Prolog

Marco był znudzony. Nie lubił tu przyjeżdżać. Matka na te okazje wsadzała go w niewygodne ubrania z mnóstwem koronek, paseczków i falban, i z wielkim białym kołnierzem drapiącym irytująco szyję i twarz. Nic mu się tu nie podobało: ani mieniące się setką blasków sale, rozświetlone aż oczy bolały, ani uroczyste posiłki, na których należało zachować wszelkie zasady etykiety – a któż by je wszystkie w ogóle spamiętał! – bo wysokie guwernantki ze srogimi minami zaraz zabierały się za napominanie i strofowanie, ani to, że poza wspomnianymi guwernantkami nikt nie zwracał na niego uwagi. Dlatego zawsze jak najszybciej starał się zniknąć z oczu dorosłym i zaszyć się gdzieś w spokojnym kącie z dala od wszystkich. Tym razem też, gdy tylko nadarzyła się okazja, wybiegł przez otwarte drzwi na taras, a potem po kamiennych schodkach w otaczające letni dworek królewski ogrody.

Ogrody też mu się nie podobały – daleko im było do tych w domu, gdzie kwiaty rosły pielęgnowane ręką matki – ale i tak wolał je od oślepiających, bogatych wnętrz. Tutaj miał przynajmniej trochę swobody. Mógł poluzować sznurki kołnierza i porozpinać guziki kubraka bez narażania się na karcące spojrzenia i nagany. Mógł biegać po wysypanych piaskiem alejkach, a nie siedzieć sztywno w krześle przy stole przeznaczonym dla dzieci. Mógł przypatrywać się barwnym, egzotycznym rybom w przecinającym ogrody strumyku.

Dzisiaj jego miejsce na mostku okazało się już zajęte. Oparty o balustradę stał czarnowłosy chłopiec niewiele chyba starszy od niego. Nie zauważył Marca, bo w skupieniu obserwował szemrzącą cicho wodę. Marco rozejrzał się szybko, ale nikogo więcej nie dostrzegł. Uśmiechnął się szeroko i wbiegł na mostek. Przechylił się nad balustradą, próbując wypatrzyć czemu z takim zainteresowaniem przygląda się chłopiec. Był niższy, i musiał wspiąć się na palce i aż położyć się brzuchem na polerowanym, lśniącym w słońcu kamieniu, a gdy jeszcze spojrzał w dół…

— Uważaj, bo spadniesz. — Chłopiec chwycił go za sztywny kubrak, zanim stracił równowagę. Marco odwrócił się do niego z uśmiechem, ani przerażony, ani zaskoczony.

— Dziękuję. Jestem Marco. — Wyciągnął przed siebie rękę jak widział to u ojca.

Chłopiec przyglądał mu się przez moment, potem jego dłoni. W końcu uścisnął ją z wahaniem.

— Van.

— Co tu robisz?

— Wymknąłem się. Miałem pilnować siostry, ale… — Van wykonał jakiś skomplikowany gest o nieznanym znaczeniu, po czym wrócił do przypatrywania się rybom. Bo teraz Marco też już wyraźnie widział błyskające w wodzie ryby.

— Ja też. Wymknąłem się, znaczy. — Tak, wymknął się. To określenie strasznie mu się spodobało. — Nie mam siostry.

— Szczęściarz.

— Też się tutaj nudzisz?

Ciężkie westchnienie miało chyba oznaczać „tak”, ale poza tym Van nawet nie drgnął i Marco musiał szarpnąć go za kurtkę, żeby zwrócić na siebie uwagę.

— Chcesz zobaczyć, co tam jest? — Wskazał na kępę drzew rosnących po drugiej stronie strumyka.

Van podążył spojrzeniem za jego dłonią. Wsunął ręce do kieszeni i ruszył we wskazanym kierunku.

— Nie boisz się? — zapytał, gdy Marco dobiegł do niego i wyrównał krok, trochę za długi i za szybki dla niego.

— Nie. Jak dorosnę to będę jeździł po świecie i wszystko zobaczę! A ty?

— Ja niczego się nie boję. Będę rycerzem. Jak ci w maskach. I wszyscy będą bać się mnie.

„Ci w maskach” na Marcu też zrobili wrażenie. Mieli długie do ziemi płaszcze z kapturami narzuconymi na głowy, spod których widać było tylko gładkie maski zamiast twarzy. Wszyscy, nie tylko dzieci, obserwowali ich niespokojnie, gdy jak posągi stali przy boku króla. Smoczy Rycerze – tak ich nazywano.

— Mój tata mówi, że oni nie są dobrzy. Ale mają smoki. Chciałbym zobaczyć kiedyś smoka.

