Sojusz: Księga pierwsza

Prolog

Marco był znudzony. Nie lubił tu przyjeżdżać. Matka na te okazje wsadzała go w niewygodne ubrania z mnóstwem koronek, paseczków i falban, i z wielkim białym kołnierzem drapiącym irytująco szyję i twarz. Nic mu się tu nie podobało: ani mieniące się setką blasków sale, rozświetlone aż oczy bolały, ani uroczyste posiłki, na których należało zachować wszelkie zasady etykiety – a któż by je wszystkie w ogóle spamiętał! – bo wysokie guwernantki ze srogimi minami zaraz zabierały się za napominanie i strofowanie, ani to, że poza wspomnianymi guwernantkami nikt nie zwracał na niego uwagi. Dlatego zawsze jak najszybciej starał się zniknąć z oczu dorosłym i zaszyć się gdzieś w spokojnym kącie z dala od wszystkich. Tym razem też, gdy tylko nadarzyła się okazja, wybiegł przez otwarte drzwi na taras, a potem po kamiennych schodkach w otaczające letni dworek królewski ogrody.

Ogrody też mu się nie podobały – daleko im było do tych w domu, gdzie kwiaty rosły pielęgnowane ręką matki – ale i tak wolał je od oślepiających, bogatych wnętrz. Tutaj miał przynajmniej trochę swobody. Mógł poluzować sznurki kołnierza i porozpinać guziki kubraka bez narażania się na karcące spojrzenia i nagany. Mógł biegać po wysypanych piaskiem alejkach, a nie siedzieć sztywno w krześle przy stole przeznaczonym dla dzieci. Mógł przypatrywać się barwnym, egzotycznym rybom w przecinającym ogrody strumyku.

Dzisiaj jego miejsce na mostku okazało się już zajęte. Oparty o balustradę stał czarnowłosy chłopiec niewiele chyba starszy od niego. Nie zauważył Marca, bo w skupieniu obserwował szemrzącą cicho wodę. Marco rozejrzał się szybko, ale nikogo więcej nie dostrzegł. Uśmiechnął się szeroko i wbiegł na mostek. Przechylił się nad balustradą, próbując wypatrzyć czemu z takim zainteresowaniem przygląda się chłopiec. Był niższy, i musiał wspiąć się na palce i aż położyć się brzuchem na polerowanym, lśniącym w słońcu kamieniu, a gdy jeszcze spojrzał w dół…

— Uważaj, bo spadniesz. — Chłopiec chwycił go za sztywny kubrak, zanim stracił równowagę. Marco odwrócił się do niego z uśmiechem, ani przerażony, ani zaskoczony.

— Dziękuję. Jestem Marco. — Wyciągnął przed siebie rękę jak widział to u ojca.

Chłopiec przyglądał mu się przez moment, potem jego dłoni. W końcu uścisnął ją z wahaniem.

— Van.

— Co tu robisz?

— Wymknąłem się. Miałem pilnować siostry, ale… — Van wykonał jakiś skomplikowany gest o nieznanym znaczeniu, po czym wrócił do przypatrywania się rybom. Bo teraz Marco też już wyraźnie widział błyskające w wodzie ryby.

— Ja też. Wymknąłem się, znaczy. — Tak, wymknął się. To określenie strasznie mu się spodobało. — Nie mam siostry.

— Szczęściarz.

— Też się tutaj nudzisz?

Ciężkie westchnienie miało chyba oznaczać „tak”, ale poza tym Van nawet nie drgnął i Marco musiał szarpnąć go za kurtkę, żeby zwrócić na siebie uwagę.

— Chcesz zobaczyć, co tam jest? — Wskazał na kępę drzew rosnących po drugiej stronie strumyka.

Van podążył spojrzeniem za jego dłonią. Wsunął ręce do kieszeni i ruszył we wskazanym kierunku.

— Nie boisz się? — zapytał, gdy Marco dobiegł do niego i wyrównał krok, trochę za długi i za szybki dla niego.

— Nie. Jak dorosnę to będę jeździł po świecie i wszystko zobaczę! A ty?

— Ja niczego się nie boję. Będę rycerzem. Jak ci w maskach. I wszyscy będą bać się mnie.

„Ci w maskach” na Marcu też zrobili wrażenie. Mieli długie do ziemi płaszcze z kapturami narzuconymi na głowy, spod których widać było tylko gładkie maski zamiast twarzy. Wszyscy, nie tylko dzieci, obserwowali ich niespokojnie, gdy jak posągi stali przy boku króla. Smoczy Rycerze – tak ich nazywano.

— Mój tata mówi, że oni nie są dobrzy. Ale mają smoki. Chciałbym zobaczyć kiedyś smoka.

— Mój ojciec mówi, że smoki to bajki dla dzieci. Nie ma smoków. A ludzie powinni bać się ciebie, a nie jakichś wymyślonych poczwar.

— Ja nie chciałbym, żeby ludzie się mnie bali. Sam nie lubię się bać.

Van spojrzał na niego spod grzywy czarnych włosów.

— Dzieciak straszny z ciebie, wiesz? — rzucił, osłaniając dłonią oczy przed słońcem. – Ojciec mówi, że albo boją się ciebie, albo sam się boisz. Nie ma innej możliwości. A mojego ojca boją się wszyscy.

— Nie jestem dzieciak! Mam prawie siedem lat! I też niczego się nie boję!

— Nie? To ścigajmy się – kto pierwszy do lasu! — Van zaczął biec, zanim jeszcze skończył mówić.

Zaskoczony i rozzłoszczony Marco krzyknął za nim, ale odpowiedział mu tylko wesoły śmiech chłopca. Ruszył za nim. Nie miał jednak szans w tym wyścigu. Mniejszy i w krępującym ubraniu nie mógł dogonić Vana. Raz jeszcze krzyknął, gdy ten zniknął mu z oczu pomiędzy drzewami. Nie zważał na drące ubranie zarośla. Biegł dalej, nie mając zamiaru się poddać. W końcu wypatrzył go na małej polance. Van, gdy tylko usłyszał go za sobą, odwrócił się przodem.

— Pierwszy! — zawołał. Założył ręce za głowę i przeciągnął się mocno.

— Oszukiwałeś! — Marco zwolnił. Otarł dłonią rozpaloną twarz i skrzywił się, gdy zauważył rozdarty rękaw.

Van wyszczerzył się w uśmiechu. Nie zaprzeczył.

— Musisz się bardziej postarać następnym razem. I uważać. Matka pewnie złoi ci skórę, jak zobaczy twoje ubranie w takim stanie.

Marco ukrył rękaw za plecami, jakby to miało oszczędzić mu późniejszych kłopotów. Otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, ale zanim się odezwał, ubiegł go ktoś inny.

— Patrzcie, patrzcie, co wiatr nam tutaj przyniósł.

Obaj momentalnie się odwrócili. Przed nimi stała trójka dziwnie wyglądających obcych.

*

— Patrzcie, patrzcie, co wiatr nam tutaj przyniósł. — Anrai zatrzymał się na skraju zarośli, z ciekawością przyglądając się chłopcom, którzy dopiero teraz zauważyli ich obecność. Uniósł nieznacznie brwi na widok sztyletu, który pojawił się w zaciśniętej dłoni jednego z nich. Z tyłu doleciał dźwięczny śmiech Itari. Najwyraźniej ona też to spostrzegła. — Ciekawe. Nie spodziewałem się, że pozwalają młodym biegać samopas. Do tego z bronią.

— Zachowuj się. Nie mów tak o nich. — Inglot minęła go, wychodząc spomiędzy drzew na polanę. Ani jedna gałązka nie zahaczyła o jej mieniącą się srebrzyście suknię. Chłopiec ze sztyletem wysunął się o krok w przód, stając pomiędzy nią a towarzyszem. Uśmiechnęła się. I zatrzymała. Groźba w postawie młodzieńca była aż nazbyt wyraźna. — Nie powinno was tu być, chłopcy.

— A wy kim jesteście, żeby stawać na naszej drodze?

— Podoba mi się ten mały. Odważny i wyszczekany.

— Itari! — Inglot rzuciła przyjaciółce karcące spojrzenie. Ta tylko wzruszyła ramieniem, nie przestając się uśmiechać.

— Jemu chyba się nie podoba, że tak o nim mówisz — zaobserwował Anrai.

Rzeczywiście, czarnowłosy chłopiec miał tak zacięty wyraz twarzy, że nawet Inglot nie powstrzymała śmiechu. Szybko jednak zapanowała nad sobą.

— Powinniście wracać, zanim rodzice zaczną was szukać.

— Nie odpowiedziałaś, kim jesteście.

— I jeszcze arogancki i niecierpliwy.

— Jestem Inglot — przedstawiła się, ignorując komentarz Itari. Wskazała stojącą za jej plecami dwójkę, chłopaka o ogniście rudej czuprynie i dziewczynę w męskim stroju. — To są Itari i Anrai. Jesteśmy… gośćmi Jego Wysokości. Czy taka odpowiedź satysfakcjonuje cię, młodzieńcze?

Chłopiec zmrużył oczy, bacznie im się przyglądając, nie do końca przekonany.

— Jestem Marco von Throim, Pani. Wybacz nam ten brak manier — odpowiedział zamiast niego ten drugi. W jego oczach nie było strachu ani wrogości, za to niekryta ciekawość. Inglot uśmiechnęła się łagodnie, a Anrai przekrzywił głowę jak zaintrygowany kociak, by spojrzeć na drobnego, jasnowłosego chłopca w poszarpanym ubranku z wielkim kołnierzem.

— To zaszczyt dla nas poznać tak szlachetnego panicza, młody Marco. A czy twój towarzysz zdradzi nam swe imię?

Zanim Marco zdążył odpowiedzieć, ktoś inny zrobił to za niego.

— To Van de la Varre. Syn księcia Gabriela z Brugge. Nie sądzę, żeby sam się wam przedstawił.

Tym razem tylko Van odwrócił się w stronę nowego głosu i zrobił to tak, żeby nie stracić z oczu ich trójki. Anrai wydał z siebie pełne uznania „hmmm”, Inglot rzuciła ciche „Jesteś wreszcie” w kierunku nowo przybyłego, a uśmiech na twarzy Itari ustąpił powoli miejsca zamyśleniu. I tylko Marco nie zwrócił na to uwagi, poszerzonymi ze zdumienia oczyma wpatrując się w Vana.

— Wasza nieobecność już została zauważona. Radziłbym jak najprędzej wrócić do pałacu, panowie — dodał stojący w cieniu drzew mężczyzna.

— Czekaj! — Itari przedarła się przez krzaki i podeszła do Vana. Migotliwe światło spomiędzy liści błysnęło na ostrzu, ale zanim Van zdołał wykonać choć ruch, dłoń dziewczyny zacisnęła się na jego nadgarstku. Chciał się szarpnąć, ale gdy natrafił na błękitne spojrzenie, znieruchomiał.

— Teraz musisz wrócić do pałacu, Vanie de la Varre, synu Gabriela z Brugge. Ale my poczekamy. Ja poczekam. Będę czekać na ciebie, bo jesteś tego wart — powiedziała cicho, już bez śladu uśmiechu na twarzy czy w głosie. Przez chwilę trwali tak oboje w bezruchu, wpatrując się w siebie nawzajem. Wreszcie Van wyrwał dłoń, odwrócił się i bez słowa wbiegł między drzewa.

Marco przesunął wzrokiem po otaczającej go grupie dorosłych: po nagle poważnym rudowłosym młodzieńcu i kobiecie w srebrzystej sukni, po wciąż klęczącej na trawie dziewczynie ze złotym warkoczem, zapatrzonej w stronę gdzie pobiegł Van, i w końcu po okrytej ciężkim białym płaszczem postaci. Słowa, które padały zza lśniącej maski były wyraźne i niczym nie tłumione. Spod płaszcza wystawały końce butów i wysunięta rękojeść miecza. Nie mógł widzieć, ale czuł na sobie spojrzenie Smoczego Rycerza.

— Je… jesteście smokami?

Złotowłosa dziewczyna podniosła się z dziwnym, zagadkowym uśmiechem. Ale to nie ona mu odpowiedziała. Zrobił to Rycerz w Masce.

— Ojciec na ciebie czeka, Marco. Nie pozwól, by się niecierpliwił.

Wbrew sobie kiwnął głową. Chciał jeszcze pytać, jeszcze czegoś się dowiedzieć, ale ostatecznie posłusznie odwrócił się i odszedł w stronę mostka na strumieniu. Po chwili zaczął biec, chcąc dogonić Vana i razem z nim wrócić do pałacu. Ale gdy tylko zobaczył go przed sobą, zatrzymał się. Nie. Przecież nie zostaną przyjaciółmi. Bo Van był z rodu de la Varre, a jego tata nie lubił tego nazwiska i nie spodobałoby mu się to, że Marco razem z Vanem oglądali ryby na mostku, a potem razem spotkali smoki. Westchnął ciężko i powoli ruszył przed siebie.

I znowu, gdy następnym razem przyjedzie tu z ojcem, będzie się nudził. Sam.

 

Rozdział I

(10 lat później)

Letni dworek królewski nie przeżywał takiego oblężenia od lat. Obecni byli wszyscy, którzy się w królestwie liczyli, nie tylko ci najszlachetniej urodzeni, ale też urzędnicy i wojskowi, cieszący się monarszym uznaniem. Okazja ku tak szczególnemu spędowi również była szczególna: oto królewska córka swe ostatnie dni przebywała wśród najbliższych w rodzinnych stronach. Już wkrótce miała wyruszyć do obcego kraju i obcego sobie człowieka, by w górach Korii zostać jego żoną. Koriańskie panny, przybyłe wraz z posłami przysłanymi w zastępstwie następcy tronu, nie odstępowały jej już na krok, w postawach pełnych szacunku i oddania należnych przyszłej królowej towarzysząc wszędzie tam, gdzie etykieta nie zabraniała. Smagłe, ciemnowłose, o urodzie niespotykanej wśród ilearskich kobiet budziły tyleż samo zainteresowania, co kontrowersji. Koria uznana była za wroga Cesarstwa, a co za tym idzie również i Ilearu – królestwa od lat pozostającego pod jego protektoratem.

Protektoratem! Nie tak nazywali to teraz rodzimi panowie. Ilear, zamorska posiadłość cesarza i swoista brama na wschód dla jego spragnionych podbojów wojsk, od początków swej historii był związany z imperialną stolicą, choć nigdy nie były to więzy duszące. Do czasu, gdy obecnie dzierżący w swych dłoniach cesarskie insygnia Marius zwany Agellatem w imię umocnienia przyjaźni – a wraz z nią i twardej kontroli — intrygą i kłamstwem wprowadził na tron kuzyna z najbliższej mu linii de la Varre’ów. Jakiż był to cios w ich ambicje i dumę! Nikt nie podniósł otwartego sprzeciwu – zbyt słabym kraikiem był Ilear, by mierzyć się z takim przeciwnikiem. I choć każdy z rodów ślubował zgodnie z tradycją lojalność i posłuszeństwo nowemu królowi, to wszyscy pragnęli pozbyć się niewidocznego jarzma.

Marco von Throim wodząc wzrokiem za piękną świtą królewny nie zastanawiał się nad politycznymi skutkami ich tutaj obecności. W tej chwili było mu wszystko jedno, czy zaręczyny stanowiły wyraz sojuszu Ilearu z południowym sąsiadem, krok w kierunku porozumienia cesarza z Korią, czy też jawną prowokację Agellata. Popijając wino z bogato zdobionego pucharu cieszył oczy urokliwym widokiem czarnowłosych panien w sukniach, które choć równie strojne co tutejsze swym zwiewnym krojem zdecydowanie bardziej przemawiały do męskich zmysłów. W domu nieczęsto miał okazję podziwiać takie piękności, a wizyty na dworze zdarzały się nader rzadko. Ojciec korzystał jedynie z zaproszeń na oficjalne uroczystości, takie na których jego nieobecność mogłaby zostać poczytana za jawny afront. Hrabia von Throim już w młodości wycofał się z publicznego życia w cień swoich wiejskich posiadłości.

Marco niechętnie towarzyszył ojcu w wyjazdach. Czuł się przytłoczony ciężką, oficjalną atmosferą panującą na dworze. Dzisiaj jednak w tak niezwykłych okolicznościach odstąpiono od sztywnych zasad etykiety. Starsi nie opuszczali salonów, przy dźwiękach muzyki i najwspanialej zastawionych stołach dywagując o przyszłości królestwa, a młodzież… Młodzież pozostawiona samej sobie korzystała z niespodziewanej swobody i pięknego, późnoletniego dnia.

Wielu młodzieńców kręciło się wokół Marienne, chcąc choć słowo zamienić ze ślicznotkami zza południowej granicy. Marco przyglądał się ich staraniom z tarasu wychodzącego na królewskie ogrody, oparty o balustradę z białego kamienia. Zbyt rzadko bywał na dworze, by stać się pupilkiem królewny bądź którejś z jej dam dworu, a gdy już był obecny, to wolał cichy kąt od wiru dworskich zabaw. Wśród panien miał opinię dobrze wychowanego, a nawet całkiem reprezentatywnego, ale nieciekawego milczka. Nie był taki, jak młody Maurice, którego dziewczęta kochały za porywczą naturę, każącą mu chwytać za miecz przy każdej okazji i zbytnią pewność siebie, która dla nich stanowiła oznakę męskości. Nie był jak Fabien de Cour, który za uroczymi uśmiechami i niewinnymi spojrzeniami krył iście diabelski talent już od dziecka zjednujący mu miłość kobiet począwszy od niani, przez guwernantki, ciotki, kuzynki, przyjaciółki matki, na królewnie i jej pannach kończąc. Nie był jak…

Z cichym westchnieniem zatopił wzrok w rubinowym płynie znaczącym dno pucharu. Z całą pewnością nie był jak Van de la Varre, który nawet nie musiał się starać, by być ulubieńcem dam na dworze. Nie musiał się uśmiechać, nie musiał żartować, mógł im nawet okazywać znudzenie – Marco był już tego świadkiem – a i tak nie tracił dziewczęcych względów. Dlatego, że dziedziczył książęcy tytuł? Że urodzenie czyniło go pierwszym kawalerem po małoletnim królewiczu? Że był piękny?

Po przeciwnej stronie tarasu stanęli dwaj koriańscy posłowie, obaj urodziwi i smagli jak ich dziewczęta. Marco nie mógł określić, czy kierowała nimi jedynie ciekawość, czy też pilnowali, by nikt z obecnych nie uchybił ich przyszłej władczyni. Im również udzieliła się swobodna atmosfera letniej posiadłości – w przeciwnym wypadku byliby albo wewnątrz wraz z magnaterią, albo na dole, nie odstępując wybranki swego księcia i jej panien na krok. Rozmawiali między sobą cicho w dziwnym, śpiewnym języku, śmiejąc się raz po raz. Ich stroje były bogato zdobione, dopasowane do rangi uroczystości, choć różniły się od sztywnych ubrań rodzimych panów. Dodatkowo zdawali się być bardziej przystępni i naturalni, co również przekładało się na ich inną od tutejszej prezencję. Zresztą na dworze panowała opinia, że Korianie niewiele się różnią od barbarzyńskich ludów północy i wschodu, że to monarchia młoda i bez tradycji. Być może coś w tym było.

Speszony odwrócił się ku wysypanym piaskiem ogrodowym alejkom, gdy pochwycił rozbawione, roziskrzone spojrzenie jednego z nich. Dostrzegł jeszcze błysk uśmiechu, zanim ukrył twarz za pucharem. Znowu doleciał go dźwięczny śmiech, przepleciony melodyjną mową.

*

— …i wtedy dosiadł konia, jak błyskawica pognał za… za błękitnym króliczkiem z pomponiastym ogonkiem i już, już miał go dopaść, żeby móc mi go ofiarować, gdy króliczek w kłębach dymu przemienił się w przerażającego smoka i pożarł wszystko wokół, łącznie z moim dzielnym nieodżałowanym bratem i jego klaczką. Koniec. Czyż nie tak to się właśnie skończyło, Van?

Wyrwany z zamyślenia brzmieniem własnego imienia i ciszą, jaka zapadła nagle w towarzystwie, Van podniósł głowę. Marienne uśmiechała się lekko, kręcąc parasolką w dłoni, a jej nowe dwórki wpatrywały się w niego wielkimi ciemnymi oczyma. Kilku chłopców stojących najbliżej z gorszym lub lepszym skutkiem udawało, że wcale mu się nie przyglądają, a młody hrabia Maurice… przygryzał pięść tłumiąc śmiech?

— Hm?

Zamrugał kilka razy, oślepiony refleksem popołudniowego słońca odbitym od królewskiej parasolki. Isabelle wychyliła się do przodu, tak że widział już tylko jej ściągniętą w zniecierpliwieniu twarz.

— Prosiłam, żebyś potwierdził, że na ostatniej naszej wspólnej przejażdżce w lasy Brugge było właśnie tak, jak przed chwilą opowiedziałam — wygłosiła spokojnie, akcentując wyraźnie każde słowo, jakby mówiła do dziecka, a nie starszego brata. Uniosła wyczekująco brwi.

— Bardzo śmieszne, Isabelle. — Tak, jej twarz pozostawała kamienną maską powagi, ale jasne oczy błyszczały figlarnie. Nie słyszał ani słowa z tego, co powiedziała, ale zbyt dobrze ją znał, żeby dać się nabrać. – Powinnaś zająć miejsce dworskiego błazna, tak dobrze sobie radzisz z żartami.

Pierwsza roześmiała się Marienne. Koriańskie panny od razu jej zawtórowały. Nawet Isabelle uśmiechnęła się szeroko.

— Nie ma co udawać, drogi kuzynie. Nudzisz się tu z nami — zauważyła Marienne, gdy ostatnie nuty śmiechu wybrzmiały w powietrzu.

— Skądże, wasza miłość. W takim towarzystwie?

— Oczywiście. Odkąd opuściliśmy pałac nikt słowem nie wspomniał polowań ani pojedynków. Mówiliśmy za to o…? — Zawiesiła wyczekująco głos.

Van uśmiechnął się nieznacznie, z błyskiem przekory w oczach.

— …wielu istotnych sprawach, jak sądzę. Nieładnie tak sprawdzać własnych gości, wasza miłość.

— Nieładnie tak zbywać i ignorować gospodynię, kuzynie. Ale dla nas to nie tajemnica, że jeśli wokół nie ma koni, broni lub rywala do walki, jesteś znudzony jak mops. Miałam kiedyś mopsa – i wiem, że taka mina może oznaczać tylko jedno! Przez wzgląd na naszą długoletnią przyjaźń wybaczę ci ten nietakt, jeśli zdradzisz nam, o czym tak zapamiętale myślałeś.

— Ja ci powiem, kochana – wtrąciła się Isabelle, odciągając Marienne o krok od Vana. – Zanim znów nawymyśla te swoje zgrabne wykręty, a ty dasz się złapać na jego gładkie słówka. Myślał o porannym polowaniu i tym, jak bardzo cierpi, bo zamiast w towarzystwie swojej klaczki musi przebywać z nami. Do tego w ogrodach. Do tego spacerując. Wśród kwiatów.

— Isa — mruknął, tym bardziej poirytowany, że każde słowo siostry było prawdą.

Rano, po wschodzie słońca ci, którzy dali radę podnieść się z łóżek po wczorajszej zabawie, wyruszyli w okoliczne lasy. Jemu szczęście niezwykle dopisało. To znaczy – inni nazywali to szczęściem, dla niego był to talent i umiejętności. Jak nikt trzymał się w siodle i jak mało kto miał celne oko. Ale wszystko, co dobre musi się skończyć, a spacer z Marienne i jej nowymi przyjaciółkami nawet w połowie nie był tak zajmujący jak poranna wyprawa w las.

Marienne pogroziła mu zabawnie palcem w koronkowej rękawiczce, po czym okręciła się wdzięcznie na obcasiku do kolejnego z towarzyszących jej młodzieńców.

— A pan, panie Rosiere, też się z nami nudzisz?

Młody syn hrabiego spłonął rumieńcem jak panienka na wydaniu. Van prychnął. To tylko pogłębiło czerwień na twarzy chłopca. Nie miał jeszcze piętnastu lat, i po raz pierwszy był sam na sam w tak znamienitym towarzystwie.

— Nie, wasza miłość. Nie śmiałbym…

— Van…? — Marienne najwyraźniej już mu przebaczyła, skoro chciała jego opinii.

— Powiedziałbym, że jest zbyt onieśmielony obecnością waszej miłości. I nie tylko on jeden.

Od razu przeklął się w duchu za te słowa, gdy Marienne zwróciła się do Isy.

— Isabelle?

Wiedział, że nie ma z nimi szans, gdy obie sprzysięgają się przeciw niemu.

— Dobrze znasz mojego brata, kochana. Obie wiemy, że byłby z niego całkiem przyzwoity czaruś, gdyby włożył w to trochę serca – ale sama widzisz!

— Drogi kuzynie, wypraszam sobie te impertynencje! Nie będę tolerować nieszczerych pochlebstw! — Marienne zakręciła parasolką w dłoni. — Wracamy. Na nic nam wasze towarzystwo, panowie, gdy zamiast nas zabawiać myślicie bogowie wiedzą o czym!

— Wasza miłość jest dla nas zbyt okrutna. To, że Van nie potrafi zachować się w towarzystwie, to nikogo nie dziwi, ale żeby od razu nas wszystkich karać za jego przewiny?

Ciemne brwi królewny zjechały się w prościutką kreskę.

— Uważaj, drogi panie Maurice. Mówisz o królewskim kuzynie. Moim najdroższym kuzynie. Zastanów się, czy wypada…?

— Wybacz, wasza miłość.

— Nie mnie przepraszaj! — rzuciła lekkim tonem, kierując się z powrotem w stronę dworku.

Młody hrabia Maurice rzucił chmurne spojrzenie Vanowi, które ten zignorował, dołączając do kuzynki. Marienne od razu zaplotła mu dłoń wokół ramienia, co wywołało kolejny wybuch perlistego śmiechu wokoło.

— Wiem! Wiem, co zrobię, drogi kuzynie. Specjalnie dla ciebie. Tylko dla ciebie! Nie chcesz zabawiać nas rozmową, zatem pozwolę ci na to, w czym jesteś najlepszy! — Wyrwała dłoń spod jego ramienia, podała parasolkę jednej z dziewcząt i zaklaskała radośnie. — Turniej! Turniej powinien rozbawić nie tylko nas, drogie panie, prawda?

Nie czekając na odpowiedź wysunęła się na przód ku jednemu ze służących. Chwilę później rozporządzenia zostały wydane.

*

Powoli wszyscy dołączali do młodzieży na wcześniej już wzniesionych trybunach. Jako ostatni wnętrze dworku opuścili królewscy strażnicy – w maskach i płaszczach do ziemi, i sam król. Gdy wyszli na zewnątrz gwar rozmów przycichł, ale tylko po to, by król – jeśli taki miałby zamiar – mógł wygłosić mowę do gromadzących się na dziedzińcu wojowników. Widok kryjących swe oblicza rycerzy od lat nie był już niczym nowym ani niczym niezwykłym. Goście na dworze poświęcali im taką samą uwagę jak służbie czy gwardii.

Król zajął miejsce w centralnym miejscu trybun. Obok niego po prawej stronie jego małoletni syn, po lewej – brat. Marienne trochę dalej, pod płóciennym zadaszeniem, wciąż w otoczeniu roześmianych piękności i tutejszych młodzieńców.

Marco nie opuścił swojego miejsca na tarasie. Stąd miał całkiem dobry widok. No i hołdował swojej opinii nietowarzyskiego mruka. Pochwycił karcące spojrzenie ojca z dołu, ale od razu odwrócił wzrok. Dziś nakazy etykiety zostały odstawione na bok, więc i on nie zamierzał się do niczego zmuszać. Ojciec stał na uboczu w towarzystwie kilku swoich przyjaciół, częstych gości w ich domu. Nie miał ochoty do nich dołączać. No bo co mu groziło? Urażenie władcy, nad którym zawisł niewidoczny topór pewnie trzymany w garści przez „lojalnych poddanych”? Dobrze wiedział, że historia właśnie zatacza koło, i że niedługo już król będzie cieszył się swym dziedzictwem.

„Panowie, już czas.”

Ale to nie była chwila na ponure myśli. Wydarzy się, co się wydarzyć powinno. Na razie pierwsza para wojowników wkroczyła pewnie na przygotowaną arenę. Kiwnął na służącego, który momentalnie dopełnił jego kielich, i oparł się wygodniej o balustradę.

Walka na dole rozgorzała na dobre. Popołudniowe słońce rozbłyskiwało na wzniesionych, tnących powietrze klingach. Ostry dźwięk stali uderzającej o stal ledwo co górował nad coraz głośniejszymi pokrzykiwaniami z trybun. Młodzi szlachcice niemal od razu powstawali z miejsc, by dopingować swoich faworytów. Na razie do pojedynków stawali specjalnie szkoleni chłopcy, którzy dzięki talentowi i odrobinie szczęścia zamienili wojskową służbę na popisy przed władcą. Ale to tylko kwestia czasu, zanim zaczną padać wyzwania z trybun i na arenę dołączą młodzi arystokraci. Jak Van de la Varre. Marco był pewien, że on czekał jedynie, aż słabsi zostaną wyeliminowani i zostaną tylko ci lepsi, z którymi warto się mierzyć.

To był kolejny problem Marca. Nie tylko nie zabiegał gładkimi słówkami i olśniewającymi uśmiechami o przychylność dworskich panien, ale i nie zabawiał ich również popisami w modnych na dworze towarzyskich turniejach i pojedynkach. Nie należał do najgorszych szermierzy – ojciec zadbał i o tę stronę jego wykształcenia, ale wiedział, że byli lepsi. A Marco nie zamierzał być tylko kolejnym na liście pokonanych, żeby panienki mogły w zachwycie piszczeć nad kunsztem młodego de la Varre’a albo innego paniczyka, dla którego nie liczyło się nic poza walką i rozanielonymi, zakochanymi spojrzeniami dziewcząt.

— Który z nich wygra?

Ciepły oddech owiał mu ucho, wyrywając z zamyślenia. Odwrócił się zaskoczony, omal nie rozlewając wina. Korianin zdążył się już cofnąć. Na jego twarzy błąkał się nieznaczny uśmiech ni to rozbawienia, ni to nieśmiałości. Marco znowu poczuł, jak się czerwieni pod wpływem roziskrzonego spojrzenia. Tym razem nie miał już gdzie się ukryć.

— Zatem…?

Z trudem odrywając wzrok od smagłej twarzy posła poparzył na arenę. Kolejna para walczyła wśród zachęcających i ponaglających krzyków z trybun. Teraz nie było już nawet słychać zgrzytu stali.

— Z nich? Pewnie ten, którego wybrali spomiędzy siebie.

Ciemne brwi zjechały się w zamyśleniu.

— Po co urządzać takie nieprawdziwe widowisko? – zapytał po chwili Korianin. Bezbłędnie mówił po ilearsku, choć nie był w stanie, a może nie chciał, pozbyć się śpiewnego rodzimego akcentu.

— To tylko przygotowane popisy. Król je lubi, a chłopcy w ten sposób unikają niepotrzebnych zranień. Oczywiście obietnice wysokich sum za zwycięstwo, rzucane z trybun, zwykle mają wpływ na wzrost spontaniczności. Ale to i tak tylko zabawa.

— A gdy walczą oni? — Korianin znów się zbliżył.

Pierwszy z młodych śmiałków właśnie przeskakiwał nad sznurową barierką. Marco wstrzymał oddech, zanim ten niebezpiecznie przyspieszył. Obok niego było dość wolnej przestrzeni, by poseł swobodnie mógł znaleźć miejsce, skąd widziałby i arenę, i trybuny. Z całą pewnością nie musiał spoglądać mu ponad ramieniem.

— Wtedy… – zaczął, ale głos mu się załamał. Poseł uśmiechnął się, a z jego oczu znikły wszelkie oznaki zawahania. Zresztą, być może nigdy ich tam nawet nie było, a Marco tylko się przewidział? – Wtedy walka jest bardziej zażarta. Oni nie walczą dla rozrywki króla, tylko dla swoich dam.

— A ty?

— Ja nie walczę.

— Nie potrafisz? Czy nie masz damy, dla której warto byłoby się poświęcać?

— Po…potrafię.

— Mhm.

Nie pytając o nic więcej Korianin skoncentrował się na walczących. Teraz na trybunach większe poruszenie zapanowało wśród panien. Widać było, że pojedynki młodzieńców, których celem było im zaimponować, budziły więcej emocji w dziewczęcych sercach.

Marco z rosnącą fascynacją obserwował, jak jego oddech porusza łagodnie wijące się ciemne kosmyki, które wymknęły się z węzła na karku posła. Wiedział, że wciąż są za blisko, ale nie cofnął się. Korianin przechylił się do przodu, by nic nie przesłaniało mu widoku. Otarł się przy tym o ramię Marca, na co policzki chłopaka zapłonęły z nową mocą.

— Który z nich jest najlepszy?

Śpiewny głos zdjął z niego czar. Marco cofnął się, zwiększając między nimi dystans. Oparł się o balustradę. Starając się zapanować nad oddechem i nagłą falą gorąca, dreszczami rozchodzącą się po ciele, sprawdził, co dzieje się na dole. Większość chłopców już porzuciła towarzystwo królewny. Przewieszeni nad barierkami dopingowali teraz swoich kolegów. Van stał całkiem z przodu, ale wciąż jeszcze wśród publiczności, nie na arenie. Nikły uśmiech pojawił się na twarzy Marca. Nie sądził, że młody de la Varre tak długo powstrzyma się przed udziałem w popisach.

— On?

Ukrył zmieszanie unosząc zapomniany puchar do ust. Dopił wino i po raz kolejny przywołał gestem służącego. Dopiero potem odpowiedział.

— Tak.

— Dlatego mu się tak przyglądasz? Czekasz na jego walkę?

Kolejna rumieniec zalał mu twarz, tym razem nie z powodu bliskości Korianina. Nie wiedząc, co powiedzieć, i czy w ogóle coś mówić – czuł, że głos znów mógłby mu się załamać – ograniczył się do lekceważącego prychnięcia. Jego reakcja przyciągnęła palący wzrok mężczyzny, choć tylko na moment.

— To bratanek króla?

— Tak.

— I jest naprawdę dobry?

— Tak.

Na krótką chwilę sympatyczny uśmiech Korianina stał się drapieżny. Dziki błysk pojawił się w ciemnych oczach, zgasł jednak, gdy poseł spojrzał na Marca.

— Sprawdźmy.

Odstawił swój puchar i z kocią gracją przeskoczył nad balustradą, zręcznie lądując kilkanaście stóp niżej. Ci, którzy to zauważyli, palcami wskazywali go pozostałym. Król wzniósł dłoń i przerwał toczący się pojedynek. Na twarzy drugiego posła, stojącego u boku monarchy, zaigrał nikły uśmieszek.

Korianin zbliżył się do trybun. Nie wszedł między publiczność, tylko zatrzymał się na dole, przed zdezorientowanym młodym de Courem i jego przeciwnikiem. Skłonił się przed królem i resztą możnych, potem przed Marienne, a ona aż podniosła się z miejsca, by lepiej mu się przyjrzeć.

Po raz pierwszy tego dnia Marco pożałował, że wybrał sobie tak odległe miejsce. Poseł coś mówił, ale szmer poruszonych rozmów zagłuszył jego słowa. Marco widział tylko jak król wybucha śmiechem, Van wraca do Marienne, przyklęka przed nią, a ona obwiązuje mu ramię kokardą wypiętą z włosów. Nie umknął mu też szybki całus i kolejny wybuch perlistego śmiechu wśród dwórek, gdy Van już się odwrócił i równie zręcznie co Korianin zeskoczył z trybun na arenę.

*

Van nie cenił przedstawień młodych królewskich szermierzy, których pojedynki z reguły z góry miały ustalony wynik. Jeszcze mniej cenił popisy hrabiątek, próbujących machaniem miecza zaimponować rozemocjonowanym panienkom. Nie znaczyło to jednak, że nie uczestniczył w tych przedstawieniach z chęcią i zapałem. Zawsze to lepsze od towarzyszenia Marienne i jej dwórkom w popołudniowych spacerach po ogrodzie albo włóczenia się krok w krok za ojcem, omawiającym z tym lub innym radcą „sprawy wagi państwowej”. Nawet teraz od strony ojca i wuja dolatywały go strzępki dyskusji na tematy zbyt poważne i nudne jak na dzisiejszy dzień. Kilka razy pochwycił swoje imię w rozmowie z posłem. Wiedział, czego dotyczyła, i choć wcześniej nie miał zamiaru tak szybko opuszczać boku swej kuzyneczki, teraz ignorując jej uroczo naburmuszoną minę dołączył do chłopców przy barierkach, czekających na swoją kolej zaprezentowania się na arenie.

Maurice też już czekał, ale na to, by móc w końcu go wyzwać za wcześniejszą „obrazę” i „upokorzenie”. Z nim też Van spodziewał się stoczyć pierwszy pojedynek. Jednak gdy na arenie znikąd pojawił się ten Korianin, sprawy przybrały całkiem ciekawy obrót.

Nie tylko bez wahania przyjął wyzwanie. Korianie mieli opinię świetnych wojowników, a poseł następcy tronu na pewno nie był byle żołdakiem. Zrobił coś, czego nie powinien – poprosił Marienne, by ostatni raz zanim zostanie koriańską królową pozwoliła mu walczyć w jej imieniu i dla niej. Przyjął z jej rąk srebrną kokardę.

Zwyczajowo ukłonił się królowi. Wuj ze śmiechem gratulował ojcu bezbłędnego wychowania syna – butnego i aroganckiego. Stojący za nimi poseł przyglądał się temu ciekawie, bez śladu wrogości. Na smagłej twarzy pojawił się nawet nikły uśmiech, gdy wymienił spojrzenie ze swoim krajanem.

— Słyszałem, że jesteś dobry. Jak dobry? – doleciały go wyśpiewane bardziej niż wymówione słowa.

— Najlepszy – zapewnił.

Przeciwnik był starszy od niego, ale nie wyższy ani masywniejszy. Jeśli wszystko, co mówiono o Korianach to prawda, zapowiadał się wyrównany pojedynek.

— Czelny jesteś. Prosić naszą przyszłą władczynię o przychylność w walce przeciwko jednemu z jej poddanych.

— Dopiero od jutra. Dziś to moja siostra, Korianką stanie się jutro.

— Więc walczysz dla niej?

— Tak.

— A ja walczę dla niego. Widzisz?

Bez odwracania się wskazał na dworek i taras. Van zmarszczył brwi, rozpoznając zapatrzonego w nich von Throima.

— Dla niego cię pokonam — dokończył Korianin.

— Zobaczymy.

Van ścisnął mocniej rękojeść krótkiego, pojedynkowego miecza. Korianin zakręcił swoim w dłoni. Jego uśmiech nieodparcie przywodził na myśl wyszczerzonego wilka. Ciemne oczy płonęły już nie tylko rozbawieniem; w ich blasku Van wyczytał obietnicę zabawy – niebezpiecznej jak zabawa z ogniem.

Stal uderzyła o stal i powietrze zaiskrzyło. Na trybunach znów było cicho, wokół niosły się tylko szmery komentarzy między sąsiadami i westchnienia zapatrzonych kobiet.

— Bogowie, jacy oni obaj piękni. Nie wiem, który bardziej.

— Oby mój narzeczony mógł się z nimi równać…

— Czujecie to napięcie? Wokół nich aż iskrzy!

— Van poradzi sobie bez trudu.

— No nie wiem. Spójrz tylko na tego Korianina. Mówią, że nie mają sobie równych.

— Ciekawe, czy są równie biegli w… innych sztukach, jak w machaniu mieczem.

— Wstydź się! O czym ty myślisz!

— Powiedz, że ty nie myślisz o tym samym!

— Oh! Cicho, głupie! Widziałyście? Omal nie zranił Vana!

Wystraszone „ooooooh” rozeszło się wśród żeńskiej części publiczności, gdy Van o włos uniknął ostrza przelatującego tuż przy ramieniu. Korianin sparował kontrę Vana i wyprowadził kolejny atak, tym razem drąc materiał pod przywiązaną kokardą. Van odskoczył. Na kilka chwil wrócili do powolnej, niegroźnej wymiany ciosów. Nie trwało to jednak długo, kilka uderzeń i znów byli przy sobie.

— Co za pojedynek! Widziałyście? Widziałyście to?

Niemal wszystkie już stały, by jak najuważniej przyglądać się walce. Kolejne „ooooh” — tym razem pełne zachwytu i aprobaty, rozległo się wokół, gdy zgrabna parada Vana pozostawiła za sobą krwawą rysę na przedramieniu przeciwnika.

— Rzeczywiście dobry jesteś. Masz dobrego nauczyciela. Ale musisz się jeszcze nauczyć kilku rzeczy — usłyszał w reakcji na drobną ranę, pierwszą krew w tym pojedynku.

— Na przykład?

Odpowiedź nie nadeszła. Ułamek sekundy wystarczył, by miecz Korianina niespodziewanie znalazł się w jego lewej ręce. Van za późno się zorientował, co tamten zamierza. Nie był w stanie wykonać pełnego uniku, ale przynajmniej zamiast w żołądek, Korianin trafił go pięścią pod żebra. Cios był na tyle silny, że na moment pozbawił go tchu. Mimo to Van dał radę się cofnąć, i celnie wymierzony łokieć o cal minął głowę.

— Brawo. Ale to nie koniec – usłyszał, i w tym samym momencie dostrzegł zbliżające się nieuchronnie do twarzy ostrze. Poczuł leciuteńki podmuch na skórze, ale ból nie nadszedł. Tuż przed sięgnięciem celu miecz osunął się niżej. Rozcięta wstążka Marienne opadła na ziemię.

— Szkoda byłoby zepsuć taką ładną buźkę.

Korianin schylił się i podniósł z ziemi skrzącą się kokardę. Spojrzał na Vana pytająco. Ten kiwnął głową.

— Wygrałeś. Tym razem.

Mężczyzna uśmiechnął się. Skłonił się przed nim lekko.

— Jestem pewien, że jeszcze się spotkamy. Nie miej mi za złe tej małej zabawy. Musiałem sprawdzić, jakiego męża szykujecie dla mojej siostrzyczki.

