Odpowiedz.

— To nie była walka o życie. To była tylko…

— …zabawa? Nie. Walka nigdy nie jest zabawą. Nawet popisowa walka przed spragnionym rozrywki monarchą. A może zwłaszcza taka. Twój Van de la Varre to rozumie. I prawie nie dał się złapać. Zabrakło sekund. Prawie miałeś rację. Jest dobry. Ale nie jest jeszcze najlepszy.

— Przestań tak go nazywać.

— Jak?

— Moim Vanem de la Varre. Jest dla mnie…

— …wrogiem?

Marco znów zamilkł.

— Nie jest przyjacielem, ale też nie jest wrogiem?

— Jego ojciec jest wrogiem mojego. To chyba wystarczy.

— Wystarczy… do czego?

— Po co o to pytasz?

— Masz rację. Po to też tu nie przyszedłem.

— To po co?

Kokarda królewny zatańczyła mu przed twarzą.

— Wygrałem ją. Dla ciebie. I należy mi się za to nagroda.

— Co to znaczy?

Uśmiech Korianina złagodniał. Odłożył kokardę na balustradę i wyprostował się. Delikatnie odsunął jasne loki z twarzy Marca, a potem przemknął palcami wzdłuż jego policzka. Niebieskie oczy rozszerzyły się, a zaraz potem pojawił się gwałtownie ciemniejący rumieniec, ale Marco nie cofnął się i nie protestował nawet wtedy, gdy odwrócił jego twarz ku sobie. Pochylił się, by dotknąć rozchylonych warg ustami. Pohamował uśmiech, gdy powieki chłopca zatrzepotały i zamknęły się, a on sam nieśmiało odpowiedział na pocałunek.

Wargi Korianina były miękkie i ciepłe, i przyjemne. I tak łatwo było im ulec. Marco poczuł palce na karku pomiędzy włosami i przysunął się bliżej. Jego dłoń – może dla równowagi? — zacisnęła się na ramieniu mężczyzny. A gdy poczuł wilgotne muśnięcie języka do końca zapomniał, gdzie jest i z kim jest.

„…zginie…”

Marco gwałtownie otworzył oczy. Cofnął się zszokowany, nie do końca pewien czy pocałunkiem, czy też powracającym wspomnieniem śpiewnego głosu, uparcie powtarzającego wciąż to jedno słowo.

Korianin znów przyglądał mu się z uśmiechem, a jego dłoń wciąż jeszcze gładziła opartą o balustradę dłoń Marca.

— Nagroda warta starań — usłyszał. — Do zobaczenia, Marco.

Wciąż nie mogąc wydobyć z siebie głosu, Marco przyglądał się jak poseł znika w mroku na ścieżce prowadzącej do dworku. Dopiero po długiej chwili sięgnął po leżącą na polerowanym kamieniu kokardę. Migotała jak strumyk poniżej.

Rozdział II

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Rozdział I

  1. I weź tu człowieku znajdź słowa na konstruktywny komentarz… Ech, dolo, moja dolo! Tworzysz naprawdę intrygujący klimat opowieści. I wciągasz czytelnika kreowany przez siebie świat zupełnie niespodziewanie, i z takim impetem, że po przeczytaniu rozdziału zostaje w zupełnym szoku z rozdziawioną paszczą. Robisz to cudownie. O rany, naprawdę. Po lekturze tekstu powyżej aż mam wyższe ciśnienie z zachwytu. Z początku miałam problem z rozróżnieniem królewny i jej kuzynki, ale to nie zmienia faktu, że później przepadłam dokumentnie. Pal licho baby! Marco i Korianin…! Och i ach, love tak bardzo! Jestem absolutną fanką tego posła. Nosz cudowny jest! Mam ochotę uwiesić mu się na nodze i już nie puścić. *__* Pędzę czytać dalej!

    Polubienie

  2. To jest…cudowne…Klimat tworzysz magiczny! Te postacie, fabuła jest naprawdę dobrze przemyślana! Jestem pod wrażeniem. Pokochałam już twoje opowiadanie 😀 i spędzę całą niedzielę na nie 🙂 Och cóż to za poseł, nogi miękną totalnie 😀 Uwielbiam!
    weny rurq

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s