— Mój ojciec mówi, że smoki to bajki dla dzieci. Nie ma smoków. A ludzie powinni bać się ciebie, a nie jakichś wymyślonych poczwar.

— Ja nie chciałbym, żeby ludzie się mnie bali. Sam nie lubię się bać.

Van spojrzał na niego spod grzywy czarnych włosów.

— Dzieciak straszny z ciebie, wiesz? — rzucił, osłaniając dłonią oczy przed słońcem. – Ojciec mówi, że albo boją się ciebie, albo sam się boisz. Nie ma innej możliwości. A mojego ojca boją się wszyscy.

— Nie jestem dzieciak! Mam prawie siedem lat! I też niczego się nie boję!

— Nie? To ścigajmy się – kto pierwszy do lasu! — Van zaczął biec, zanim jeszcze skończył mówić.

Zaskoczony i rozzłoszczony Marco krzyknął za nim, ale odpowiedział mu tylko wesoły śmiech chłopca. Ruszył za nim. Nie miał jednak szans w tym wyścigu. Mniejszy i w krępującym ubraniu nie mógł dogonić Vana. Raz jeszcze krzyknął, gdy ten zniknął mu z oczu pomiędzy drzewami. Nie zważał na drące ubranie zarośla. Biegł dalej, nie mając zamiaru się poddać. W końcu wypatrzył go na małej polance. Van, gdy tylko usłyszał go za sobą, odwrócił się przodem.

— Pierwszy! — zawołał. Założył ręce za głowę i przeciągnął się mocno.

— Oszukiwałeś! — Marco zwolnił. Otarł dłonią rozpaloną twarz i skrzywił się, gdy zauważył rozdarty rękaw.

Van wyszczerzył się w uśmiechu. Nie zaprzeczył.

— Musisz się bardziej postarać następnym razem. I uważać. Matka pewnie złoi ci skórę, jak zobaczy twoje ubranie w takim stanie.

Marco ukrył rękaw za plecami, jakby to miało oszczędzić mu późniejszych kłopotów. Otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, ale zanim się odezwał, ubiegł go ktoś inny.

— Patrzcie, patrzcie, co wiatr nam tutaj przyniósł.

Obaj momentalnie się odwrócili. Przed nimi stała trójka dziwnie wyglądających obcych.

*

— Patrzcie, patrzcie, co wiatr nam tutaj przyniósł. — Anrai zatrzymał się na skraju zarośli, z ciekawością przyglądając się chłopcom, którzy dopiero teraz zauważyli ich obecność. Uniósł nieznacznie brwi na widok sztyletu, który pojawił się w zaciśniętej dłoni jednego z nich. Z tyłu doleciał dźwięczny śmiech Itari. Najwyraźniej ona też to spostrzegła. — Ciekawe. Nie spodziewałem się, że pozwalają młodym biegać samopas. Do tego z bronią.

— Zachowuj się. Nie mów tak o nich. — Inglot minęła go, wychodząc spomiędzy drzew na polanę. Ani jedna gałązka nie zahaczyła o jej mieniącą się srebrzyście suknię. Chłopiec ze sztyletem wysunął się o krok w przód, stając pomiędzy nią a towarzyszem. Uśmiechnęła się. I zatrzymała. Groźba w postawie młodzieńca była aż nazbyt wyraźna. — Nie powinno was tu być, chłopcy.

— A wy kim jesteście, żeby stawać na naszej drodze?

— Podoba mi się ten mały. Odważny i wyszczekany.

— Itari! — Inglot rzuciła przyjaciółce karcące spojrzenie. Ta tylko wzruszyła ramieniem, nie przestając się uśmiechać.

— Jemu chyba się nie podoba, że tak o nim mówisz — zaobserwował Anrai.

Rzeczywiście, czarnowłosy chłopiec miał tak zacięty wyraz twarzy, że nawet Inglot nie powstrzymała śmiechu. Szybko jednak zapanowała nad sobą.

— Powinniście wracać, zanim rodzice zaczną was szukać.

— Nie odpowiedziałaś, kim jesteście.

— I jeszcze arogancki i niecierpliwy.

— Jestem Inglot — przedstawiła się, ignorując komentarz Itari. Wskazała stojącą za jej plecami dwójkę, chłopaka o ogniście rudej czuprynie i dziewczynę w męskim stroju. — To są Itari i Anrai. Jesteśmy… gośćmi Jego Wysokości. Czy taka odpowiedź satysfakcjonuje cię, młodzieńcze?

Chłopiec zmrużył oczy, bacznie im się przyglądając, nie do końca przekonany.

— Jestem Marco von Throim, Pani. Wybacz nam ten brak manier — odpowiedział zamiast niego ten drugi. W jego oczach nie było strachu ani wrogości, za to niekryta ciekawość. Inglot uśmiechnęła się łagodnie, a Anrai przekrzywił głowę jak zaintrygowany kociak, by spojrzeć na drobnego, jasnowłosego chłopca w poszarpanym ubranku z wielkim kołnierzem.