Odprowadzany zaskoczonym spojrzeniem podszedł do trybun. Jak poprzednio skłonił się przed monarchą i przed jego bratem. Obu daleka była niedawna wesołość. Mimo to, na twarzy króla pojawił się nikły uśmiech, gdy z uznaniem uderzył kilka razy dłonią o dłoń.

Korianin odwrócił się w stronę Marienne i nie spuszczając z niej wzroku uniósł wstążkę do ust, by ją ucałować z szacunkiem. Uśmiech królewny przygasł, ale wysiliła się na wdzięczny dyg. Ilearskie panny milczały, blade i z zaciśniętymi ustami, za to Korianki szeptały między sobą tak cicho, by nie urazić swej nowej pani, i z radością obdarzały posła olśniewającymi uśmiechami. Wyszczerzył się do nich sympatycznie, po czym ukłonił się wszystkim głęboko i odszedł.

I wtedy wśród publiczności zawrzało. Król machnął na służącego. Wyszeptał mu kilka słów, a ten skłonił się i zniknął w tłumie. Zaraz potem król podniósł się i gestem uciszył swych gości.

— Kolację podano — rozległo się za nim. I to był znak, że na dziś pojedynków już dosyć.

*

Po raz pierwszy Marco był świadkiem porażki Vana. Nawet ze swego miejsca widział jak wściekły był młody de la Varre. Mimo to, gdy opadły go dziewczęta, uśmiechał się, lekceważąco wzruszając ramionami na ich pełne troski i otuchy słowa. Na krótką chwilę ich oczy spotkały się, i wtedy wszelkie ślady uśmiechu zniknęły z twarzy Vana.

Jeszcze kilka razy w czasie wieczerzy Marco pochwycił jego spojrzenie. Tak samo jak kilka razy dostrzegł roziskrzony wzrok zwycięzcy pojedynku. I jedno, i drugie budziło w nim nieokreślony niepokój, choć w obu przypadkach różny. Przy pośle policzki i kark palił irytujący rumieniec. Van sprawiał, że targał nim zimny dreszcz, a żołądek kurczył się w niezrozumiałej reakcji na wyzbyte z emocji, zagadkowe spojrzenie. Marco nie mógł przestać się zastanawiać, o czym myśli de la Varre, gdy tak na niego patrzy. I dlaczego patrzy.

I nawet gdy późnym wieczorem udało mu się wymknąć z bankietu, to szare oczy wciąż nie dawały mu spokoju, jakby wypaliły mu znak na duszy.

Szemrząca na kamieniach woda odbijała refleksy blasku księżyca. Od strony dworku dolatywał gwar rozmów i muzyki. Do mostka na strumyku nie było aż tak daleko, jak mu się wydawało w dzieciństwie. No i balustrada nie była tak wysoka; teraz sięgała mu ledwo do połowy ud. Nie musiał się wychylać, żeby zobaczyć w wodzie nocne ryby.

— Czekasz na kogoś?

Z mroku na brzeg strumienia wyszedł koriański poseł. Przyglądał mu się. Tak się przynajmniej Marcowi zdawało – rozpuszczone włosy kryły w cieniu większą część twarzy.

Pokręcił głową. Korianin dołączył do niego na mostku. Przysiadł na balustradzie.

— Myślałem, że może czekasz tu na swojego przyjaciela.

— Kogo?

— Wiesz. To czarnowłose wcielenie waszej idei arystokraty.

— Masz na myśli Vana de la Varre? To nie jest mój przyjaciel.

— Zauważyłem. — Na twarzy posła zaigrał nikły uśmieszek, ale zgasł szybko. Podparł się dłońmi o balustradę i spojrzał w upstrzone gwiazdami niebo. — Zauważyłem też, że wciąż mu się przyglądasz.

— I nie jest wcieleniem idei arystokraty — mówił dalej Marco, jakby go nie usłyszał. — Nie naszej. Może imperialnej. Nie wiem.

Korianin odwrócił się ku niemu. Uśmiechnął się.

— A wiesz o tym, że on także zginie? — szepnął i znowu gorący oddech musnął policzek Marca. — Jeżeli wasze plany się ziszczą – a teraz, gdy my już tu jesteśmy, ziszczą się na pewno – twój Van de la Varre będzie musiał umrzeć. Bo inaczej – po co to wszystko?

Słowa ojca sprzed kilku miesięcy na nowo rozbrzmiały mu w głowie.

„Panowie, już czas. Nie będziemy dłużej tolerować tyranii. Koniec z imperialnymi figurantami. Chcemy własnego króla i własnej Rady. Ilear nie będzie dłużej klęczał przed tronem Allegata.”

„…a teraz, gdy my już tu jesteśmy…” Bezwzględni, zaprzysiężeni wrogowie Cesarstwa. Król przekonany głosami swej Rady spodziewał się, że dzięki małżeństwu Marienne z koriańskim księciem zyska wgląd w politykę tego hardego państewka. Nie przekona się, jak bardzo się pomylił. Nie dożyje.

— Nie wiem… Nie wiem, o czym mówisz. — Marco uciszył szalejące myśli. Nie chciał tego rozważać. Nie dziś. Nie teraz.

Odpowiedział mu dźwięczny śmiech.

— Oczywiście. Wybacz. Zresztą i tak nie przyszedłem tu dywagować o polityce.

— A po co?

Korianin wygrzebał z ubrania połyskującą w mdłym blasku księżyca kokardę.

— Wygrałem ją.

— Gratulacje. Oszukiwałeś.

Korianin znów się roześmiał. Tym razem ten śmiech – mimo że tak melodyjny i ciepły – już mu się nie spodobał.

— To, co zrobiłeś na końcu, ten cios w brzuch, to nie było honorowe.

— Ależ dziecko. Dla ciebie w walce chodzi o honor? Nie o zwycięstwo?

— Za wszelką cenę?

— Oczywiście. W walce zwycięstwo to życie. Przegrana to śmierć. Lepsza honorowa śmierć od przeżycia?

Marco milczał. Zapatrzył się w przepływającą dołem wodę. Korianin też się odwrócił i podparł łokciami o balustradę.

— Odpowiedz.

— To nie była walka o życie. To była tylko…

— …zabawa? Nie. Walka nigdy nie jest zabawą. Nawet popisowa walka przed spragnionym rozrywki monarchą. A może zwłaszcza taka. Twój Van de la Varre to rozumie. I prawie nie dał się złapać. Zabrakło sekund. Prawie miałeś rację. Jest dobry. Ale nie jest jeszcze najlepszy.

— Przestań tak go nazywać.

— Jak?

— Moim Vanem de la Varre. Jest dla mnie…

— …wrogiem?

Marco znów zamilkł.

— Nie jest przyjacielem, ale też nie jest wrogiem?

— Jego ojciec jest wrogiem mojego. To chyba wystarczy.

— Wystarczy… do czego?

— Po co o to pytasz?

— Masz rację. Po to też tu nie przyszedłem.

— To po co?

Kokarda królewny zatańczyła mu przed twarzą.

— Wygrałem ją. Dla ciebie. I należy mi się za to nagroda.

— Co to znaczy?

Uśmiech Korianina złagodniał. Odłożył kokardę na balustradę i wyprostował się. Delikatnie odsunął jasne loki z twarzy Marca, a potem przemknął palcami wzdłuż jego policzka. Niebieskie oczy rozszerzyły się, a zaraz potem pojawił się gwałtownie ciemniejący rumieniec, ale Marco nie cofnął się i nie protestował nawet wtedy, gdy odwrócił jego twarz ku sobie. Pochylił się, by dotknąć rozchylonych warg ustami. Pohamował uśmiech, gdy powieki chłopca zatrzepotały i zamknęły się, a on sam nieśmiało odpowiedział na pocałunek.

Wargi Korianina były miękkie i ciepłe, i przyjemne. I tak łatwo było im ulec. Marco poczuł palce na karku pomiędzy włosami i przysunął się bliżej. Jego dłoń – może dla równowagi? — zacisnęła się na ramieniu mężczyzny. A gdy poczuł wilgotne muśnięcie języka do końca zapomniał, gdzie jest i z kim jest.

„…zginie…”

Marco gwałtownie otworzył oczy. Cofnął się zszokowany, nie do końca pewien czy pocałunkiem, czy też powracającym wspomnieniem śpiewnego głosu, uparcie powtarzającego wciąż to jedno słowo.

Korianin znów przyglądał mu się z uśmiechem, a jego dłoń wciąż jeszcze gładziła opartą o balustradę dłoń Marca.

— Nagroda warta starań — usłyszał. — Do zobaczenia, Marco.

Wciąż nie mogąc wydobyć z siebie głosu, Marco przyglądał się jak poseł znika w mroku na ścieżce prowadzącej do dworku. Dopiero po długiej chwili sięgnął po leżącą na polerowanym kamieniu kokardę. Migotała jak strumyk poniżej.

 

Rozdział II

Wiatr rozwiewał mu włosy, targał koszulą i płaszczem. Szalony galop łąkami Brugge odbierał oddech i wypełniał uszy melodyjnymi gwizdami. Van poklepał kark swojej karej Gwiazdki, a gdy odpowiedziało mu pełne uczucia rżenie zadarł głowę i wydał z siebie dziki, radosny wrzask. Cieszył się każdą chwilą tej szaleńczej jazdy. Gwiazdka gnała niczym demon, z każdym krokiem oddalając od niego problemy, które zostawił za sobą w domu.

W końcu zapomniał o upokorzeniu, jakiego doznał na oczach całego dworu.

I o tym, że Marienne opuściła już Ilear, co znaczyło, że wkrótce przyjdzie czas na zmiany i w jego życiu.

A nawet o tym, że Raynhard zniknął bez słowa.

Gwałtownie osadził klacz w miejscu i zeskoczył na ziemię. Gwiazdka parsknęła nerwowo, zaniepokojona jego zachowaniem. Przeczesał palcami czarną grzywę i przytulił się policzkiem do jej szyi. Jak zwykle szmer przeprosin wyszeptanych do ucha ukoił jej niepokój.

– Ty jedna mnie rozumiesz – westchnął, pieszczotliwie drapiąc ją między uszami. Gwiazdka zarżała cichutko, przywołując uśmiech na twarz chłopaka. – Śmiejesz się ze mnie. Ale to nie szkodzi. Tobie wolno, maleńka.

Isa powtarzała, że mówienie do konia to oznaka szaleństwa. On zawsze odpowiadał, że nie mówi do konia, tylko z nim rozmawia. Wtedy Isa kręciła głową ze zmarszczonymi brwiami i pukała się w czoło w geście, który musiała podpatrzyć u służby.

A może był szalony? Z pewnością miał po kim dziedziczyć. Po kątach w zamku i na dworze szeptano, że księżna Brugge jest niespełna rozumu. A ojciec od zawsze cieszył się zasłużoną opinią porywczego okrutnika.

Miał nadzieję, że Isa nie padnie ofiarą tej nagłej miłości do Korian. On i Marienne to wystarczająca cena za ich przyjaźń.

– Może ty wiesz, skąd się to wzięło? – Pogłaskał Gwiazdkę po chrapach. W czarnych oczach dostrzegł inteligentny błysk. Znów się uśmiechnął, ale niemal od razu uśmiech zniknął, przygaszony wyrazem zamyślenia. – Wiesz, ale czy mi powiesz? Tyle lat nienawiści, przygotowań do wojny, tyle planów starcia w pył ich wojsk i przyłączenia Korii do Cesarstwa, i co? Nagle zależy nam na pokoju i stabilizacji. Nagle zawieramy z nimi sojusz i pieczętujemy go wysyłając Marienne w ich dzikie góry. Nic z tego nie rozumiem.

Puścił uzdę i siadł na trawie. Gwiazdka trąciła go pyskiem w ramię. Nie zareagował, więc nauczona doświadczeniem odeszła kilka kroków dalej i zaczęła skubać żółknące źdźbła. Van podciągnął kolana pod brodę i oparł na nich głowę. Trzy miesiące temu ojciec zakomunikował mu, że wkrótce do Brugge przybędzie koriańska hrabianka, która zostanie jego żoną. Nie zaprotestował, bo nie miało to sensu. Ojciec nie pytał, ojciec oznajmiał. Nie wyjaśnił też, skąd ta nagła zmiana nastawienia do południowych sąsiadów.

Nawet Raynhard nie potrafił mu tego wytłumaczyć.

Raynhard… Nie było go, gdy wrócili z uroczystości zaślubin Marienne. Początkowo Van nie zwrócił na to uwagi. Raynhard zwykł opuszczać Brugge podczas nieobecności gospodarzy. Nigdy nie towarzyszył im w wizytach na dworze. Zawsze jednak wracał. Najpóźniej dzień po nich. Ale tym razem…

Tym razem nie było go już drugi tydzień.

Raynhard był doskonałym wojownikiem, powtarzał sobie w duchu. Nie dałby się nikomu zaskoczyć. Doskonale władał mieczem. Nikt nie mógł go pokonać. Nikt nie byłby go w stanie…

Poderwał się z ziemi i gwizdnął na Gwiazdkę, która oddaliła się w poszukiwaniu bardziej zielonej, soczystszej trawy. Podniosła łeb. Znów zastrzygła uszami, wyczuwając kolejną zmianę w zachowaniu pana.

Wskoczył na siodło i szarpnął wodze. Gwiadka zatańczyła w miejscu, rżąc nerwowo, nienawykła do tak szorstkiego traktowania. Zakręciła się i prychnęła niczym urażony kot, gdy pięty jej pana mało delikatnie dźgnęły ją w boki. Po chwili znów biegła, przecinając w galopie żółte łąki.

*

Ściemniało się już, gdy Van wrócił do zamku. Ignorując biegnącego ku niemu stajennego chwycił uzdę i sam wprowadził Gwiazdkę do stajni.

— Książę czeka, paniczu.

Niech czeka, odpowiedział w duchu kamerdynerowi, który poinformowany o jego powrocie blokował teraz dostęp światła, stojąc w drzwiach stajni. Głośno nic nie powiedział. Rozsiodłał Gwiazdkę i sprawdził, czy ma wszystko, czego potrzebuje. Pogłaskał ją po mokrym boku i chwycił zgrzebło.

— Pytał o panicza już kilka razy — dodał głośniej służący, akcentując wymawiane słowa. Van rzucił szczotkę stajennemu, który z trudem złapał ją w drżące dłonie. Najwyraźniej ojciec nie był w najlepszym nastroju, gdy o niego pytał.

— Idę.

Kamerdyner wycofał się za próg, ale nie odszedł, dopóki się nie upewnił, że Van rzeczywiście ma zamiar opuścić stajnię. Rzadko kiedy się zdarzało, by młody panicz oddawał swoją Gwiazdkę w ręce obcych. A odkąd odszedł Raynhard, spędzał z tym koniem więcej czasu niż z rodziną.

Książę Gabriel czekał w salonie, nie sam. Van zatrzymał się w progu, przyciągając spojrzenia obecnych. Na twarzy ojca odbiło się niezadowolenie, matka od razu odwróciła wzrok, wuj patrzył na niego z wyrazem niekrytej irytacji, Isa zmarszczyła nos lustrując jego wygniecione ubranie, i tylko jedna osoba uśmiechnęła się na jego widok. Koriański poseł, ten sam, który pokonał go w pojedynku na dworze.

— Van. Nie wypada kazać gościom na siebie czekać.

Ton ojca był nieskazitelnie uprzejmy, jak zwykle. Van skrzywił się w duchu słysząc nutę zniecierpliwienia.

— Wybaczcie. Nie wiedziałem, że mamy gości. Konrad mnie nie powiadomił. Inaczej nie przyszedłbym tu w takim stroju prosto ze stajni.

— Oczywiście. Przebierz się. I dołącz do nas przy kolacji.

Zanim wyszedł, pochwycił drwiące spojrzenie Korianina.

Wrócił w czystej koszuli i spodniach, i wypolerowanych butach. Jeszcze nie zdążył zamknąć za sobą drzwi, a ojciec już zganił go wzrokiem — za brak kurtki i pasa w rodowych barwach. Bez słowa usiadł przy zastawionym stole obok matki.

— Skoro wszyscy jesteśmy obecni, wznieśmy toast za przyjaźń, która połączyła nasze kraje, a wkrótce połączy również nasze rody.

połączy nasze rody… Van z trudem przełknął wino, podczas gdy ojciec i jego niespodziewany gość opróżnili swoje kielichy jednym haustem.

— Jak mówiłem zanim syn waszej książęcej mości do nas dołączył, nasz król niezmiernie cieszy się z tego sojuszu. Nie wątpię, że obie strony uzyskają w nim właśnie to, co jest im w tej chwili najbardziej potrzebne: pokój i stabilizację.

A wasze rajdy na nasze tereny? Nieustanne walki na pograniczu? Bandyckie napady na traktach?

— Czy to znaczy, że jesteście otwarci również na pokojowe rozmowy z Cesarzem? – zapytał głośno, czując że ojciec nie pochwaliłby otwartego ataku na gościa.

— Pokój między Korią i Cesarstwem od lat jest trwały — odpowiedział poseł. — Sojusz z Ilearem z całą pewnością umocni jeszcze nasze dobre stosunki.

— Niewątpliwie.

— Wasza książęca mość wybaczy moje śmiałe słowa, ale wydawało mi się, że dbacie, aby wasza młodzież orientowała się w politycznej sytuacji sąsiadów.

Isabelle zakrztusiła się. Zarumieniła się i przeprosiła. Poseł uśmiechnął się do niej.

— Możesz być pewien, panie hrabio, że ignorancja daleka jest naszej młodzieży — wtrącił Kaspian, zaraz po tym jak obdarzył córkę swego kuzyna karcącym spojrzeniem, które tylko pogłębiło czerwień na twarzy dziewczyny. — Wieści o związku królewskiej córki z waszym następcą tronu wywołały niemałe, choć oczywiście pozytywne poruszenie w całym Imperium. Możemy mówić otwarcie, prawda? Wszyscy tutaj wiemy, że nie tego się spodziewaliśmy. Jeszcze kilka lat temu taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia – i to nie ze względu na wrogie nastawienie Ilearu czy Cesarza do Korii. Zaprzecz, jeśli źle mówię.

— Nie. Byłbym hipokrytą, gdybym zaprzeczył. Ale – mówimy otwarcie, tak? Wasza miłość również okazałby się hipokrytą, jeśli uparłby się przy stwierdzeniu, że to jedynie z naszej winy wcześniej nie mogło dojść do porozumienia.

— Zgodzę się, że trudno rozważać, kto zawinił pierwszy i bardziej. Zbyt wiele na to wieków krwawej historii i nierozwiązanych waśni między naszymi narodami. Ale pewnym jest, że nigdy nie witaliście nas z otwartymi ramionami w granicach swego kraju.

— Intencje gościa nie pozostają bez wpływu na powitanie, jakie zgotuje mu gospodarz, tym bardziej jeśli jest to gość niezapowiedziany.

Kaspian zmrużył powieki w grymasie rosnącego wzburzenia, czerwieniejąc gwałtownie i już otwierając usta do riposty, na którą przypatrujący mu się z układnym uśmiechem i prowokacyjnym błyskiem w oczach Korianin wyraźnie czekał. Nie zdążył jednak wyrzucić z siebie nawet słowa.

— Panowie, dość tych rozmów. Nie po to się dziś spotkaliśmy. Hrabia Dragas nie przybył tu jako poseł koriańskiej sprawy, prawda?

Van spojrzał zaskoczony na matkę. Tak rzadko zabierała głos w towarzystwie, że prawie zapomniał, jak władczo – a przy tym nie tracąc nic z kobiecego wdzięku – potrafił on zabrzmieć.

— Oczywiście. Mieliśmy omówić szczegóły czekającej nas uroczystości — poparł żonę książę. Kaspian prychnął urażony, niezadowolony ze zmiany kierunku nabierającej żaru dyskusji. Urwana właśnie teraz czyniła go przegranym w tym starciu. Nie odważył się jednak głośno zaprotestować.

Van oparł się ciężko o krzesło. Stracił apetyt. Nie miał ochoty na wino. Nie miał ochoty na omawianie szczegółów „nadchodzących uroczystości”. Ale jego nikt o zdanie nie pytał. Na szczęście nikt też nie wymagał od niego udziału w rozmowie. Ojciec przedstawiał Korianinowi, wedle jakich tradycji odbędą się zaręczyny i ślub. Wuj wtrącał raz po raz jakieś uwagi. Dragas przysłuchiwał się im obu z niegasnącym uśmiechem, jakby wszystko jedno mu było co ustalą, po czym tonem, który mógł się równać z ojcowskim oznajmiał swoje zdanie. Matka odzywała się tylko w momentach, gdy wyczuwała rodzący się sprzeciw jednej lub drugiej strony. Isa milczała. On sam też milczał, modląc się w duchu, by to wszystko skończyło się jak najprędzej.

— Ojcze, czy mogę… — Isa wykorzystała krótką chwilę ciszy, jaka zapadła po szczególnie kontrowersyjnym pytaniu, ale urwała, pochwytując zgorszony wzrok wuja. Książę Gabriel nie okazał jednak niezadowolenia.

— Już późno. Masz rację, połóż się, dziecko.

— Van, mógłbyś…

Van też wstał, nie czekając na pozwolenie ojca.

— Wybaczcie na moment. Odprowadzę Isę.

Nikt nie zaprotestował, chociaż zmarszczki na wykrzywionej twarzy Kaspiana pogłębiły się widocznie. Van poszedł za siostrą, czując na plecach wzrok Dragasa.

Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, Isabelle wydała z siebie poirytowane parsknięcie.

— Argh! Jak ty możesz znosić to wszystko z takim spokojem? Jeśli nie wyszłabym w tej chwili, zaczęłabym krzyczeć!

Uśmiechnął się lekko, chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę korytarza.

— Chodź stąd, zanim wuj cię usłyszy i zruga na oczach tego przybłędy. I zanim zmienią zdanie i każą nam od razu tam wracać.

— Przybłęda! Masz rację. Wiesz jak on na mnie patrzył? Jeszcze zanim się łaskawie zjawiłeś? Wiesz w ogóle co się działo, jak cię nie było? Wuj zjechał tu z wielką pompą prowadząc tego Korianina. Podobno spotkali się na trakcie, ale… Taki przypadek? Powracający Kaspian i ciągnący do swoich gór Dragas. Zresztą co to za imię: Dragas? Nikt cywilizowany nie może się tak nazywać! I nie śmiej się ze mnie!

Opanował śmiech, ale nie zdołał zachować pełnej powagi.

— A mnie się nawet podoba. Dragas, tak…

— Dziko? Barbarzyńsko? Bestialsko? — podpowiedziała. — Bogowie! Miałam wrażenie, że ten… przybłęda cały czas mi się przygląda, jakby się zastanawiał, czy i mnie nie wciągnąć w ten układ. Wyobrażasz sobie? Nie dość im biednej Marienne i… — urwała. Przytuliła się do jego ramienia i spojrzała mu w oczy żałośnie. Zatrzymali się przed drzwiami jej sypialni. — Van… Ja tak nie chcę. Nie zniosę żadnej Korianki w domu. Za jakie winy nas to spotyka?

Van spoważniał. Do tej pory udawał, ze cała ta rozmowa wcale nie dotyczy jego osoby i jakiejś obcej dziewczyny, która ma zostać jego żoną.

— Nie ty będziesz musiała znosić jakąś Koriankę — mruknął ponuro. — Ale nie martw się. Ojciec nie da się aż tak ogłupić, żeby i ciebie jeszcze sprzedać za cenę tego idiotycznego paktu. Co my z tego mamy? Ja jak na razie nie widzę żadnych korzyści.

Isa westchnęła. Puściła jego rękę i weszła do pokoju.

— Chodź. Przecież nie chcesz tam jeszcze wracać.

— Nie chcę. — Zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie ciężko. — To głupie. Czuję się jak dzieciak, który na nic nie ma wpływu.

— Mój drogi bracie, nie chcę cię martwić, ale w tym domu jesteś dzieciakiem, który na nic nie ma wpływu. No, może na… — zamilkła nagle, ale i tak o kilka słów za późno. Van zrozumiał. Wyraz jego twarzy stał się jeszcze bardziej chmurny. A oczy… Gdyby nie znała go lepiej, mogłaby przysiąc, że widzi w nich lęk. Chciała podejść, przytulić go i zapewnić, że Raynhard wróci, że nic mu nie jest, ale nie tak między nimi było. Van nie chciał pocieszenia. Nie od niej. Od nikogo.

— Gdzie byłeś wcześniej? — zapytała, próbując pociągnąć jego myśli w inną stronę.

— Na łąkach.

— Po co?

— Pojeździć. A po co? Co mam robić?

— No nie wiem. Zawsze… — Zawsze trenowałeś z Raynhardem, albo polowałeś z Raynhardem, albo dyskutowałeś z Raynhardem, albo wyprowadzałeś Raynharda z równowagi głupimi żartami. Znów westchnęła. Jak to się stało, że nigdy wcześniej nie zauważyła, że w życiu jej brata wszystko zawsze sprowadzało się do Raynharda? Kiedyś… Kiedyś to był ojciec, pamiętała. Ale odkąd zjawił się w ich domu Raynhard…

— A co ty robiłaś?

— A jak myślisz? Zabawiałam naszego zagranicznego gościa.

Uśmiechnął się słabo.

— Powinnaś… Powinnaś jednak być dla niego milsza. W końcu niedługo zostanie twoim szwagrem.

Zanim Isabelle zdołała desperacko zaprotestować przeciwko tej kolejnej niesprawiedliwości losu, Van sięgnął do klamki.

— Wiesz, ja chyba tam wrócę. Ojciec nie byłby zadowolony, a wuj… Wuj i tak uważa, że nie zachowuję się jak na dziedzica Brugge przystało. Przyślę ci tu Serinę. Śpij dobrze.

Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, po raz kolejny westchnęła cicho. Gdyby mogła coś zrobić, ulżyć mu w jakiś sposób… Ale ona miała tu przecież jeszcze mniej do powiedzenia niż Van.

— Nie spieszyłeś się — warknął wuj, gdy Van zajmował miejsce przy stole. Matki już nie było. — Nie musiałeś chyba układać siostrzyczki do snu, co?

— Takie uwagi są całkowicie zbyteczne, drogi kuzynie.

— Wybacz, Gabrielu. Nie miałem na myśli…

— Oczywiście, że nie miałeś. — Książę Brugge uśmiechnął się zimno. Van napełnił swój puchar winem z butelki stojącej najbliżej i podniósł od razu do ust, kryjąc za nim nikły uśmiech. Nigdy nie przepadał za wujem Kaspianem. — Wcześniej odniosłem wrażenie, że miałeś ciężką i męczącą podróż. Nie powinienem dłużej przetrzymywać cię na nogach. Wybacz mi ten nietakt, drogi kuzynie. Jestem pewien, ze twoje pokoje są już gotowe. Elizabeth z pewnością wydała odpowiednie polecenia zaraz po twoim przyjeździe.

Kaspian mruknął coś pod nosem, ale szybko zapanował nad temperamentem. Jednym haustem opróżnił swój kielich i podniósł się z krzesła.

— Mój drogi kuzyn ma jak zwykle rację. Sam nie chciałem być nietaktowny przerywając to spotkanie, ale rzeczywiście, padam z nóg. Panowie wybaczą. Życzę wszystkim dobrej nocy.

— I wzajemnie, drogi kuzynie. I wzajemnie.

Van był pewien, że gdy tylko wuj odwrócił się do nich tyłem, na jego twarz wpłynął wyraz niewypowiedzianej wściekłości. Uśmiechnął się zadowolony. Z zaskoczeniem zauważył, że Korianin również się uśmiecha, tyle że przyglądając się jemu, a nie Kaspianowi.

— Cóż, jeśli nasz szacowny gość nie poczuje się urażony, ja także udam się na spoczynek. Może wtedy Van zacznie odzywać się we własnej sprawie. Oczywiście pokoje gościnne również są już przygotowane, jeśli nie życzy pan sobie dalszych rozmów, hrabio.

— Wasza książęca mość jest dla mnie zbyt łaskawy. Wystarczy, że zjawiłem się bez uprzedzenia, nie chciałbym jeszcze zakłócać odpoczynku waszej miłości. A co do waszego syna… Myślę, że i on chętnie zamieni ze mną jeszcze kilka słów. Obiecuję, że nie zatrzymam go długo.

— Zatem dobrej nocy. Hrabio, Van. – Książę skinął głową Korianinowi, po czym poszedł za Kaspianem. I znowu, hrabia Dragas nie przyglądał się wychodzącemu gospodarzowi, tylko Vanowi.

Wraz z zamknięciem drzwi w sali zapadła chwila ciężkiej, pełnej zakłopotania ciszy. Zakłopotania – dla Vana. Bo Korianin zdawał się czuć zupełnie swobodnie. Sięgnął po butelkę, napełnił swój puchar winem. Zakręcił nim w dłoniach, uniósł do ust. Wszystko to z niewielkim, na poły zadowolonym, na poły prowokującym uśmieszkiem.

— Więc… — Van urwał pod wpływem przenikliwego spojrzeniem hrabiego, ale szybko zapanował nad nerwami. Uśmiechnął się nawet. — Co ustaliliście?

Korianin wzruszył ramieniem, sącząc wino.

— Kilka mało istotnych szczegółów — odpowiedział po chwili. — Twój ojciec zdawał się zadowolony z przebiegu naszej rozmowy. Wuj trochę mniej. Za to ty…

— …wcale? — dokończył za niego chłopak.

Dragas parsknął wesoło.

— Nie próbujesz nawet ukryć swojej niechęci. Na dyplomatę to ty się z pewnością nie nadajesz.

— Nigdy nie szkolono mnie na dyplomatę. A jeśli nawet, to ja nigdy nie przywiązywałem wagi do tych bzdur. Śliskie słówka to nie moja specjalność.

— A co jest twoją specjalnością?

Miecz. Walka — miał już na końcu języka, ale powstrzymał się na wspomnienie ich poprzedniego spotkania. Przygryzł wargę, czując jak policzki pokrywa irytująca czerwień.

Korianin odgadł, co chciał powiedzieć.

— Jak na swój wiek jesteś całkiem dobry w machaniu mieczem. Brak ci doświadczenia, które mógłbyś zdobyć jedynie w prawdziwej bitwie. Chętnie poznałbym twojego nauczyciela.

Coś w twarzy Vana najwyraźniej zdradziło mu, że to drażliwy temat, bo ciemne brwi zjechały się w zamyśleniu, gdy cierpliwie czekał na odpowiedź.

Ta długo nie nadchodziła.

— Niestety, tej prośby nie jestem w stanie spełnić. Nie ma go tu. Wyjechał kilka dni temu.

— Na długo?

— A jak długo zamierzasz tu się zatrzymać?

— Z całą pewnością nie dyplomata. — Na twarz Dragasa wrócił uśmiech. — Nie obawiaj się, jutro jadę dalej. Mam wiele spraw do załatwienia.

— A czego miałbym się bać? Chyba tylko tego, że w jakiś sposób zdołałbyś przekonać ojca, by oddał ci Isę za żonę.

Teraz Korianin śmiał się już otwarcie. Wzniósł puchar w toaście, po czym opróżnił go do końca. Odstawił go z trzaskiem na stół i wstał, odsuwając krzesło z głośnym zgrzytem.

— Chodź. Zaprowadzisz mnie do stajni. Chcę sprawdzić przed snem, jak się miewa mój koń.

Van też się podniósł, nadal z chmurnym wyrazem na twarzy.

— Zapewniam, że w naszych stajniach niczego mu nie brakuje.

— O, nie śmiem wątpić. Ale może chcę mu powiedzieć: dobranoc? Nigdy tak nie robiłeś?

Często. A od czasu odejścia Raynharda codziennie.

— Tak bardzo przywiązujecie się do swoich zwierząt?

— Koń, miecz, kobieta – taki jest u nas porządek. Powiedz szczerze: dziwi cię?

Van nie odpowiedział, ale pokręcił głową. Gdyby sam miał ustalić jakąś kolejność… Cóż, Gwiazdka zawsze była ważna. Z mieczem w dłoni czuł się pewnie. A kobiety… Nie miał żadnej, więc jak miałby je umieścić w rankingu?

— Tak myślałem. Widzisz, gdyby nie to, że mówisz po ilearsku, a na nazwisko masz de la Varre, byłby z ciebie całkiem przyzwoity Korianin.

— Cieszę się, że mówię po ilearsku, jestem dumny, że nazywam się de la Varre i dziękuję bogom za to, że nie urodziłem się Korianinem.

Zamiast poczuć się urażonym, Dragas roześmiał się w odpowiedzi.

— Hardy, dumny i bezczelny. No i masz świetne zadatki na doskonałego wojownika. Trochę pracy w ciebie włożyć i… Tak, nie miałbym nic przeciwko takiemu krajanowi. Nie przyniósłbyś nam wstydu.

— Jesteś gościem mojego ojca i nie wypada mi odpowiedzieć tobie w tonie, na jaki zasłużyłeś tą uwagą. Wiedz jednak…

— …że w innych okolicznościach wyzwałbyś mnie na honorowy pojedynek, bo taką zniewagę można zmazać jedynie krwią? — Wyszli na zewnątrz. Korianin zatrzymał się na środku dziedzińca i przeciągnął mocno. Odwrócił się do Vana, patrząc na niego spod lekko zmarszczonych brwi. — Dziecko… Naucz się przyjmować komplementy. Naucz się rozumieć, co kryją słowa, które słyszysz.

— Rozumiem…

— Nie rozumiesz. Ale to nic. Młody jeszcze jesteś. Ktoś cię kiedyś nauczy, i albo pojmiesz nauki od razu, albo jeszcze długo będzie bolało. Ale zapomnijmy o tym. Nie psujmy tak wspaniale rozpoczętego wieczoru.

— Nie pozwolę, żeby ktoś…

Dragas spoważniał. Podszedł krok bliżej, tak że dzieliło ich już tylko kilka cali.

— Naprawdę tego chcesz? Naprawdę chcesz teraz tej walki? Raz już się przekonałeś, który z nas jest lepszy. Potrzeba ci kolejnej nauczki? Nie sądzę. Ale jeśli poprawi ci to humor… – urwał. Przez chwilę mierzył go zagadkowym spojrzeniem. W końcu prychnął cicho, z cieniem uśmiechu na twarzy, i cofnął się. – Nie, to naprawdę niepotrzebne, Van. Nie miałem nic złego na myśli. Jeśli moje słowa cię uraziły, przepraszam. Nie było to moim zamiarem.

— Nie?

— Nie.

Nie powiedział nic więcej. Pozwolił mu to przemyśleć. Pozwolił podjąć decyzję.

Wreszcie Van kiwnął lekko głową.

— Chodźmy. Strażnicy dziwnie się nam przyglądają. Przypuszczam, że jest już po północy.

Korianin zadarł głowę.

— Grubo — stwierdził, idąc już w stronę stajni.

Weszli do środka w milczeniu. Mimo ciemności, Korianin bezbłędnie odnalazł boks, w którym nocował jego wierzchowiec. Van podszedł do Gwiazdki. Powitało go senne parsknięcie. Uśmiechnął się i podrapał klacz między uszami. Zastrzygła nimi, łaskocząc go w twarz. Z boksu obok doleciał niezrozumiały, śpiewny głos.

— I tak bym do ciebie przyszedł, przecież wiesz — szepnął Gwiazdce, głaszcząc ją po chrapach. — Tylko ty mi zostałaś, maleńka — dodał jeszcze ciszej. — Jutro znowu pojedziemy na łąki. A na razie… Bądź grzeczna i dobrze wypocznij.

Poczekał na Korianina na zewnątrz. Nie stał tam długo. Dragas wyszedł na dziedziniec zaraz po nim.

— Pięknego konia tam masz — zauważył hrabia, gdy powoli ruszyli z powrotem do zamku. — Taki koń naprawdę jest wart więcej niż miecz czy kobieta.

Van nie powstrzymał w porę uśmiechu.

— Bogowie, mam nadzieję, że naprawdę nigdy nie przyjdzie ci do głowy, żeby prosić o rękę mojej siostry. Isa nie zniosłaby bycia trzecią po zwierzęciu i kawałku metalu. Prędzej odebrałaby sobie życie, chociaż pewnie wcześniej straciłbyś i konia, i miecz.

— Ognistą masz siostrzyczkę. Ale możesz być spokojny. Jest bezpieczna ode mnie.

Weszli do środka. Van od razu obrał drogę do gościnnego skrzydła.

Szli w milczeniu, ale Van nie wytrzymał tak długo. Pewna sprawa od miesięcy nie dawała mu spokoju, choć ze wszystkich sił starał się o tym nie myśleć. Ale w tych okolicznościach…

— Jaka jest twoja siostra? — zapytał. Nie patrzył przy tym na swojego rozmówcę, bo nie chciał widzieć, jak go to bawi.

Dragas najwyraźniej musiał rozumieć jego obawy, bo odpowiedział mu bez śladu kpiny.

— Pogodna, radosna, pełna życia – jak na prawdziwą córę Korii przystało. Kocha konie i będzie potrafiła podzielić się z nimi miłością swojego mężczyzny. Uwielbia walczyć i jest w tym całkiem dobra, ale z mieczem o uczucie rywalizować nie będzie. Ma czarne włosy, oczy pełne ognia, usta stworzone do całowania, piersi które dadzą rozkosz mężczyźnie, do którego będzie należeć, biodra, które dadzą mu zdrowe dzieci…

…a może jednak bawił się przy tym lepiej, niż na posła i gościa przystało.

— Przestań — przerwał mu Van, czując gorąco zalewające twarz. — Jak możesz tak mówić o własnej siostrze?

— Z trudem, wierz mi, z trudem. Ale warto było się zmusić, by się przekonać, że wcale nie jesteś tak pewny siebie i niewzruszony, za jakiego chciałbyś uchodzić.

— Dupek… — mruknął w odpowiedzi.

— Coś mówiłeś? — zapytał Dragas ze śmiechem.

— Nie — warknął.

— Tak myślałem, że mi się tylko wydawało.

Van zatrzymał się przed zdobionymi drzwiami z ciemnego drewna.

— To tu. Przysłać ci kogoś ze służby do pomocy?

— Po co? Jeszcze potrafię sam się rozebrać. Do łóżka też chyba trafię. Aż tyle nie wypiłem.

— Zatem… — Van cofnął się, zamierzając odejść.

— Czekaj.

— Tak?

— To co mówiłem wcześniej… czym cię tak uraziłem. Mogłem powiedzieć to inaczej.

— Jak?

— Tak, żebyś zrozumiał, dzieciaku.

— Zrozumiałem…! I nie mów do mnie…

— Cicho, dziecko. Posłuchaj. Chciałem ci powiedzieć, że… że gdyby leżało to jedynie w mojej gestii, chciałbym żebyś został mężem mojej siostry. Pakty paktami, ale myślę, że gdyby Kiara miała okazję cię poznać, od razu by cię polubiła. Gdybym to ja miał wybierać spośród Ilearczyków kogo poślubi, też wybrałbym ciebie.

— Tak?

— Mhm.

— A myślałem, że wolałbyś Marca von Throim.

Dragas spojrzał na niego zaskoczony. Zaraz uśmiechnął się zagadkowo.

— A miałem wrażenie, że ktoś jeszcze był wtedy obecny tam przy strumieniu. Ale nie masz racji. — Dragas położył dłoń na klamce i otworzył drzwi.

— Nie?

— Nie. To ciebie wybrałbym dla Kiary. Marca von Throim wybrałbym dla siebie. Dobrej nocy, Van.

Van stał jeszcze przez chwilę bez ruchu, wpatrując się w zamknięte drzwi. Pozwolił sobie na nikły uśmiech i w końcu poszedł do siebie. Był zmęczony. Jemu też należał się odpoczynek.

*

Dragas opuścił Brugge zaraz po świcie. Nie skierował się ku granicy; ledwo tylko zamknęły się za nim bramy, dźgnął konia piętami i galopem ruszył w stronę stolicy.

Był zadowolony z wizyty. Nie lubił podejmować żadnych kroków, zanim nie poznał wszystkich okoliczności. Co prawda czas jego działania dobiegł już końca, a wieczór w towarzystwie księcia Gabriela i jego rodziny, choćby nie wiadomo jak przyjemny, niewiele mógł zmienić w przebiegu zaplanowanych wydarzeń.

Przybył tu raczej z ciekawości, niż z konieczności. Tyle się nasłuchał…

Książę potwierdził wszystkie plotki na swój temat. Był wyniosły i władczy, od służby, a nawet od rodziny wymagał bezwzględnego posłuchu. I to, że go miał, było widoczne już na pierwszy rzut oka. Niepewność, jaka pojawiła się na ułamek sekundy w oczach Vana, gdy zorientował się, że mają gości. Wahanie w głosie Isabelle, gdy opuszczała towarzystwo. Brak sprzeciwu ze strony Kaspiana, kiedy nie do końca z własnej woli udawał się na spoczynek. Nawet cicha obecność Lady Elizabeth. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, kto rządzi w Brugge.

Kaspian w przeciwieństwie do księcia wywarł na nim wrażenie zapatrzonego w siebie głupca, który sam siebie uważa za obeznanego światowca. Porywczy, kłótliwy, typowy imperialny arystokrata. Dość trzech słów, by się zaperzył i od wszystkich w koło żądał satysfakcji. Wspomnienie tej tłumionej wściekłości, gdy upokorzony przez własnego kuzyna opuszczał salon, przywołało na twarz Dragasa nikły uśmieszek. Wspomnienie satysfakcji w oczach młodego dziedzica książęcego tytułu wywołało cichy śmiech.

Van de la Varre… Coś kryło się w tym chłopaku. Był tak podobny do ojca i choć zachowywał się zupełnie inaczej, nie sposób było nie dostrzec, jak ogromny wpływ na syna ma książę. Drobne, nieświadome gesty, takie samo spojrzenie pełne wyższości. Ciekawe, czy poglądy ojca i jego zamiłowanie do bezlitosnych zabaw też podzielał. Dragas był szczery, gdy mówił, że nie miałby nic przeciwko związkowi Vana z Kiarą. Kiara naprawdę mogłaby polubić tego chłopca. Jeśliby tylko kiedykolwiek miała okazję go poznać.

Ale Dragas na nic nie miał już wpływu. Ilearscy panowie zadecydowali. On był tylko uniżonym sługą swego króla i z pokorą wypełniał powierzone mu zadania.

W drodze złapała go ulewa. Schronił się na noc w przydrożnej karczmie, ale rano obudził go nie sługa, a szelest kropel bijących w drewnianą powałę. Gdy wstawał – szarzało, gdy godzinę później ruszał dalej – wokół nadal było szaro i ponuro. Jesień, powiedział gospodarz na pożegnanie, jakby to jedno słowo wyjaśniało wszystko – i deszcz, i półmrok, i nieprzyjemne uczucie rozchodzące się dreszczem po krzyżach, które nie opuszczało go przez cały dzień. Dopiero niewyraźny zarys czarnych chorągwi, rozwieszonych nad miejskimi murami, ciężkich i nieruchomych w przesiąkniętym wodą powietrzu, przywrócił mu dobry nastrój.

Zaczęło się.

 

Rozdział III

W dzieciństwie, zawsze wtedy, gdy coś ważnego wydarzyło się w jego życiu, Marco chował się w gabinecie ojca za ciężką, bogato zdobioną kotarą. Potrafił przesiadywać tam godzinami, niepomny na nawoływania szukającej go niani, a później guwernantki. Odkrył za tą kotarą coś, czym z nikim nie chciał się dzielić. Na ścianie w złoconej ramie wisiał obraz tak piękny, że samo patrzenie na płótno przynosiło spokój i napełniało szczęściem.

Kobieta z portretu, a właściwie wciąż jeszcze dziewczyna, bo nie mogła mieć więcej niż piętnaście, może szesnaście lat, była śliczna. Długie włosy okalały jej drobną, uśmiechniętą twarzyczkę miękkimi falami, skrzącymi się złociście w blasku słońca. Prościutkie wąskie brwi wyginały się ponad ogromnymi szarymi oczyma, nadając jej nieco figlarnego wyrazu. Rzęsy – czarne niczym pióra kruka, długie i wywinięte w górę, ocieniały te oczy, dodając im wyrazistości i głębi. Rozchylone usta uśmiechały się tajemniczo, a łabędzią szyję oplatało kilka sznurów mieniących się różowawo pereł, ale nawet te klejnoty bladły wobec uroku dziewczęcia, zdając się bardziej krępować jej ulotną naturę, niźli zdobić.

Ale to nie uroda sportretowanej damy przyciągała uwagę Marca. Była w niej otwartość, emanowała młodzieńczą radością. Stała się przyjaciółką, która z uśmiechem wsłuchiwała się w jego historie..

Dziesięć lat temu, gdy z rumieńcami na twarzy opowiadał jej o chłopcu z mostka nad strumieniem, z którym mógłby się zaprzyjaźnić gdyby nie to, że tato nienawidził jego ojca, i o spotkaniu ze smokami, nie wiedział kim ona jest.

Kiedy był tu ostatnio, po powrocie z letniej królewskiej rezydencji, nic jej nie powiedział ani o Vanie, ani o koriańskim pośle, ani o swoim pierwszym w życiu pocałunku. Mało już do niej przemawiał. Odchylał kotarę, siadywał na ziemi i przyglądał się ślicznej twarzyczce. Znał już jej imię i znał jej historię.

Teraz też milczał, wpatrując się w rozpromienione oczy, choć tyle mógłby jej powiedzieć. Że wreszcie nadeszła długo wyczekiwana przez ojca chwila. Że za kilka godzin skończy się niedola ilearskiej szlachty, i jej własna również. Że gdy wstanie dzień, nic już nie będzie takie samo. Zamiast mówić uniósł dłoń i przesunął palcami po szorstkiej fakturze obrazu tak ostrożnie, jakby spodziewał się, że dziewczyna z portretu wzdrygnie się i odrzuci dotyk, jeśli zrobi to nie dość delikatnie. Ale ona wciąż uśmiechała się do niego, tak jak robiła to od lat.

Lady Elizabeth. Pierwsza narzeczona ojca. Ukochana. Upragniona. Poślubiona innemu.

— Paniczu, już czas. Pan hrabia czeka.

Cichy głos kamerdynera nie mógł odciągnąć go od obrazu, ale cofnął dłoń i skinął nieprzytomnie głową. Podobizna młodziutkiej Elizabeth przyglądała mu się z radością, z wyczekiwaniem. Ciekawe, czy prawdziwa Lady Elizabeth, księżna Brugge, powita ojca z takim samym wyrazem na twarzy i w oczach.

— Paniczu.

Ojciec czekał na ten dzień prawie dwadzieścia lat. Nawet matka wyraziła dziś przed nim nadzieje, że jego plany ziszczą się zgodnie z zamysłem, choć Marco widział w jej oczach ból i łzy, gdy to mówiła. Kochała go, ale nawet ona wiedziała, że nikt nie może się równać z roześmianą złotowłosą pięknością z portretu zza kotary.

— Paniczu…!

Jednym ruchem zaciągnął zasłonę i w końcu opuścił gabinet ojca. Poprawił płaszcz i naciągnął kaptur na oczy. Nawet wewnątrz grubych murów zamku słychać było odgłosy ulewy, która rozszalała się na zewnątrz – prawdziwej ilearskiej ulewy, jaka przychodziła wraz z pierwszym dniem jesieni, a ustawała na dobre dopiero zimą.

Żołnierze otuleni w ciężkie płaszcze, tym cięższe że już zupełnie mokre, z ulgą przywitali jego przybycie. Dosiadł czekającego konia. Hrabia zakończył swoją przemowę i teraz kapitan Morivern rzucał ostrym głosem ostatnie rozkazy. Marco przez szum deszczu i gruby kaptur dosłyszał tylko kilka słów. „Bezwzględna cisza”, „czekać na rozkaz”, „broń w pogotowiu”. Nieprzyjemny dreszcz wstrząsnął całym jego ciałem. Patrząc na zaciętą twarz kapitana, na niespokojnie tańczące w kałużach wierzchowce i żołnierzy, których ponure spojrzenia śledziły ojca, gdy wyjeżdżał przez bramę w ciemność, powoli zaczynał rozumieć – tak naprawdę rozumieć – co się miało wydarzyć tej nocy. Słowa wypowiadane z obcym, śpiewnym akcentem znów do niego wróciły, jak wracały niemal codziennie odkąd je usłyszał. Zdusił je, zanim wybrzmiały do końca.

— Gotowy na przygodę swojego życia?

Kolejny paskudny dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa na dźwięk głosu niemal tuż przy uchu. Mimo deszczu i ciężkich okryć, które tłumiły i lekko zniekształcały głos Raynharda, kpina była aż nazbyt wyraźna. Nie odpowiedział, dźgnął konia piętami i zaczął wyprzedzać żołnierzy, prąc na czoło kolumny do ojca. Nie obchodziło go, czy mężczyzna poczuje się urażony, czy – co bardziej pewne – wyśmieje go. Wiedział, że nie powinien go traktować w ten sposób, bo to właśnie Raynhard zjawiając się w najbardziej odpowiednim momencie, gdy ojciec wraz z przyjaciółmi przygotowywali krwawy przewrót, podsunął im pomysł na bezkrwawe rozwiązanie.

Niemalże bezkrwawe, poprawił się w myślach.

Ale poza tym zawrócił ojcu w głowie opowieściami o zemście, i w imię sprawiedliwości prowadził ich teraz na zamek Brugge.

Zamiast po raz kolejny roztrząsać słowa kotłujące się w głowie, skupił się na głównym celu ich wyjazdu. Zamek Brugge. Tam, gdzie książę Gabriel de la Varre uprowadził prześliczną dziewczynę z portretu po tym, jak wymordował całą jej rodzinę. Tam, gdzie żył z nią przez tyle lat w związku pobłogosławionym przez samego cesarza i gdzie dorastały ich dzieci. Tam, gdzie dziś w nocy skończy się jej koszmar i koszmar jego ojca, gdzie romantyczna opowieść o rozdzielonych kochankach i okrutnym władyce w końcu znajdzie szczęśliwy finał.

*

Zostawili konie w zaroślach przy rzece. Raynhard wszedł pierwszy. Płomień pochodni chybotał się niepewnie w zatęchłym powietrzu tunelu, podejmując nierówną walkę z ciemnością.

Marco nie zrzucił kaptura. Dodatkowo przysłonił twarz połą płaszcza, chcąc choć w ten sposób ochronić się przed smrodem zalegającym wewnątrz podziemnego korytarza, którego ściany przy każdym nieopatrznym ruchu kruszyły się w chmurach zapleśniałego kurzu. Było tu niemal tak wilgotno jak na zewnątrz, a ciężkie powietrze, od lat nieporuszone, oblepiało ich niczym mokry pajęczy kokon.

Żołnierze przed nim szli z wyciągniętą bronią. Ci na czele ściskali w rękach kusze, następni miecze. Od momentu wejścia w tunel nie padło ani jedno słowo. Słychać było jedynie ciężkie oddechy i stukot okutych butów na kamieniu.

Ciekawe, po co ktoś zbudował ten tunel? Bo przecież nie po to, żeby ułatwić potencjalnym wrogom dostanie się do środka. Położone na wzgórzu Brugge stanowiło być może strategiczny punkt, górując nad płaską okolicą, ale na pewno nie było twierdzą. Zresztą Marco czytał, że obronne twierdze rzadko kiedy posiadały tajemne wyjścia, właśnie w obawie przed nieproszonymi gośćmi i zdrajcami. Może tędy któryś z dawnych panów Brugge wymykał się na potajemne schadzki ze swoją ukochaną, nie chcąc, żeby plotki wśród służby szargały jej dobre imię? Ale patrząc na grubo ciosany zmurszały kamień zwątpił, by taka właśnie była prawda. Sam ledwo co przeszedł kilkanaście kroków, a już był pokryty warstwą brudu. W takim stanie żaden szanujący się kawaler nie pokazałby się damie swojego serca. Oczywiście kiedyś ktoś o ten korytarz dbał, nie od zawsze był on w tak kiepskim stanie, ale nawet pomimo to…

Ostry zgrzyt gdzieś z przodu przerwał te rozmyślania. Płomienie pochodni niesionych przez żołnierzy jeden po drugim znikały, pogrążając tunel w coraz głębszym mroku, ale dopiero po kilkudziesięciu kolejnych krokach Marco odkrył dlaczego. Korytarz kończył się okutymi żelaznymi drzwiami. Za nimi rozciągał się kolejny, już nie tak mroczny i zaniedbany jak poprzedni. Podłoga i ściany — choć zakurzone — były gładkie i proste. Co kilkanaście stóp tkwiły wmurowane zardzewiałe kuny od pochodni. Korytarz wyczuwalnie piął się w górę, a w końcu przechodził w schody.

Drzwi u ich szczytu nie były już tak masywne. Otwarły się cicho, wpuszczając ich do niewielkiego pomieszczenia gdzieś w głębi zamku. Kapitan Morivern w blasku pochodni gestami wydał ostatnie rozkazy i w ciszy przerywanej jedynie szuraniem twardych podeszew na wyłożonych sztywną tkaniną podłogach żołnierze rozbiegli się po zamkowych korytarzach.

Marco pobiegł za tymi, którzy obrali drogę ku wyjściu. Chciał pomóc obezwładnić straże i umożliwić ojcu realizację planów. Zaraz za pierwszym zakrętem potknął się o coś, a gdy spojrzał pod nogi zatrzymał się, czując jak wzbiera w nim przerażenie i panika. Wytrzeszczone oczy, nawet jeszcze nie zeszklone, wpatrywały się w niego pusto z niemal rozszczepionej na dwoje twarzy. Jakiś żołnierz potrącił go w biegu. Cofnął się i przywarł plecami do ściany, zapatrzony w leżące na poły w ciemnym pokoju, na poły w korytarzu ciało. Świecznik wysunął się z martwej dłoni i teraz nikły płomyk tlił się coraz mocniej w grubym dywanie.

Przecież był tak blisko, tuż za nimi… Nic nie słyszał, żadnej walki. Nic nie zauważył. Jak to możliwe? Któryś z mijających go żołnierzy odkopnął blokujące drogę ciało za próg. Marco zacisnął mocno powieki i ruszył za nim, nie oglądając się ani razu.

Gdy wypadł na dziedziniec, strażnicy leżeli już na bruku z przeszytymi bełtami gardłami. Kilka ciał zwisało z krużganków, otaczających podwórzec. Żołnierze ojca nikli w otwartej szeroko bramie koszar. Wbiegł tam za nimi, ale gdy tylko jego oczy przywykły do panującego wewnątrz półmroku wycofał się, nie mogąc znieść widoku tego, co tam się działo.

Nie tak przecież miało być. Nie tak to sobie wyobrażał!

Przerażony skrył się w cieniu krużganków, jak najdalej od ciał dekorujących tonący w deszczu dziedziniec. Po raz pierwszy w życiu był wdzięczny za siekący ziemię deszcz, bo jego szum zagłuszał odgłosy dochodzące zarówno z koszar, jak i z zamku. Niech okrzykną go tchórzem. Niech powiedzą, że nie nadaje się do walki. Przyzna im rację – otwarcie i bez wstydu. Do tego, czego był teraz świadkiem, nie nadawał się zupełnie.

Dźwięki od strony koszar cichły; wzmagały się za to te dobiegające z zamku. Na dziedziniec wyszedł ojciec. Szedł pewnym, zdecydowanym krokiem, z zadowoleniem wymalowanym na twarzy, a jego oczy błyszczały podnieceniem. Za nim zaczęli wyłaniać się żołnierze, wlokący szarpiących się, złorzeczących mężczyzn i rozszlochane kobiety.

Nie tak to miało być, powtórzył w duchu z rosnącą paniką.

Spodziewał się ofiar – a jakże! Wszak nie była to niedzielna przejażdżka, tylko bitwa – a raczej bitwą miała być, bo czy można bitwą nazwać wyżynanie śpiących na swoich pryczach żołnierzy, zanim ci na dobre zdążą się przebudzić? Czy można walką nazwać rozłupywanie czaszek starym służącym, którzy uzbrojeni jedynie w świecznik wychodzą na korytarz sprawdzić, co to za hałas budzi ich w środku nocy? Walka Dobra ze Złem, w imię sprawiedliwości, którą reprezentował przecież ojciec, z okrutnym, bezlitosnym mordercą i gwałcicielem nie powinna sprowadzać się do bezmyślnej rzezi, potoków krwi spływających po lśniących w deszczu kamieniach, szlochu wywlekanych z łóżek w środku nocy przerażonych kobiet. Ich celem był tylko książę Gabriel. Sam książę, a nie jego służba, nie najemni żołnierze. Nie rodzina – syn, kuzyn, córka, którzy wytargani na środek placu klęczeli w brunatnym błocie, rzuceni na kolana przez aż nazbyt gorliwych żołdaków obok powalonego na ziemię jedynego winnego.

Tylko czy… Czy przybyli tu po to, by karać winnych…? Słowa Korianina wróciły do niego z nową mocą.

Bogowie, jakim był głupcem! Jakim był głupcem, że nie zrozumiał od razu, że palił się do tego wyjazdu i że tak bardzo pragnął pomóc ojcu w dokonaniu zemsty!

Wcisnął się głębiej w mrok. Nie chciał, żeby żołnierze zobaczyli jak dygocze. Jeszcze bardziej nie chciał, żeby dostrzegł go ojciec. I nie chciał już dłużej brać udziału w tym przedstawieniu.

Łatwiej było patrzeć na trupy, które nic już nie czuły i nic nie słyszały, niż na spędzanych jak bydło mieszkańców zamku. Przez chwilę nawet im zazdrościł – tego, że nie muszą już wsłuchiwać się w szlochy zrozpaczonych służek, nie muszą przyglądać się, jak żołnierze celnymi ciosami powalają szamoczących się mężczyzn, nie słyszą podniosłego tonu ojca. Bo hrabia rozpoczął właśnie swoje przemówienie. Dzień sprawiedliwości, zasłużona kara, nowy porządek… Marco słyszał, ale nie słuchał, i nie starał się nawet zrozumieć, o czym mówił ojciec. Jego spojrzenie ślizgało się od ciała do ciała, wzdłuż strumyków leniwie spływających szczelinami w bruku ku kałużom, gęstym i błyszczącym rubinowo w świetle pochodni. Gdy dotarł do stóp pierwszej grupki jeńców — stłoczonych ciasno kobiet ze służby – nie mógł już dłużej unikać ich widoku. Były bose, a cieniutkie koszule kleiły się do ich rozdygotanych ciał ku uciesze żołdactwa.

— Nie patrz na nich z taką litością.

Cichy, pozbawiony emocji głos, który rozległ się tuż za nim, wyrwał go z otępienia. Być może dlatego, że po raz pierwszy Marco nie usłyszał w nim otwartej niechęci. Nie odpowiedział. Zaciągnął mocniej płaszcz wokół siebie.

— Żołnierze wezmą cię za mazgaja. O ile już tak o tobie nie myślą.

— Niech myślą, co chcą.

— Popatrz na młodego de la Varre’a. – Głos rozległ się bliżej, wciąż poważny, a ciemne sploty włosów otarły się o jego kaptur. Raynhard znalazł się zdecydowanie za blisko, ale Marco nie zamierzał dać mu satysfakcji jakąkolwiek reakcją. – Popatrz. O nim nikt nie powie, że jest tchórzem. Widzisz? Czy w jego oczach jest coś poza nienawiścią? Strach? Ból? Żal? Zaręczam ci, że nie, Marco. Spójrz na niego.

Nie musiał. Nie chciał. Wiedział, że to prawda.

Ja niczego się nie boję.”

Słowa siedmiolatka, którego spotkał przed tylu laty na królewskim dworze niespodziewanie rozbrzmiały mu w głowie. Wtedy mu uwierzył. A Van – arogancki, pewny siebie, zarozumiały paniczyk, przy każdym spotkaniu powtarzał, że nie wie, co to strach. I Marco wierzył mu nadal.

— Spójrz na niego.

Nie chciał. Nie chciał, ale głos Raynharda posiadł nad nim władzę i Marco podniósł wzrok na Vana.

Klęczał przed jego ojcem w deszczu i błocie, bez butów, bez koszuli, w samych tylko spodniach. Woda rozmywała ściekającą od skroni po twarzy krew. Ręce miał związane z tyłu, ale Marco widział wyraźnie, że tylko ciężka dłoń żołnierza za nim przytrzymuje go na kolanach. Nie, nie wyglądał na dzieciaka, który myśli o tym, że za chwilę zginie. Raczej na wilka, wyczekującego dogodnej do ataku chwili. Jego oczy błyszczały dziko spomiędzy czarnych, przylepionych do czoła włosów, gdy wodził wzrokiem za hrabią.

Obok niego Isabelle, młodsza córka Gabriela i Elizabeth, podtrzymywała księcia, który nie był w stanie pozostać w pionie nawet na kolanach. Była równie przerażona jak służki, blada i dygocząca z zimna i strachu, jednak gdy tylko napotkała spojrzenie Marca, jej twarz — mokra zapewne nie tylko od deszczu — skamieniała w wyrazie pogardy. Uniosła wyżej głowę i splunęła wprost pod nogi jego ojca.

Ciężki policzek, jaki wymierzył najbliżej stojący żołnierz, obalił ją na ziemię, i krzyknęła tak, że Marco nie tylko usłyszał, ale i poczuł w sobie jej ból. Pozbawiony podpory książę zwalił się w błoto, a Van wyszarpał się w beznadziejnej próbie ataku na żołdaka, który uderzył jego siostrę. Zanim zdołał do niego doskoczyć, mocny cios w żołądek, a zaraz potem w plecy, powalił go z powrotem na ziemię. Marco usłyszał cichy syk za sobą, a gdy się odwrócił, Raynharda już przy nim nie było.

Hrabia przerwał swoją mowę. Zatrzymał się przed Gabrielem. W jego dłoni pojawił się miecz, już zakrwawiony i stępiony dzisiejszą walką. Wtórujące wystąpieniu okrzyki żołnierzy przycichły, i nawet szloch kobiet ustał na chwilę.

— Oto nadeszła chwila sprawiedliwości – wyszeptał, wpatrzony w związanego, zakrwawionego de la Varre’a. – Oto nadchodzi sprawiedliwość! – powtórzył głośniej, tak by wszyscy wokół mogli go usłyszeć. – Oto litościwi bogowie oddają w moje ręce mordercę, gwałciciela i zdrajcę! Rzucili do mych stóp człowieka, którego człowiekiem nie godzi się nawet nazwać! Gabrielu de la Varre, oto nadchodzi twój koniec. Marco!

Drgnął, słysząc przywołanie ojca. Naciągnął głębiej kaptur na oczy i powoli wyszedł na dziedziniec. Ojciec już dawno pozbył się płaszcza, by nie krępował mu ruchów, i by jeńcy mogli dokładnie przyjrzeć się zwycięzcy.

— Marco, będziesz świadkiem. Patrz jak historia zatacza koło. Oto ci, którzy gnębili, sami zostaną pognębieni. Ci, którzy mordowali, sami zginą. Po tylu latach… Nie myślałeś, że cię to czeka, de la Varre, co? Czułeś się bezpieczny w swoim kamiennym gniazdku. Zapomniałeś o mojej przysiędze. Ale ja nie zapomniałem. Powtarzałem ją każdego dnia przez osiemnaście lat. Każdego dnia. I oto nadchodzi czas spełnienia.

Zacisnął dłoń w pozlepianych krwią włosach i szarpnął w górę. De la Varre poderwał się z krótkim okrzykiem, któremu zawtórował szloch Isabelle. Żołnierze odciągnęli ją od ojca. Van podniósł się na kolana. Jego oczy płonęły, wpatrzone z nienawiścią w hrabiego, nic już jednak nie próbował zrobić, nawet gdy ostrze miecza dotknęło gardła księcia.

— Oto nadeszła godzina sprawiedliwości – wyszeptał von Throim.

— Ojcze, nie możesz. Król… – Wzrok Marca błądził po rozbitej, zakrwawionej twarzy tego, którego imię odkąd pamiętał było równe przekleństwu w jego domu. Spojrzenie Gabriela było zamglone i tylko półprzytomne. Przecież on już nawet nie wiedział, co się wokół niego dzieje!

– Król, Marco? Król?! – Von Throim parsknął nieprzyjemnym śmiechem. — Już nie możesz skryć się za swoim królem, de la Varre! Nie jesteś już dłużej bezkarny. W tej właśnie godzinie twój zdradziecki brat zdechł, a nowy władca nie przymknie oka na twoje winy. Z jego woli i wyroku skazuję cię, Gabrielu z Brugge, na karę śmierci. Z jego woli i wyroku. Niech żyje prawowity dziedzic ilearkiego tronu, nie zdrajcy i nie mąciciele! – zakrzyknął, odwracając się gwałtownie z mieczem uniesionym ponad głowę. Od razu dziesiątki głosów dołączyły do jego zawołania.

– Niech żyje! Niech żyje król!

Ostrze miecza kreśląc łuk w powietrzu zalśniło w migotliwym świetle pochodni. De la Varre wydał z siebie przeciągłe sapnięcie, a hrabia przekręcił miecz w ranie. Zza pleców księcia doleciał dziewczęcy okrzyk i odgłos szarpaniny.

Marco nie spojrzał nawet w tamtą stronę. Nie potrafił oderwać wzroku od twarzy, na której nie było już świadomości, tylko gasnący ból. Widział dziś trupy, ale nie widział jeszcze, jak ktoś umiera.

Kobiety na dziedzińcu rozszlochały się na dobre przy wtórze złorzeczeń mężczyzn, tłumionych razami żołnierzy. Gabriel książę Brugge zwalił się ciężko na ziemię. Marco jak zahipnotyzowany obserwował jak gęsta, ciemna krew skapuje powoli kropla po kropli na lśniące w deszczu i blasku pochodni kamienie.

— Zdychaj, de la Varre. Zdychaj długo.

Von Throim otarł czubek ostrza o koszulę księcia i przekroczył nad nim, podchodząc do jego kuzyna.

Kaspian cofał się na kolanach, bełkocząc coś żałośnie. Zatrzymał się dopiero gdy poczuł ostrze wbijające się między łopatki. Stojący za nim żołnierz pchnął go do przodu i Kaspian de la Varre upadł przed von Throimem, jak chwilę wcześniej Gabriel.

— Morderca.

Niemal wszyscy spojrzeli na rozdygotaną Isabelle.

Dziewczyna ze wszystkich sił starała się powstrzymać szloch. Tylko zaciśnięte na ramionach dłonie jednego z żołnierzy chroniły ją przed osunięciem się na ziemię.

— Zapłacisz za to. Zapłacisz… Za wszystko, czego się dziś dopuściłeś. Zapłacisz ty i twój król. Bogowie nie wybaczą ci twoich zbrodni. Bogowie…

Hrabia roześmiał się, gdy szloch na dobre związał jej słowa w gardle. Isabelle wciąż próbowała się opanować, i Marco poczuł podziw zmieszany z żalem widząc jak walczy ze swoją rozpaczą. Chciała zachować choć tyle godności, podczas gdy jej ojciec konał w błocie pośrodku własnego dziedzińca.

Hrabia odwrócił się do Vana.

— Też mi teraz coś powiesz? Jakieś przepowiednie, groźby, może błaganie o litość?

W jego głosie brzmiała nie tylko wesołość. Marco nigdy jeszcze nie słyszał takiego tonu. Jakby… Jakby to nie był jego ojciec, jakby coś go opętało.

— Umrzesz.

Hrabia roześmiał się.

— Te wasze dzieciaki są odważniejsze od was – stwierdził konwersacyjnie, zwracając się do Kaspiana. — Może to od nich powinienem był zacząć, co? Wszyscy widzieli, że Van stoczył lepszą walkę niż ty czy Gabriel. I teraz wszyscy widzą jak kulisz się niczym przerażone prosię.

— Cesarz…

Miecz wbił się aż po rękojeść w brzuch Kaspiana, przerywając mu w pół zdania. Ten wrzasnął, dokładnie jak zarzynane prosię. Odgłosowi padającego ciała zawtórował zduszony krzyk Isabelle. Zaciśnięte powieki, zupełnie mokra twarz…. Dziewczyna kurczowo trzymała się płaszcza żołnierza, nie będąc już w stanie dłużej walczyć. A Marco poczuł, że jeżeli to wszystko zaraz się nie skończy, to sam znajdzie się w tym rdzawym błocie, jęcząc i rzygając tak długo, aż w końcu nic w nim nie zostanie, niczego nie będzie czuł.

I tylko Van znowu nie zareagował. Syknął tylko jeszcze raz:

— Umrzesz za to.

Hrabia odwrócił się do niego z szerokim uśmiechem. Marco cofnął się o krok. Nie chciał tego oglądać. Niczego już nie chciał dziś oglądać. Niech ta noc wreszcie się skończy!

— Już do ciebie idę, wilcze szczenię. Tobą też się zajmę.

Z głosu i z oczu ojca coraz bardziej wyzierało szaleństwo. Isabelle załkała, ale na nią von Throim nie zwrócił uwagi. Przekroczył ciało kolejnego de la Varre’a i zatrzymał się przed Vanem. Ten z widocznym trudem — i równie widoczną dumą — podniósł się z kolan.

— Odważny z ciebie szczeniak, co? Ty się nie boisz jak oni. Nie będziesz błagał o litość, ostatni z rodu Brugge?

Hrabia uniósł miecz i ostrożnie, ledwo co dotykając skóry, przesunął krawędzią po twarzy chłopaka, pozostawiając krwawą rysę. Van odwrócił głowę, nie spuścił jednak wzroku z hrabiego. Von Throim roześmiał się znowu.

– Jesteś taki jak on, co? Postarał się o to dobrze. Wyglądasz jak on. Zachowujesz się jak on. Musiał włożyć w to dużo serca i wysiłku. – Ostrze nadal osuwało się po szyi, po ramieniu, aż w końcu dotarło na wysokość górnych żeber. – Szkoda, że ten wysiłek pójdzie na marne.

— Ojcze… – Mdliło go coraz bardziej. Musi to przerwać. Musi to zakończyć, zanim będzie za późno. Chwycił rękaw kurtki ojca, kurczowo zacisnął w niej palce, ale nie ściągnął tym jego uwagi, zupełnie jakby dla zatraconego w zwycięstwie hrabiego nie istniał w tej chwili nikt poza Vanem i umierającym księciem.

Spojrzenie szarych oczu pomknęło ku Marcowi. Nadal nie było w nich strachu.

Wszyscy boją się śmierci. Dlaczego nie on?

— Powinienem był cię zabić na jego oczach, żeby widział, żeby poczuł jak to jest, gdy tracisz wszystko, na czym ci zależy. Ciebie i twoją odważną siostrzyczkę też. — Kolejny szaleńczy uśmiech rozjaśnił twarz hrabiego. – Może jeszcze nie wszystko stracone? — Odwrócił się, jednak Gabriel już nie żył. Uśmiech zgasł na twarzy hrabiego. — Niestety. Prawdziwa szkoda.

— Dość już, zapędzasz się, von Throim. Nie zapominaj o umowie.

Oczy Vana rozszerzyły się nagle, a on sam zbladł jeszcze bardziej.

— Ty…

Krew odpłynęła też z twarzy ich przewodnika. Marco nigdy by nie pomyślał, że Raynhard mógł wyglądać jak w tej chwili, jakby rozpacz Isabelle przelała się na niego, jakby to jego ojciec leżał martwy o kilka kroków od niego, jakby żal i ból, i przerażenie – jakiekolwiek uczucia — były mu znane. Ale zanim którykolwiek z nich zdołał powiedzieć coś więcej, zanim hrabia zareagował, na dziedziniec z zamku wybiegła kobieta z rozwianymi, potarganymi włosami, w samym tylko nocnym odzieniu. Za nią pędzili dwaj żołnierze, żaden jednak nie był w stanie jej dogonić.

— Rzeźnik! Bandyta!

Isabelle wyszarpnęła się z uścisku żołnierza i wybiegła naprzeciw kobiecie.

Miecz hrabiego z brzdękiem upadł na kamienie, i on też rzucił się ku nadbiegającej.

— Elizabeth…

Van też już odwracał się w tamtą stronę, ale zanim zdążył zrobić cokolwiek więcej, osunął się nieprzytomny wprost w ramiona Marca. Marco przez moment znów nie wiedział, co się dzieje. Dopiero gdy obok upadł sztylet Raynharda zrozumiał, że to właśnie on pozbawił Vana przytomności.

— Przetnij sznur.

Słowa Raynharda znów stały się dla niego rozkazem. Ostrożnie położył Vana na ziemi. Podniósł broń i posłusznie wykonał polecenie. Potem odnalazł wzrokiem ojca. Długowłosa kobieta szarpała się w jego ramionach, nadal wyrzucając z siebie słowa pełne gniewu i rozpaczy.

Nie takiej reakcji się spodziewał, gdy przed wyjazdem spoglądał na portret roześmianej, ślicznej dziewczyny.

Isabelle otwarcie płakała u stóp matki. Żołnierz, który za nią pobiegł, stał teraz nad nią nie mając pojęcia, co zrobić.

— Czas kończyć ten cyrk – szepnął Raynhard.

— Najwyższy.

Marco nie zauważył, kiedy zatrzymał się przy nich Morivern. Kapitan gestem przywołał do siebie żołnierza.

— Weźcie ich wszystkich do domu. Służbę zamknijcie w jednym pokoju. Hrabia wyda rozkazy, co dalej. Potem uprzątnijcie ciała.

Żołnierz biegiem ruszył wykonać polecenia.

— Twoja robota też się już chyba skończyła, co? – rzucił do Raynharda.

— Nie wasza sprawa, kapitanie.

— Drażliwi jesteśmy, co? – Morivern zaśmiał się nieprzyjemnie. – Też bym był na twoim miejscu. Strasznie jestem ciekaw reakcji tego chłopczyka, jak się dowie, że to ty odpowiadasz za cały ten burdel.

— Już wie. I to też nie jest wasza sprawa. Radziłbym wam sprawdzić, czy nie jesteście potrzebni gdzie indziej, kapitanie.

— A co z nim?

— Wyglądacie, jakbyście się bali nieprzytomnego siedemnastoletniego chłopca. Wstyd, żołnierzu, wstyd. Sam się nim zajmę.

Kapitan roześmiał się raz jeszcze i wreszcie odszedł, zostawiając ich samych.

— Tobie też radzę znaleźć jakieś ciepłe, suche miejsce. Wstyd będzie, jeżeli rano twoi ludzie zobaczą cię zasmarkanego jak dziecko.

Marco zacisnął zęby. Przerażenie ustąpiło miejsca wściekłości. Raynhard go zignorował. Pochylił się i podniósł Vana.

Ten widok – widok młodego de la Varre’a w ramionach Raynharda wywołał w nim dziwne, nieprzyjemne uczucie. Odprowadzając ich wzrokiem chłopak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że idący pewnym krokiem mężczyzna doskonale wie, gdzie się skierować, by trafić w ciepłe i suche miejsce w tym zamku.

 

Rozdział IV

Pokój Vana był w strasznym stanie – bardziej przypominał pobojowisko niż sypialnię młodego dziedzica. Jak to powiedział von Throim? Van bronił się zacieklej niż Gabriel czy Kaspian? Tak było; jeśli nic innego, to zrzucone na ziemię okrycia, przewrócone krzesła, strzaskane bibeloty o tym świadczyły.

Raynhard zostawił nieprzytomnego chłopaka na łóżku. Pierwszego napotkanego w korytarzu żołnierza wysłał po służbę.

— Księcia trzeba opatrzyć.

Żołdak wyraźnie nie dostrzegł sensu w rozkazie, ale to już nie zaprzątało myśli Raynharda. Jego wzrok padł na kryjącego się w półmroku korytarza Marca, który instynktownie drgnął na jego widok. Minąłby go bez słowa, gdyby młody von Throim nie stanął mu niespodziewanie na drodze.

— Nic mu nie jest?

— Nie za późno na troskę?

Marco patrzył na niego z determinacją rozpalającą źrenice, niezrażony chłodnym tonem. Może nie był waleczny – na miejscu hrabiego Raynhard nawet nie zabrałby go do Brugge – jednak krył w sobie coś, co sprawiało, że nie sposób było przejść obok niego zupełnie obojętnie.

— To ty nas tu przyprowadziłeś.

Ze strony syna nienawidzącego ród de la Varre’ów hrabiego von Throim ten wyrzut zabrzmiał tak niepoważnie, że Raynhard nie opanował wpełzającego na wargi gorzkiego uśmiechu, choć daleko było mu do rozbawienia.

— Skoro już tu jesteś i tak ci zależy na zdrowiu Vana, dopilnuj, żeby ktoś się nim zajął. Natychmiast.

Zostawił chłopaka pod drzwiami sypialni Vana. Sam poszedł ku pokojom lady Elizabeth.

Von Throim zapamiętał się dzisiaj w nienawiści, robiąc widowisko ze śmierci Gabriela. Źle się stało, Raynhard nie docenił siły starannie pielęgnowanej przez lata żądzy zemsty. Jedyne, co mu teraz pozostało, to dopilnować, by hrabia, pijany zwycięstwem, nie popełnił kolejnych głupstw.

Historię małżeństwa księcia i księżnej Brugge znali wszyscy. Od lat nikt nie wspominał jej głośno, nadal jednak żyła w pamięci ilearskich możnych. Dla wielu stała się sztandarowym przykładem tyranii cesarskiej władzy na rodzimych ziemiach. Oto on, królewski brat, zakochał się bez pamięci w córce starego, szanowanego rodu. Ojciec Elizabeth wybrał już dla niej męża, panicza bez związków z Imperium i Cesarzem. Zanim doszło do ślubów, de la Varre wdarł się do domu wybranki, usunął ze swojej drogi nieprzychylną rodzinę dziewczyny i przemocą zmusił ją do małżeństwa. I miał pełne poparcie korony w swoich działaniach.

Zaiste, historia kołem się toczy.

Gabriel nie pozostawił ani jednego żywego potomka, ani jednej zdolnej do urodzenia mściciela dziewczyny – poza Elizabeth.

A von Throim nic nie mógł zrobić. Nikt nie zwątpił, że kochał Elizabeth nad życie. Występując otwarcie przeciwko królewskiemu słowu ściągnąłby zemstę nie tylko na siebie, ale i na nią.

Teraz jednak…

Teraz Elizabeth szlochała w ramionach córki, a von Throim stał skamieniały w progu jej sypialni, szepcząc jakieś niezrozumiałe słowa. W jego postawie malowała się tak bezbrzeżna bezradność, że nawet pomimo zimnego gniewu, jaki nie opuszczał go od wydarzeń na dziedzińcu, Raynhard odczuł coś na kształt współczucia. Zatrzymał się w drzwiach, nie naruszając przestrzeni należnej Elizabeth.

— Pani.

Von Throim odwrócił się do niego z bolesnym wyrazem na twarzy, Isabelle uniosła głowę, a Elizabeth…

— Zdrajco!

Elizabeth rzuciła się ku niemu, mijając osłupiałego hrabiego. Z całej siły uderzyła go w twarz.

— Morderco!

Nie zrobił nic, by ją powstrzymać.

— Jak mogłeś, psie zdradziecki? Jak mogłeś? Miał tylko ciebie! Ufał ci!

— Liz. — Hrabia wyciągnął do niej dłonie, ale ona uciekła przed jego dotykiem.

— Odejdź! — fuknęła wściekle. — Nie chcę na ciebie patrzeć! Opuść ten dom. Przestań go brukać swoją żałosną osobą!

Isabelle podniosła się z łóżka i wpadła w ramiona matki. Elizabeth pozwoliła się objąć. Podniosła dłoń do jasnych włosów i przytuliła córkę do siebie. W jej oczach płonęło szaleństwo, ale też i zimna nienawiść.

— Myślałam, że ty jeden jesteś w stanie go uratować, ale ty postanowiłeś zniszczyć go do końca — wysyczała, ignorując rozpacz von Throima i zwracając się znów do Raynharda. Hrabia został zapomniany, jakby już go tu nie było. — Bogowie ci za to odpłacą, rycerzu Raynhardzie, i nawet twoje smoki nie wybawią cię od kary!

Krew odpłynęła z twarzy Raynharda. Hrabia odwrócił się do niego zdumiony. Nawet Isabelle podniosła pełne łez oczy.

Skąd wiedziała? Nie doceniał jej. Zawsze cicha, zawsze podległa mężowi. Nie narzucająca się, nie wchodząca nikomu w drogę. Skąd wiedziała? Tego sekretu nie znał nikt poza innymi Rycerzami.

— Głupiec. — Księżna zaśmiała się nienawistnie. — Tylu rzeczy nie dostrzegasz, Rayn. Zabierz stąd tego rzeźnika i obaj wynoście się z mojego domu!

— Lizzy… — Von Throim raz jeszcze spróbował się do niej zbliżyć.

— Wynoś się, powiedziałam! — krzyknęła. — Zostaw mnie i moje dzieci w spokoju! Wynoś się, wynoś się, wynoś!

Hrabia cofnął się, pokonany. Po pokoju ponownie rozniósł się pobrzmiewający szaleństwem śmiech.

— Uciekaj, von Throim. Uciekaj. Ciebie również kara nie minie za to, co dzisiaj zrobiłeś.

Hrabia odwrócił się gwałtownie i niemal wybiegł z pokoju. Celem rozognionego spojrzenia stał się Raynhard.

— A ty na co czekasz? Biegnij za swoim nowym panem, pieseczku! Myślałeś, że dobrze robisz? Pozwoliłeś zabić… zarżnąć ojca na ich oczach. Myślisz, że ci to wybaczy, że zapomni? — Jej śmiech odbił się echem w pustym korytarzu za jego plecami. — Jesteś głupcem. Potwornym głupcem, rycerzyku.

— Nie było innego wyjścia.

Z trudem zachował spokój, mówiąc na głos słowa, w które nadal bardzo chciał wierzyć. Myśli huczały od próbujących wyrwać się przez ściśnięte gardło tłumaczeń: Gabriel musiał zginąć, to była najniższa cena, najmniejsza ofiara w cieniu rozgrywających się właśnie w stolicy wydarzeń. Sytuacja wymknęła się spod jego kontroli. Ta noc nie tak miała wyglądać. On, który nigdy nie odpowiadał i nie korzył się przed nikim poza mistrzem swojego zakonu, nie mógł znieść oskarżeń i nienawiści w lodowo—szarych oczach tej kobiety.

Zamiast wyjaśniać, powtórzył.

— Tak być musiało.

Zaraz potem pognał w ślad za von Throimem, zostawiając księżnę w ramionach córki.

*

Kiedy Raynhard zniknął mu z oczu, Marco niepewnie uchylił drzwi do pokoju Vana. Wewnątrz było zupełnie cicho. Ostrożnie wślizgnął się do środka.

Omijając rozrzucone po podłodze przedmioty zbliżył się do łóżka.

Van wyglądał żałośnie – przemoczony, dygoczący z zimna, z krwią na twarzy. Wokół rozcięcia na czole, gdzie trafiła rękojeść sztyletu Raynharda, formował się paskudny siniak. Jakże daleko mu teraz było do nieustraszonego, dzikiego wilka, którego przywodził na myśl jeszcze parę chwil temu na placu.

Jak ja bym wyglądał, gdybym był na jego miejscu? Gdyby kazali mi patrzeć jak ginie mój ojciec? Mój wuj? Gdyby ktoś przyłożył mi miecz do piersi i powiedział, że zaraz mnie zabije?

Przecież Van był tylko niewiele starszy od niego. A mimo to ani na razu nie ugiął się pod naporem żądzy krwi mordercy swojego ojca.

Raynhard ma rację. Daleko mi do niego.

Podniósł z ziemi koc i narzucił na łóżko. Potem usiadł w fotelu.

Co by było, gdyby mój ojciec poślubił twoją matkę, tak jak to miało się stać? Co by było, gdyby między nami nie było nienawiści? Moglibyśmy się zaprzyjaźnić?

Pewnie nie. Dla Vana liczyły się tylko przymioty zdatne w walce – szybkość, odwaga, pewność siebie, siła. Ale czy na pewno? Czego można dowiedzieć się o człowieku, obserwując go przez kilka chwil w takiej sytuacji jak ta dzisiejsza?

Co oznacza brak strachu w obliczu śmierci?

— Panie, czy mogę…?