— To zaszczyt dla nas poznać tak szlachetnego panicza, młody Marco. A czy twój towarzysz zdradzi nam swe imię?

Zanim Marco zdążył odpowiedzieć, ktoś inny zrobił to za niego.

— To Van de la Varre. Syn księcia Gabriela z Brugge. Nie sądzę, żeby sam się wam przedstawił.

Tym razem tylko Van odwrócił się w stronę nowego głosu i zrobił to tak, żeby nie stracić z oczu ich trójki. Anrai wydał z siebie pełne uznania „hmmm”, Inglot rzuciła ciche „Jesteś wreszcie” w kierunku nowo przybyłego, a uśmiech na twarzy Itari ustąpił powoli miejsca zamyśleniu. I tylko Marco nie zwrócił na to uwagi, poszerzonymi ze zdumienia oczyma wpatrując się w Vana.

— Wasza nieobecność już została zauważona. Radziłbym jak najprędzej wrócić do pałacu, panowie — dodał stojący w cieniu drzew mężczyzna.

— Czekaj! — Itari przedarła się przez krzaki i podeszła do Vana. Migotliwe światło spomiędzy liści błysnęło na ostrzu, ale zanim Van zdołał wykonać choć ruch, dłoń dziewczyny zacisnęła się na jego nadgarstku. Chciał się szarpnąć, ale gdy natrafił na błękitne spojrzenie, znieruchomiał.

— Teraz musisz wrócić do pałacu, Vanie de la Varre, synu Gabriela z Brugge. Ale my poczekamy. Ja poczekam. Będę czekać na ciebie, bo jesteś tego wart — powiedziała cicho, już bez śladu uśmiechu na twarzy czy w głosie. Przez chwilę trwali tak oboje w bezruchu, wpatrując się w siebie nawzajem. Wreszcie Van wyrwał dłoń, odwrócił się i bez słowa wbiegł między drzewa.

Marco przesunął wzrokiem po otaczającej go grupie dorosłych: po nagle poważnym rudowłosym młodzieńcu i kobiecie w srebrzystej sukni, po wciąż klęczącej na trawie dziewczynie ze złotym warkoczem, zapatrzonej w stronę gdzie pobiegł Van, i w końcu po okrytej ciężkim białym płaszczem postaci. Słowa, które padały zza lśniącej maski były wyraźne i niczym nie tłumione. Spod płaszcza wystawały końce butów i wysunięta rękojeść miecza. Nie mógł widzieć, ale czuł na sobie spojrzenie Smoczego Rycerza.

— Je… jesteście smokami?

Złotowłosa dziewczyna podniosła się z dziwnym, zagadkowym uśmiechem. Ale to nie ona mu odpowiedziała. Zrobił to Rycerz w Masce.

— Ojciec na ciebie czeka, Marco. Nie pozwól, by się niecierpliwił.

Wbrew sobie kiwnął głową. Chciał jeszcze pytać, jeszcze czegoś się dowiedzieć, ale ostatecznie posłusznie odwrócił się i odszedł w stronę mostka na strumieniu. Po chwili zaczął biec, chcąc dogonić Vana i razem z nim wrócić do pałacu. Ale gdy tylko zobaczył go przed sobą, zatrzymał się. Nie. Przecież nie zostaną przyjaciółmi. Bo Van był z rodu de la Varre, a jego tata nie lubił tego nazwiska i nie spodobałoby mu się to, że Marco razem z Vanem oglądali ryby na mostku, a potem razem spotkali smoki. Westchnął ciężko i powoli ruszył przed siebie.

I znowu, gdy następnym razem przyjedzie tu z ojcem, będzie się nudził. Sam.

Rozdział I

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Prolog

  1. O ja. Oo ja. Ooojaaaa. O_O Wsysło mnie. Po prologu! Tylko po prologu! To aż… niepojęte! Wow. Tylko prolog! Zupełnie mnie oczarowałaś klimatem. Normalnie wpadłam, jak śliwka w kompot. I możesz mieć pewność, że tu zostanę. Jej… chcę więcej! Lecę czytać! Muszę się tyle dowiedzieć! D: O Smoczych Rycerzach, o tej tajemniczej trójce! Czy oni naprawdę są smokami? Rany, rany… muszę wiedzieć! *__*

    Polubienie

  2. Ja zaczęłam czytać jeszcze w starej wersji… Sporo już zapomniałam, ale ten prolog po prostu wbił mi sie w pamięć 😉 Dziś odświeżyłam go z przyjemnością…Dziękuję A.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s