Nie usłyszał pukania ani otwieranych drzwi. W progu stała dziewczyna z miską w dłoniach i kilkoma szmatami przerzuconymi przez ramię. Opuściła głowę jakby bała się na niego spojrzeć.

— Wejdź.

Dziewczyna zamknęła bezszelestnie drzwi i od razu przemknęła do łóżka. Przemknęła – tylko to słowo wydawało się Marcowi odpowiednie dla jej szybkiego, nerwowego kroku.

— Boisz się mnie? — zapytał.

Jej ramiona drgnęły i uniosły się nieznacznie, ale opanowała się niemal od razu. Odstawiła miskę na podłogę i przysiadła na brzegu łóżka. Odpowiedziała koncentrując się na Vanie, nie na nim.

— Nie, panie. — Głos, chociaż cichy, nie drżał.

— To dobrze.

W milczeniu przyglądał się, jak odchyla koce i obraca twarz Vana ku sobie, a potem wilgotną, delikatną tkaniną ostrożnie ściera krew.

— Myślisz, że potrzeba medyka? — zapytał, gdy cisza zaczęła mu ciążyć. Tym razem odpowiedź przyszła natychmiast.

— Nie, panie. — Zawahała się, nie wiedząc, czy Marco oczekuje od niej pełniejszej odpowiedzi, czy tylko zwyczajowego zaprzeczenia bądź potwierdzenia. Z widocznym trudem przemogła się i mówiła dalej. — Wystarczy zrobić opatrunek i pozwolić paniczowi odpocząć.

Kiwnął głową, chociaż i tak nie mogła tego zobaczyć, i podniósł się z fotela. Siadł po drugiej stronie łóżka, naprzeciw niej. Znów odruchowo skuliła plecy.

— Nie powinnaś się mnie bać. Nic wam nie grozi. Chodziło tylko o księcia Gabriela.

— Wybacz, panie. Ja… wiem. Nie boję się. Przecież… Przecież gdybyście, panie, mieli wrogie zamiary do pozostałych w zamku, to nie pozwolilibyście zająć się paniczem, prawda?

Podniosła na niego oczy, wbrew słowom rozszerzone strachem. Była bardzo młodziutka. Uśmiechnął się łagodnie.

— Prawda — potwierdził. Wyjął mokrą szmatkę z jej dłoni. — Znajdź mu ubranie. I bandaże.

— Tutaj są opatrunki. — Położyła na łóżku zwitek płóciennych pasów i wstała.

Marco przesiadł się na jej miejsce. Wypłukał szmatkę w wodzie, już lekko różowej. Przetarł rozcięcie nad brwią i na skroni młodego de la Varre’a. Nigdy wcześniej nie opatrywał ran. Widział tylko kilka razy, jak robił to ich medyk. Cóż, ta noc była nocą nowych doświadczeń. Nigdy wcześniej nie brał też przecież udziału w takiej rzezi, a jak widać poradził sobie.

Oby pierwszy i ostatni raz.

— Powiedz… Jaki był książę?

Ruch za jego plecami ustał na chwilę, ale na odpowiedź nie czekał długo.

— Nie… nie był zły dla nas. Był wymagający. I nie znosił sprzeciwu.

— A co robił, gdy ktoś mu się sprzeciwił?

— Pa…panie…

Temat musiał być dla niej krępujący, a może nie umiała się jeszcze przełamać, by źle mówić o swym byłym władcy. Marco jednak nie ustąpił.

— No?

— On… Nikt mu się nie sprzeciwiał.

— Nawet Kaspian?

— N…nie.

— Nawet lady Elizabeth?

— O…ona nigdy…

— A Van? — Odwrócił się do dziewczyny i dostrzegł na jej twarzy nikły, smutny uśmiech.

— Widać, że pan nic nie wie o paniczu. Panicz Van nie sprzeciwiał się jaśnie panu. Panicz Van jest… był bardzo związany z jaśnie panem.

— A jaki jest panicz Van?

Jej uśmiech stał się cieplejszy, ale zanim zdążył się mu przyjrzeć, wróciła do przeglądania ubrań. Wybrała kilka i podniosła się z klęczek.

— Panicz Van jest odważny — powiedziała, gdy Marco był już pewien, że nie usłyszy odpowiedzi. — I dumny. I pełen życia. Nikt tutaj nie powie panu złego słowa na niego.

— Powiedziałaś, że nie chciał sprzeciwiać się ojcu, a przecież każdy wie, że książę…

— Nie jesteś stąd, panie — przerwała mu. Na jej twarz wpełzł rumieniec wstydu, że odważyła się na taką bezczelność, ale nie umilkła. — Tutaj nikt nie powie na panicza złego słowa — powtórzyła zdecydowanie. Wyjęła mu bandaże z rąk. — Panie, miałeś długą, ciężką noc. Powinieneś się położyć. Ja już wszystkim się zajmę.

— Ale…

— Na końcu tego korytarza po prawej stronie jest pokój gościnny.

— Skoro tak. — Wstał. Obrzucił Vana ostatnim spojrzeniem. — Nie wiem, czy moja służba wypowiadałaby się tak pochlebnie o mnie.

Dziewczyna znowu się zmieszała.

— Panie…

— Nie przejmuj się mną. Już idę. Dobrze się zajmij swoim paniczem.

Ukłoniła się głęboko. Odpowiedział podobnym ukłonem i wyszedł.

Pod drzwiami siedziało dwóch strażników.

— Kto…?

— Raynhard — odpowiedział jeden z żołnierzy usłużnie.

Marco skrzywił się, a żołnierze wyszczerzyli w bezczelnych uśmiechach.

— Dobrej nocy, paniczu. Choć to już niemal ranek przecież.

Nie odpowiedział. Ruszył korytarzem do wskazanego przez służkę pokoju. Zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz tkwiący w zamku. Ściągnął buty i rzucił je w kąt. Zaraz potem padł na łóżko. Zasnął niemal natychmiast.

Ostatnią jego myślą było to, że nawet nie zapytał tej ładnej dziewczyny o imię.

*

— Spalić! Spalić wszystko! Nie chcę widzieć nawet śladu de la Varre’a!

Raynhard przystanął, ustępując drogi wybiegającemu z gabinetu księcia żołnierzowi. W środku miotał się von Throim. Wczoraj, po ucieczce z sypialni Lady Elizabeth, zaszył się w jakimś kącie i nikt go już nie widział. Za to dziś jego wściekły głos od rana niósł się po korytarzach, napawając lękiem nie tylko niepewną swoich losów służbę, ale nawet jego ludzi. Na dziedzińcu rósł stos osobistych rzeczy księcia, jego portrety i ubrania. Za chwilę hrabia własnoręcznie rzuci na nie zapaloną pochodnię. Nikt nie śmiałby uczynić tego za niego.

— Najchętniej zburzyłbym to miejsce. Tak, żeby nie został kamień na kamieniu. Wybiłbym jego bydło, jego konie, jego służbę, żeby już nikt o nim nie pamiętał — sapał von Throim, przerzucając i niszcząc drobiazgi z biurka. Nie krył odrazy, jaką czuł, gdy patrzył na dokumenty, których nie mógł podrzeć i spalić. Rozsądek ledwo co wygrywał z chęcią zniszczenia wszystkiego, na czym widniał choć podpis księcia.

— Elizabeth będzie pamiętać.

Von Throim uniósł gwałtownie głowę znad papierów i zmrużył wściekle oczy na widok swojego nocnego przewodnika. Wyraz na jego twarzy zmienił się całkowicie, kiedy zrozumiał, co takiego powiedział Raynhard.

— Elizabeth… — Zamrugał szybko kilka razy, gwałtownie odwracając się do okna. — Wszystko jest nie tak. Wszystko.

— Może byłoby lepiej, gdybyś nie zrobił przedstawienia ze śmierci Gabriela. To nie było potrzebne. Tak samo jak rzeź w koszarach.

— Co ty wiesz? — Nowa fala obezwładniającego gniewu zalała hrabiego. Dłonie kurczowo zacisnęły się w pięści, bezwiednie mnąc książęce pisma. — Nie masz pojęcia jak to jest, gdy ktoś odbiera ci to, co najcenniejsze! Czekałem na ten moment. Czekałem, aż bogowie pozwolą mi naprawić zło, które wyrządził ten przeklęty człowiek. Modliłem się o to każdego dnia, każdej nocy przez osiemnaście lat!

— I wymodliłeś. Pozwolili. Zemściłeś się, a Elizabeth cię nienawidzi.

Nie wstyd mu było uczucia satysfakcji, gdy wypowiadał te słowa. Zaraz jednak cichy głos gdzieś w środku zawtórował niemalże dokładnie w tym samym tonie: i ciebie też tutaj nienawidzą.

— Nie chciałem, żeby tak się to skończyło. — Cała moc uciekła z von Throima, gdy opadł na krzesło i ukrył twarz w dłoniach. Wyglądał jak w nocy przy księżnej. — Nie chciałem, żeby to widziała. Miała być bezpieczna. Dlaczego nie została w swoich pokojach?

— Dlatego, że wywlokłeś jej dzieci w nocy z łóżek, żeby patrzyły jak zarzynasz ich ojca. Nie taka była umowa między nami.

— Nie tak, nie tak, nie tak…! — zawołał hrabia, unosząc głowę. Strąki nierozczesanych włosów opadły mu na twarz. — Sam wiem, że nie tak miało być! Jeszcze jakieś mądrości, rycerzyku? Dobrze wiem, o co ci chodzi. Ani o tych żołnierzy, ani nawet o Elizabeth. Wściekasz się, bo go omal wczoraj nie zabiłem. Moja stal niemal sięgnęła jego serca. O tym myślisz, prawda?

— Von Throim… — W głosie Raynharda rozbrzmiało ostrzeżenie. Hrabia to zignorował. Wstając odsunął krzesło z wściekłym zgrzytem. Jego oczy rozpalił płomień podobny do tego z wczorajszej nocy.

— Obiecałem sobie, że nie będę jak de la Varre — mówił dalej von Throim. Obszedł biurko i zatrzymał się przed Rycerzem. Był niższy, ale w tej chwili nie miało to znaczenia. — Że ukażę tylko winnych. Tylko czy ktoś tak podobny do niego, ktoś kogo on sam wychował, może być niewinny?

— Elizabeth nie wybaczyłaby ci jego śmierci.

— Elizabeth? Nie, pewnie nie. A ty? Co ty byś zrobił? W końcu to twoja nagroda. Twoja zapłata za pomoc. Mam nadzieję, że szybko go stąd zabierzesz i obaj na zawsze znikniecie z moich oczu. Też sobie wybraliście kandydata na Rycerza! — zakończył z pogardą. Nie czekał na odpowiedź, bo i tak żadna by go nie zadowoliła. Wyminął Raynharda w drodze do drzwi. — Prowadź więc.

— Von Throim?

— Prowadź do Vana. Chcę być przy tym, gdy mu powiesz, że teraz ja jestem panem na zamku Brugge.

*

Van otworzył oczy. Blask dnia wdzierał się do pokoju przez rozchylone kotary. Rozświetlał stojącą przy oknie kobiecą postać. Ledwo wyczuwalny oddech wiatru bawił się spływającymi do ziemi włosami, przywodzącymi na myśl płynne złoto. Kobieta odwróciła się i łagodny uśmiech rozpromienił jej cudną twarz.

Opuścił powoli powieki. Wciąż śnił. Ale to dobrze. Itari zjawiała się tylko wtedy, gdy było naprawdę źle. Nie pamiętał jeszcze dlaczego, ale już wiedział, że nie chce wracać do rzeczywistości.

Okrycia wokół niego napięły się lekko, gdy widmowa postać przysiadła na skraju łóżka. Za chwilę poczuje jej dłoń we włosach. Czekał na ten moment.

Kiedy był dzieckiem skrycie marzył, żeby taka właśnie była matka. Żeby pozwalała mu przesiadywać przy sobie, czasem przytuliła lub pogłaskała jak Isę. Już wtedy wstyd mu było tych myśli, ale czasem… Czasem nie potrafił ich powstrzymać. A gdy trochę podrósł i gdy już poznał Raynharda, miejsce matki zajął w jego marzeniach ktoś inny; ktoś, kto pozwalałby mu leżeć z głową na swoich kolanach, kto bawiłby się w czasie rozmowy jego włosami jak teraz robiła to ona, kto nie miałby nic przeciwko jego bliskości. Tych myśli wstydził się jeszcze bardziej, i z nimi też walczył. Nigdy – ani jako dziecko, ani tym bardziej teraz – nie żył złudzeniami. A zarówno pierwsza, jak i druga rzecz nie tylko były niemądre, ale i nieprawdopodobne nawet we snach.

— Wszystko się jeszcze ułoży, Van. To nie koniec. To dopiero początek.

Jej głos rozbrzmiewał tysiącem nut najpiękniejszych melodii, jakie kiedykolwiek stworzyła natura. Przysunął się bliżej, kryjąc twarz w pachnącej wiosną sukni. Poczuł chłodną dłoń na policzku, gładzącą go jakby był dzieckiem, które trzeba pocieszyć. Chciał jej wierzyć, chciał móc jeszcze wierzyć w dobre sny.

Gdy drzwi do pokoju otworzyły się z trzaskiem, poderwał się gwałtownie. Słodki zapach uleciał, a w głowie eksplodował ból, oślepiający i mdlący.

— Jesteś pewien, że tu nie jest potrzebny medyk? – zapytał von Throim, zatrzymując się w progu. Z niekrytą satysfakcją przyglądał się zwiniętemu cierpieniu chłopcu.

Raynhard zignorował hrabiego i kilkoma szybkimi krokami pokonał dzielącą go od łóżka odległość. Chwycił Vana za ramię i niemal siłą pokierował z powrotem na poduszki. Bandaż pod ciemnymi włosami niepokojąco szybko zmieniał barwę z białej na brunatną.

— Bogowie, Van. Głupcze.

Ten głos…

— Odsuń się – wycedził Van przez zaciśnięte zęby.

Razem z głosem Raynharda wróciły wspomnienia poprzedniej nocy. Spróbował wyrwać ramię z uścisku, choć wiedział, że to z góry przegrana walka.

— I co? Będzie żył?

Raynhard potrzebował całej swej siły woli, by nie odwrócić się, nie dopaść hrabiego i nie zetrzeć mu pięścią z twarzy zadowolonego uśmieszku.

— Nic mu nie będzie.

— Przeklęty zdrajca!

— Trochę szacunku, szczeniaku – syknął od drzwi von Throim. — Nie jesteś już tu gospodarzem.

Szare oczy wciąż jeszcze były zamglone bólem, ale poza tym twarz Vana zamieniła się w beznamiętną maskę.

— Mam rozumieć, że teraz ty nim jesteś, von Throim?

Hrabia zaśmiał się krótko. Podszedł bliżej łóżka.

— Tatuś nieźle cię wyszkolił.

— Był wart setki takich jak ty. – Van odrzucił okrycia i podniósł się szybko. Musiał chwycić się zagłówka, żeby nie upaść, ale utrzymał się na nogach. Nie będzie z nimi rozmawiać, leżąc w łóżku. – Zaszlachtowałeś go jak cielaka: związanego i rannego. To się dopiero nazywa sztuka wojenna! Musisz być z siebie dumny.

Von Throim poczerwieniał. Raynhard uznał, że czas najwyższy to przerwać, zanim rozmowa przybierze naprawdę zły obrót.

— Siadaj, Van. Nie potrzeba nam scen – rzucił chłodno. – Hrabia von Throim przejął Brugge z rozkazu i za przyzwoleniem królewskiej Rady. Nie chcesz być posądzony o zdradę stanu, więc zacznij zachowywać się rozsądnie.

— Zatem czy będę zdrajcą czy nie, jest zależne od tonu, w jakim będę się zwracał do hrabiego von Throim, nowego pana na Brugge, tak?

— Tak.

— Czy mój ton do ciebie też ma na to wpływ?

Stojąc pod murami Brugge Raynhard był pewien, że jest przygotowany na każdą ewentualność, na wszystko, co może zobaczyć w oczach Vana. Jeszcze jeden błąd.

— Tak — oświadczył, starannie wyrzucając z głosu wszelkie ślady uczuć.

— Zatem…

— Przestań, Van — powiedział łagodniej. — Naprawdę może obyć się bez scen.

— Naprawdę? Zatem słucham. To chciałem powiedzieć, gdy mi tak niegrzecznie przerwałeś, Rayn.

Bogowie. Zacisnął wargi, po raz pierwszy nie wiedząc, jak rozmawiać z tym dzieciakiem. Co mu powiedzieć. Żeby zrozumiał.

Niespodziewanie z pomocą przyszedł von Throim. Gdy się odezwał, w jego głosie słychać było odrazę, ale rozsądek zaczynał brać górę nad nienawiścią.

— Van. Możesz mi nie wierzyć, ale nie jestem twoim wrogiem. – Tym razem nie dał sobie przerwać. Minął Raynharda. Teraz tylko rozkopane łóżko dzieliło go od Vana. – Twój ojciec poniósł zasłużoną karę za swoje zbrodnie. Nie tylko te niedawne.

— Mściciel mojej matki się odnalazł, tak?

— Van. Usiądź. Nie chcę, żebyś…

— Moje zdrowie jakoś cię nie martwiło w nocy, von Throim. Ani zdrowie mojej siostry. Ani matki, jak już przy tym jesteśmy.

— Wiem. – Hrabia westchnął ciężko. Wspomnienie Elizabeth nie poznającej go, nie chcącej go tu, ścisnęło mu gardło. Dopiero po chwili był w stanie kontynuować. — Wiem, zdaję sobie sprawę, że dałem ponieść się emocjom. Wiem, że źle postąpiłem, że nie mogłem zrobić gorzej. Ale, Van… Nie chcę mieć w tobie wroga.

Van roześmiał się. Obaj skrzywili się, tak bardzo nieprzyjemny był to dźwięk i tak podobny do śmiechu Elizabeth wczorajszej nocy.

— Ty jesteś bardziej szalony od niej. Wroga? Nie chcesz mieć we mnie wroga? A kogo? Przyjaciela? Czy może syna? Może teraz, gdy ojciec zniknął ze sceny, stworzymy jedną wspaniałą kochającą się rodzinę, co? Tylko co z twoją żoną? Ją też zabijesz?

— Van. – W głosie Raynharda pojawiła się nuta ostrzeżenia, ale chłopak zbył go wściekłym syknięciem.

— Nie z tobą rozmawiam, więc milcz. A ty przestań pieprzyć, von Throim. Kim ja tu jestem? Więźniem?

— Cały majątek twojego ojca przechodzi pod mój zarząd. Czasowo. Dopóki twoja matka nie odzyska zdrowia. Bądź do czasu twojej pełnoletności.

— A więc jednak. Chcesz być moim nowym tatusiem. – W nagłej ciszy wyraźnie słyszeli jego przyśpieszony oddech. Palce zaciśnięte na zagłówku zbielały. Jeżeli to potrwa chwilę dłużej… – Chcę zobaczyć się z matką.

Hrabia pokręcił głową.

— Nie. Na to nie mogę się zgodzić.

— To wszystko, co masz do powiedzenia?

— Van, zrozum…

— Rozumiem, że teraz również i ten pokój nie należy już do mnie, tylko do ciebie. Mimo to proszę, żebyś go opuścił. Żebyście obaj wyszli.

Hrabia w milczeniu przyglądał się chłopakowi. Oddech młodego de la Varre’a stawał się coraz płytszy, paznokcie niemal wbijały się w drewno, a mimo to wciąż stał przed nim dumny i pełen godności. Na posiniaczonej twarzy nie było śladu bólu czy strachu.

Wściekłość ustąpiła miejsca zmęczeniu i poczuciu klęski. Prawda, zabił Gabriela, zemścił się. Ale co mu to dało? Elizabeth go nienawidzi, i nawet ten dzieciak, mimo że pokonany, nie uznaje jego zwycięstwa.

Powinien był go zabić, kiedy miał ku temu okazję.

Z rezygnacją pokiwał głową i wyszedł, nie mówiąc nic więcej.

Van przeniósł wzrok na Raynharda.

— Ty też.

— Nie.

Bez słowa i bez ruchu mierzyli się spojrzeniami. Ale Van nie miał szans w tym starciu. Nie z Raynhardem, w oczach którego był tylko spokój i żal, i zrozumienie.

— Niech was szlag… — Van zdarł z głowy bandaż i rzucił w kąt. Momentalnie zgiął się w pół, gdy przy tym zbyt gwałtownym ruchu ból eksplodował z nową siłą. — Niech was wszystkich szlag!

Raynhard w milczeniu obszedł łóżko i posadził chłopaka na jego brzegu. Podniósł zakrwawione szmaty z ziemi.

— Marco nie byłby zadowolony, gdyby to zobaczył — powiedział cicho.

— A co on ma jeszcze do tego? Zakładał to czy jak? — warknął Van przez zaciśnięte zęby. Dłoń mężczyzny zamknęła się na jego ramieniu.

— Własnoręcznie. Połóż się.

— Pięknie. Po prostu pięknie. – Van odetchnął głęboko, próbując zapanować nad bólem. Dopiero po chwili udało mu się rozluźnić na tyle, żeby rozchylić powieki i spojrzeć w górę.

— Wyjdź.

Raynhard ponownie odmówił z niezachwianym spokojem. Pokierował chłopaka tak, by się położył, i narzucił na niego koce.

— Nie. Musimy wyjaśnić kilka spraw.

Nie pozwolił znów mu się podnieść. Van skapitulował, ale tylko dlatego, że konfrontacja z von Throimem pochłonęła resztę siły, jaka mu pozostała po minionej nocy. Gdy się odezwał, w jego głosie nadal pobrzmiewał gniew i rozgoryczenie.

— Na przykład dlaczego zniknąłeś bez słowa, a potem wróciłeś w środku nocy z rzeźnikami von Throima? Owszem, chętnie bym się dowiedział. Wyjaśniaj.

— Nie. Nie o tym chcę mówić.

— Nie chcesz. A to, co ja chcę? To już nie ma znaczenia? Nigdy nie miało, prawda?

— Van. Powiedziałem już. Obejdzie się bez scen.

Chłopak zaśmiał się gorzko. Wyrwał ramię z uścisku Raynharda – obaj wiedzieli, że udało mu się tylko dlatego, że tamten mu na to pozwolił.

— Zatem mów o czym tam sobie chcesz. Będę słuchał jak dobry, grzeczny uczeń. I nie będę urządzał już żadnych scen. Słowo.

— Van.

— Słucham, słucham. Mów.

Raynhard milczał długą chwilę. Znów miał przed sobą jedynie skamieniałą maskę w miejscu młodzieńczej twarzy, niemal tak doskonałą w swoim braku wyrazu jak ta, którą sam zakładał.

— Znasz historię. Ilear niemal od początku swojego istnienia jest podzielony na tych, którzy pielęgnują w sobie stare urazy do Cesarstwa, chcą niezależności i władzy dla siebie, i tych, którzy pozostają lojalni cesarzowi. — Nie o tym miał zamiar mówić, ale jakoś musiał zacząć. Van nie odezwał się. — Wzajemny antagonizm narastał przez wieki, umacniany przez kolejne pokolenia, i teraz, dzisiaj, osiąga apogeum. Kaspian i Garbiel, ściągnięci tutaj przed laty z Imperium, mieli zapanować nad nawołującymi do rebelii rodami. Nie udało się. Od dnia koronacji wszystko zmierzało ku wojnie. Krwawemu przewrotowi, w który pochłonąłby nie tylko króla, nie tylko Gabriela, ale również twoją matkę, twoją siostrę, ciebie i szereg uznanych zwolenników cesarskiej władzy z całymi ich rodzinami. Do wczoraj taka była alternatywa dla tego, co wydarzyło się w nocy.

Van nadal milczał, zapatrzony w sobie tylko widoczny punkt na przeciwległej ścianie. Raynhard kontynuował.

— Wojna to wciąż realna perspektywa. Sytuacja jest napięta i to jeszcze nie koniec. Król musiał zginąć. Twój ojciec musiał zginąć. Ale ty żyjesz, i żyje Isabelle, i dziesiątki innych. Zdaję sobie sprawę, że nie chcesz tego słuchać i nie chcesz tego zrozumieć, ale wokół toczy się gra o naprawdę wysokie stawki.

— O co ty grasz, Rayn? — zapytał Van.

— Ja? Nie, ja jestem tylko pionkiem.

Van uśmiechnął się bez cienia humoru.

— Mam ci uwierzyć? Po tych wszystkich lekcjach, które od ciebie otrzymałem? Po tym, co sam przed chwilą powiedziałeś? — Potrząsnął głową i od razu zacisnął kurczowo powieki, gdy fala mdłości podeszła do gardła. Sam nie był pewien, czy to z powodu zbyt szybkiego ruchu, czy zmęczenia tą rozmową.

Raynhard czekał na dalsze jego słowa, ale chłopak znów milczał. Kiedy był już pewien, że nic więcej od niego nie usłyszy, doleciało go kolejne, wypowiedziane na granicy szeptu pytanie.

— Po czyjej ty jesteś stronie, Rayn?

— Po twojej — odpowiedział bez cienia zawahania, wlewając w swój głos tyle przekonania, tyle szczerości, by Van w końcu uwierzył, zrozumiał, że do tych właśnie dwóch słów sprowadzają się wszystkie tłumaczenia. — Zawsze po twojej. Mało mnie obchodzi, czy ci wszyscy starzy durnie wyrżną się wzajemnie czy nie. Nie pozwolę, żebyś padł ofiarą ich politycznych gierek.

Minęła długa chwila, zanim Van się odezwał.

— Co z Bastienem? Von Throim wywrzaskiwał coś o nowym królu. Bastiena też zabili?

— Sebastien jest za młody, żeby objąć tron. Rada powoła regenta, który będzie rządził w jego imieniu.

— Domyślam się, że ten nowy król nie wyciągnie żadnych konsekwencji z tego, co tu się wydarzyło.

— Nie. Obecna rada nie odmówi von Throimowi prawa do dokonanej zemsty na twoim ojcu. Gabriel…

— Daruj sobie. Znam tę bajkę.

— Gdyby nie… — Może nie powinien tego mówić, ale Van znów patrzył na niego z niemym wyzwaniem. Dokończył. — Gdyby historia potoczyła się inaczej, to von Throim byłby twoim ojcem.

Van parsknął śmiechem.

— On? Nie, Rayn. Nie byłby moim ojcem. Miałby może z matką gromadkę dzieci, syna, takiego grzeczniutkiego, dobrego aniołka ze złotymi loczkami, takiego Marca, ale nie mnie. Mnie by po prostu nie było.

Czarny kosmyk włosów osunął się na błyszczące niepokojąco oczy, kryjąc je w cieniu. Raynhard zdusił impuls, żeby pochylić się i odgarnąć je ze zbyt bladej, ściągniętej zawzięcie twarzy.

Van miał rację. I nie chodziło nawet o to, że Raynhard nie potrafił wyobrazić go sobie jako potomka rodu von Throim, jako cherubinowego blondynka, łagodnego i dobrego, za to bez rogatej duszy i ognia w oczach. Po raz pierwszy tak naprawdę zaczynał rozumieć, co miała na myśli Itari, gdy tyle lat temu w lesie pochyliła się nad aroganckim siedmiolatkiem, grożącym wszystkim wokół maleńkim sztylecikiem, i powiedziała mu, że będą na niego czekać, bo jest tego wart.

– Co teraz? — Cichy głos przywołał go z powrotem, zanim za daleko uciekł we wspomnieniach.

— Zabiorę cię stąd.

— Zabierzesz. Dokąd?

— Jak najdalej od Brugge.

— Naprawdę wierzysz w to, że po tym wszystkim, ja mógłbym… Z tobą… — zaczął Van, ale głos mu się załamał. — Naprawdę jesteś aż tak… — spróbował raz jeszcze, z tym samym skutkiem. Znów się zaśmiał. Niemal od razu śmiech przeszedł w cichy jęk. — Bogowie, dlaczego nie potrafię cię znienawidzić? Nawet teraz. Nie potrafię, Rayn.

Powiedział to tak cicho, że Raynhard nie był pewien, czy dobrze usłyszał. Ale nie zastanawiał się już nad tym, bo nagle maska opadła i to, co do tej pory widział, a czego nie dostrzegał przez te wszystkie lata, co dzień w dzień ignorował i czego nie przyjmował do wiadomości, stało się jasne i zrozumiałe. Wyprostował się gwałtownie, zwiększając odległość między nimi, choć to i tak nie miało już znaczenia.

— Nie nienawidzę cię, Rayn, a bogowie mi świadkami, że bardzo w tej chwili tego pragnę — dokończył Van, mocno i pewnie, bez śladu wcześniejszej słabości. Nie odrywał spojrzenia od zamarłego w bezruchu mężczyzny, który w przeciągu kilku ostatnich lat stał mu się bliższy niż rodzina. Niż ktokolwiek. Wiedział, że w jego oczach jest to wszystko, czego nie był w stanie powiedzieć na głos. Szybkim ruchem otarł twarz, z resztką nadziei, że przynajmniej tego Raynhard nie zauważył.

Jeśli zauważył, to nic nie powiedział. W ogóle nie odezwał się już słowem. Po długiej chwili przytłaczającej ciszy odwrócił się i szybko, jak najszybciej ruszył do drzwi. Nie zauważył przyglądających mu się strażników. Nie zauważył niemal wtulonego w ścianę Marca, który w ostatnim momencie uskoczył mu z drogi. Wpadł do stajni, a parę chwil potem galopował gościńcem, z ulgą witając głuche dudnienie kopyt na bruku, w którym ginął każdy niepotrzebny dźwięk, nawet rozhukane, niechciane, natrętne myśli.

 

Rozdział V

Pokój, który przypadł jej w udziale w tym zakazanym przez bogów miejscu, nawet w połowie nie dorównywał wielkością sypialni w zamku ojca. Nawet w połowie nie był tak gustownie i wygodnie urządzony. Tutaj z ledwością mieściło się łóżko, toaletka z wiszącym nad nią lustrem, niewielki sekretarzyk z przysuniętym półokrągłym krzesłem o niziutkim oparciu i kanapa, którą zajmowała stale towarzysząca jej dwórka. Do tego wciąż słyszała odgłosy z dziedzińca – pomimo dokładnie pozamykanych okien i szczelnie zaciągniętych ciężkich zasłon. Marienne bezbłędnie rozpoznawała już zgrzyt otwieranej bramy, trzaski oznaczające wprowadzanie i wyprowadzanie wozów i koni, a nawet poszczególne głosy nawołujących się strażników. Jeszcze dzień, dwa, i postrada zmysły, z pewnością!

— Dlaczego wciąż tu jesteśmy? — zapytała po raz setny tego ranka.

Koriańskie panny po raz setny jedynie wymieniły westchnienia w odpowiedzi, zachowując milczenie. Jak wcześniej, to tylko wzmogło złość Marienne. Fuknęła, z satynowym szelestem sukni i przy stukocie upadających na dywan bibelotów podniosła się sprzed toaletki, przesiadła na krzesło przy biureczku, cały czas świadoma śledzącego jej ruchy uważnych spojrzeń dwórek. Dziewczęta otrzymały zakaz odzywania się do niej w języku innym niż ten, którym winna władać królowa Korii, choć obie dobrze znały ojczystą mowę swej pani. Marienne z przekory i w sprzeciwie wobec braku wyjaśnień nie respektowała tej zasady, od wielu dni nie odzywając się inaczej niż tylko w rodzimym języku. Niech mąż poczyta jej to za obelgę, niech skaże ją na przytłaczające milczenie towarzyszących panien i służby, za nic to ma!

Poderwała się z krzesła, przewracając flakon perfum, ale tym razem nic nie stoczyło się na podłogę pod wpływem jej zbyt gwałtownego ruchu. W kilku pospiesznych krokach przemierzyła odległość do okna i szarpnęła ciężką kotarą. Jak przypuszczała, jej małżonek wrócił właśnie bogowie wiedzą skąd w towarzystwie kilku żołnierzy. Brama w drewnianej palisadzie już była zamknięta, a stajenny ciągnął spienione konie do stajni, podczas gdy książę Sander kroczył ku wejściu, ani na chwilę nie przerywając ożywionej rozmowy ze swoimi podwładnymi.

Z książęcych towarzyszy Marienne z imienia znała tylko jednego, Aridana. To on w trakcie symbolicznych zaślubin zajął u jej boku miejsce nieobecnego Sandera i przyjął w imieniu swojego księcia przysięgę wierności i lojalności. Nie znosiła go, ale jeszcze bardziej nie znosiła drugiego z posłów Sandera, i przynajmniej w tym jednym względzie bogowie okazali jej miłosierdzie: mogłaby nie podołać obowiązkom królewskiej córy, gdyby to Dragas trzymał jej dłoń w swojej i z obrzydliwie kpiącym spojrzeniem wypowiadał słowa własnej przysięgi.

Jeszcze na dworze ojca śmiała się z zaaferowanych przyjaciółek, wodzących roziskrzonymi oczyma za Korianami. Dragas był dziki i zuchwały, a gdy błyskał wilczym uśmiechem w kierunku rozochoconych zabawą panien, niejednej zapłonął ogień w żyłach. Aridan przyciągał spojrzenia tych, dla których nieujarzmiona żywiołowość i arogancja jego towarzysza nie stanowiły pokusy, a jedynie potwierdzenie cech przypisywanych nieokrzesanym góralom z południa. Smagły jak tamten, jak on o ostrzejszych od znanych im z ojczyzny rysach, czarował łagodniejszym spojrzeniem jaśniejszych oczu, w których jednak tlił się podobny żar, ta sama hardość co u Dragasa, jedynie powściągana, kontrolowana. Marzyli się dziewczętom namiętni kawalerowie z obcych krain! Niektóre z nich zdradziły nawet swą zazdrość, że to ona dostaje od losu taki prezent, i próbowały zgadnąć, czy jej przyszły małżonek bardziej przypomina wilka z południa czy ułagodzoną górską pumę.

Głupie! Teraz już jej to nie bawiło.

Gdzieś w pobliżu musiał zatrzymał się kolejny oddział koriańskiej armii, bo wśród przybyłych dostrzegła zupełnie nowe twarze.

To już trzeci, odkąd przerwali marsz ku stolicy. Z pierwszym przybył jej małżonek. Przy całej niechęci do tego sojuszu – czy jak to inaczej nazywali radcy jej ojca – Marienne nie zawiodła się przynajmniej w kwestii prezencji dziedzica koriańskiej korony. Jej książę był wysoki, smagły i ciemnooki. Powitał ją z szacunkiem należnym przyszłej królowej, miękko wypowiadając ilearskie słowa. Nie był nachalny i z całą pewnością nie był nieokrzesany. Pamiętając wszystkie historie dotyczące Korian, których nasłuchała się jeszcze na dworze ojca, obawiała się jego awansów. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie. Poświęcał jej swój czas jedynie podczas wspólnych posiłków i przypadkowych spotkań w korytarzach myśliwskiego dworku, zagubionego w samym środku dzikiej puszczy.

— Dość tego.

Kiedy książę zniknął z dziedzińca, podciągnęła brzegi sukni i szybkim krokiem opuściła komnatkę. Dwie dotrzymujące jej towarzystwa dziewczyny poderwały się z kanapy i świergocząc coś po swojemu pognały za nią. Nie bacząc na ich okrzyki Marienne zbiegła po schodach na spotkanie małżonkowi.

Książę Sander w otoczeniu swej świty nadchodził z przeciwnej strony.

— Chcę wiedzieć, co się tu dzieje! — zawołała, ściągając na siebie ich uwagę i spojrzenia. — Mam prawo wiedzieć!

Książę zwolnił. Przez jego twarz przebiegł cień niezadowolenia, ale gdy Aridan coś do niego szepnął, ten grymas złagodniał. Marienne zadarła dumnie głowę. Nie potrzebuje niczyjego wstawiennictwa, nie ze strony Korianina. Zwłaszcza tego Korianina. Nie jest pierwszą lepszą dworską damulką, żeby dać się ignorować w ten sposób. Jest królewską córą, z cesarskiego rodu, na litość wszystkich bogów!

— Pani. — Sander zaczął po ilearsku, ale już po pierwszym słowie zmienił zamiar. Kontynuował w rodzimym języku. — Zechciej wejść, proszę. Wygodniej nam będzie rozmawiać w pokoju, nie w korytarzu.

Otworzył drzwi gabinetu i przepuścił przed sobą Marienne. Zanim do niej dołączył, szepnął coś jeszcze swoim oficerom. Nie zrozumiała słów, bez problemu jednak wychwyciła nutę rozbawienia w jego głosie. Jeśli do tej pory była tylko poirytowana, to teraz wezbrała w niej wściekłość.

— Chcę wiedzieć, co tutaj robimy.

Siedzący na drążku przy biurku sokół zatrzepotał skrzydłami i wydał powitalny skrzek. Sander zatrzymał się przy nim i wygładził dłonią nastroszone pióra. Dopiero wtedy spojrzał na Marienne, jakby na chwilę zapomniał o niej i o jej żądaniach.

— Pozwól mi się zapewnić, że nasz postój nie potrwa już długo — powiedział, wciąż głaskając grzbiet sokoła, który z drążka przeskoczył na jego przedramię. — Jest niezbędny, by…

— Postój? Postój?! — weszła mu w słowo, bardziej rozwścieczona uprzejmym tonem niż nim uspokojona. I tym, że w tej chwili wyraźnie więcej uwagi poświęcał temu cholernemu ptaszysku niż jej. — Nie nazwałabym postojem dwutygodniowej przerwy w podróży. Dlaczego się zatrzymaliśmy? Dlaczego nadciągają żołnierze? Co to wszystko ma znaczyć? Nie tak traktuje się przyszłą królową! Ojciec miał rację – jesteście nieucywilizowanymi barbarzyńcami! Nie powinien był ulegać tym…

— Pani — przerwał jej. — Raz jeszcze proszę byś na naszej ziemi zechciała rozmawiać w naszym języku. Jesteśmy w Korii, nie w Ilearze.

— Jesteśmy na granicy! Na granicy, nie na koriańskim dworze! Odmawiam przebywania dłużej w tej dziczy. Jeśli nie chcesz powitać swej małżonki jak obyczaj i kultura tego wymaga, ja…

— Pozwól mi przypomnieć, że tutaj nie obowiązuje ani ilearski obyczaj, ani ilearska kultura — znów jej przerwał.

Umilkła, zaciskając gniewnie usta, chociaż gdzieś w głębi zaczął kiełkować niepokój. Zapędzasz się, szepnęło coś w środku. To twój mąż, musisz go słuchać. Jesteś jego własnością. Zacisnęła pięści, wbijając boleśnie paznokcie w dłonie. Nie! uciszyła natrętnie powracające słowa, od lat wpajane przez ojca. Może to prawda, ale czy mogła pozwolić tak się traktować?

— Pozwól mi przypomnieć, że nie pojąłeś za żonę pierwszej lepszej dziewki. Być może nie należę już do dworu mego ojca, wciąż jednak należę do cesarskiej rodziny. Nie zapominaj o tym.

— Nie śmiałbym, moja pani.

— Nie drwij!

— Nie było moim zamiarem cię urazić. — Sander przysunął ramię do drążka, zmuszając sokoła do opuszczenia ręki. — Proszę o wybaczenie. Zapewniam, że wkrótce wszelkie twoje niewygody się skończą.

— Na co czekamy?

— Już na nic. Co miało się wydarzyć, już się zdarzyło. Nadeszła pora naszego działania.

— Co to ma znaczyć?

— Zechciej pani wstrzymać się z pytaniami do kolacji. Obiecuję, że wtedy…

— Nie. Nie zechcę się wstrzymać. Chcę wiedzieć w tej chwili, co się dzieje. Czemu stoimy? Na co czekamy? Co takiego się wydarzyło?

Korianin przyglądał się jej długą chwilę w zadumie. W końcu znalazł odpowiednie słowa. Wskazał wyściełany miękką skórą fotel.

— Zechciej…

Usiadła, nie odrywając od niego wyczekującego spojrzenia. Nie da się dłużej zwodzić.

— Mów.

— Wiesz, dlaczego został mi dany zaszczyt cieszenia się twym uroczym towarzystwem, pani?

— Skończ z tą drwiną i przestań mnie traktować jak pustą porcelanową laleczkę. Za kogo ty mnie masz?

— Za moją żonę, Marienne. — Na przystojnej twarzy księcia pojawił się mało przystojny uśmiech, pierwsza oznaka, że uprzejmość względem niej nie powinna być brana za gwarantowaną. — Pytałem czy wiesz, dlaczego? Dlaczego jesteś moją żoną?

— Dobrze wiesz, że to tylko polityka. I nie łączy nas nic poza układem zawartym między waszym a naszym dworem.

Zabrzmiało to jak wyzwanie. Starała się, żeby tak właśnie to zrozumiał. Sander uśmiechnął się tylko.

— Cynizm ci nie pasuje, Marienne. I zanim mi przerwiesz, zgodzę się, że nie jesteś pustą laleczką, jaką próbowali z ciebie zrobić radni twojego ojca. Dlatego uważam, że powinnaś w końcu się dowiedzieć, na czym polegał układ, w który wplątał cię ojciec.

— Mów.

— Jesteś zapłatą za obietnicę militarnego wsparcia waszych możnych na wypadek zagrożenia ze strony Agellata.

— Co? — Jej oczy rozszerzyły się w zdumieniu, a palce zacisnęły na delikatnej narzucie. — Cesarz nie zagraża Ilearowi! Przecież jesteśmy częścią Imperium!

— I to właśnie, moja droga śliczna Marienne, nie podoba się waszej szlachcie. Nie wiedziałaś o tym? Nie, nie sądzę, żebyś wiedziała. Ilearczycy mają całkowitą rację obawiając się twojego cesarskiego kuzyna. Pierwszy krok ku wolności już zrobili. I boją się, czym im przyjdzie za to zapłacić.

Odszukał wśród dokumentów zwinięty w rulon, przewiązany czarną wstążką list i podał Marienne. Rozprostowała pergamin z wahaniem.

— To po koriańsku.

— Oczywiście. W jakim języku spodziewałaś się, że piszemy nasze wiadomości?

Wróciła wzrokiem do pisma, z trudem odczytując kolejne słowa. Nie było ich wiele, ale zanim dotarła do końca, zgniotła i cisnęła nim w ziemię.

— To nieprawda.

— A jednak.

— Nie wierzę. Nie wierzę, słyszysz? — zawołała, zrywając się z fotela.

Sokół zaskrzeczał, zaniepokojony jej nagle podniesionym głosem. Po raz pierwszy pan nie zwrócił na niego uwagi.

— Marienne.

— Nie.

— Marienne, posłuchaj…

— Nie będę słuchać. Nie będę. Zwierzęta! Barbarzyńcy! Mordercy!

Wybiegła, nie zważając na to, że wciąż jeszcze próbował jej coś powiedzieć. Wpadła pomiędzy żołnierzy, flirtujących bezczelnie z czekającymi na jej wyjście dziewczętami. Odepchnęła od siebie Aridana, który wyciągnął do niej rękę, kiedy potknęła się, zaplątana we własne spódnice. Jej dwórki z piskiem ruszyły za nią.

Wpadła do swojej komnatki zapłakana i wściekła. Swoją złość wykrzyczała w twarz pierwszej dziewczynie odważnej na tyle, by za nią wejść. Za nic miała, że krzyczy w języku, którego rozumienia ta uparcie odmawiała.

Wreszcie została sama. Upadła na łóżko. Szloch targnął jej ciałem.

Nie. Zacisnęła palce w pościeli, walcząc z rozpaczą. Nie tu, nie teraz – powtarzała bezgłośnie, starając się zapanować nad płaczem. Nie przy tych wszystkich obcych ludziach! Jej łzy nie były dla nich, jej żal nie przyniesie im zwycięstwa!

Kiedy usłyszała otwierane drzwi wyprostowała się, odwracając do intruza.

— Wyjdź — rozkazała z najlepszym koriańskim akcentem, na jaki było ją stać. Uniosła wyżej brodę, mierząc nienawistnym spojrzeniem stojącego w progu księcia. Nie próbował wejść głębiej, ale też jej nie posłuchał. — To mój pokój. Życzę sobie zostać sama.

Pokręcił głową, choć nie zrobił kroku do przodu.

— Wybacz. Powinienem inaczej przekazać ci tę wiadomość.

Roześmiała się, zaskakując tym nawet siebie.

— Inaczej niż drwiąc ze śmierci mojego ojca? Twoja troska wzrusza mnie do głębi serca. To ty wybacz mi, że nie przywitałam tej jakże przedniej dla ciebie wieści radością i śmiechem! Uniżenie przepraszam, mój książę. A teraz uniżenie proszę – wynoś się stąd!

— Nie pozwoliłaś mi dokończyć.

— To może poczekać. Do kolacji, kiedy znajdziesz dla mnie chwilę?

— Nie może. Wysłuchasz mnie, a potem zgodnie z twoim życzeniem zostawię cię samą.

Ciche łzy bezsilności i rozpaczy uciekły spod jej powiek, ale tylko tym zdradziła jak bardzo w tej chwili cierpi.

— Niezależnie od tego, co powiedzą ci później, to był przygotowany spisek.

Jak w ogóle mógł pomyśleć, że uwierzyłaby w cokolwiek innego? Zagryzła mocno wargi, by tego nie powiedzieć. Nie powstrzymała jednak pełnego pogardy prychnięcia.

— Twój ojciec umarł, ponieważ wasi poddani postanowili zabrać tron dla siebie. — Niezrażony jej reakcją kontynuował. Dopiero teraz zauważyła, że odkąd tu wszedł, mówił po ilearsku. — Taki był ich plan. Ale…

— Wiedziałeś o tym? — przerwała mu, po czym sama sobie odpowiedziała. — Oczywiście, że tak. Przecież sam powiedziałeś, że jestem nagrodą za obietnicę wsparcia. Zaplanowaliście to wszystko. Kto z nich ośmielił się sięgnąć po koronę?

— Tego nie wiem. Ale ktokolwiek to będzie, srodze się zawiedzie. Zemsta będzie twoja.

— Moja?

— Tak. Jest sposób, żeby pokrzyżować ich plany.

— Jaki?

Wyjaśnił w kilku słowach. Nie wdawał się w szczegóły, których i tak nie potrzebowała. Kiedy skończył, zaśmiała się gorzko.

— Idioci. Sami ukręcili bicz na siebie. — Wciąż się śmiejąc opadła na posłanie, nie zważając na to, jak bardzo ta poza nie przystawała jej w rozmowie z mężem. Spojrzała na niego z uśmiechem na ustach i łzami w oczach. — Powiedziałeś, co miałeś do powiedzenia. Teraz się wynoś. Wracaj do knucia swoich spisków. Spotkamy się przy kolacji.

Tym razem posłuchał. Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, Marienne zwinęła się na łóżku i w końcu pozwoliła sobie na rozpacz. Teraz była już pewna, że nikt nie ośmieli się zakłócać jej żałoby.

*

Głuchy odgłos kroków odbił się echem od ścian pogrążonej w żałobnej ciszy kaplicy. Dragas rzucił urwane spojrzenie w stronę wejścia. Opierał się o gładki kamień jednego z filarów podtrzymujących sklepienie, zatopiony w chłodnym półmroku. Młody królewicz, któremu przyglądał się już od dłuższego czasu, nie zwrócił uwagi na nagły hałas. Siedział na posadzce przed katafalkiem, na którym niczym marmurowy posąg spoczywał jego ojciec. O czym myślał? O czym mógł myśleć dziesięciolatek zapatrzony w zwłoki ojca? Dragas nie miał pojęcia.

— Panie hrabio, chciał się pan ze mną spotkać.

Szept Rosiere’a rozbrzmiał nienaturalnie głośno w ogromnej sali. Chłopiec musiał go usłyszeć, jednak nawet nie drgnął. Dragas przytaknął skinieniem.

— Tak. Chciałem porozmawiać.

— Oczywiście. Ale nie tutaj.

— Nie tutaj.

Oderwał się od kolumny i ruszył ku wyjściu. Kroki Rosiere’a niosły się równie głośno jak wcześniej. Odprowadzani spojrzeniami mijanej w korytarzach służby udali się do sali obrad królewskiej rady.

Od niespodziewanej śmierci króla wszyscy tutaj stąpali na palcach. Powietrze było aż gęste od szeptanych półgłosem spekulacji, domysłów i planów jak tę sytuację obrócić na korzyść swoją i swojej kliki. Dragas miał ochotę wyśmiać wszystkich tych głupców, tak obytych w politycznych zawiłościach, obeznanych w sztuce tkania misternych intryg, a nie dostrzegających rzeczy oczywistych. W tym przedstawieniu wszystkie role zostały już obsadzone.

Zatrzymał się przed zdobionymi w roślinne motywy drzwiami pozwalając, by Rosiere pierwszy przekroczył próg. Obecność dwóch innych radców – de Coura i La Motte’a – nie była dla niego zaskoczeniem. Rycerza w białym płaszczu, który stał przy oknie tyłem do pozostałych, jednak się nie spodziewał.

Skłonił się dworsko przed obecnymi. Radcy odpowiedzieli mu oszczędnymi skinięciami; Rycerz zdawał się nawet nie zauważyć jego wejścia.

Rosiere zajął miejsce między siedzącymi za masywnym stołem i wskazał Korianinowi wolne krzesło.

— O czym chciał pan rozmawiać, panie hrabio?

La Motte nie krył swojego niezadowolenia, skrzywieniem warg, spojrzeniem, całą swoją postawą epatując niechęcią. Na twarzy de Coura gościła obojętność przemieszana ze znudzeniem. Jego nie bardzo interesowało to, z czym Korianin do nich przyszedł – a przynajmniej takie chciał sprawiać wrażenie. Przez moment Dragas zastanawiał się, który z nich dwóch został wyznaczony przez spiskowców do objęcia tronu po zmarłym królu. Miał dziwną pewność, że nie był to Rosiere. Czterdziestoletni hrabia sprawiał wrażenie osoby, która – realizując własne zamierzenia – wolała pozostać w cieniu.

Na dłużej zatrzymał wzrok na sylwetce przy oknie.

— Moja obecność panu przeszkadza, pośle?

Głos, choć wyraźny, był trudny do zidentyfikowania. Mógł należeć do młodego mężczyzny, ale równie dobrze za maską mogła kryć się kobieca twarz.

— Bynajmniej — odpowiedział bez chwili zawahania i zgodnie z prawdą. — Tym bardziej, że sądząc po waszym wkładzie w kształtowanie obecnej sytuacji na dworze, jesteście pewnie żywo zainteresowani jej dalszym rozwojem.

Rosiere zmarszczył brwi, a wyraz twarzy La Motte’a stał się otwarcie wrogi. Tylko de Cour nie zareagował na jego słowa.

— Zakładam, że mogę sobie pozwolić na pominięcie zbędnych formalności.

— Czekamy.

– Jestem tu, żeby prosić o wstrzymanie uroczystości żałobnych do czasu przybycia Jej Wysokości Marienne.

— Przybycia? — Rosiere nie pohamował zdziwienia. — Nie spodziewaliśmy się niczego poza notą kondolencyjną. Ze względu na wciąż nieznaną przyczynę śmierci Jego Wysokości wszelkie publiczne obrządki związane z pochówkiem zostały odwołane. Jak sam pan wie, dworski medyk nalegał…

— Zatem młody królewicz naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo, przesiadując w krypcie na dole — przerwał mu Dragas nie bez cienia drwiny w głosie. Od razu jednak spoważniał. — Jej Wysokość Marienne wyraża chęć pożegnania się z ojcem. Nie nam odmawiać jej prawa do tego.

— Oczywiście, że nie. — Rosiere rozsądnie zignorował prowokujący komentarz posła. Jemu na starciach w tym towarzystwie nie zależało. — Jak długo mamy czekać?

— Myślę, że Ich Wysokości są już w drodze. Zawrócenie orszaku do granicy nie powinno zająć im więcej niż kilka dni.

— Złe wieści rozchodzą się lotem błyskawicy — westchnął radca, na co La Motte prychnął nieprzyjemnie, a Dragas niezauważalnie się uśmiechnął. — No cóż, takie życie. Wyślemy oczywiście ludzi, by powitali i eskortowali Ich Wysokości.

— To nie będzie potrzebne. Sam wyruszę im na spotkanie. Mam własnych żołnierzy pod komendą. Chociaż, z drugiej strony… — Zastanowił się. Koriańskie mundury wciąż nie były witane z radością wśród prostego ludu Ilearu. — Może rzeczywiście lepiej by było, gdybyście panowie zechcieli oddać mi kilku ludzi do dyspozycji. Z całą pewnością taki gest zostanie dobrze odebrany przez Ich Wysokości. Na pewno też poczują się bezpieczniej.

— W tej kwestii, jeśli już jesteśmy przy temacie żołnierzy. — Rosiere zmienił pozycję na krześle, splatając dłonie przed sobą. Gest zdradzający zdenerwowanie? Nie, tak mu po prostu było wygodniej, ocenił Dragas. Rosiere naprawdę był dobry w tym, co robił. — Dotarły nas wieści, że na granicy gromadzą się kolejne oddziały waszej armii. Zgodziliśmy się na dwa pułki, nie więcej. Mam nadzieję, że o tym nie zapomnieliście?

— Panie Rosiere. Niech pan pomyśli. Te dwa pułki, jaka to siła w porównaniu z wojskami cesarza? Dać się zaskoczyć – to nie leży w naszej tradycji. Wsparcie militarne ze strony Korii jest kluczowym punktem układu między nami, prawda? Ruchy na granicy to tylko zapewnienie o gotowości wywiązania się z obietnic, panowie. Nic więcej. Bądźcie pewni, że dopóki wiązać nas będzie zawarty sojusz, każde wejście naszych żołnierzy na ziemie Ilearu odbędzie się za waszą wiedzą i zgodą.

La Motte wymamrotał coś pod nosem, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.

— To zresztą kolejny powód mojej obecności tutaj. Jasnym jest, że wraz z Ich Wysokościami do Ilearu wkroczy również ich straż przyboczna. Nie chciałem, żeby z tego powodu wynikły między nami jakieś nieporozumienia.

— Jest pan bardzo zapobiegliwy, Dragas. Nie spodziewaliśmy się, że Marienne przybędzie tu tylko w otoczeniu swoich dwórek.

— Nie należy lekceważyć dwórek, panie La Motte. Nie wie pan, jaka siła drzemie w kobiecie?

La Motte prychnął z pogardą. Założył ręce na piersi i wbił wzrok w ścianę za plecami posła, świadomie go ignorując. Sztuka dyplomacji musiała mu być równie daleka, co brak apetytu, zauważył złośliwie Dragas.

— Wracając do tematu. — Rosiere odwrócił jego uwagę od nalanej twarzy radcy. — Myślę, że ta mobilizacja na naszej granicy jest niepotrzebna. Oczywiście doceniamy waszą gotowość do pomocy w razie zbrojnego konfliktu z wojskami cesarza, ale szczerze mówiąc nie przewidujemy takich kłopotów.

— Ah, no tak. Król nie żyje, ale nikt nie podnosi krzyku „Mord!”. Na każdego przychodzi kiedyś koniec, nawet na koronowane głowy. Smutne, ale prawdziwe. Otrzymaliście już panowie kondolencyjne noty z Brugge? Jak książę Gabriel zareagował na wieść o śmierci brata?

La Motte spurpurowiał, a Rosiere zacisnął mocno pięści pod stołem. Zanim któryś z nich zdążył odpowiedzieć, po raz pierwszy dzisiejszego wieczora odezwał się de Cour.

— Mieliśmy nie pogrywać, prawda? Niech pan wprost powie, do czego zmierza. Późno się robi, a jestem pewien, że każdy z nas ma jeszcze obowiązki do wypełnienia.

Dragas uśmiechnął się. Konkretnie i na temat. To też potrafił.

— Czekacie panowie na poselstwo od cesarza?

— …owszem. — Rosiere znów przejął rozmowę.

— Kogo waszym zdaniem cesarz obdarzy obowiązkiem regencji?

— To nie wasza sprawa, jak poradzimy sobie w rozmowach z cesarskimi posłami.

Ani przez chwilę nikt z nich się nie łudził, że pomimo zapewnień o opanowaniu sytuacji na dworze wysłanych razem z wieściami o śmierci króla, cesarz nie spróbuje za pośrednictwem swych posłów przekonać się o tym osobiście. Byli na to przygotowani.

— Oczywiście. Daleki jestem od mieszania się w wewnętrzne sprawy waszego dworu. Jednak jako poseł królestwa będącego nie tylko waszym sąsiadem, ale i sojusznikiem, pozwoliłem sobie przygotować pewne rozwiązanie, które z całą pewnością zapobiegnie nie tylko możliwej wojnie i rozlewowi krwi, ale w znacznym stopniu ułatwi również negocjacje z cesarskim dworem.

— Znowu to koriańskie pieprzenie. Przejdźże z łaski swojej do rzeczy, Dragas, a potem wynoś się stąd w jasną cholerę.

— Thomas, proszę.

— Pan La Motte, chociaż w niezbyt przychylnych słowach to wyraził, ma jednak rację. Nie ma co przedłużać. — Dragas wyjął spod kurtki zalakowany papier i położył go na blacie przed sobą. — Tutaj macie panowie wszystko. Pozwolę wam zapoznać się z tym pismem w spokoju, a potem przemyśleć naszą propozycję. Jeśli nie macie nic przeciwko, to – jak to malowniczo ujął pan La Motte – wyniosę się teraz stąd w jasną cholerę.

Podniósł się, gotów zostawić ich samych z listem.

— Siadaj, Dragas. — Rosiere zatrzymał go, zanim zrobił choć krok. Sięgnął po wiadomość. — Co to jest?

— Niech pan sam zobaczy — odpowiedział, z powrotem zajmując miejsce za stołem.

Przez chwilę radca przyglądał się pieczęci – cesarskim liliom na tle symbolu koriańskiego króla – po czym złamał ją i rozłożył zapisaną kartę. Już po pierwszych przeczytanych słowach prychnął cicho.

— Czekałem na chwilę, w której pojawią się takie właśnie absurdy z waszej strony. Jak widać, nie pomyliłem się w ocenie.

Pozwolił, żeby La Motte wyjął mu pismo z ręki. Dragas z niekrytym zainteresowaniem i lekkim uśmieszkiem, bez jakiejkolwiek oznaki, że słowa Rosiere’a mogły go urazić, przyglądał się jak La Motte czerwienieje w miarę czytania. Nikły gest Rosiere’a powstrzymał wybuch; nie mógł jednak wymazać nienawiści ze spojrzenia starszawego radcy. De Cour nie zdradził swoich emocji tak otwarcie. Prychnął lekceważąco jak wcześniej Rosiere i odrzucił papier na stół.

— Kpina! — zakrzyknął La Motte, ale zamilkł, uciszony przez Rosiere’a.

— Odpowiedź brzmi: nie.

Uśmiech na twarzy Korianina wyostrzył się.

— Odpowiedź konkretna, tylko nie zauważył pan jednego, panie Rosiere. Z mojej strony nie padło żadne pytanie.

— Regencja dla Marienne. Pan raczy żartować.

— Bynajmniej. Nasza propozycja obejmuje uznanie praw Jej Wysokości Marienne do opieki nad bratem, a co za tym idzie tytułu regentki do czasu osiągnięcia pełnoletności przez królewicza.

— Na jakiej podstawie, ja się pytam?

— Jako najstarszej z królewskiego rodu.

Niespodziewanie Rosiere roześmiał się. Znów zmienił pozycję za stołem i spojrzał na Korianina z szerokim uśmiechem. Oczy błyszczały pozorną wesołością, ale Dragas nie dał się zwieść.

— Chcecie, żebyśmy oddali tron Marienne? Ona już nie jest nasza. Ona jest wasza. A obcym korony się nie oddaje.

— Obcym? Sądzę, że cesarzowi Marienne jest bliższa niż którykolwiek z panów. Krew nie woda.

— Jest żoną następcy koriańskiego tronu.

— Owszem. A cesarz sam pobłogosławił ten związek, za waszą zresztą namową, czyż nie?

— Nie taka była umowa.

— I to powiecie cesarskiemu poselstwu, kiedy tu się zjawi i przedstawi wam własną nominację do tronu? Że nie taka była umowa? Że nie po to pozbyliście się poprzedniego króla, żeby teraz przyjąć na jego miejsce kolejnego protegowanego cesarza?

— Nie taka była umowa między nami!

— Niech mi pan zatem przypomni, panie de Cour, jaka ona była?

— W zamian za otwarcie granic, zniesienie ceł i utworzenie nowych szlaków handlowych dla waszych i naszych kupców mieliście zaprzestać rajdów na nasze tereny i w razie potrzeby wesprzeć nas militarną siłą — wyrecytował radca bez zająknięcia. — To. Wszystko.

Dragas parsknął śmiechem.

— Panowie! Naprawdę chciałem tego uniknąć. Chciałem dać wam czas na przemyślenie sprawy w spokoju. Na rozważenie wszystkich za i przeciw, i wyciągnięcie własnych wniosków. Ale nie daliście mi szansy i teraz obawiam się, że… — urwał, ale tylko na moment. Przewrotny uśmiech skutecznie rozbudził w Ilearczykach niepokój. — Naprawdę myśleliście, że kupieckie szlaki to wystarczające wynagrodzenie za nasz wkład w obalenie przez was panującego rodu?

— Naprawdę myślicie, że za ten „wasz wkład” – za cokolwiek zresztą – zrzekniemy się władzy na waszą rzecz? — zapytał dokładnie tym samym tonem Rosiere. — Jak już ustaliliśmy, nasz dwór, nasz tron to nasze wewnętrzne sprawy. Nic wam do tego. Jeśli będziecie się wtrącać…

— …to co? Wypowiecie nam wojnę? Żarty na bok. Wojna z koriańską armią to nie to samo, co pacyfikacja opornych chłopów i garstki szlachty z wybujałą fantazją. Liczyliście, że cesarz zdaje sobie z tego sprawę, kiedy podpisywaliście z nami układ, prawda? Cóż, niedobrze by było, gdybyście sami o tym zapomnieli.

— Do czego pan zmierza, panie pośle? Grozi nam pan zerwaniem sojuszu? Wojną?

— Nie. Dopasowuję się do poziomu rozmowy po prostu.

— To kpina…! — uniósł się znowu La Motte.

— To polityka, panowie. Polityka zacofanego państewka; młodej monarchii, jak to ładnie o nas mówicie.

— Nie. Nie, Dragas. Tak się bawić nie będziemy. — Najwyraźniej i niespotykane pokłady spokoju Rosiere’a w końcu zaczęły się wyczerpywać. Dragas bynajmniej się nie dziwił; gdyby sytuacja była odwrotna i miała miejsce na koriańskim dworze, ta rozmowa nie trwałaby nawet w połowie tak długo. — Nie chcemy wpływów Cesarstwa, ale nie zamienimy ich na koriańskie.

— Może poczytacie mi to, panowie radcy, za impertynencję, ale pozwolę sobie zauważyć, że dużego wyboru nie macie. Jej Wysokość przybędzie tu w przeciągu kilkunastu dni. Poselstwo cesarza pewnie niewiele później. Ale jak powiedziałem wolałbym, żebyście sami wyciągnęli wnioski z zaistniałej sytuacji. — Wstał i przysunąwszy krzesło z powrotem do stołu skinął im głową na pożegnanie. — Jeśli mielibyście jeszcze jakieś pytania lub wątpliwości, chętnie posłużę radą.

Gdy tylko Dragas odwrócił się ku drzwiom, La Motte zerwał się ze swojego miejsca tak gwałtownie, że jego krzesło z hukiem uderzyło o podłogę.

— Hańba! — wrzasnął i zanim Rosiere lub de Cour zdołali zareagować sztylet, który niezauważenie znalazł się w jego dłoni, ze świstem przeciął powietrze, zmierzając prosto w posła.

Na ułamek sekundy wszyscy trzej zamarli – de Cour w połowie drogi do pozycji stojącej, Rosiere z dłonią przy ramieniu La Motte’a, i on sam w pół kolejnego słowa. I nawet kiedy sztylet z brzdękiem upadł na posadzkę tuż za Korianinem, odepchnięty od niego niewidzialną siłą, żaden z nich nie drgnął.

Dragas spojrzał przez ramię na La Motte’a, później na leżący u jego stóp sztylet. Przygryzł wargę, jakby nie wiedział, czy wybuchnąć gniewem czy się roześmiać. Schylił się i podniósł broń.

— Doskonała robota — stwierdził, obracając sztylet w dłoniach. Spojrzał z błyskiem w oczach na poczerwieniałego, z trudem łapiącego powietrze radcę i uśmiechnął się lekko. — Uniżenie dziękuję za tak piękny prezent, panie La Motte.

Wykonał przed nimi dworski ukłon. Przez nikogo nie zatrzymany opuścił salę.

Już za drzwiami roześmiał się głośno, przyciągając zgorszone spojrzenia służby. Płynnym ruchem wsunął za pas sztylet La Motte’a, po czym opuścił zamek.

*

Kiedy tylko drzwi za Korianinem się zamknęły, La Motte opadł na krzesło zapominając, że przewrócił je w swoim akcie słusznego gniewu. Poderwał się natychmiast z podłogi, po czym szybkim krokiem ruszył ku drzwiom.

— Thomas. — Cichy, stanowczy głos Rosiere’a usadził go w miejscu. — To było głupie. Chciałeś zabić posła.

La Motte roześmiał się chrapliwie.

— Nie mówił jak poseł.

— Mówił. Jak poseł, który grozi nam wojną, ale wciąż poseł. Do tego kraju, z którym trwamy w sojuszu. I który mógłby nam naprawdę zaszkodzić, jeśli doszłoby do zerwania łączącej nas umowy.

La Motte odwrócił się gwałtownie.

— Boisz się go?

— Ty nie?

Znowu śmiech.

— Widziałeś. Wyglądałem jakbym się go bał? Gdyby nie… — urwał i zmrużył oczy. Przeniósł spojrzenie z Rosiere’a na wciąż stojącego przy oknie Rycerza. — To twoja sprawka? Ten sztylet upadający na ziemię o cal przed celem?

— Thomas…

Rosiere nawet nie starał się nawet brzmieć urzędowo. Był zmęczony. Gdzieś znikła jego pewność siebie i żelazne opanowanie. Opadł na krzesło i podparł głowę na rękach.

La Motte nie zwrócił uwagi na jego starania załagodzenia sytuacji. Skoncentrował się na zwróconej ku sobie masce.

— To jak? Chronisz go?

— Zgadzam się z panem Rosiere. To, co pan zrobił, było nierozważne. Konsekwencje tego czynu mogły być fatalne. Nadal mogą.

— Zatem jednak. — La Motte postąpił krok do przodu. Zadarł brodę w górę. — Nie rozumiem, co tu jeszcze robicie. Wasze zadanie dobiegło końca i nic tu po was! Powinniście się wynieść stąd…

— …w jasną cholerę? — dokończył za niego Rycerz.

Zanim La Motte zdążył zareagować, Rosiere stanął między nimi.

— Panowie, proszę. Thomas, pan Rycerz tu jest na moją wyraźną prośbę — powiedział spokojnie, kładąc dłoń na ramieniu starszego radcy. Kiedy pierwsza fala gniewu zdawała się opaść, zwrócił się do Rycerza. — A pan niech odpowie. Ten trik z osłoną to pańskie dzieło? Nie pytam jedynie z ciekawości i z całą pewnością nie będę miał za złe, jeżeli rzeczywiście to pana rozsądek uratował nasze skóry przed ich armią. Chcę wiedzieć, z czym mamy do czynienia.

— Nie. To nie moje dzieło.

— Myślałem, że oni brzydzą się magią — włączył się w końcu w rozmowę de Cour. Z wyrazem zadumy na twarzy wpatrywał się w zamknięte drzwi.

— Najwyraźniej nie wszyscy. I może tylko we własnym gronie — odpowiedział Rosiere, podobnie jak on ściągając w zamyśleniu brwi.

— W życiu nie słyszałem o magu wśród Korian. A Dragas na maga to już zupełnie nie wygląda.

— Co pan o tym myśli? — Rosiere spojrzał na Rycerza.

— Nic. Nie jestem w stanie powiedzieć panom jaka to magia, ani skąd się bierze. Ja również po raz pierwszy spotykam się z przejawem takiego zachowania u Korianina.

— A… ogólnie? O tym wszystkim, co tu miało miejsce?

Rycerz wzruszył ramieniem. Podszedł do stołu i podniósł papier. Przebiegł wzrokiem po piśmie, po czym złożył je starannie i rzucił z powrotem na blat.

— Myślę, że dalsze rozważania na ten temat w tej chwili są bezcelowe. Proponuję skorzystać z rady Dragasa: odpocząć i przemyśleć to na spokojnie. Trudno odmówić celności pewnych jego uwag. Taka decyzja nie powinna być impulsem chwili.

— Zdrajca — syknął La Motte.

Rosiere przymknął oczy, czując że to wszystko zaczyna być ponad jego siły.

— Nie zamierza pan opuścić stolicy? Będzie pan nam mógł służyć radą, kiedy wrócimy do tego tematu?

— Mam taką nadzieję. A teraz panowie wybaczą. Na mnie czas.

Rosiere kiwnął tylko głową. De Cour też się nie odezwał. Kiedy Rycerz mijał La Motte’a, ten znowu coś syknął, ciszej i mniej wyraźnie niż poprzednio, choć nikt z obecnych nie łudził się, że to nie kolejna obelga. Rycerz nie dał się sprowokować. Bez słowa wyszedł, pozostawiając radców pogrążonych w ponurych myślach.

Na tonącym w deszczu dziedzińcu czekał już osiodłany koń. Zanim go dosiadł, zapytał jeszcze o koriańskiego posła.

— Opuścił zamek — odpowiedział młody chłopak, który ściskał w dłoni uzdę. Po chwili dorzucił jeszcze usłużnie. — Zatrzymał się w którejś z karczm w górnym mieście. Być może tam właśnie wrócił.

Rycerz kiwnął głową i wskoczył na siodło. Podrywając konia niemal od razu do galopu wypadł za bramę.

Szalejący na otwartej przestrzeni zbocza wiatr odrzucił ciężki kaptur na plecy jeźdźca i targnął rozsypanymi na ramiona złotymi włosami. Itari zerwała maskę z twarzy, odsłaniając się na siekące bicze ulewy. Wbiła mocno pięty w boki konia, poganiając zwierzę do jeszcze szybszego biegu przez oberżnięte pola, otaczające stolicę.

Zwolniła dopiero między drzewami. Koń na pamięć znał już drogę i sam obrał ścieżkę poprzez kolczaste zarośla.

Na miejscu wyszeptała kilka słów w ciemność i zręcznie zsunęła się z siodła. Kiedyś znajdował się tutaj święty przybytek ku czci bóstw, którym prosty lud składał hołdy i ofiary jeszcze zanim Ilear stał się częścią Cesarstwa. Teraz na ruinach sanctum wznosiła się wieża, chroniona przed niepożądanym okiem magią Inglot.

Itari zaciągnęła konia do niewielkiej stajni, przylepionej do gładkiej ściany wieży, po czym weszła do środka, uciekając wreszcie przed deszczem. Minęła niewielką sień i otworzyła drzwi do pokoju, który służył im za dzienny.

— Powiedz mi, że Raynhard już tu jest — zaczęła od progu, rozpinając sprzączkę płaszcza i zostawiając go na ziemi tam, gdzie zsunął się z jej ramion. Inglot, zwinięta na fotelu przy rozpalonym kominku, pokręciła głową, nie odrywając wzroku od wielkiego tomiska, które kartkowała.

— Daję mu dzień. Jeden dzień, a potem sama przytargam go tu choćby w strzępach — warknęła Itari, siadając na miękkim, grubym dywanie pokrywającym kamienną posadzkę. — W strzępach, Inge.

— Ktoś chyba nie za dobrze bawił się w czasie wizyty na dworze. — Anrai, ściągnięty jej podniesionym głosem wyłonił się z drzwi, za którymi spiralne schody pięły się w górę, prowadząc do kolejnych pokoi. Obrzucił badawczym spojrzeniem najpierw leżący w kałuży wody płaszcz, a potem rozplatającą mokry warkocz dziewczynę.

Itari prychnęła.

— Ograniczeni głupcy — rzuciła gniewnie. — Mam już tak dość ich wszystkich!

— Było aż tak źle? — Inglot wreszcie uniosła głowę znad książki, a Anrai coraz bardziej zaintrygowany jej wybuchem przysiadł na szerokim parapecie.

— Dragas zażądał regencji dla Marienne, a La Motte próbował go zabić — odpowiedziała, podkreślając tonem głosu niedorzeczność tej sytuacji.

— Próbował?

— Tak, próbował. Nie udało mu się, ale nie dlatego, że miał szczęście i nie trafił. Dragasa chroni magia.

— Tak? Przecież oni mordują u siebie każdego, kto przejawia jakąkolwiek magiczną moc — stwierdził rzeczowo Anrai.

— Właśnie — zgodziła się Itari, na moment przerywając ruch palców pomiędzy złotymi splotami. Ściągnęła brwi i spojrzała na pochyloną w jej stronę przyjaciółkę. — Ale Dragas nie jest magiem. Nie wygląda na maga. Nie zachowuje się jak mag.

— To akurat nic dziwnego, z tym wyrzynaniem potencjalnych czaromiotów — zauważył Anrai z obojętnością świadczącą o tym, że krwawe zwyczaje Korian w tym względzie nie robiły na nim żadnego wrażenia.

— Wokół niego nie ma magicznej aury. Rzeczywistość w jego otoczeniu nie nagina się gotowa dopasować się do jego woli.

— Więc co?

— Nie wiem. Błogosławieństwo? Klątwa? Artefakt? Nie wiem. Nie doszukałam się niczego nienaturalnego. Wiecie, co to może oznaczać?

Anrai potrząsnął głową, a Inglot zmarszczyła brwi w zamyśleniu.

— Kłopoty? — zaproponowała z niechęcią.

Itari westchnęła.

— Tego się właśnie obawiam.

 

Rozdział VI

Ojciec wyjechał. Wrócił do domu. Razem z nim lady Elizabeth i Isabelle. Pragnienie uwolnienia stąd księżnej, która bez córki nie opuściłaby tego przeklętego miejsca, okazało się silniejsze niż nienawiść hrabiego do dzieci Gabriela. Brugge pozostało pod opieką Moriverna. I on – jego też ojciec zostawił pod opieką kapitana. Marco miał czekać. I uczyć się.

Siedziba rodu de la Varre nie była większa od ich własnej, choć niezaprzeczalnie okazalsza. Zwiedził wszystkie kąty już pierwszego dnia; od piwnic po strych, od sypialni gospodarzy i pokoi gościnnych po stajnie i loszki na wino. Książę lubował się w przepychu, widać to było na każdym kroku. Zdobienia, złocenia, cenne kamienie ponaszywane na narzuty i kapy, gobeliny strojące ściany – dosłownie wszystko wokół lśniło i mieniło się setką barw i blasków. Zdawał sobie sprawę, że zamek nie doczeka w tym stanie do przybycia wysłanników nowego króla. Żołdacy Moriverna mieli pełne kieszenie cennych drobiazgów jeszcze tej samej nocy, gdy dokonała się masakra, a i sam kapitan nie żałował sobie kamyczka czy brylantowego świecidełka. Marco nic nie mówił, bo też nie taka była jego tu rola. Pozornie tylko postawiony ponad żołnierzami, w rzeczywistości nie miał nic do powiedzenia. W milczeniu przyglądał się pokątnemu złodziejstwu, próbując zapamiętać każdego, kto dopuścił się kradzieży, by w odpowiednim czasie przedstawić to wszystko ojcu. Był pewien, że gdy hrabia się dowie, wyciągnie konsekwencje z takiego zachowania jeśli nie ze względu na narzuconą mu odpowiedzialność za Brugge, to choćby dlatego, że przecież to wszystko wciąż stanowiło własność Elizabeth.

Na swój tymczasowy pokój wybrał ten, do którego pokierowała go Rena – już wiedział, jak miała na imię śliczna pokojówka. Spotkał ją rankiem, gdy zanosiła jedzenie Vanowi, i ośmielił się zapytać. Odpowiedziała zanim zniknęła w sypialni młodego de la Varre’a. Nie dała się wciągnąć w rozmowę, choć odprowadził ją potem do kuchni. Dygnęła z wdziękiem nie pasującym do chłopki i zamknęła mu kuchenne drzwi przed nosem.

— Ja nie pozwoliłbym się tak traktować na twoim miejscu, paniczu.

Skamieniał, gdy tuż za nim rozległ się głos Moriverna. Oficer stał oparty o przeciwległą ścianę i z nieprzyjemnym uśmiechem przyglądał się podopiecznemu.

— Kazałbym ją wybatożyć — mówił dalej kapitan. — Żeby zapamiętała, jak należy zwracać się do pana. Mała suka. Chociaż ładna.

— Ani się waż — syknął, choć sam słyszał jak bardzo niepewnie brzmi. Kapitan roześmiał się i odkleił od ściany. – Ani się waż!

— Jak sobie życzysz, wasza miłość. Jestem tu po to, by spełniać życzenia waszej miłości. — Morivern machnął dłonią w parodii salutu, po czym potarł brodę w zadumie. — Rzeczywiście szkoda byłoby zniszczyć tak śliczną skórę. Masz oko, mały.

— Za wiele pan sobie pozwala, kapitanie. Zapomina się pan.

— Zatem pokornie proszę o wybaczenie, paniczu. — Choć już był poważny, w jego głosie wciąż pobrzmiewała kpina. Ukłonił się dworsko przed chłopakiem i odszedł, pogwizdując pod nosem. Zanim zniknął za zakrętem, do Marca doleciał jeszcze nieprzyjemny dźwięk jego śmiechu.

Pożałował, że nie sprzeciwił się ojcu, gdy tamten oddawał go pod opiekę zaufanego żołdaka. Marco nigdy nie darzył Moriverna sympatią, ale do tej pory mógł sobie pozwolić na unikanie jego towarzystwa. Teraz nie miał już wyboru.

W drodze powrotnej na piętro zatrzymał się w pokoju lady Elizabeth. Nikt nie uprzątnął jej porozrzucanych rzeczy, nikt też nie poskładał pościeli. Na toaletce leżały poprzewracane kosmetyki i pachnidła, których nie zdążyła lub też nie chciała spakować. Jej piękna twarz spoglądała na ten bałagan z portretu zawieszonego pomiędzy smukłymi oknami z wyrazem obojętności, jakiej nie było dane zobaczyć u niej Marcowi odkąd tu przybył. Podobizna lady de la Varre wisząca w jego domu za kotarą chroniącą ją przed wzrokiem matki uśmiechała się nie tylko ustami, ale i roziskrzonymi oczyma. Na tamtym obrazie była młodziutka i śliczna, tutaj – lodowato piękna i wyniosła, a w rzeczywistości… W rzeczywistości szalona i nie warta tego wszystkiego.

— Co tu robisz?

Odwrócił się gwałtownie, po raz drugi w ciągu zaledwie kilku chwil zaskoczony obecnością kogoś, kogo nie zauważył. Van siedział w fotelu przysłoniętym skrzydłem otwartych na oścież drzwi. Obserwował go spod przymrużonych powiek. Marco opanował impuls nakazujący krok w tył, by zamiast tego unieść lekko głowę.

— Mógłbym zapytać o to samo — odpowiedział, próbując nadać głosowi spokojny i pewny ton.

Twarz Vana wykrzywił grymas, który mógłby ujść za nieprzyjemny uśmiech, gdyby nie towarzyszyła temu potworna pustka w jego spojrzeniu. Młody de la Varre powoli podniósł się z fotela i zbliżył do Marca na odległość zaledwie kroku. Zbyt blisko.

— O to, co robię w zamku? Mieszkam. W końcu jeszcze do niedawna był to mój dom.

Marco drgnął pod wpływem słów, których ton zmroził powietrze w pokoju.

— Co robię w sypialni matki? — mówił dalej Van. — Chciałbym powiedzieć, że ją odwiedzam, ale przecież jej już tu nie ma, bo twój tatuś zabrał ją z domu, wywiózł wbrew woli, uprowadził do siebie.

— Nieprawda! – zaprotestował, ale tylko tyle zdołał powiedzieć, bo Van naparł na niego, robiąc ostatni krok w przód, i Marco widział już tylko jego oczy.

Szare.

Jak oczy Elizabeth.

— Nieprawda? Dla ciebie to radosna wyprawa w niecierpliwie wyczekiwaną podróż? Rozejrzyj się!

Dłoń Vana zakreśliła w powietrzu łuk, gdy chłopak wskazywał porzucone w pośpiechu i nieporządku rzeczy matki, ale Marco nie zauważył tego gestu.

Bogowie. Skąd to wrażenie, że świat wokół tak gwałtownie się kurczy; kurczy i znika, pozostawiając go bez tchu, samego w obliczu bezdennej otchłani, której pustkę nagle wypełniła wczechtrawiąca pożoga?

Van odsunął się niespodziewanie. Odwrócił głowę, zaciskając kurczowo powieki i pięści. Odetchnął głęboko. Raz. Kolejny. Gdy na powrót otworzył oczy, wciąż tliło się w nich zarzewie nawałnicy, ale panował nad tym, odzyskał kontrolę. Spojrzał na portret matki. Zatrzymał się przed nim.

— Mógłbyś być ich dzieckiem – powiedział, bez śladu wcześniejszych emocji. — Śliczny blondynek. Pewnie byłaby szczęśliwsza, gdyby tak właśnie było. A ty?

— Mam matkę.

Van zaśmiał się całkiem jak Raynhard, kiedy Marco rozbawił go odpowiedzią na przytyk. I tak jak po reakcji Raynharda poczuł gorąco zalewające policzki.

— Nie wątpię, że masz. Inaczej nie rozmawialibyśmy sobie teraz tak przyjemnie. Twój ojciec bardzo żałuje, że to nie piękna Elizabeth została jego żoną. A ty? Ma to dla ciebie znaczenie?

— A dla ciebie? Nie wolałbyś być synem uczciwego, dobrego człowieka zamiast takiego sadysty i okrutnika, jakim był…?

— Nigdy.

Dopiero gdy to jedno słowo przeszyło powietrze pogardą i nienawiścią, uświadomił sobie, że czekał, aż Van mu przerwie – i ze zgrozą pomyślał, że spodziewał się ciosu, nie słów.

— Van — zaczął, ale Van potrząsnął głową. Włosy opadły mu na twarz, kryjąc ją przed wzrokiem Marca. Pod wbitymi w dłonie paznokciami pojawiła się krew.

— Twój ojciec nie powiedział mi nic poza tym, że zabiera stąd matkę i że nie pozwoli mi się z nią zobaczyć przed wyjazdem — powiedział półgłosem, nie patrząc już na portret, tylko w podłogę. Kryjący ją dywan był głęboki i miękki, przetykany złocistymi nićmi układającymi się w przepiękne wzory. — Drzwi mojego pokoju są otwarte, a na korytarzu nie ma straży. Wyjaśnij mi, jaka jest moja rola tutaj, bo on najwyraźniej o tym zapomniał.

— Nie możesz opuszczać Brugge. — Słowa dławiły, ale Marco ze wszystkich sił starał się brzmieć nieugięcie, tak jak zabrzmiałby w tej sytuacji jego ojciec. — Nie dopóki…

— …dopóki ten wasz król nie zadecyduje o moim losie. — Van nie poczekał, aż sam dokończy zdanie. — Zdaję sobie z tego sprawę. Wyjaśnij mi, czego wy ode mnie oczekujecie.

— N…niczego. Kapitan Morivern… On jest odpowiedzialny i za Brugge, i za twoje bezpieczeństwo.

— Bezpieczeństwo?

Marco zacisnął pięści. Beznamiętny ton Vana doprowadzał go do szału szybciej niż kpina i gniew.

— Bezpieczeństwo, Van. Twój tatuś nie był jakoś szczególnie darzony miłością, a ty…

— …trochę go przypominam, to masz na myśli? — Van odwrócił się z powrotem do niego. — Tak, to samo powiedział twój ojciec. Koniecznie chciał mnie przekonać, że to dla mojego dobra. Ty również mi powiesz, że nie jesteś moim wrogiem?

— Nie jestem. Ja przecież… — urwał. Van uniósł brew, patrząc na niego z drwiną w oczach. Bogowie, był to tak znajomy wyraz, że gdyby nie fizyczne podobieństwo, Marco mógłby przysiąc, że Van był synem Raynharda, a nie księcia Gabriela.

— Nie jestem twoim wrogiem. — Nie wiedzieć czemu chciał, żeby Van mu wierzył. — Nigdy nie byłem. Nie dawaj mi powodów, bym nim został.

— Jakaż to ulga! — Van prychnął głośno, nie kryjąc własnej wrogości. — Nie wiem jak mógłbym spać wiedząc, że taki wojownik czyha na moje życie.

— Nie kpij. Nie masz tu już nikogo, kto stanąłby po twojej stronie.

— A kto mówi, że kogoś potrzebuję? Sam potrafię o siebie zadbać. Nikt – zwłaszcza synalek von Throima – nie jest mi do tego potrzebny.

— Każdy kogoś potrzebuje. Sam się o tym przekonasz. A na razie… Możesz robić, co chcesz – w obrębie zamku. Nie możesz opuszczać jego murów. Nie radzę też wchodzić w drogę żołnierzom. Oni nie darzą sympatią zarozumiałych, aroganckich paniczyków, którym się wydaje, że szyderstwo to odpowiedź na wszystko.

— Zatem ty musisz być ich pupilkiem, słodki aniołku.

Pięść Marca wystrzeliła do przodu bez jego świadomej decyzji. Van się tego spodziewał. Cofnął się i bez problemu uniknął ciosu, a Marco poleciał przed siebie.

— No patrzcie, patrzcie. Kociak nie boi się pokazać pazurków. Uważaj, żeby ich sobie przypadkiem nie połamać — syknął Van, mrużąc złośliwie oczy.

Marco odwrócił się i chociaż i tym razem okazał się za wolny, to jego pięść przynajmniej otarła się o twarz rywala. De la Varre parsknął zgrzytliwym śmiechem, uniósł rozłożone dłonie w pozornie pojednawczym geście i z niegasnącym paskudnym półuśmieszkiem cofnął się ku drzwiom.

Marco przyglądał się temu dysząc ciężko, czerwony z gniewu i upokorzenia. W uszach wciąż brzmiał pełen pogardy śmiech. Zacisnął pięści i zanim uświadomił sobie, co robi, już na nim siedział, na oślep bijąc i szarpiąc. Przez moment zdawało mu się, że w szarych oczach zamiast kpiny dostrzega błysk triumfu, ale zignorował to, wciąż wściekły, wciąż zaślepiony szałem, w jaki wpadł. Tłumiona złość, strach, zmęczenie ostatnimi dniami i poczucie bezsensu wszystkiego, co się wydarzyło, w końcu znalazły ujście i cel, i dlatego uderzał dopóki był w stanie, nie potrafiąc – i nie chcąc – już się zatrzymać.

*

— Wdawać się w bójkę z młodym de la Varrem? — Morivern roześmiał się, nie kryjąc rozbawienia. Stał w progu pokoju Marca, oparty o framugę. Rena przecierała właśnie twarz chłopaka, częściowo zasłaniając go przed wzrokiem kapitana. — I to do tego stopnia, żeby moi żołnierze musieli was rozdzielać? Co by powiedział twój ojciec?

— Sprowokował mnie. — Marco syknął z bólu, kiedy rozcięta warga znowu zaczęła krwawić.

— Oczywiście. Zaskoczony? W tym domu nikt nigdy nie podjął żadnego działania bez wyraźnej przyczyny i korzyści w zasięgu wzroku — Morivern pokręcił z politowaniem głową.

— Chciał, żebym go pobił? Jest równie szalony jak jego matka.

Rena drgnęła, ale zanim zdążył uchwycić wyraz jej twarzy schyliła się, by wypłukać szmatę.

— Jak dla mnie to wcale nie on najbardziej ucierpiał. — Kapitan oderwał się od framugi i stanął za plecami służki, która odruchowo się skuliła. Przyjrzał się posiniaczonej, wciąż jeszcze zakrwawionej twarzy chłopaka i kiwnął głową. – No. Nasz pupil zdecydowanie potrafi się bić.

— Sprowokował mnie — powtórzył Marco.

— Tak, tak, my to już wiemy. – Kapitan wykrzywił się w parodii uśmiechu. — A co ty o tym sądzisz, mała? Myślisz, że wasz paniczyk zrobił to z rozmysłem?

Rena podniosła wystraszone oczy na oficera i potrząsnęła głową.

— Chcesz powiedzieć, że nie? Że to wina Marca? Spójrz na tego chłopca, kwiatuszku. Czy on wygląda dla ciebie na nieokrzesanego zbója?

Dziewczyna zacisnęła mocno powieki i opuściła głowę, wciąż nią kręcąc, teraz jednak mniej pewnie.

— Nie umiesz mówić? — Morivern zacisnął dłoń w jej włosach i pociągnął do góry. Krzyknęła bardziej z zaskoczenia niż z bólu.

— Panie — wyszeptała przerażona.

— Kapitanie, niech pan ją puści. Natychmiast.

Żołnierz przyglądał się przez chwilę ściągniętej strachem twarzy, po czym rozluźnił dłoń w splątanych włosach. Wygładził je prawie czułym gestem i uśmiechnął się łagodnie.

— Chodźmy do tego waszego diablątka, dziecko. Jemu też przyda się twoja pomoc. Może Marco nie jest nieokrzesanym zbójem jak Van, ale widziałem już, że uderzyć potrafi.

— Kapitanie, co pan chce zrobić? — Marco poderwał się na nogi, ale zanim zrobił krok do przodu, na ramię opadła mu ciężka dłoń, usadzając go z powrotem na łóżku.

— Nic, Marco. Odpocznij. Nie chcę, żeby do twojego ojca doszło, że przez moje niedopatrzenie dzieje ci się tu krzywda.

— Nie dzieje mi się żadna krzywda! — zaprotestował. — Nie jestem dzieckiem!

— Nie. Nie jesteś. Ale jesteś pod moją opieką. I to wystarczy. No, mała, na co jeszcze czekasz?

Rena posłusznie podniosła miskę, wrzuciła do niej szmaty i odeszła do drzwi. Gdy zniknęła za progiem, Morivern wyszczerzył się w paskudnym uśmiechu.

— Odpoczywaj, Marco, i pozwól, że zajmę się całą resztą. Gdy skończymy u Vana, z powrotem przyślę ci tę ślicznotkę.

— Kapitanie…

— Później, Marco. Później.

*

Van stał przy oknie, zapatrzony w zasnuty szarymi strugami deszczu dziedziniec. Nie zareagował na dźwięk otwieranych drzwi, całkowicie zatracony w widoku szalejącej na zewnątrz ulewy. Dopiero drżący głos wyrwał go z zadumy.

— Paniczu…

Odwrócił się. Rena stała przy łóżku, trzymając w dłoniach miskę wypełnioną wodą. Jej palce były tak mocno zaciśnięte na brzegach, że widział jak zbielały. Jej twarz ginęła pod splątaną jasną falą włosów. Za nią zatrzymał się oficer von Throima.

— Nie potrzeba mi tego. Możecie wyjść.

Rena skuliła się jeszcze bardziej. Zadygotała. Twarz Moriverna rozjaśnił nieprzyjemny uśmiech.

— Widzę, że niczego się jeszcze nie nauczyłeś, szczeniaku. Ale niech będzie jak chcesz. Wyjdź — zwrócił się do Reny, która od razu posłuchała, pospiesznym krokiem idąc ku drzwiom. — Panicz Marco na ciebie czeka. Nie chciałbym usłyszeć, że w czymkolwiek mu się naraziłaś, mała.

Chwycił ją za ramię, gdy mijała go w progu, i zmusił, by na niego spojrzała.

— Rozumiesz?

— Puść ją.

Uśmiech Moriverna stał się drapieżniejszy i przez to jeszcze mniej przyjemny. Cofnął dłoń, pozwalając dziewczynie opuścić pokój. Gdy tylko zniknęła w korytarzu, Morivern zamknął drzwi. Nie przestawał się uśmiechać.

Van z godnością uniósł w górę brodę. Bo kimże był przy nim ten byle żołdak?

— Van de la Varre. Patrzcie państwo. Jedyne, co pozostało z dumnego rodu Brugge. – Morivern powoli wyszedł na środek pokoju. Zatrzymał się przy łóżku, ostatniej przeszkodzie pomiędzy nim a Vanem. — Żal mi cię. Wczoraj królewski kuzyn, a dziś… Dziś sierota pozbawiona władzy i majątku. Co ci zostało?

Przez chwilę czekał na odpowiedź, ale gdy nie padły żadne słowa, skwitował uparte milczenie Vana śmiechem. Obszedł łóżko i zatrzymał się przed chłopakiem. Z niegasnącym uśmiechem ujął go pod brodę i obrócił twarz na bok, by przyjrzeć się sinej szramie na lewym policzku. Van wyrwał się, ale nie cofnął, ani nie odwrócił wzroku.

— Dalej hardy, co? Tatuś rzeczywiście dobrze cię wyszkolił. Czy może raczej ten… jak mu… Raynhard? Ten, dzięki któremu znalazłeś się w tej sytuacji. Na mojej łasce.

— Nie jestem…

— Ależ oczywiście, że jesteś — przerwał mu z niekrytym zadowoleniem kapitan. — W tej chwili Brugge należy do mnie. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, w jakim jesteś położeniu. Żyjesz tylko dlatego, że hrabia obiecał cię Raynhardowi w nagrodę za jego nieocenioną pomoc. Oficjalnie? Oficjalnie ciebie już nie ma. Żaden król – ani stary, no bo nie żyje, ani nowy – nie będzie sobie zaprzątał tobą głowy. Von Throim ma teraz swoją Elizabeth i o nią będzie dbał. Raynhard… Może ty wiesz, gdzie jest Raynhard? Bo ja z pewnością nie. Pominąłem kogoś? Kogoś, kto by się o ciebie upomniał?

Dłoń Moriverna wróciła do twarzy Vana, tym razem gładząc delikatnie jego policzek. Znów się wyrwał. I znów odpowiedział mu śmiech.

— Kilka zasad, Van. Żeby wszystko było jasne między nami. Po pierwsze: żadnych impertynencji, bo szybko się przekonasz, że sobie z tym radzę. Po drugie: żadnych bójek z młodym von Throimem. Najlepiej by było, gdyby przestał dla ciebie istnieć. Po trzecie: żadnego knucia. Tobie śmierć nie grozi, o to możesz być spokojny, ale każdemu innemu z tego zamku? Oczywiście wiem, że dla ciebie życie służby to drobnostka zupełnie jak dla twojego drogiego świętej pamięci tatusia, ale zastanów się, czy warto mieć w każdym, z kim dzielisz dach nad głową, wroga. Po czwarte: żadnych numerów, żadnych prób ucieczki. Rozumiesz? Jeśli rozumiesz, to znaczy, że może jakoś się dogadamy i może spokojnie i bez nieprzyjemności obaj doczekamy rozwiązania tej sprawy. Możesz włóczyć się po zamku gdzie chcesz, ale pamiętaj, że są straże i że mają na ciebie oko. Jeśli tylko usłyszę o jakiejkolwiek nieuprzejmości z twojej strony, nie zawaham się wziąć sobie ciebie na smyczkę, szczeniaku.

— Skończyłeś?

— Mhm. Skończyłem.

— Wyjdziesz?

— No nie wiem. — Morivern zmrużył oczy i przekrzywił głowę. — Myślisz, że jest tu coś, czym mógłbym się jeszcze zająć?

— Wyjdź.

— Van, dobrze ci radzę – żyj ze mną w zgodzie, a wszystko skończy się dobrze.

— Jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia, wyjdź. Zajmij się lepiej swoim paniczykiem.

Z ociąganiem, ale nie kontynuując już dyskusji, kapitan wrócił do drzwi. Nie wyszedł jednak bez ostatniego słowa.

— Nie musisz tutaj siedzieć sam. Możesz dołączyć do mnie i Marca przy kolacji. Nie mogę mówić za niego, ale ja poczuję się zaszczycony, jeśli wasza książęca mość przyjmie moje skromne zaproszenie.

Van z trudem zapanował nad chęcią rzucenia w żołnierza pierwszą lepszą rzeczą, jaka wpadłaby mu w rękę. Morivern i tak to zauważył, bo dopiero trzask zamykanych drzwi uciął jego paskudny śmiech.

Powoli, oddychając głęboko, Van odwrócił się z powrotem do okna. Zacisnął dłonie na krawędzi parapetu i oparł czoło o chłodną szybę. Kojący szum deszczu wyciszał wściekłość, nie był jednak w stanie zagłuszyć uparcie powracających myśli.

Nie chciał myśleć o tym, co powiedział Morivern. Nie chciał wierzyć, że to prawda. Sam przed sobą nie był w stanie przyznać, jak bardzo słowa kapitana zabolały. Wszystkiemu winien był Raynhard, a on był dla niego tylko zapłatą za dobrze wykonaną pracę. Do tego zapłatą, której Rayn nawet nie chciał odebrać.

Zaśmiał się cicho, zastanawiając się, co bardziej bolało: to, że Raynhard sprowadził tu von Throima czy że zostawił go na łasce żołdactwa hrabiego. Nieprawda, że nie nienawidził Raynharda. Kiedy to mówił, był ranny i zmęczony. Nie myślał jasno.

Nienawidził go.

A nawet jeżeli jeszcze tak nie było, to się nauczy: nienawidzić z całego serca. Nienawidzić tak długo, aż trafi się okazja do zemsty.

Zapatrzony w ściekające po szybie strugi wody dał kapitanowi czas na dotarcie gdziekolwiek tamten zmierzał wychodząc z pokoju, po czym wymknął się na korytarz, a potem na zewnątrz, do stajni. Zaszył się w kącie boksu Gwiazdki, czując się jak dziecko ukryte przed rodzicami albo rozzłoszczoną nianią. Gwiazdka najwyraźniej zrozumiała jego potrzebę. Stanęła tak, by odgrodzić go od reszty świata, a potem trąciła pyskiem w ramię dając znak, że jest tuż obok i że przy niej nie spotka go już żadna krzywda.

— Wiem, maleńka. — Zaśmiał się, kiedy otarła się o jego policzek, jak robiła tysiące razy przedtem. Podrapał ją po chrapach. — A ty wiesz, że ja ciebie też.

Zastrzygła uszami i wróciła do skubania siana, pozwalając mu zatopić się w myślach.

— Nie chcę już myśleć — szepnął tak cicho, że nawet koń nie mógł go usłyszeć.

Skupił się na odgłosach dolatujących z dziedzińca, przez który bez przerwy przewijali się żołnierze Moriverna. Przysłuchiwał się ich prostackim rozmowom. Kilku z nich, zapewne pełniących wartę, zaszyło się jak on w stajni i teraz grało w karty. Żaden go nie zauważył aż do chwili, kiedy się podniósł i wyszedł, zostawiając ich osłupiałych w środku. Zanim którykolwiek zdążył zareagować, zniknął w bocznym wejściu do zamku.

Nie miał ochoty spędzać więcej czasu niż koniecznie musiał z młodym von Throimem, a już na pewno nie z jego żołnierzem, ale nie widział powodu, dla którego miałby kryć się przed nimi w pokoju. Być może był więźniem we własnym domu, ale ten zamek wciąż jeszcze stanowił jego dziedzictwo. Najwyższy czas, by zachować się jak na dziedzica Brugge przystało.

*

— Itari, proszę cię, usiądź.

Inglot nie podnosiła wzroku znad rozsypanych przed nią pergaminów, z których większość nosiła złamane już pieczęcie z symbolem smoka, zbyt skoncentrowana na pracy, by nerwowy chód Itari mógł ją rozproszyć na dłużej niż potrzeba do wypowiedzenia tych kilku słów. Czarny wosk – Cathan. Nie mistrz zakonu, nie hierarcha w kręgu, ale to jego zwierzchnictwo uznawała ich czwórka. On krył się za misternie tkanymi planami, które sprowadziły Korian na te ziemie i pozbawiły korony cesarskiego kuzyna. On ułagadzał zapędy Agellata, by ten trzymał swe wojska z dala od Ilearu, przez lata zapewniając o stabilnej i spokojnej sytuacji w zamorskiej kolonii cesarstwa, obecnie jeszcze umocnionej nowym sojuszem.

Itari od samego południa miotała się po niewielkim pokoju, krążąc między ścianami. Choć obie miały ważne sprawy do przedyskutowania i przygotowania, nie potrafiła się skupić. Po kolejnym upomnieniu opadła w wolny fotel, ale nie usiedziała długo. Niemal natychmiast poderwała się i stanęła przy wąskim wykrocie.

Inglot westchnęła, ale uparcie trzymała się swojego postanowienia, by nie ulegać nerwowej atmosferze wprowadzanej przez przyjaciółkę.

— Podobno miał być już blisko.

— Jest blisko. — Starannie złożyła przeczytaną wiadomość i włożyła ją do zamykanego na mały kluczyk sekretarzyka. Sięgnęła po czystą kartę i kałamarz, i następny list, którego fragmenty należało przepisać. Zamiast się za to zabrać, z rosnącym bólem głowy i wbrew sobie kątem oka obserwowała będącą w ciągłym ruchu towarzyszkę.

— Godzinę temu mówiłaś to samo i co? — W głosie Itari zabrzmiał wyraźny wyrzut.

— I jest o godzinę bliżej niż wtedy.

— Spóźnia się.

Inglot pohamowała kolejne westchnienie i przymknęła oczy, kryjąc pod powiekami rozpalającą się w nich irytację.

— Uspokój się. — W te dwa słowa włożyła całą stanowczość, na jaką było ją stać w tej chwili. — Zaręczam ci, że Rayn jest blisko. Bardzo blisko. W zasadzie…

Itari w końcu znieruchomiała na dłużej, nasłuchując.

— …już jest na miejscu — dokończyła Inglot. Jej niepotrzebny był odgłos uderzających o kamień przed wieżą kopyt. I tak wiedziała, że jej Strażnik właśnie nadjechał. Znów westchnęła widząc, z jakim zacięciem Itari szykuje się na słowną potyczkę z Raynhardem.

— I gdzieś ty był? — Itari zaatakowała zanim Rayn zamknął za sobą drzwi. — Miałeś wrócić już dawno temu. Wiesz, co tu się dzieje? I gdzie… Gdzie Van?

Raynhard minął ją bez słowa. Przewiesił ociekający wodą płaszcz przez poręcz krzesła i siadł, żeby porozpinać sprzączki wysokich butów. Ignorował je obie, zupełnie jakby był sam w pokoju. Inglot skrzywiła się w duchu. Nastrój jej Strażnika w niczym nie ustępował nastrojowi Itari. Emanujące od niego gniew, żal, i jakaś dziwna determinacja, której powodów ani celu nie potrafiła odgadnąć, skutecznie przegnały z pokoju resztki spokoju.

Źle się to skończy. Przesłała mu tę myśl, nie chcąc otwarcie mieszać się w rodzącą się kłótnię.

Itari okręciła się na pięcie. Koniec warkocza uderzył jak złocisty bat jej ramię.

— Zadałam ci pytanie. Czekam na odpowiedź.

Raynhard wyprostował się, ale nie wstał. Posłał Inglot zmęczone spojrzenie, które jasno mówiło, że wybuch Itari jest mu obojętny.

— W Brugge.

Złociste brwi zmarszczyły się w niezadowoleniu.

— W Brugge? — powtórzyła za nim z niedowierzaniem.

Raynhard pokiwał w odpowiedzi głową.

Czy on nie zdaje sobie sprawy, jaki ten jego pozorny spokój będzie miał skutek? A może celowo prowokuje Itari? Inglot nie miała już pewności.

— W Brugge — powtórzyła raz jeszcze Itari, chcąc zrozumieć tę niedorzeczność. — Dlaczego?

— Uznałem, że powinien tam zostać. Przynajmniej dopóki nie dokończymy tego, co tutaj rozpoczęliśmy. Przed nami jeszcze mnóstwo pracy.

— Uznałeś. Tak po prostu, tak?

— Itari, proszę. To niepotrzebne. Pozwól mu spokojnie wyjaśnić — spróbowała raz jeszcze Inglot, bez większego rezultatu. Żadne z nich nie zwróciło na nią uwagi.

— Nic nie mówiłam, kiedy wciągnąłeś w nasz plan wszystkich tych głupców. Dobrze, chce uniknąć niepotrzebnego rozlewu krwi, pomyślałam. Po co nam to? Po co nam rzeź? Na nic, niech więc i tak będzie. Nic nie mówiłam, kiedy w tym pokoju padła idea zemsty von Throima. Owszem, książę musiał umrzeć. Stał nam na drodze. Tak musiało się stać. Ale teraz, kiedy przyjeżdżasz tutaj i mi mówisz, że Van został tam, w towarzystwie tego… tego… — przez moment szukała odpowiedniego słowa, ale poddała się i dokończyła pomijając epitet — milczeć nie będę! Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś?

Z każdym kolejnym słowem jej głos przybierał na sile, tak że teraz już niemal krzyczała. Inglot podniosła się z fotela, chcąc choć trochę ją uspokoić.

— Itari, skarbie…

— Nie wtrącaj się, Inge. — Itari uciekła przed jej dłonią. — To nie twoja sprawa.

— Ale mój Strażnik.

— Twój Strażnik zostawił chłopca, za którego był odpowiedzialny, w rękach osoby nienawidzącej go jak nikogo innego na świecie. Rozumiesz? — syknęła i od razu zwróciła się znowu do Raynharda. — Powiedz mi, coś ty sobie myślał, co?

— Może to, że z dala od dworu jest teraz bezpieczniejszy niż tutaj. — Im bardziej wzburzona była Itari, tym spokojniejszy stawał się Raynhard. — Hrabia dał mi słowo.

— Słowo?! A cóż jest warte słowo człowieka? — Kolejne słowa rzuciła twardo, z żądaniem. — Chcę wiedzieć.

— Co?

— Chcę wiedzieć, co się tam stało. Minuta po minucie. Odkąd tylko wkroczyliście do Brugge.

— Nie. — Krzesło skrzypnęło w proteście, gdy Raynhard wstał, gotów wreszcie wycofać się z tej kłótni. Nie zrobił nawet kroku. Drobna dłoń przyciśnięta nagle do jego piersi przytrzymała go w miejscu.

— Inge? — Itari spojrzała pytająco na towarzyszkę. Ta pokręciła głową, wiedząc co Itari ma na myśli.

— Dobrze wiesz, że nie zrobię nic, co by…

— Dobrze, zatem sama to zrobię.

Zanim Inglot zdążyła ją powstrzymać, Itari zmrużyła oczy, a jej wargi poruszyły się w bezgłośnej inkantacji. Czaszkę Raynharda przeszył obezwładniający ból. Zacisnął palce we włosach i ciężko zwalił się na kolana u stóp dziewczyny. Przejmująca obecność Itari rozsadzała mu umysł, targając świadomość na kawałki w poszukiwaniu śladów minionych dni. Wydarzenia z nocy najazdu na Brugge przesuwały mu się przed oczami w przyśpieszonym tempie – tunel, walka, przemówienie von Throima, Gabriel konający w brunatnym od krwi błocie, Van. Nienawiść i ból, i strach, i żal, i – bogowie, nie tak to przecież miało być! I – dlaczego nie potrafię cię nienawidzić?

— Dość! — Inglot wdarła się pomiędzy nich, przerywając zaklęcie. Jej oczy też błyszczały, kiedy patrzyła w pobladłą twarz Itari. Raynhard skulił się na kolanach, z trudem łapiąc powietrze. Ból mijał, ale wspomnienia tamtej nocy wciąż przemykały pod zaciśniętymi powiekami.

— Inge, ty nie wiesz… — Wargi Itari poruszały się przez moment bezgłośnie, zanim zdołała wyszeptać kolejne słowa. — Rayn, jak mogłeś być takim głupcem?

Wpatrując się w zwiniętą u swoich stóp postać zrobiła kilka kroków do tyłu. Wpadła na fotel, ale nie przestała się cofać, dla równowagi macając dłonią oparcie. Widząc jej wzburzenie, Inglot niemal zapomniała o gniewie, ale jedno spojrzenie na wciąż rozdygotanego Strażnika skutecznie jej o nim przypomniało.

— Nie miałaś prawa — powiedziała, akcentując wyraźnie każde słowo. — Nigdy więcej nie rób czegoś takiego. Drugi raz na to nie pozwolę.

Przez moment mierzyły się spojrzeniami. W nienaturalnie rozszerzonych źrenicach Itari zdumienie walczyło z niedowierzaniem i gniewem. Skapitulowała. Wybiegła, zostawiając ich samych.

Inglot opadła na kolana przy swoim Strażniku.

— Wszystko w porządku? — zapytała cicho.

Potrząsnął głową.

— Nie — wyszeptał zachrypniętym głosem, z którego wciąż przebijał ból. — Nie, nic nie jest w porządku. Itari ma rację. Jestem głupcem. Potwornym głupcem, Inge. Jak ja mogłem nie wiedzieć? Jak ja mogłem to zrobić?

Kolejny dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Inglot przysunęła się bliżej i objęła go, oferując wsparcie.

— Zrobiłeś, co uważałeś za słuszne. Co wszyscy uznaliśmy za słuszne. Takie dostaliśmy zadanie. Nie było dobrego wyjścia – wybraliśmy to mniej złe. Wspólnie.

Raynhard zaśmiał się gorzko.

— W takim razie wszyscy jesteśmy głupcami.

Na to nie znalazła już odpowiedzi. Oparła głowę na jego ramieniu i przytuliła się mocniej, ale Raynhard wyplątał się z jej objęć i odsunął. Otworzył usta, chcąc coś jeszcze powiedzieć, ale zamiast tego potrząsnął tylko głową i wstał, bez słowa opuszczając pokój.

Inglot westchnęła ciężko, patrząc w ślad za nim. Domyślała się, co mogła zobaczyć Itari. Ale to nie było istotne. Powiedziała prawdę – wspólnie podjęli decyzję, licząc się z konsekwencjami. Raynhard nie ponosił za to większej winy niż którekolwiek z nich. A jeśli Itari tego nie rozumie, osobiście jej to wytłumaczy – i będzie to o wiele mniej przyjemna rozmowa od tej, która rozegrała się tu przed chwilą.

*

Van zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami salonu. Godzina, o której służba podawała wieczerzę już minęła, więc był spóźniony, a Marco i Morivern z pewnością byli już w środku. Sięgnął do klamki, ale w ostatniej chwili się zawahał – jeszcze mógł odejść, jeszcze był na to czas. Mógł pozwolić im skonsumować wieczerzę nieniepokojonym przy jego rodzinnym stole.

Niedoczekanie.

Pchnął drzwi i zdecydowanym krokiem przekroczył próg.

Przywitał go triumfalny uśmiech Moriverna i zaskoczone, zaniepokojone spojrzenie von Throima.

Kapitan zajmował krzesło ojca u szczytu stołu.

Van zgrzytnął zębami, ale poza tym niewzruszony podszedł do stołu, by zasiąść na przynależne mu miejsce.

— Cieszę się, że przyjąłeś moje zaproszenie. — Morivern skinął głową w jego stronę. Normalnie byłby to wyraz szacunku względem książęcego tytułu, ale ani Morivern nie darzył szacunkiem jego pozycji, ani on sam nie był księciem na Brugge.

— Zbytek łaski — odpowiedział, czując na sobie ukradkowe spojrzenie von Throima. Nie umknął mu bezwiedny gest ze strony tamtego, gdy na jego pojawienie się przy kolacji dłoń Marca uciekła ku posiniaczonej twarzy. Dobrze. — Nie ma żadnego powodu, dla którego wy mielibyście siedzieć przy tym stole, a ja nie.

— Niezbyt jesteś uprzejmy — wytknął mu żołnierz, ale bez przejęcia. Ot, wyrażał obserwację. — Po książęcym synu można by się spodziewać lepszego zachowania w towarzystwie.

— Śmiem twierdzić, że moje zachowanie jest odpowiednie zarówno do sytuacji, jak i towarzystwa. Jeśli się nie zgadzasz, kapitanie, nikt cię siłą w Brugge nie trzyma.

Morivern zaśmiał się głośno. Napełnił kielich winem. Opróżnił go jednym potężnym haustem i dopiero potem sięgnął po jedzenie.

— Oczywiście, że nie trzyma. Pan hrabia płaci mi za to, żebym tu był i miał na ciebie oko.

Van nie zaszczycił go odpowiedzią, koncentrując się na kolacji. Mdliło go na widok potraw. Z trudem przełykał kolejne kęsy, ale panował nad sobą. Nie da im tej satysfakcji. Nie odsunie od siebie jedzenia. To nie on powinien czuć się źle siedząc przy rodzinnym stole.

Marco wciąż mu się przypatrywał, chociaż nabrał w końcu odwagi i robił to już otwarcie. Pewnie nie podobał mu się stan, w jakim Van do nich dołączył. W pierwszej chwili chciał przywdziać rodowe barwy, ale czuł, że by je zszargał, zasiadając tak do kolacji w tym towarzystwie. Uznał, że wzmocnione buty do jazdy noszące ślady błota z dziedzińca, spodnie i luźno zasznurowana koszula wystarczą na zaistniałą okazję. Ci dwaj na nic więcej nie zasługiwali. Jego włosy wciąż były mokre po deszczu i tylko odgarnięte z twarzy do tyłu. Jeśli Moriverna i von Throima raziła jego prezencja, w każdej chwili mogą odejść od stołu.

— Chcesz coś powiedzieć, von Throim? — zapytał, nie podnosząc spojrzenia znad talerza. — Milczący się zrobiłeś od południa. Źle się czujesz?

— Van, myślałem, że się zrozumieliśmy, kiedy prosiłem cię, żebyś nie prowokował więcej Marca — przypomniał Morivern przesadnie zatroskanym tonem, w którym pobrzmiewały źle skrywane nuty rozbawienia.

— Oczywiście, że się zrozumieliśmy. — Van dopełnił swój kielich winem. — Co nie znaczy, że wziąłem sobie do serca twoje kazanie, kapitanie.

— A powinieneś, chłopcze. Przykro mi będzie, jeśli przyjdzie mi cię o tym dodatkowo przekonać.

Van zerknął na Marca, który teraz uparcie patrzył w stół, czerwony po czubki uszu. Widać pomoc kapitana, który postanowił ruszyć mu na ratunek w tej niewinnej słownej potyczce, nie przypadła mu do gustu. I dobrze.

— Nadal się nie odzywasz? Kot odgryzł ci język? — zakpił, ignorując wkład kapitana w rozmowę, jeśli można to było nazwać rozmową. — Szkoda. Myślałem, że kolacja w twoim towarzystwie będzie przynajmniej równie interesująca jak siedzenie w pustym pokoju, ale najwyraźniej próżne moje nadzieje.

— Nie wiem, o czym moglibyśmy mówić. — Marco wreszcie coś z siebie wyrzucił. Nadal był czerwony i nadal bał się spojrzeć mu znowu w twarz. — Mam dziwne wrażenie, że każda nasza wymiana zdań prowadzi jedynie do kłótni.

— A co w tym złego? Dyskusja podobno oczyszcza atmosferę, przynosi ulgę skołatanym nerwom – a pozwól mi zauważyć, że na ukontentowanego to ty nie wyglądasz. No i to niezła rozrywka. Jedyna, przyznaję, jaką potrafię sobie wyobrazić w tym miejscu i towarzystwie.

Morivern westchnął teatralnie, ale tym razem się nie wtrącił. Sięgnął po butelkę i napełnił kielich. Odsunął od siebie talerz i rozsiadł się wygodniej, z rosnącym zainteresowaniem obserwując rozwój sytuacji.

Niespodziewanie Marco uniósł głowę. Jego niebieskie oczy lśniły niepokojąco w świetle świec.

— Już ci mówiłem. Nie jestem twoim wrogiem. Nie widzę powodów, by każdą rozmowę kończyć kłótnią.

Intensywność rozpalająca jego spojrzenie zaskoczyła Vana, ale miał nadzieję, że nie dał tego po sobie poznać.

— Nie lubisz? Czy nie chcesz się kłócić – ze mną?

— Nie lubię. Nie chcę. Nie zależy mi. Nie jesteś tego wart.

Van uśmiechnął się lekko.

— Naprawdę? Ranisz moje uczucia, von Throim. Zastanawia mnie, kto w takim razie byłby wart twojego zachodu. Na kim może ci zależeć?

Marco odłożył sztućce na talerz.

— Na ojcu. Na matce. Na kilku innych osobach, ale to chyba nie twoja sprawa — odpowiedział, ignorując zaczepkę.

— Mhm.

Van umilkł, wracając do przerwanego jedzenia. Uśmiechnął się nieznacznie, dostrzegając ulgę łagodzącą spięte mięśnie siedzącego naprzeciwko chłopaka.

— Ten koriański poseł — podjął na nowo rozmowę konwersacyjnym tonem. Marco wyraźnie drgnął i mocniej zacisnął palce na sztućcach, ale inaczej nie zareagował. — Spędził tu niedawno noc. Wiesz, on też wspomniał, że nie jest naszym wrogiem. Muszę stwierdzić, że dyskusja z nim była dużo bardziej zajmująca niż dzisiejsza, może dlatego, że nie bał się niewielkiej różnicy zdań. Wiesz o kim mówię, prawda?

Marco nie odpowiedział, więc Van ciągnął dalej.

— Jestem pewien, że wiesz. Tak się zastanawiam, czy on jest wart twojej uwagi. Bo jeśli idzie o niego, to wiem, że nie traciłby czasu na niepotrzebne słowa przy tobie. Mam rację, Marco?

Marco spurpurowiał. Odsunął gwałtownie krzesło od stołu i wstał.

— To był błąd, kapitanie. Nie powinien pan organizować czegoś takiego bez uzgodnienia ze mną. Van, jak powiedziałem, nie jesteś tego wart. Nie sprowokujesz mnie więcej.

Wyszedł, nie zatrzymany ani przez Vana, ani przez Moriverna. Van bez słowa opróżnił swój kielich, kryjąc za nim zadowolony uśmiech.

— Zechcesz mi wyjaśnić, co się tutaj stało? — zapytał kapitan.

— Marco pozbawił nas swego jakże fascynującego towarzystwa.

— Pozwól, że ujmę to inaczej: o czym, a raczej o kim mówiłeś?

— Marco nie zwierza się swemu obrońcy i opiekunowi? Zaskakujące. Ale skoro tak jest, to nie sądzę, żebym miał kompetencje do wyjaśniania takich spraw. Zapytaj swojego pupilka, o kim mówiłem.

— Tym samym sprowokowałeś go wcześniej?

Van prychnął pogardliwie, ale się nie odezwał, bo też nie miał nic więcej do powiedzenia temu żołdakowi.

— Teraz ty straciłeś ochotę na rozmowę?

— Nie. Nigdy jej nie miałem.

— Więc po co było to całe przedstawienie?

Van uśmiechnął się sztucznie.

— Marco jest taki uroczy, kiedy się złości — stwierdził z ironią. Wstał. — Nie zapomnij mu tego przekazać.

Morivern nie zatrzymał go, tak samo jak wcześniej nie zatrzymywał Marca.

W swoim pokoju Van oparł się ciężko o drzwi. Przymknął oczy i odetchnął głęboko. To jednak nie był dobry pomysł. Pocieszające było tylko to, że von Throim zdawał się bawić równie marnie, jak i on. Uśmiechnął się lekko na wspomnienie jego świętego oburzenia, kiedy usłyszał wzmiankę o Dragasie, ale uśmiech szybko przygasł. Kiedy to wszystko się działo – tam, nad strumieniem w letniej posiadłości wuja, dwie ciemne postaci na tle rozgwieżdżonego nieba – wszystko było inaczej. Wieki temu, nie tygodnie. Była Marienne, i był wuj. I ojciec. I Raynhard.

Bez rozpalania świec, w tym co miał na sobie, rzucił się na łóżko. Sen jednak długo nie nadchodził.

 

Rozdział VII

Chłodny podmuch wiatru odrzucił mu z głowy kaptur na plecy. Anrai tak to zostawił. Deszcz chwilowo ustał, choć w powietrzu nadal wisiała wilgoć, która tłumiła i tak już słabe ogniska rozpalone w zadaszonych żelaznych kadziach ustawionych wzdłuż ulic.

Mokry płaszcz mu ciążył, a rozchlapywane przy każdym kroku kałuże utrudniały chód, ale Anrai nie przyspieszał ani nie dążył do skrócenia swojej wędrówki. Latem Górne Miasto tętniło życiem niezależnie od pory dnia, ale teraz jego zamożni mieszkańcy trzymali się rozświetlonych wnętrz pałacyków i okazałych kamienic. Z rzadka tylko gdzieś przetoczył się powóz albo przekłusował wierzchowiec. Takich maruderów jak on na ulicach nie było. Jeśli już ktoś go mijał, to szedł pośpiesznie, skulony od przenikliwego zimna wdzierającego się nawet pod grube okrycia.

Odnajdywał się w atmosferze opustoszałych ulic. Chociaż napór cudzych myśli już go nie przytłaczał – nie tak jak kiedyś, dawno, dawno temu – to nadal nie lubił zgromadzeń i harmidru tłumu. Ale cichy szmer w tle był mile witany. Kojący. Był taki czas, gdy nikomu i za nic nie uwierzyłby i histerycznie wyśmiał pomysł, że brak ludzi wokół i kompletna cisza może budzić w nim niepokój. Przez tak długi czas nie pragnął niczego poza kompletną ciszą! A gdy już ją zdobył, to zamiast się nią napawać, włóczył się teraz wzdłuż szpaleru mieszczańskich i szlacheckich siedzib, dobrowolnie otwierając się na obcą świadomość.

Ta myśl wywołała nikły uśmiech, który jednak szybko przeszedł w skrzywienie.

Nie miałby takiej potrzeby, gdyby nie pogarszająca się atmosfera w wieży. Męczyła go nerwowa energia Itari, jej wszem i wobec okazywane niezadowolenie z powodu przedłużającej się nieobecności Raynharda. Jej irytacja radnymi, z którymi to ona musiała rozmawiać w zamian za przebywającego w Brugge Strażnika. Jej zniecierpliwienie, bo spodziewała się, że teraz, gdy ich plany się ziściły, wszystko potoczy się bez przeszkód do szczęśliwego końca, a oni będą mogli opuścić Ilear – razem z Vanem.

A kiedy Raynhard już do nich dołączył, sam…

Anrai trzymał się z dala od kłótni, jaka wtedy wybuchła. Nikt nie wyszedł z niej zwycięsko. Nikt z nikim już nie rozmawiał. Inglot i Raynhard skupili się na dalszej pracy, a Itari po prostu zniknęła. On sam chętnie wziął na siebie zadanie rozwikłania zagadki manifestacji mocy Korianina i z ulgą opuścił wieżę. Plan nie zakładał, że zmarnuje tyle czasu na samotne spacery po mieście, ale nie czuł się winny. Musiał odzyskać utraconą równowagę, z której wytrąciły go wściekłe wzajemnie na siebie kobiety.

Dlatego długo chodził bez celu, wyłapując urywki myśli i cienie emocji, nie dopuszczając ich na tyle blisko do siebie, by miały na niego wpływ, ale bawiąc się nimi jak dziecko bawi się układanką.

Austeria, w której zatrzymał się Dragas, była pokaźna, wychodząca naprzeciw wykwintnym gustom majętnych mieszkańców stolicy i przyjezdnych nie żałujących grosza na wygodne apartamenty, znakomite potrawy, najlepsze południowe wina i zabawę. Nie było tajemnicą, że w budynku przytulonym do tyłów gospody mieści się burdel, luksusowy i niemniej dworny od frontowego interesu Rudolfa Rocheta. Mówiono, że spotkać tam można było nie tylko kurtyzany, kobiety i mężczyzn, ale i panie i panów z dobrych domów, którzy kryjąc oblicze za strojnymi maskami, dawali upust skrytym fantazjom. Trudno było się dziwić, że poseł wolał pokoje Rudolfa od zimnych murów królewskiego zamku.

Wchodząc z przedsionka do głównej sali Anrai musiał przymrużyć oczy, tak jasno była rozświetlona. Żelazne ozdobne konstrukcje zawieszone pod sufitem, kinkiety przymocowane do ścian i wieloramienne kandelabry na każdym ze stołów – wszędzie płonęły świece, których blask ślizgał się po polerowanym drewnie blatów i oparć, odbijał od inkrustowanych pucharów i mis, łapał refleksy w sprzączkach, broszach, sygnetach gości. Uderzył w niego hałas rozmów, śmiechu, szczęk zastawy. Dopiero po chwili spod tego wszystkiego dał się słyszeć słodki głos minstrelki i jej lutni.

Większość miejsc była zajęta, tak przez przemieszkujących tu obcych, jak i stałych bywalców. Wciąż w progu, Anrai omiótł spojrzeniem salę. Zatrzymał wzrok na stole w kącie z dala od dużego, trzaskającego kominka, z którego unosił się lekki swąd palonego drewna mieszający się z zapachem pieczeni, ziół, wina i mocnego miodu. Czwórka siedzących tam mężczyzn podniosła się niespodziewanie i, zabierając ze sobą jedynie napitki, odeszła na bok. Anrai odczekał, aż panienka w kusej spódniczce uprzątnie bałagan, jaki pozostał po tamtych. Przewiesił płaszcz przez siedzisko ławy, nie bacząc na to, że moczy grubą, wygodną poduchę, jaką ją wyłożono.

Panienka wróciła do jego stołu, przynosząc ze sobą tacę, na której królowała karafka czerwonego wina. Podziękował, na co dziewczyna posłała mu prowokacyjny uśmiech. Odchodząc postarała się, aby jej biodra zakołysały się kusząco. Napełnił kubek i podniósł do ust, rozkoszując się bogatym południowym smakiem. Dragasa nie było wśród rozbawionego towarzystwa, ale to nic. Nie spieszył się z powrotem do wieży. Miał czas. Mógł poczekać.

Czuł na sobie zainteresowane spojrzenia. Zwracał uwagę – prostym strojem bez zdobień, wyróżniającą go z tłumu barwą włosów, i tym, że siedział sam. Nie wyglądał na bogacza, a miał dla siebie cały stół. Ta obserwacja wśród tłoczących się gości podgryzała aurę nieprzystępności, jaką wokół siebie roztaczał. Teraz jeszcze trzymał ich na dystans, ale prędzej czy później znajdzie się śmiałek, który nierozsądnie wkroczy w obszar, jaki zagarnął dla siebie. Anrai czekał, niespecjalnie nawet starając się temu przeciwdziałać, choć silniejsza sugestia z jego strony wprost w umysły tych co nachalniejszych wystarczyłaby, żeby nikt go nie niepokoił aż do zakończenia wieczora. Zawsze to jakaś rozrywka.

Zdążył opróżnić połowę karafki zanim pojawił się pierwszy na tyle głupi, by zignorować jego nieprzychylne, ostrzegawcze spojrzenie. Natręt wsparł się o blat z jednoznacznie łakomym wyrazem wykrzywionej w uśmiechu twarzy.

Zabawa zabawą, ale Anrai nie miał ochoty na sprośne komentarze. Mężczyzna zwalił się na kolana z głośnym jękiem, chwytając się za głowę. Z nosa i uszu pociekła mu krew. Ktoś już przy nim był, już mu pomagał podnieść się z podłogi, sadzał na poprzednim miejscu. Na samotnie siedzącego chłopaka nikt już nie zwracał uwagi. Nikt nie zarzucił mu ataku na nieszczęsnego zalotnika, no bo niby jak? Ci, którzy ich obserwowali – a było kilku takich, Anrai pochwycił nawet rzucane półgłosem zakłady – widzieli, że się nie ruszył, nawet się nie odezwał do tamtego.

Kiedy poziom wina w jego karafce sięgnął dna, na sali pojawił się Dragas w towarzystwie dwóch mężczyzn, zdradzających wyglądem koriańskie pochodzenie. Przyszli z zewnątrz, wszyscy w oficerskich mundurach pod odrzuconymi już na plecy płaszczami. W czasie krótkiej rozmowy przy barze Rudolf wskazał posłowi młodego rudzielca. Anrai pochwycił zaciekawione spojrzenie. Uniósł kubek w geście toastu i w zaproszeniu. Korianin przyglądał mu się przez moment, ale wyraz zainteresowania szybko zniknął z jego twarzy. Wracając do przerwanej rozmowy z towarzyszami skierował się na schody prowadzące z sali na piętra, gdzie mieściły się pokoje gości.

Anrai był w połowie drugiej karafki, gdy Dragas wrócił, już sam.

— Pytałeś o mnie — powiedział, gdy zatrzymał się przy stole.

Anrai wskazał miejsce naprzeciw siebie. Zanim usiadł, Dragas zamachał na przechodzącą służkę. Zatrzymała się, by odebrać zamówienie. Potem dygnęła, nachylając się przy tym w sposób, który niewiele pozostawiał wątpliwości co do wdzięków ukrytych pod wydekoltowaną, przyciasną bluzeczką.

— Marie to urocze dziecko — zaobserwował poseł, odprowadzając dziewczynę spojrzeniem, aż zniknęła za masywnym barowym kontuarem. — Przyczynia się do przytulnej atmosfery tego lokalu.

— A gdy nie obsługuje gości tutaj, robi to po drugiej stronie ściany.

Korianin odwrócił się do niego z powrotem, nie kryjąc zuchwałego półuśmieszku. Zupełnie otwarcie przesunął wzrokiem po młodzieńczej twarzy, od rudych włosów, w wilgotnych jeszcze kosmykach opadających na czoło i kark, niżej do jasnobrązowych oczu rozświetlanych bursztynowymi refleksami, niżej – do lekko wygiętych w dół warg, niżej – do sznurowania koszuli. Tam zatrzymał się na dłużej, zafascynowany konturem uciekającego spod materiału na kark tatuażu.

— Nie mów tego — odezwał się Anrai, gdy roziskrzone humorem spojrzenie wróciło do jego oczu, a Korianin już otwierał usta, by coś powiedzieć. Zrewanżował się podobną uwagą, choć sam od dawna znał już posła. W przeciwieństwie do okazji, gdy Dragas bywał na dworze, teraz jego włosy nie były związane i sięgały ramion. Nie miał czasu albo nie chciał się golić, co zradzał cień zarostu. Kręcił kubkiem w mocnych, szerokich dłoniach, przeciętych kilkoma bliznami po walce i noszących ślady ciągłego kontaktu z orężem.

Dragas zaśmiał się bez skrępowania. Nie wziął sobie prośby – czy może ostrzeżenia? – chłopaka do serca, bo choć nie powiedział tego, co zamierzał, to nie porzucił tematu.

— Zatem nie kusi cię niewysychający strumyczek złota i świecidełek? — zapytał przekornie, ale bez sugestywnych, zdrożnych nut w głosie. Ot, niewybredny żart.

Anrai przewrócił oczami ponad kubkiem, który uniósł do ust.

— Proponujesz? — zapytał w podobnym, nic nie znaczącym tonie. Docierały do niego strzępki uczuć i doznań z przyległego przybytku rozkoszy, ale na razie skutecznie ignorował echa lubieżnych zabaw, jak wcześniej, na ulicy, pozwalając, by cudze myśli stanowiły przygaszone tło dla jego własnych.

— Nie. — Dragas wyszczerzył się w jeszcze szerszym uśmiechu. — Płacę, gdy biorę do łóżka kurwy.

Anrai parsknął niepoważnie – udzielał mu się przedni humor Dragasa. Pamiętał go z kilku wizyt na dworze, gdy jeszcze żył król i kiedy sprawa sojuszu z Korią pozostawała otwarta. Nie zrobił wtedy na nim wrażenia; nie dlatego, że zachowaniem odbiegał od wyobrażenia cesarskich posłów: ułożonych, operujących gładkimi słowami, których znaczenie zwykle różniło się od brzmienia, do przesady trzymających się dyplomatycznych protokołów. Korianin był surowy i bezkompromisowy nawet wtedy, gdy z czarującym uśmiechem i śpiewnym akcentem przedstawiał korzyści omawianego układu ilearskiej radzie. Całkowicie koncentrował się na swoim zadaniu. Wszystkie rozmowy, których był świadkiem Anrai, zawsze prędzej czy później sprowadzały się do politycznych celów. Był przewidywalny.

Teraz to się zmieniło. Miał tajemnicę, która zaskoczyła nie tylko spiskowców, ale i ich niedużą grupkę. A gdy nie mówił o polityce, był zabawny. Arogancki i przesadnie pewny siebie, ale interesujący.

— Pytałeś o mnie — przypomniał Dragas, porzucając niewyszukany flirt. Znów przyglądał się chłopakowi, ale teraz już w zwyczajnym wyrazie zaciekawienia jego osobą i motywami, dla których chciał się zobaczyć z posłem Korii. — Dlaczego?

— Nie wiesz, kim jestem, prawda?

— A powinienem? — Zmarszczył lekko brwi w zadumie, szukając w pamięci twarzy rudzielca. — Jestem pewien, że zapamiętałbym takiego ślicznego chłopca, gdybyśmy się spotkali.

— Spotkaliśmy się — zapewnił go Anrai, ignorując pozostałą część komentarza.

— Gdzie?

— Na dworze. Wielokrotnie.

Rozbawienie przygasło w oczach i na twarzy Dragasa, gdy rozważał usłyszane słowa. Marie wróciła do nich z zamówioną karafką wina i drugim kubkiem. Odeszła zawiedziona, bo żaden z nich nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem.

— Nie poznaję cię, bo zwykle nosisz maskę. — To nie było pytanie, tylko stwierdzenie wypowiedziane z niezachwianym przekonaniem. — Jesteś rycerzem czy jego smokiem?

— Smoki nie istnieją — rzucił lekko Anrai. — Nie wierz w te bajki.

— Nie?

Anrai pokręcił głową z teatralną wręcz powagą. Odgarnął z oczu przydługie kosmyki, wysuszone w nagrzanym powietrzu karczmy.

— Możesz mi mówić Anrai.

— Ja nie muszę się przedstawiać?

Anrai znów zaprzeczył, tym razem z nikłym uśmieszkiem wpełzającym na wargi.

— O czym będziemy rozmawiać? — pytał dalej Dragas. — O wiadomości zostawionej radcom? Powrocie Marienne? Oddziałach na granicy?

Odpowiedziało mu znużone westchnienie. Anrai podparł głowę na dłoni.

— Zgaduj dalej.

Rysy Dragasa ściągnęły się w pierwszych oznakach niezadowolenia.

— A jesteś pewien, że to odpowiednie miejsce na tego typu rozmowy?

Ruchem głowy wskazał ludzi, którzy co prawda otwarcie nie poświęcali im zbyt wielkiej uwagi, tylko od czasu do czasu zerkając w ich stronę. O tym, że Dragas był koriańskim posłem wiedzieli wszyscy – wieści się niosły, a poza tym trudno byłoby mu to ukryć zważywszy na jego prezencję. Koriański poseł przesiadujący z chłopakiem wyglądającym w najlepszym razie na posłańca o wpadającej w oko urodzie. Jakie wspólne sprawy mogła mieć ich dwójka poza szybkim przekazaniem korespondencji z rąk do rąk?

— Nikt nas nie podsłucha, o to możesz być spokojny. Potrafię zapewnić nam niezakłócany spokój. — Anrai sięgnął po karafkę i rozlał wino do kubków. — Nie pójdę z tobą na górę do prywatnych, pustych i zamkniętych pokoi.

Ostatnią, wypowiedzianą żartobliwym tonem uwagą zaskoczył sam siebie, ale najwyraźniej nie Dragasa.

— Noc jeszcze młoda, a wino wciąż na stole. — Poseł uniósł kubek w toaście, po czym opróżnił do dna, tylko po to, by od razu znów go napełnić. — Chcesz rozmawiać o tym, w jaki sposób przyjąłem prezent pana La Motte’a?

Sztylet niemalże niezauważenie pojawił się w jego dłoni.

— Ładne ostrze, dobrze wyważone — mówił dalej, kręcąc nim między palcami. Stal i zdobienia łapały światło świec, rozsyłając wokół kolorowe blaski. — Rękojeść inkrustowana, ale bez popadania w przesyt i utratę funkcjonalności. Dziwię się drogiemu radcy. Ja bym nie rozstał się równie łatwo z takim cudeńkiem. Nie na rzecz obcego, nawet jeśli z sojuszniczego państwa.

Anrai nie powstrzymał w porę śmiechu. Dragas posłał mu własny niepokorny uśmiech, gdy chłopak dopił wino i podsunął mu kubek do napełnienia.

— Więc? — ponaglił posła, wracając do głównego tematu ich rozmowy.

— Tajemnica za tajemnicę?

Czemu nie?

— Czemu nie. Pytaj.

— Jeśli nie smokiem, to czym jesteś?

— Demonem.

W jego głosie nie było zawahania, gdy odpowiadał. Obserwował Dragasa, czekając na jego reakcję.

Odpowiedź chłopaka nie zrobiła na nim wrażenia, może z uwagi na dramatyczne zawieszenie głosu na końcu tego jednego słowa, podważającej szczerość jego wyzwania. Zmrużył oczy, przypatrując mi się bacznie przez moment.

— Wyjaśnisz?

Anrai lekko wzruszył ramieniem.

— Co tu wyjaśniać? Ludzie są ludźmi, ja człowiekiem nie jestem, tyle sam wiem, ale nie zmieniam się w gigantyczną poczwarę ani nawet nic mniejszego, bliższego naturze. Nie wierzysz w demony? Demony bólu? Żądzy? Wojny?

— Nie pasujesz do żadnego z naszych mitów.

— Chcesz usłyszeć, że mi przykro, bo rozmijam się z twoim wyobrażeniem nadnaturalnych bytów? Twoja kolej.

Dragas rozsunął poły kurtki i przyłożył dłoń do koszuli, pod którą krył się okrągły, lekko wypukły kształt.

— Amulet. Rodzinna pamiątka.

— Mogę zobaczyć?

— Kolejne pytanie?

— Pytaj.

— Zakon?

Anrai westchnął ciężko. Oparł się plecami o ścianę i na moment zapatrzył się w sufit. Miał nadzieję, że nie będzie musiał o tym mówić, ale przecież powinien był się spodziewać, że Korianina zafascynuje zakon, spowity głęboką tajemnicą i niedostępny dla zwykłych śmiertelników.

— Znasz tę legendę o magu, który odkrył sekretną moc, wypełniającą wasz świat niczym krew krążąca w żyłach człowieka?

Dragas kiwnął nieznacznie głową w potwierdzeniu.

— Dowiedział się, jak czerpać z niej siłę, by jeszcze bardziej naginać rzeczywistość do swojej woli — powiedział, udowadniając, że owszem, zna. — Ale ta moc go opętała, jego i innych zgłębiających jej istotę, tworząc wynaturzenie równie potężne, co okrutne.

— Pozbawione uczuć, niezdolne do współistnienia z ludźmi, oszalałe od nadmiaru nieznanych bodźców i materialności wokół. Czysta energia, która uzyskiwała samoświadomość w kontakcie z ludzką duszą.

— To nie legenda. To początek…

— Wojen Żywiołów? — Twarz Anraia wykrzywił gorzki uśmiech na ten wyraźny objaw strachu Korian przed magią. Tak bardzo się bali, że unikali nawet słów z nią związanych. — Ludzie próbowali zniszczyć abominacje, ale nie mieli skutecznej broni przeciwko niemal nieograniczonej magicznej mocy. Zaraza się rozprzestrzeniała, bo na świat przywoływane były kolejne potworności. Trzeba było wieku, by to się zmieniło. Potrzeba było śmiałków gotowych poświęcić swoją wolność, by związać i ujarzmić obcą świadomość. Tak się zrodziła więź między demonem a jego strażnikiem. Część z pokonanych, uświadomiwszy sobie po dokonanym rytuale związania czym byli i co robili, zdecydowała oddać się w bezwarunkową służbę ludziom, by odpokutować wyrządzone krzywdy. To właśnie zakon.

Dragas przyglądał mu się w milczeniu, które wkrótce zaczęło mu ciążyć.

— Wybacz, że zabrakło mojej opowieści inwencji i lotności. Nie umiem wciągająco snuć bajek.

— To nie bajka — zaprotestował Dragas półgłosem. — To…

— Tak, tak, wiem — przerwał mu Anrai. — Wojny Żywiołów.

— Demony, czy też abominacje jak sam je nazwałeś, zostały starte z powierzchni ziemi.

— Nie.

— Zostały powstrzymane i zniszczone, sekret ich przywołania na zawsze wyparty ze ludzkiej świadomości.

— Nie. I nie.

— Chcesz powiedzieć…

— …że wciąż chodzą po tym świecie obce byty, które zagnieździły się w ciałach ludzi na tyle głupich, by za obietnicę władzy dać się opętać i zniszczyć. I że to wcale nie jest pieśń zapomnianej przeszłości.

— Ty…

Tym razem Anrai nie przyszedł mu z pomocą i nie odpowiedział na niezadane pytanie, choć wyraźnie je słyszał, myśl, której Dragas nie potrafił z siebie wydusić w postaci słów.

— Amulet — przypomniał.

Dragas nieprzytomnie sięgnął pod ubranie. Między palcami posła błysnął wyciągnięty spod koszuli medalion na złotym łańcuchu.

Rozmowa o zakonie przytłumiła dobry humor Anraia, tym bardziej że i poseł spoważniał, ale gdy chłopak zobaczył amulet Dragasa, wszelkie inne uczucia nagle zastąpione zostały rozchodzącą się lodowym dreszczem po skórze grozą. Moment szybko minął, pozostawiając Anraia zapatrzonego w błyskotkę ze spokojem ustępującym rosnącemu oczarowaniu.

— Daj. — Choć żądał, wysuwając już rękę do przodu, to zabrzmiał miękko, łagodnie.

Dragas potrząsnął głową.

— Nie za nic.

Anrai podniósł wzrok od medalionu do twarzy Korianina.

— Co jeszcze chcesz wiedzieć?

— Co tu robicie. Dlaczego ingerujecie w sprawy Ilearu i Korii. Jaki jest wasz ostateczny cel.

— To więcej niż jedno pytanie.

— To więcej niż słowa. — Dragas zdjął medalion z szyi i podał chłopakowi. — To więcej niż cenna ozdóbka.

— Przybyliśmy dziesięć lat temu wraz z królem z rodu de la Varre w roli przybocznej straży — zaczął Anrai, zapatrzony w ozdobę. Owal z nieznanego mu metalu z wprawionym w środek ciemnym kamieniem, który znał doskonale. Kamień był gładki i zimny, jak wyjęty prosto ze skarbca ukrytego głęboko pod ziemią, a nie dopiero co zdjęty z szyi żywego człowieka. Z doświadczenia wiedział, że nie było siły, by nabrał ciepła, choćby i wrzucić go w płomienie.

— I…? — ponaglił go Dragas, uważnie przypatrując się jego poczynaniom z rodzinną pamiątką.

— Chroniliśmy go. Nie cieszył się przychylnością poddanych, a ostatni zamach nie był bynajmniej pierwszy.

Poza nienaturalnym chłodem i tym, że zamiast odbijać światło zdawał się je pochłaniać, kamień nie miał w sobie… niczego. Anrai nie czuł od niego magii, ale w tym akurat nigdy nie był najlepszy. Może to Inglot powinna się spotkać z Korianinem? Tylko czy jej Dragas pozwoliłby obejrzeć medalion?

— Był pierwszym, który się powiódł. Dlaczego?

— Bo tego chcieliśmy.

Nie było magii, ale nie było też śladu po bytności przetrzymywanej świadomości. W takich kamieniach więżono istotę abominacji, przemocą wydartą z ciała człowieka, z którym się zespoliła. Niewielu było takich, którzy potrafili dokonać tej sztuki i niewiele odnieśli oni sukcesów. Jak na kogoś, komu nawet te słowa nie przechodziły przez gardło, Dragas z niezwykłą swobodą nosił na piersi relikt Wojen Żywiołów.

— Jaki macie w tym cel?

— O to musiałbyś zapytać kogoś, kto wie więcej. — Anrai oddał medalion. — W jaki sposób ta błyskotka cię chroni?

Na twarz Dragasa wrócił nieznaczny uśmiech. Teraz, gdy jego własność była na swoim miejscu, nie w rękach obcego, i bezpiecznie ukryta pod ubraniem przed niepożądanym wzrokiem, odzyskał część utraconego wcześniej humoru. Wyraźnie się rozluźnił.

— Myślałem, że to ty mi powiesz. Ja nie jestem magiem.

— Ja też nie. Dziwię się, że Korianin z taką łatwością trzyma przy sobie artefakt. Ponoć u was nie toleruje się żadnych przejawów nadnaturalnych mocy.

— Prawda. Ale medalion nie ma w sobie śladu magii. O tym mogłem sam ci powiedzieć, gdybyś zapytał.

Nie miał, ale w jakiś sposób roztaczał wokół noszącego ochronną aurę. A może dotyczyło to tylko tej jednej konkretnej osoby? Dragasa?

— Wiesz o tym?

— Sprawdziłem.

— Co jeszcze wiesz?

Dragas wzruszył lekko ramieniem.

— Na ten temat? Nic.

— Skąd się wziął?

— Otrzymałem go od babki. Skąd ona go miała – nie wiem. — Dragas przekrzywił lekko głowę, znów uważnie przyglądając się chłopakowi. — Nie bierz tego do siebie, ale nie wyglądasz na ogarniętą szaleństwem abominację. Gdzie jest twój strażnik? — Wrócił do początku ich rozmowy, udowadniając, że słuchał i prawidłowo wyciągał wnioski ze słów, które słyszał.

— Po pierwsze, strażnik i abominacja… — Anrai urwał, krzywiąc się na to słowo, czym wywołał wybuch śmiechu i przypomnienie, że przecież pierwszy użył tego określenia. — Związana ze sobą para nie musi przebywać razem bez przerwy, choć dłuższa rozłąka jest odczuwana przez obie strony i dla żadnego z nich nie jest to przyjemne. Po drugie, ja nie mam strażnika.

— A mówiłeś, że bez tego…

— Wiem, co mówiłem. Obcy byt, brak zrozumienia fizycznych doznań w materialnym świecie, brak zrozumienia ludzkich emocji, brak moralności, etycznych dylematów, człowieczeństwa. — Anrai przewrócił oczami w geście zniecierpliwienia i irytacji. — W każdej legendzie jest ziarno prawdy, każda odległa historia obrasta w legendę. Jak sam powiedziałeś, nie jestem krwiożerczym monstrum, a nawet jeżeli miałbym takim być, to potrafię zapanować nad żądzą mordu i zniszczenia. Nie wiem, czy strażnik rzeczywiście jest niezbędny, czy cokolwiek ułatwia, czy to już tylko tradycja, bo zaręczam, że ja doskonale rozumiem uczucia, nie mam nic przeciwko fizycznym doznaniom i wiem, jaki zrobić użytek i z jednych, i z drugich.

Nie był świadomy, co skłoniło go do obrotu rozmowy w tę stronę – może to, że znów czuł bijące od Korianina zafascynowanie swoją osobą, a jemu samemu o dziwo nie przeszkadzało wędrujące spojrzenie półprzymkniętych, lśniących niebezpiecznie w świetle świec oczu. Nie zastanawiał się.

— Mam jeszcze jedno pytanie — rzucił Dragas lekkim tonem, nieznacznie zmieniając pozycję na ławie, siadając szerzej, zajmując jakby więcej przestrzeni. Kręcił w dłoniach kubkiem, sprawiając wrażenie rozproszonego, ale intensywność, z jaką wpatrywał się w chłopaka, całkowicie temu przeczyła.

Anrai nie chciał dłużej mówić o zakonie, polityce, planach i celach ich grupki, które i tak nie były mu do końca znane ani go nie interesowały, ale skapitulował, bo Dragas cierpliwie czekał na jego pozwolenie, wyraźnie dając znak, że sam się nie wycofa.

— Pytaj — bardziej westchnął, niż powiedział.

— Zobaczę dziś twój tatuaż? — Część żaru, jaki rozgrzewał jego spojrzenie, przeniknęła do głosu.

Anrai bez zastanowienia sięgnął do sznurowania koszuli. Zanim zaczął rozplątywać wiązania, Dragas niespodziewanie wychylił się ponad stołem i chwycił jego dłoń.

— Czy to, że nas nie słyszą znaczy także, że nie widzą? — zapytał z niekrytym rozbawieniem. Chłopak powiódł wzrokiem po sali jakby dopiero teraz przypomniał sobie, gdzie są. Dragas wskazał puste karafki ustawione na blacie między nimi. — Noc wciąż jest młoda, ale wino już się skończyło.

Jego słowa nawiązywały do wcześniejszego żartu, który teraz już żartem nie był, a śpiewny ton skrywał zachętę i obietnicę, i zwykłą radość życia.

Anrai dał się temu porwać.

Rozmowa to jedno, ale musiał jeszcze przyjrzeć się Korianinowi, tak naprawdę się przyjrzeć, jak tylko on potrafił – wyjaśnił sam sobie, gdy chwytał swój płaszcz i wstawał od stołu. Mógł zrobić to tutaj, przy świadkach, ale gdyby coś poszło nie tak, i znany wszystkim koriański poseł zacząłby krwawić z nosa lub uszu jak tamten narzucający mu się głupiec, to z pewnością tym razem nie obeszłoby się bez powszechnego zainteresowania i interwencji. Prywatne pokoje posła na górze były lepszym ku temu miejscem. Porzucenie czujności i ostrożności dodatkowo mu jeszcze ułatwią zadanie.

A poza tym chciał tego.

W połowie schodów, z dala od spojrzeń siedzących na dole gości, Dragas zatrzymał się, odwrócił się, przyciągnął go do siebie i pocałował. Nie protestował, przywitał to śmiechem, który od razu przeszedł w zduszony jęk, gdy Korianin wykorzystał okazję, żeby pogłębić pocałunek.

— Ktoś taki jak ty nie powinien kryć się za maską — usłyszał, czując drapanie zarostu na policzku, gdy Dragas wypowiadał te słowa tuż przy uchu. Odruchowo otarł się o twarz tamtego, trochę jak przymilny kociak, bardziej jak spragniony dotyku człowiek.

— Dziesięć lat temu wyglądałem tak samo.

Jeszcze jedna rzecz, która wyrwała mu się bez jego świadomej decyzji.

Dragas przyglądał mu się przez moment, rozważając jego wyznanie.

— A wcześniej? Pięć lat wcześniej?

Wciąż rozmawiali? Gdy Korianin przyciskał go sobą do ściany na schodach, na których ktoś w każdej chwili mógł się pojawić?

— Pięć lat wcześniej wyglądałem o pięć lat młodziej.

Kolejne długie, badawcze spojrzenie, ale w końcu Dragas odsunął się i pociągnął go za sobą na górę. Ledwo tylko drzwi się za nimi zamknęły, Anrai przejął inicjatywę i wciągnął posła w następny niecierpliwy pocałunek, byle tylko nie dać mu szansy na dalsze pytania. Miał świadomość, że Dragas wciąż jeszcze chciał coś wiedzieć – dlaczego chłopak tak chętnie udzielał odpowiedzi na wszystkie jego pytania. Ta myśl tłukła się między nimi odciągając obu od dziejących się rzeczy. Warknął cicho w pocałunek, czując rosnącą irytację zamiast namiętności. Dragas odchylił się nieznacznie, żeby na niego spojrzeć spod uniesionych w zdziwieniu brwi.

— Bo gdy wstanie poranek, i tak nie będziesz pamiętał ani słowa z tej rozmowy — powiedział, zanim tamten mógł się odezwać.

O dziwo, Korianin przyjął tę odpowiedź ze spokojem, zupełnie nieprzejęty ukrytą w niej zapowiedzią.

— Tatuaż. Zanim i o tym zapomnę.

Sięgnął do sznurowań, które na dole zaczął rozplątywać Anrai. Chłopak bez oporów pozwolił mu dokończyć zadanie. Blask ognia zza okna zagrał na jego twarzy, rozpalając oczy.

— Tego nie zapomnisz, gwarantuję — obiecał, zanim Dragas rzucił jego koszulę na podłogę, by jak najlepiej wykorzystać daną mu szansę na poznanie każdego szczegółu, który warto było zapisać w pamięci.

 

Rozdział VIII

Van nie zrezygnował z posiłków w salonie. Schodził na dół, poświęcając ciszę i bezpieczeństwo własnych pokoi, by nie pozostawiać von Throima i jego żołdaka samych przy rodzinnym stole. Marco zazwyczaj uparcie milczał, koncentrując się na jedzeniu, a nachalne monologi Moriverna w gruncie rzeczy nie były trudne do zignorowania, i tylko czasem Van wtrącał kąśliwą uwagę, gdy tamten był już bliski wytknięcia mu nagłej pokory. Kapitan otwarcie czekał na dalszą część widowiska, jakim były słowne potyczki jego pupila z Vanem, ale zważając na to, że sam ostrzegł Vana przed antagonizowaniem panicza Marca, powstrzymywał się od otwartego prowokowania obu chłopców.

Van miał jedną przewagę nad intruzami, którzy przejęli jego dom: znał tu każdy zakamarek i kąt, i wiedział, gdzie się zaszyć, by przetrwać kolejny dzień przez nikogo nie nachodzonym.

Gdy pierwszy raz zniknął im z oczu, wynikło z tego spore zamieszanie. Morivern kazał żołnierzom przeszukać zamek od piwnic po strychy. Van z dachu nad kuchennym skrzydłem z mroczną satysfakcją przyglądał się, jak kapitan miota się między zabudowaniami i klnie, i rzuca groźbami pewien, że Van w jakiś sposób przedostał się za mury Brugge. Nie był widoczny z dołu, zawinięty w ciemny, skórzany płaszcz z kapturem (Raynharda, który tamten zostawił w jego pokoju, choć Van nie wiedział kiedy i przy jakiej okazji; mógł się jedynie domyślać, że stało się to w noc najazdu, gdy sam był nieprzytomny i każdy miał otwarty wstęp do jego sypialni), osłonięty cieniem kominowych wieżyczek. Opierał się o jedną, by przypadkiem nie ześlizgnąć się po gładkich kamiennych płytkach kryjących spadzisty dach. Kiedyś w ich zamku gościł pewien magnat z cesarstwa, który lubował się w architekturze – określił zabudowę wysokich, bogato zdobionych ornamentami kominów jako chaotyczną i psującą harmonię linii dachu i elewacji. Może i tak było, Van nigdy tego głębiej nie rozważał. Ważne, że miejsce między filarami było dostępne tylko dla niego, że żołdactwo von Throima nie trafi tu za nim, nawet gdyby wiedzieli, gdzie go szukać. Poczekał wtedy, aż Morivern skrzyknie grupę pościgową, aż żołnierze dosiądą koni. Zanim otwarli bramę, opuścił swoją kryjówkę. Wyszedł na dziedziniec, przemaszerował pomiędzy jeźdźcami, przed samym Morivernem, kierując się do stajni, zdając się nie zauważać poruszenia, jakie wywołał swoim zniknięciem. Ale dostrzegł zwinięte pięści kapitana, gniewny ruch szczęki, gdy tamten ze zgrzytem zaciśniętych zębów powstrzymywał się, by nie wybuchnąć. Kapitan nie miał mu co zarzucić, nie przy żołnierzach – przecież zgodnie z zaleceniem chłopak omijał ich szerokim łukiem. Ale gdy był już sam w boksie Gwiazdki, ciężka dłoń we wzmocnionej stalą rękawicy najpierw boleśnie zamknęła się na jego ramieniu, a potem pchnęła na ścianę.

— Nie pogrywaj ze mną więcej — syknął Morivern. Wykrzywił się w wyrazie tłumionej wściekłości, odsłaniając zęby jak rozsierdzony ogar.

Van wytrzymał jego spojrzenie i nie zareagował na ból. Nie oferował wymówek, bo przecież obaj znali prawdę. Dłoń tamtego na moment zwiększyła jeszcze nacisk, a potem Morivern odsunął się tak gwałtownie, jak się przy nim znalazł.

Van powtórzył to jeszcze kilka razy, ale nie po to, by pograć na nerwach kapitanowi – potrzebował tej chwili spokoju i pewności, że chociaż tkwi w otoczeniu wroga, to wciąż są takie miejsca, gdzie nikt go nie dosięgnie. Morivern przyjmował to już ze spokojem, nie podejrzewając go więcej o ucieczkę. Już jeden raz udało się Vanowi ośmieszyć go w oczach podwładnych. Wystarczy.

Od Marca też trzymał się z daleka. Gdy widział go w korytarzach albo na dziedzińcu, od razu zmieniał kierunek. Nie unikał go tylko wtedy, gdy razem siadali do stołu. Niech von Throim myśli, że podkulił ogon pod siebie i ulegle podporządkował się zasadom Moriverna. Niech myśli, co chce. Szczeniackimi sprzeczkami i tak niczego nie osiągnie, bo za słowami nie stało nic poza wpojoną przez ojca dumą i wrodzoną hardością. Nie miał za sobą siły oręża, by przegnać z domu najeźdźcę, nie był w stanie pomścić ojca i sprowadzić matkę i siostrę do domu. Przyznanie tego nawet przed sobą paliło wstydem i budziło w nim bezsilną wściekłość, ale wiedział, że taka właśnie jest prawda. Los bez wątpienia jeszcze się odmieni. Musi tylko cierpliwie poczekać.

Schodził z drogi również służbie, bo po groźbie Moriverna jego poczucie winy wzmogło się jeszcze bardziej. Ojcu nie mógł już pomóc, mógł jedynie czekać, aż nadarzy się okazja, by wziąć odwet na jego mordercach. Matka i Isabelle, choć z dala od domu, były bezpieczne pod dachem von Throima – nienawidził hrabiego i kiedyś przeleje jego krew, ale nie wierzył, by z jego ręki mogła je spotkać fizyczna krzywda. Służba natomiast była zdana na łaskę obcego żołdactwa. Nawet rozmowa z nim mogła być uznana przez kapitana za konspirację. Van nie mógł zapewnić ochrony ludziom, z których część od pokoleń była związana z jego rodziną. Majordom, Bruno, przybył do Ilearu wraz Gabrielem. Podobnie Anton, kamerdyner. I Mariele, ochmistrzyni. Merten, kredencerz. Alban, kawalkator, już nie żył, ale jego syn, Manu, wciąż pełnił tę funkcję. To on ułożył dla niego Gwiazdkę. Niższa stopniem i młodsza wiekiem służba była stąd, z Ilearu, ale to nie czyniło ich mniej ważnymi, bo przecież należeli do Brugge. Nie mógł ich chronić, ale mógł poskromić swój temperament, by nie sprowadzić na nich niezasłużonej kary. Zagadywali go, dopytywali o jego potrzeby i wypełniali swoje zadania, ale czuł, że poza tym starają się zachować dystans, bo również wiedzą, czym grozi przebywanie w jego towarzystwie. Jedynie Rena próbowała wciągać go w dłuższe rozmowy, relacjonując co się dzieje wśród służby, o czym się szepcze po kątach, co zauważyła i podsłuchała u żołnierzy von Throima. Nie zachęcał jej do tego, ale też nie kazał jej przestać. Do tego też było mu się ciężko przyznać, ale czuł się lepiej po ich spotkaniach. Dobrze było móc się do kogoś odezwać bez podszytej w tonie wrogości i ciągłej czujności. Parę razy doprowadziła go nawet do śmiechu i sama się uśmiechała, choć skromnie, nieśmiało.

Raz tylko sprawiła, że pożałował swojego przyzwolenia na te rozmowy.

— Pan Marco jest z nimi, ale nie jest taki jak oni — powiedziała, składając świeżo wyprane i wysuszone koce i narzuty w niedużej komnatce sąsiadującej z pralnią. — Niech mu panicz da szansę.

Nic jej wtedy nie odpowiedział. Chciał demonstracyjnie opuścić pokój, by ukarać jej czelność, ale został. Rena wiedziała, że nie chciał tego słuchać i gdy powiedziała już, co miała do powiedzenia, przezornie nie wracała więcej do tematu Marca.

*

Jeszcze kilka dni po powrocie do wieży Anrai czuł na skórze widmowy dotyk, śledzący kontury tatuażu na piersi i plecach – splecionych w walce smoków, których widok Dragas przywitał najpierw cichym parsknięciem („I smoki to dla ciebie tylko wymyślone poczwary z bajek, tak?”), a potem wręcz nabożną fascynacją. Wiedział, że to nie było fizyczne doznanie, jedynie pozostałość po tamtej nocy w jego umyśle. Może za bardzo się otworzył. Może w poszukiwaniu interesujących go informacji za daleko sięgnął w głąb świadomości mężczyzny i przez to ich kontakt stał się jeszcze bardziej intymny niż powinien w zwykłej jednorazowej przygodzie. Ale potem Anrai szybko się pożegnał, a Dragas go nie zatrzymywał – poseł szykował się do wyjazdu ku koriańskiej granicy, by spotkać się tam ze swoim księciem i przyszłą królową.

Nie dopuszczał do siebie myśli, że jego pociąg do Korianina nie był do końca jego własny, że w trakcie wieczoru w którymś momencie niezauważenie stracił kontrolę i cudze uczucia, zwłaszcza te docierające z burdelu, przesiąkły przez ochronną barierę i odcisnęły na nim piętno.

Zresztą, nieważne. Zdobył to, po co się spotkał z Dragasem – wiedzę – i dobrze się przy tym bawił. Niczego nie żałował.

Gdy dziewczyny zapytały – Itari również już wróciła ze swojej ucieczki w nieznane, i teraz to Raynhard był nieobecny – czego się dowiedział, oznajmił zgodnie z prawdą, że Dragasa chroni artefakt, w którym jednak on sam nie wyczuwa magii. Potwierdził, że Korianin nie jest magiem. Nic nie powiedział o charakterze ich rozmowy – gdyby wiedziały, że tak swobodnie i bez ograniczeń zdradzał ich sekrety, choćby pełne niedopowiedzeń i półprawd, nie skończyłoby się to dla niego dobrze, wymazane wspomnienia czy nie. Zachował również dla siebie czym był wspomniany artefakt i to, co zobaczył w umyśle posła, a co nie było związane z ich sprawą.

— Chcę pojechać do Brugge.

Ten pomysł pojawił się jeszcze w drodze powrotnej ze stolicy. Anrai, nie do końca przekonany o jego słuszności, dał sobie kilka dni do namysłu. Chęć przyjrzenia się z bliska Marcowi von Throim jednak nie słabła.

— Po co?

Inglot przyjęła jego słowa z rezerwą – w wieży nadal dało się odczuć echa awantury, gdy Itari, wciąż rozwścieczona samotnym powrotem Raynharda, chciała ruszać do Brugge, by uwolnić z łapsk von Throima swojego niedorosłego strażnika. Wtedy przez chwilę wszyscy się bali, że uciekając z wieży zrobiła właśnie to: pojechała do Brugge. Ale nie, nawet wzburzona, Itari nie podejmowała działań mogących im zaszkodzić.

— Mógłbym sprawdzić, czy z Vanem na pewno wszystko w porządku. Dyskretnie. Bez ujawniania się.

Gdyby to Itari wystąpiła z podobną propozycją, nikt by nie dał wiary, że się powstrzyma przed interwencją, jeśli coś jej się nie spodoba. Anrai nie miał tego problemu, nie czuł emocjonalnej więzi z Vanem.

— Inge, mógłby? — zapytała Itari z nadzieją.

Inglot przyglądała mu się dłuższą chwilę, zupełnie jakby to ona potrafiła odczytywać myśli – nie jego, ani Inge, ani Itari nie były w stanie naruszyć jego osłony – i jakby samym spojrzeniem mogła go zmusić do wyznania ukrytych motywów. Niedoczekanie.

— Nudzę się — dorzucił jako argument. I to też była prawda. Chciał działać, a nie siedzieć w wieży albo w królewskiej komnacie przy politycznych dywagacjach bla, bla, bla. A jego chęć działania ciągnęła go do Brugge, do Marca von Throim, którego zobaczył w koriańskich fantazjach. Dragas zdawał się sporo rozmyślać o synu „rzeźnika z Brugge” jak Itari mówiła o hrabim von Throim. Anrai chciał wiedzieć dlaczego.

Inglot rozważała to jeszcze przez chwilę.

— Inge, proszę. — Itari splotła dłonie w niemalże błagalnym geście.

Inglot westchnęła i skapitulowała.

— Dobrze. Niech będzie po waszemu. Możesz jechać. Tylko nie narób głupstw.

Anrai wyszczerzył się do niej w prowokującym uśmiechu.

— Przecież mnie znasz.

— I właśnie dlatego cię ostrzegam.

Nie zwlekał z wyjazdem. Stracił tylko kilka chwil na przygotowanie potrzebnych mu w drodze rzeczy, i niedługo po ich rozmowie już gnał w kierunku Brugge w siodle swojego łaciatego wierzchowca.

*

Marco von Throim znów był w sypialni Elizabeth – Van dostrzegł go, gdy w drodze do spokojnego miejsca na dachu mijał jej pokoje. Zamiast przyspieszyć, zwolnił. Von Throim stał przed jej portretem jakby to była jego rodzicielka, za którą tęsknił. Przystanął.

Marco musiał go usłyszeć, bo się odwrócił. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Van czuł jak twarz tężeje mu w masce pogardy – lepsza pogarda niż wstyd albo poczucie winy, bo to właśnie czuł, gdy opuszczone pokoje w tym skrzydle przypominały mu o tym, że nie był w stanie zatrzymać uprowadzenia kobiet de la Varre. Marco odruchowo skulił ramiona, ale zaraz zapanował nad sobą, wyprostował się i nawet zadarł nieco brodę.

Van przekroczył próg – nie zamierzał zostawiać von Throima samego w sypialni matki. Zresztą było za późno, żeby po prostu odejść. Von Throim mógłby odczytać to jako ucieczkę. Ale zamiast się zbliżyć do Marca i do portretu, zajął miejsce w fotelu za drzwiami, w tym samym co przy ich poprzednim tutaj spotkaniu. Był ciekaw, czy to Marco ucieknie, speszony jego nagłym najściem.

Ktoś uprzątnął wcześniejszy bałagan. Idealnie zasłane łoże, równiutko poukładane przybory na toaletce, podomykane szafki i szuflady, brak najdrobniejszych zagnieceń na obitych pluszem siedzeniach krzeseł – to wszystko sprawiało, że prywatna komnata jeszcze niedawno zajmowana przez panią tego domu niczym nie różniła się teraz od zimnych i pustych pokoi gościnnych.

— Podoba ci się? — Van kiwnął w stronę portretu. Nie spodziewał się, że sam przerwie ciszę, ale przytłaczające wrażenie porzucenia, jakim była przesiąknięta atmosfera w sypialni matki, wytrącało go z równowagi.

Marco wrócił spojrzeniem do obrazu. Patrzył w milczeniu, lekko przekrzywiając głowę jakby mu to miało pomóc w ocenie.

— Jest piękna — przyznał, ale na tym nie skończył. — U mnie w domu też wisi jej portret. W gabinecie ojca. Jest na nim młodsza. I jeszcze ładniejsza. Myślę, że dlatego, że tam wydaje się być szczęśliwsza. Ale może to jedynie zasługa malarza.

Marco nie był ciekaw jego reakcji, a szkoda, bo gdyby się odwrócił, ujrzałby lekceważący uśmiech.

— Szczęśliwsza? Nietrudno w to uwierzyć. W całym królestwie nie znajdziesz człowieka, który nie miałby nic do powiedzenia o tym, jak bardzo Lady de Brugge cierpiała u boku męża.

— A cierpiała? — Dopiero teraz Marco spojrzał na niego przez ramię. W jego oczach było coś dziwnego, niechęć przemieszana z żalem przemieszanym ze współczuciem.

Van odruchowo zacisnął pięści. Nie chciał wiedzieć, czy Marco myśli o losie matki czy jego własnym, gdy tak na niego patrzy.

— Ty mi powiedz — warknął, czując jak beznamiętna maska, której nie jest w stanie dłużej utrzymać, pęka. Marco tego nie widział, bo znów patrzył w obraz, nie w niego. Odetchnął głęboko, próbując okiełznać nerwy. Przygryzł wargę, mocno, boleśnie. Lepiej taki ból niż ten w środku. — W końcu to twój ojciec wie wszystko o mojej matce, nieprawdaż? Na pewno wiele o tym słyszałeś.

— Tak. Słyszałem. Ale nie sądzę, żebyś chciał tego słuchać.

— Dlaczego nie? — zapytał z wyzwaniem w głosie, choć naprawdę – naprawdę – nie chciał. Wstał z fotela i zatrzymał się za ramieniem Marca, patrząc na matkę zastygłą w bezruchu, emanującą obojętnością, nieobecną. — Może gdybyś mi opowiedział, jakim okrutnikiem był ojciec, zrozumiałbym, że jego śmierć to pomsta z nieba za potworności, których się dopuścił. Może przekonałbyś mnie, że twój ojciec miał święte prawo wcielić się w miecz sprawiedliwości. Że teraz świat jest lepszy. — W sypialni panował chłód, jak w każdym niezamieszkanym pokoju w zamku o tej porze roku, a Van czuł, jak po skroni ścieka mu strużka potu. Za daleko. Za dużo. Nerwowym gestem – na szczęście Marco wciąż stał do niego tyłem – przeczesał włosy dłonią, pozbywając się irytującego wrażenia wilgoci na skórze. — Nie, nie mów. Znam te historyjki na pamięć. Lepiej od ciebie.

— Jeśli to wszystko historyjki, to jaka jest prawda?

— Ty mi powiedz — powtórzył.

— Van.

Marco odwrócił się i od razu zrobił krok do tyłu, bo najwyraźniej nie przewidział, że Van jest aż tak blisko. Otwartość, z jaką na niego patrzył – i wciąż ten niezrozumiały żal walczący w jego oczach z niechęcią – podsycały z trudem powstrzymywane emocje.

— Powiedz mi, czego ty właściwie chcesz ode mnie, hm? — zapytał, zanim Marco mógł kontynuować. — Po co tu ciągle przychodzisz? Po co ze mną rozmawiasz?

— Nie nazwałbym tego rozmową. — Ale to była rozmowa, ich pierwsza od tamtej nocy, nie, od lat. — Nie, gdy ty zaraz rzucisz coś obraźliwego, co ma mnie wyprowadzić z równowagi, by znów zakończyć to kłótnią.

Van prychnął – z lekceważeniem, z irytacją, rozbawiony – sam nie wiedział, co w nim teraz dominuje. Marco mówił dalej.

— Dlaczego wciąż to robisz? Dlaczego wciąż mnie prowokujesz?

Van otwarcie się zaśmiał – paskudny dźwięk nawet w jego własnych uszach, szorstki i nieharmonijny, nie mający nic wspólnego z wesołością.

— Twój żołnierzyk ci nie powiedział? Jesteś słodki, kiedy się złościsz. — Przesadnie zaakcentował słowo „słodki”. Opłaciło się, bo twarz Marca zalała krew w uroczym rumieńcu, co pogłębiło ocierające się niebezpiecznie o granicę histerii ubawienie Vana. — Kiedy się tak rumienisz, również.

— Dość — syknął Marco, wciąż czerwony jak panienka po niewybrednym komentarzu, ale część z tej czerwieni wynikała już z gniewu, nie tylko zażenowania. — Mam dość, że znowu dążysz do awantury.

— A ty nie chcesz się ze mną awanturować. Wiem. Słyszałem. Znam na pamięć. Ty chcesz się ze mną zaprzyjaźnić, tak? Bo nie jesteś moim wrogiem, prawda?

— To naprawdę staje się nudne…

— Marco, to ty bez przerwy wchodzisz mi w drogę. Ty i twój żołnierzyk. Nie możesz włóczyć się za nim? On zdaje się bardzo lubi twoje towarzystwo.

— Ale ja nie lubię jego.

— A mnie lubisz, tak? Ty mnie nawet nie znasz.

— Może… Chciałbym poznać?

Wróciły do niego słowa Reny. Chciała, żeby dał mu szansę. jej rozumieniu chciała dobrze, ale to bez znaczenia w ich sytuacji.

— Miałeś okazję, von Throim — przypomniał. — Pamiętasz? Miałeś okazję. Ale nie przypominam sobie, żebyś choć raz – chociaż raz – spróbował porozmawiać ze mną po naszym pierwszym spotkaniu. Pamiętasz to jeszcze?

Marco skinął głową. Przygryzł nerwowo wargę, potem wygładził ją końcem języka.

— Byliśmy dziećmi. Mój ojciec…

— Właśnie. Twój ojciec — przerwał mu Van, zły, zniecierpliwiony i zmęczony tą rozmową. I jeszcze roztrzęsiony, o krok od wybuchu. — Wtedy dokonałeś swojego wyboru.

— Nie możesz wyrzucać mi tego, co myślałem, kiedy miałem siedem lat! Odkąd pamiętam, ojciec powtarzał jakim demonem wcielonym jest Gabriel de la Varre! Jak mogłem zaprzyjaźnić się z jego synem?

— Nie mogłeś. I nadal nie możesz. Dlatego najlepiej będzie, jeśli zakończymy ten cały absurd tu i teraz. Twój żołnierzyk powiedział, że wszystkim wyjdzie na zdrowie, jeśli będę traktował cię jak powietrze. Staram się, naprawdę się staram. Więc ty też zrób coś dla mnie, jeżeli wierzysz w to, że nie jesteś moim wrogiem, i przestań się do mnie odzywać.

Nie czekając na odpowiedź odwrócił się i wypadł z pokoju.

— Van, czekaj — zawołał za nim Marco. Van nie miał zamiaru czekać. Marco wybiegł na korytarz. Dogonił go i chwycił za ramię, zatrzymując w miejscu. — Zaczekaj.

— Na co? — Van wyrwał się, mierząc go rozognionym spojrzeniem. Jego też teraz paliła twarz, ale to na pewno od gniewu, niczego innego.

— To wszystko dlatego, że nie zaprzyjaźniliśmy się dziesięć lat temu, tam w ogrodach?

Van znów się roześmiał, tym razem już wypadając poza granicę, na której do tej pory balansował. Potrząsnął głową, nie wierząc w to, co słyszy.

— Nie — warknął. — Dlatego, że w środku nocy ty i twój ojciec wpadliście tu ze swoimi rzeźnikami. Dlatego, że zabiliście mojego ojca, że Isabelle musiała to oglądać, że wywieźliście stąd moją matkę, nie pozwalając mi się z nią zobaczyć. Wiesz, że nie widziałem jej od tamtej nocy? Twój ojciec bardzo się o to postarał. Chociaż… Może to była jej decyzja. Nie wiem. W końcu twój ojciec wyratował ją z piekła, jakim było życie z księciem Brugge i wychowywanie jego dzieci!

Wyminął zaskoczonego wykrzyczaną mu w twarz tyradą chłopaka, przyspieszył kroku i skręcił w pierwszy korytarz, by nie czuć już na sobie wzroku von Throima.

Marco wciąż patrzył w róg, za którym zniknął Van, nie mogąc wykonać nawet kroku do przodu. Bogowie, przecież to wszystko prawda. Wiedział, zdawał sobie z tego sprawę. I chyba wreszcie zaczął zdawać sobie sprawę z tego, dlaczego tak bardzo zależy mu, żeby załagodzić otwartą wrogość. Głupi był. Jak mógł myśleć, że to w ogóle możliwe? Gdyby sytuacja była odwrotna…

Gdyby sytuacja była odwrotna, Van nie próbowałby dojść z nim do porozumienia, bo nie żałowałby tego, co się wydarzyło. Nie miałby wyrzutów sumienia i nie czułby tej przemożnej potrzeby naprawienia błędów, choćby w niewielkim, mającym chociaż maleńkie znaczenie stopniu. I przede wszystkim nie czułby do Marca nic poza nienawiścią, wpojoną mu przez ojca do całego jego rodu.

Nie nienawidził Vana. Gdyby ojciec wiedział, że nie nienawidzi syna jego odwiecznego wroga… Zresztą księcia też nie nienawidził. Uświadomił to sobie już wtedy, gdy przyglądał się jak Gabriel kona w błocie we własnym domu na oczach rodziny. Nikt nie zasługiwał na taką śmierć. A już na pewno nie zasłużyły na takie widowisko jego dzieci.

Może rzeczywiście nie miał prawa żądać wybaczenia? Może jedyne, co mógł zrobić, to uszanować wolę Vana i zejść mu z drogi? Nigdy więcej się do niego nie odezwać? Pozwolić mu w spokoju pogrążyć się w żałobie po ojcu i nienawiści do jego morderców?

Nie.

Otrząsnął się i pognał za Vanem. Kiedy wypadł za róg, już go tam nie zobaczył. Wbiegł po schodach w korytarz, który prowadził do pokoju Vana. Bez wahania otworzył drzwi i wpadł do środka, ale pokój był pusty. Zatrzymał się, by rozważyć, co dalej. Nie wiedział, gdzie znikał Van, gdy schodził z widoku, ale znał jeszcze jedno miejsce, w którym de la Varre często bywał. Zamknął za sobą drzwi i biegiem ruszył do wyjścia na dziedziniec.

— Van! — zawołał, wypadając na zewnątrz. Deszcz rozbijał się dużymi kroplami o kamienie podwórca, ale dla Marca nie miało to znaczenia. Przyciągnął zaciekawione spojrzenia żołnierzy na warcie, ale na nich też nie zwracał uwagi.

Ważny był tylko Van.

Van zatrzymał się przed wejściem do stajni. Najwyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, że Marco nie zostawi go w spokoju, dopóki sam nie uzna ich rozmowy za zakończoną, ale był zdeterminowany utrudnić mu to tak bardzo, jak tylko był w stanie.

— Czekaj!

— Przecież czekam — odpowiedział, kiedy Marco do niego dobiegł. Dopiero wtedy powoli się odwrócił. Mokre włosy lepiły mu się do twarzy. Odgarnął je z oczu do tyłu i uniósł wyczekująco brew.

— Chcesz to zakończyć tu i teraz? Zatem dobrze. Poczekaj — powtórzył po raz kolejny Marco. Podbiegł do kryjących się pod łukami krużganków strażników i wyciągnął rękę.

— Miecze — zażądał.

Żołnierze popatrzyli po sobie, ale kiedy powtórzył swoje żądanie używając tonu, jakiego nauczył się od ojca, najpierw jeden z nich, a potem drugi wyciągnęli broń i z wahaniem mu ją oddali. Marco wrócił do Vana. Nie bez satysfakcji zauważył, że po raz pierwszy to on zaskoczył młodego de la Varre’a. Podał mu jeden z mieczy.

— Pokonaj mnie i dam ci spokój. Pozwolę ci mnie nienawidzić bez żadnych kolejnych starań z mojej strony.

— Oszalałeś.

— Jeżeli to ja pokonam ciebie — wszedł mu w słowo — wysłuchasz tego, co mam do powiedzenia. Bez kłótni i bez złośliwości, i bez prowokacji. I potem dam ci spokój. Zgoda?

— Nie masz szans — stwierdził Van, chwytając pewniej miecz. — Przecież wiesz, że nie masz ze mną szans. Dajesz mi broń do ręki?

— Może cię jeszcze zaskoczę — odpowiedział spokojnie, chociaż spokój ulatywał z niego z każdą mijającą chwilą. Kiedy Van zakręcił mieczem młynka, ze świstem tnąc ostrzem powietrze, w jego głowie zakiełkowało podejrzenie, że to może nie był jego najlepszy pomysł. Ale już było za późno. Nie zamierzał się wycofać.

Zrobił parę kroków do tyłu, gotując się do walki. Teraz już wszyscy żołnierze z dziedzińca porzucili swoje zajęcia, obserwując moknącą parę.

Van ściągnął kurtkę i odrzucił za siebie. Raz jeszcze zakręcił mieczem w dłoni, po czym bez zbędnych słów zrobił nagły wypad do przodu.

Marco w ostatniej chwili podniósł broń, by się zasłonić. Zmrużył oczy i odbił uderzenie. Zgrzyt stali przebił się przez jednostajny szum deszczu. Z boku doleciały pierwsze okrzyki zaaferowanych żołnierzy. Żaden nie wpadł na to, żeby powstrzymać szykujące się widowisko. Przy kolejnej wymianie ciosów nowe głosy dołączyły do poprzednich.

— Wierzą w ciebie. Lojalni żołnierze. To budujące — stwierdził Van, zręcznie unikając ostrza Marca, które przeleciało obok jego ramienia. Cofnął się o krok, a gdy Marco postąpił do przodu, wyprowadził własne uderzenie.

— Już myślałem, że powiesz „słodkie” — skrzywił się Marco. Ostrze Vana ześlizgnęło się po klindze, omal sięgając jego dłoni. Zaklął, kiedy stopa uciekła mu zbyt daleko na mokrych kamieniach.

Van zaśmiał się.

— Słodkie? Nie. Już mówiłem, co jest słodkie. — Jego miecz opadł w dół z niespodziewaną szybkością. Zdecydowanie lepiej niż Marco radził sobie ze zdradliwą powierzchnią pod nogami. Nie ślizgał się i nie tracił równowagi. — Właśnie zdałem sobie sprawę, że chyba z tobą nie walczyłem.

— Starałem się ze wszystkich sił. Nigdy nie miałem ambicji być tylko tłem dla ciebie w oczach tych wszystkich dworskich panien.

— Zatem przyznajesz… — Miecz ze świstem przeciął powietrze tuż przy uchu Marca, który odskoczył w tył. — …że nie masz… — Tym razem przyjął cios na klingę, po czym odepchnął Vana od siebie, ale z równowagi go nie wytrącił. — …ze mną najmniejszych… — Poradził sobie z kilkoma błyskawicznymi pchnięciami, ale kiedy Van przełożył niespodziewanie miecz do lewej ręki, zastanawiał się o ułamek sekundy za długo. — …szans — dokończył Van. Silnym uderzeniem odbił miecz Marca na bok, odsłaniając go na swój kolejny cios. Jego pięść sięgnęła szczęki Marca, a kiedy ten poleciał do tyłu, podciął go, posyłając na ziemię. Uderzenie o kamienie wyparło Marcowi powietrze z płuc i zanim się zorientował, czubek ostrza Vana wbijał mu się w gardło.

— I co teraz, von Throim?

Z głosu Vana zniknęły wszelkie nuty rozbawienia. Jego oczy błyszczały niebezpiecznie spomiędzy włosów, które opadły mu z powrotem na twarz, kiedy się nad nim pochylił. Żołnierze zamarli. Nie takiego obrotu spraw się spodziewali.

— Wygrałeś — wyszeptał, czując jak przy każdej wypowiadanej sylabie miecz mocniej napiera na skórę.

Van się roześmiał, zimno i pewnie, stawiając tym włosy na karku Marca na baczność. Lodowaty dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa pokonanego chłopaka.

— Nigdy w to nie wątpiłem. Powiedz, nadal ci mnie żal?

Marco nie zrozumiał pytania. Zamrugał, walcząc z deszczem zalewającym mu oczy. Nie odważył się podnieść ręki do twarzy, by zetrzeć z niej wodę.

— I co teraz? — powtórzył za Vanem.

Zanim Van odpowiedział, gdzieś za nim szczęknął zamek kuszy.

— Teraz Van grzecznie odda mi miecz.

Głosowi Moriverna zawtórowały szczęki kusz żołnierzy. Przynajmniej sześć bełtów było wycelowanych w Vana. Van wyprostował się, ale nie odsunął miecza od szyi Marca.

— A co, jeżeli Van tego nie zrobi? — zapytał. — Co, jeżeli wychyli się zbytnio do przodu i ostrze nieopatrznie wbije się pomiędzy kamienie pod waszym chłopczykiem?

— Nie zrobisz tego i wszyscy tutaj o tym wiemy.

Wszyscy poza mną, pomyślał Marco, patrząc w płonące źrenice ponad sobą. Nie był tak pewien jak kapitan. Oczy Vana zwęziły się jeszcze bardziej.

— Też tak uważasz, von Throim? — zapytał.

Marco odruchowo potrząsnął głową i skrzywił się z bólu, kiedy ostrze rozorało mu skórę na gardle. Zacisnął powieki, czując napływającą do rany krew.

— I dobrze — usłyszał. Zaraz potem przy lewym uchu rozbrzmiał mu dźwięk uderzającej o kamienie stali.

Oddychając głęboko otworzył oczy, ale Vana już przy nim nie było. Za to niemalże od razu w jego polu widzenia znalazł się Morivern.

— Wszystko w porządku? — zapytał kapitan, chociaż patrzył już za odchodzącym chłopakiem. Marco pokiwał głową. Chwycił go za ramię, kiedy oficer chciał się podnieść.

— Nie — szepnął, siadając. — Niech pan się nie angażuje. To był mój pomysł i tylko ja mogę to rozwiązać. Rozumie pan, kapitanie?

Morivern zacisnął wargi, wyraźnie niezadowolony. Zaraz jednak wyraz irytacji zniknął z jego twarzy, ustępując miejsca ledwo zauważalnemu uśmieszkowi.

— Oczywiście, Marco. Tylko proszę, nigdy więcej nie rób takich głupot. To samobójstwo.

Marco kiwnął głową. Podniósł się powoli. Jego spojrzenie padło na leżącą na ziemi kurtkę. Schylił się po nią, po czym poszedł w ślad za Vanem.

Znalazł go w jego pokoju. Jak wcześniej nie zapukał, co zaskarbiło mu wrogie spojrzenie.

— Zostawiłeś kurtkę — zaczął, zatrzymując się w progu.

Van prychnął cicho.

— Jaki miły dzieciak z ciebie. Z łaski zamknij drzwi.

Marco nieprzytomnie wykonał polecenie, nie odrywając wzroku od półnagiej sylwetki przed sobą. Van zmieniał ubranie na suche. Włosy nadal oblepiały mu twarz i szyję, kontrastując z jasną, lśniącą od wilgoci skórą.

— Jeszcze coś, czy przyszedłeś sobie popatrzeć? Miałeś dać mi spokój, jeśli dobrze pamiętam twoje własne słowa.

Marco otrząsnął się z odrętwienia. Podszedł bliżej i powiesił kurtkę na oparciu krzesła.

— Nie. Chciałem ci to oddać. Nie będę więcej cię nachodził.

Van kiwnął głową.

— Dobrze.

Jego spojrzenie ześlizgnęło się na szyję Marca, gdzie krew z rany mieszała się z wodą ściekającą z włosów i wsiąkała w kołnierz koszuli, barwiąc ją na różowo.

— Ktoś powinien ci to opatrzyć — rzucił lekko, wręcz obojętnie.

Marco kiwnął głową. Odwrócił się i ruszył do wyjścia. Z dłonią na klamce jeszcze się zawahał. Nacisnął ją, ale nie pchnął.

— Twoja matka pytała o ciebie — powiedział cicho, nie odwracając się od drzwi. — Wtedy w nocy, i później też. Wiele, wiele razy. Była wściekła. Nie chciała rozmawiać z ojcem. Nie chciała go nawet widzieć. Krzyczała, że jest mordercą. I nie chciała cię tutaj zostawić. W ogóle nie chciała opuszczać Brugge.

Zaryzykował spojrzenie do tyłu. Van stał bez ruchu, wpatrując się w niego poszerzonymi oczyma. Może dla niego to też było zaskoczenie.

— Naprawdę tak było — dodał, chociaż wiedział, że to już niepotrzebne. Van mu wierzył.

Wyszedł, zamykając za sobą drzwi tak cicho, jak tylko zdołał, nie chcąc niszczyć tej chwili niepotrzebnym hałasem.

 

Rozdział IX

Opadające ostrze miecza schwyciło i rozbłysło słonecznym promieniem. Zgrzyt stali uderzającej o stal wybił się ponad odgłosy codziennych zajęć wypełniające dziedziniec zamku w Brugge. Van zrobił zgrabny wypad do przodu, unikając cięcia i, zatoczywszy mieczem szeroki półokrąg, wybił mu broń z ręki. Brzdękowi upadającego na kamienie żelaza zawtórował triumfalny okrzyk.

Pozwolił się wtedy zaskoczyć, bo jeśli miał być całkowicie ze sobą szczery, chciał takiego wyniku. Kiedy Van oddawał mu miecz, szare oczy rozświetlała radość, ale też i błysk aroganckiej satysfakcji, pojawiającej się zawsze wtedy, gdy Van udowadniał, że z dnia na dzień staje się lepszy. Że już wkrótce dorówna, a może nawet przerośnie swojego mistrza. Ale wystarczyło, by Van w spojrzeniu trenera dostrzegł aprobatę i pochwałę rzadko wypowiadaną na głos, by z jego oczu traciło się wszystko poza zadowoleniem z dobrze wykonanego zadania.

Też się uśmiechnął, ale Van nie mógł już tego zobaczyć. Był po drugiej stronie dziedzińca przy głębokim korycie. Już po drodze ściągnął z siebie koszulę. Najpierw zanurzył tylko dłonie, a potem głowę i ramiona w zimnej wodzie. Prostując się rozesłał krople w powietrze, a to na ułamek sekundy rozbłysło barwną aurą wokół niego. Ukradkowe spojrzenie wyrwało Raynharda z chwilowego odrętwienia, w jakie popadł obserwując swojego podopiecznego.

Tego samego dnia po południu, gdy siedzieli razem nad rzeką przecinającą podzamkowe łąki, Van zapytał go, dlaczego ojciec wybrał mu za żonę jakąś koriańską hrabiankę, po raz kolejny wprawiając go w…

— …nie. Nie, nie, nie, nie! Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli zgodzić się na te absurdalne żądania!

Podniesiony głos któregoś z królewskich radców sprowadził Raynharda z powrotem z Brugge do sali obrad. Stał przy oknie, za którym rozciągały się puste zamkowe ogrody, niemalże w tym samym miejscu, które zajmowała Itari w trakcie ostatniej rozmowy z koriańskim posłem. W przeciwieństwie do niej nie miał teraz ani maski, ani płaszcza. Nie przybył tu dzisiaj jako jeden z Rycerzy. Był sojusznikiem spiskowców, który swoim działaniem usunął z ich drogi do tronu całą linię królewskiego rodu z Brugge.

Gwar za jego plecami wzmógł się jeszcze. Teraz mówili, nie – przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Nie słuchał ich kłótni. Było mu wszystko jedno, w jaki sposób rozedrą i podzielą między siebie Ilear. Nie powinno tak być, bo przecież miał tu swoje zadanie, konkretny cel do osiągnięcia, a jednak…

Myślał, że dobrze robi…

Przestań. Przestań się usprawiedliwiać! Ileż można? Zachowaj choć odrobinę godności!

Zacisnął odruchowo pięści, wbijając boleśnie paznokcie w ciało, żeby uciszyć ten natarczywy głos w głowie. Rzeczywiście, ileż można? Ileż można powtarzać sobie jedno i to samo w kółko? Że nie tak miało być, że nie wiedział?

Van miał tak zdesperowane spojrzenie, kiedy pytał go skąd pomysł mariażu z koriańską hrabianką. Dlaczego Korianka? Dlaczego teraz? Nie odpowiedział, bo też co miał powiedzieć? Że do małżeństwa i tak nie dojdzie, bo w przeciągu kilkunastu następnych dni wszystko się zmieni? Że nikt go nie zmusi do ożenku, bo zanim nastanie odpowiedni czas jego ojciec zginie, a miejsce na tronie Ilearu zwolni się dla nowej dynastii? O tak, to z pewnością by go uspokoiło.

Poza tym Van wcale nie pytał, dlaczego ma poślubić akurat pannę zza południowej granicy. W szarych oczach Raynhard wyczytał rzeczywiste pytanie, nie do wypowiedzenia na głos, nie do zadania innemu mężczyźnie. Nie był głupi. Nie był ślepy. Po prostu…

I znowu usprawiedliwienia! Nic, tylko wymówki! Jak długo chcesz to ciągnąć? Powiedz wprost: bałeś się. Wolałeś nie widzieć, nie rozumieć.

Bał się tego, co widział. Sposobu, w jaki rozjaśniały się oczy Vana, jak zmieniał się ich wyraz na najmniejszą oznakę zadowolenia z jego strony. Spojrzeń, kiedy chłopak myślał, że Raynhard nie patrzy. Nieśmiałych aluzji i niemądrych wymówek, kiedy odpowiadał na pytania o dni spędzane na dworze w towarzystwie zapatrzonych w niego panienek. Nigdy wprost, nigdy otwarcie, ale przez to wcale nie mniej wyraźnie na każdym kroku Van dowodził swojego oddania i… uczucia.

On to wszystko widział, tylko postanowił nie dostrzegać. Zepchnął to poza granice świadomości. Bo przecież…

Dziecko? – zjadliwy syk przerwał myśl w połowie, nie dając mu dokończyć. Szyderczy głos zrezygnował ze słów na rzecz prześmiewczego rechotu.

Głupi. Głupi, aż żal patrzeć, jak się musisz męczyć sam ze sobą

Bogowie, to prawda. Koria? Ilear? Rebelia? Wojna? To już od dawna go nie obchodziło. On po prostu chciał wyrwać Vana spod władzy ojca. Chciał uratować go za wszelką cenę, wydostać z Brugge, wywieźć zanim zostanie wplątany w polityczne rozgrywki. Nie dlatego, że Itari tak wybrała. Dlatego, że on sam już nie wyobrażał sobie życia inaczej. Tylko, że…

Powiedz to. Przyznaj się, przynajmniej sam przed sobą, tchórzu.

Nie zostawił go w Brugge dlatego, bo naprawdę uważał, że tak będzie lepiej.

Zostawił go tam, bo był przerażony. Wiedział, że gdyby zapytał wprost, czy Van z nim wyjedzie, usłyszałby „nie”. A wtedy…

To jeszcze nie znaczy, że go straciłeś. Przestań się bać, Rayn. Strach nigdy nie był wpisany w twoją naturę. Ani ucieczka przed konsekwencjami.

To już nie był głos jego sumienia. Zakrztusił się gwałtownie, kiedy zaraz po tych słowach ogarnęło go kojące uczucie troski i wsparcia.

— …Raynhard?

Dopiero teraz zorientował się, że w sali panuje cisza, przerywana jedynie przez Rosiere’a, który uparcie powtarzał jego imię. Wszyscy obecni wpatrywali się w niego z bardziej lub mniej widoczną irytacją. Tylko Rosiere i de Cour zachowali charakterystyczną dla nich neutralność.

— Tak?

— Słuchał nas pan?

Rozmawiali o regencji dla Marienne, bo o czymże innym? Ale co dokładnie mówili?

— Nie — przyznał. Wciąż czuł widmową obecność Inglot. Przysłuchiwała się temu, co się tu działo, czy też tylko jego żałosnym żalom nad własną osobą? Na powrót odwrócił się do okna. Usłyszał westchnienie Rosiere’a, po którym szmer szeptów pomiędzy radcami zaczął się wzmagać. On jako jedyny wiedział, kim był Raynhard. Być może podzielił się tym z de Courem, ale poza tym Raynhard raczej nie podejrzewał go o bezmyślne gadulstwo.

— Omawialiśmy właśnie… — zaczął Rosiere, ale nie było dane mu skończyć.

— Co on tu w ogóle robi? — wybuchnął Thomas La Motte. — Po co on nam teraz? Zrobił, co do niego należało, dostał swoje złoto, niech nam zejdzie z oczu!

Raynhard odruchowo skrzywił się na wzmiankę o zapłacie. Nie otrzymał pieniędzy, ale nikt z obecnych nie musiał o tym wiedzieć. Nie dotknąłby ani monety z tego, co zaproponował mu von Throim. Jego ceną było życie i wolność Vana, tylko co sam z tym uczynił?

— Thomas, powściągnij nerwy, proszę — upomniał go Rosiere stanowczym, ale wciąż spokojnym tonem. Jego trudno było wyprowadzić z równowagi. — Pan Raynhard jest tutaj na moje zaproszenie.

— Tak? Po co, ja się pytam? — La Motte uderzył pięściami w stół i podniósł się z krzesła. Sądząc po narastającym szmerze wśród radców, nie był jedynym, który się nad tym zastanawiał. — Do czego jest nam jeszcze potrzebny sługus de la Varre’ów? Zdrajca do tego? Zdradził swojego pana, i nas pewnie też zdradzi! A może od początku był w zmowie z Korianami? Może wspólnie uknuli ten plan?

Rosiere podniósł się, zgrzytem odsuwanego krzesła ucinając gwar rozmów.

— Zapędzasz się, Thomas. Proszę cię, zajmij z powrotem swoje miejsce.

— Ja… zapędzam się? — Powieki La Motte’a niemalże zniknęły pod fałdami tłuszczu, kiedy rozwarł je szeroko w wyrazie zdumienia. — Jak śmiesz…?

— Siadaj! — Do Rosiere’a dołączył de Cour. Nie podnosił głosu, ale wyraźnie dał się słyszeć nakaz, którego nawet La Motte nie potrafił zignorować. Z ociąganiem, ale bez dalszych protestów zajął swoje poprzednie miejsce za stołem.

— Wróćmy do tego, co ważne. Moi żołnierze już dołączyli do koriańskiego oddziału, który ma eskortować Marienne w drodze powrotnej do stolicy. Otrzymałem informacje, że Dragas już wyruszył ku granicy. Panowie, mamy około dwóch tygodni, by przygotować odpowiedź na żądania Korian. Chciałbym ją przedstawić jeszcze przed przybyciem posłów Agellata.

— Posłowie czy wojsko? Mamy wieści?

— Posłowie. Na wojsko za wcześnie. Nasza propozycja to regencja dla Alexisa do czasu osiągnięcia wieku przez Sebastiena. — Rosiere skłonił głowę patrząc w stronę de Coura, który przyjął honor nikłym skinieniem. — To siedem lat. To dość czasu, by przygotować się do dalszego działania. Bez Marienne na dworze, bez Gabriela i Vana to rozsądne rozwiązanie, dla którego jedyną alternatywą jest przysłanie przez Agellata protegowanego z własnego dworu. Nie wykluczamy tego, jednak wtedy…

— Wojna — rzucił hrabia de Cunard.

— Wojna — zawtórował hrabia Maurice.

— Wojna — odezwało się więcej głosów.

— Tak, ale tylko jeżeli nasi sojusznicy wywiązaliby się z łączących nas zobowiązań — odpowiedział im de Cour, ledwo zauważalnie krzywiąc się na wspomnienie Korian. — Obawiam się, że Dragas ma rację. Krew nie woda. Agellat poparł małżeństwo Marienne z Sanderem. Może poprzeć jej regencję.

— Wprowadzi Korian do Ilearu.

— Sami to zrobiliśmy.

— Jeżeli Korianie dojdą do porozumienia z wysłannikami Agellata ponad naszymi głowami, nie będziemy w stanie im się przeciwstawić.

— Gdzie są Rycerze? To wszystko ich wina! To oni wplątali nas w układ z Korianami i to oni powinni nas z niego wyciągnąć!

— Oni podsunęli wam rozwiązanie, wy z niego skorzystaliście — odezwał się niespodziewanie Raynhard. Przypomnienie de Coura, że „nie ma Gabriela i nie ma Vana” na moment sprawiło, że znów wyłączył się z rozmowy. Nikt z tu obecnych nie wiedział, że Van żyje i że wciąż stanowi zagrożenie dla ich i tak już chwiejnych planów. Gdyby było inaczej, ich żołnierze już byliby w drodze do Brugge, gdzie już nikt i nic nie stanie pomiędzy ich mieczami a Vanem. Roztrzęsiony tłumioną wściekłością głos La Motte’a po raz kolejny skutecznie wyrwał go z przepełnionej rozgoryczeniem zadumy. — To, że nie przemyśleliście wszystkich aspektów sprawy, nie ma chyba z nimi wiele wspólnego.

— Milcz! — La Motte znów stał na nogach, ale już ignorował Raynharda. Wymierzył oskarżycielsko palec w Rosiere’a. — Zapraszasz byle sługę na nasze spotkanie, a gdzie Robert? Jeżeli Marienne zostanie regentką, zażąda jego głowy za to, co spotkało jej rodzinę w Brugge. Gdzie von Throim?

— W Verden. Ma w tej chwili inne sprawy na głowie. Dopóki ja i Alexis mamy coś jeszcze do powiedzenia, von Throim jest bezpieczny. Cokolwiek tu postanowimy, to nie z Marienne będziemy rozmawiać, a z Sanderem. Jego nie obchodzą nasze wewnętrzne porachunki. I jeżeli zdecydujemy, że to Marienne obejmie tron, Sander stanie się beneficjentem działań podjętych przez von Throima. Spodziewałbym się podziękowań, nie kata, nawet ze strony Korianina.

— Jeżeli zadecydujecie…? — Raynhard zaśmiał się krótko zanim się opanował. Mówił dalej, ale nie bez nuty gorzkiego rozbawienia w głosie. — Przepraszam, panowie. Kontynuujcie.

La Motte poczerwieniał, ale to nie on się odezwał następny, a de Cour.

— Został pan zaproszony, by wyrazić swoją opinię. Proszę, jakie według pana mamy opcje w zaistniałej sytuacji?

La Motte wymamrotał coś pod nosem, coś o sługusie de la Varre’ów, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Raynhard przesunął spojrzeniem po obecnych. La Motte patrzył na niego z nieskrywaną pogardą, podobnie jeden czy dwóch innych. Pozostali przyglądali mu się z większą lub mniejszą ciekawością, czekając na jego odpowiedź. I znów tylko Rosiere i de Cour zachowali całkowitą neutralność.

— Wojska Agellata są daleko, zaangażowane w walkę na dwóch frontach: na morzu z noldorskimi piratami, by ci nie przejęli szlaków, i w zachodnich dzielnicach, które jak Ilear chcą niepodległości, ale mają to nieszczęście, że nie oddziela ich od rdzenia cesarstwa wielka woda. Korianie stoją na waszej granicy. Jeżeli nie macie dość siły, by o sobie stanowić, dla mnie to jasne, z kim powinniście rozmawiać.

— Mówiłem — syknął La Motte. — Mówiłem, że jest w zmowie z wrogiem! Zdrajca!

— Co, gdy przybędą tu posłowie Agellata? — pytał dalej de Cour, ignorując hrabiego.

Co, gdy do Ilearu przybędzie Cathan, którego plan właśnie się ziszcza? Czegokolwiek nie spróbują ilearscy spiskowcy, nie odniesie to skutku innego, niż Cathan to sobie zamierzył zapewne już wiele lat temu.

— Będziecie mieli dla nich dobrze przemyślaną propozycję.

De Cour zmarszczył brwi w nieznacznej oznace niezadowolenia.

— Nic pan nam nie podpowie?

Zwracał się teraz do Rycerza, nie do zdrajcy de la Varre’ów, choć tylko trzy osoby zdawały sobie z tego sprawę: oni dwaj i Rosiere.

— Są ludzie potężniejsi od cesarza nawet jeżeli wam wydaje się to niemożliwe. Nie lekceważcie nikogo, kto jest od was silniejszy. Nie możecie sobie na to pozwolić. Jeżeli w jakiś sposób dojdziecie do porozumienia z Korianami, będziecie w stanie utrzymać pozycje przeciw Agellatowi. Jak długo? To już zależy od was i waszych decyzji.

— Hm. — De Cour nie powiedział nic więcej. Przez dalszą część rozmowy, której ciężar prowadzenia znów przejął Rosiere, w milczeniu przyglądał się Raynhardowi, próbując samym spojrzeniem wydrzeć mu znaczenie rady, jaką im udzielił.

Raynhard również już się nie odzywał, choć przysłuchiwał się burzliwej kłótni, jaka się rozpętała, gdy z ust Rosiere’a padło pytanie, co więcej mogą zaoferować Korianom, by podzielili się władzą. W końcu jednak jego myśli znów uciekły w stronę Brugge i Vana.

Van jest bezpieczny. Hrabia dał ci słowo i już nie zaprząta sobie nim głowy. Nikt inny nie wie, że żyje. Jeżeli to się zmieni, wkroczysz. Jeszcze się wszystko ułoży. Obiecuję.

Niemal namacalna aura Inglot przy jego boku przytłumiła ciągły, niegasnący niepokój. Przez łączącą ich więź docierały do niego pozbawione słów zapewnienia, że będzie dobrze, musi być tylko cierpliwy. Van zrozumie, że to, co się wydarzyło, stało się również i dla jego dobra. Potrzebuje tylko czasu. A do tego momentu Raynhard skoncentruje się na przydzielonym zadaniu. By rzeczywiście wszystko się ułożyło tak, jak to sobie zaplanowali.

Obiecuję, powtórzyła Inglot, próbując uciszyć niemilknący, oskarżycielski głos sumienia.

Wierzył jej. Musiał. Nic innego mu nie pozostało.

*

Poznaj swojego wroga, powtarzał Raynhard, gdy udzielał lekcji jej bratu.

Uśpione i pogrążone w ciemności Verdes, rodzinna posiadłość von Throimów, nie różniło się aż tak bardzo od Brugge. Nawet za dnia Isabelle była w stanie zatracić się w fantazjach, że wciąż jest w domu. Ojciec siedzi w gabinecie, przerzuca papiery i przygotowuje się na kolejne spotkanie w stolicy z wujem i jego radcami. Van gna przez łąki na swojej Gwiazdce, a może pojedynkuje się z Raynhardem? Matka kartkuje stare księgi, przyglądając się inkrustowanym ilustracjom. Ale te wyobrażenia zawsze kończyły się łzami rozpaczy i gniewu, bo zamiast w Brugge, była przecież w dalekim, obcym zamku mężczyzny, który powołując się na boskie prawa uprowadził je obie: ją i matkę. Dlatego, choć w ciszy i mroku byłoby jeszcze łatwiej wmówić sobie, że Verdes to w rzeczywistości Brugge, Isabelle walczyła z pokusą. Grube dywany, pokrywające posadzki korytarzy skutecznie tłumiły odgłos jej kroków i chroniły przed chłodem kamienia bose stopy. Szła z dłonią przyłożoną do ściany, chociaż nie było aż tak ciemno, by nie widziała, dokąd idzie. Już po kilku dniach od przybycia znała na pamięć układ korytarzy i rozmieszczenie wszystkich pokoi, do których miała dostęp. To był pierwszy punkt jej planu. Poznać wrogi teren, na którym przyjdzie jej stoczyć bitwę.

Nie tylko to, z kim walczysz jest ważne, mówił Raynhard Vanowi. Ileż razy znajdowała sobie zajęcie w ich pobliżu, żeby przysłuchiwać się wykładom trenera na temat taktyki i strategii! Oczywiście zawsze wkładała mnóstwo wysiłku w to, żeby nie posądzili jej o podsłuchiwanie. Była kobietą i nie przystawało jej interesować się tak skomplikowanymi męskimi sprawami. Czasami miała wrażenie, że Raynhard nie daje się nabrać na te wyszukiwane z trudem czynności, pozornie absorbujące ją bez reszty, ale czy tak było naprawdę? Nigdy nie odważyła się zapytać.

To, gdzie walczysz, mówił, jest równie istotne. Zawsze, jeśli to tylko możliwe, poznaj teren, gdzie rozegra się twoja walka.

Dlatego ona w każdej wolnej chwili przemierzała korytarze, pochłaniając i utrwalając w pamięci wszystkie dostrzeżone szczegóły. Jednak po raz pierwszy robiła to w nocy.

Nie mogła zasnąć. Dziś spotkała w korytarzu panią tego domu, Loraine von Throim. Loraine pierwszego dnia przywitała je pod swoim dachem, zaprowadziła do przydzielonych im pokoi, poprosiła, by ją powiadomiły, jeśli będzie im czegokolwiek brakować w trakcie gościny w Verdes – a wszystko to łagodnym tonem, któremu towarzyszyło zrozpaczone spojrzenie. Potem, ona i matka – i Isabelle – schodziły sobie wzajemnie z drogi. Nie było to trudne, bo matka opuszczała pokoje jedynie na krótkie spacery po wypielęgnowanych, wciąż kwitnących ogrodach, a ona sama w swoich wędrówkach starała się pozostać niezauważona. Dziś wymieniły z Loraine pierwsze słowa od dnia ich przyjazdu. „Co z nami będzie?” zapytała Isabelle, „jak długo mamy tu zostać?” W nagłym przypływie lęku i szczerości wyznała, że boi się o zdrowie matki, bo Elizabeth nie czuje się tutaj dobrze, mało sypia, nie je tyle, ile powinna. Nie wiedziała, czego oczekuje po żonie mordercy jej ojca, ale na pewno nie spodziewała się tego, co usłyszała w odpowiedzi.

Lady von Throim nie żywiła nienawiści do matki Isabelle. Nigdy jej źle nie życzyła.

A przecież Robert von Throim oszalał na jej punkcie! Zabił dla niej, porwał z domu, przywiózł do własnego, sprawiając cierpienie nie tylko jej, ale niewątpliwie i własnej prawowitej małżonce! Jeśli Loraine nie obwiniała jej matki, to z pewnością musiała czuć odrazę do męża! Jak mogła znosić jego towarzystwo?

— Mam go nienawidzić za to, że pokochał kogoś innego, nie mnie? — zapytała Loraine z niezachwianym spokojem w głosie. — Jak mogłabym? Nie rozumiesz tego, Isabelle? Elizabeth jest miłością jego życia. Kiedy wyruszał do Brugge wierzył, że robi dobrze. Że twoja matka będzie mu za to wdzięczna.

Wdzięczna! Isabelle prychnęła nawet teraz na samo wspomnienie tych słów. Od razu podniosła dłoń do twarzy, wystraszona, że ktoś mógł ją usłyszeć, ale nic na to nie wskazywało. Korytarz nadal tonął w ciszy.

Jak von Throim mógł myśleć, że matka będzie wdzięczna za to, co zrobił? Ludzie od lat szepczą, że Elizabeth de la Varre jest szalona, ale szaloną by się dopiero okazała, gdyby naprawdę poczuła wdzięczność do tego rzeźnika!

— Na twoim miejscu czułabym to samo — zapewniła ją hrabina. — Ale trudno mi ocenić, czy zachowałabym sie tak samo jak ona.

Isabelle nie zrozumiała, ale smutek, jaki towarzyszył Loraine niczym subtelny zapach perfum, utrafił gdzieś głęboko w jej duszę. Nie rozumiała, ale w tamtej chwili poczuła szacunek do tej drobnej, jasnowłosej kobiety, tak bardzo z wyglądu podobnej do jej matki. Szacunek i żal. Przekraczając próg tego domu poprzysięgła nienawiść do każdego z domowników, ale okazało się, że nie była w stanie znienawidzić Loraine.

Ta myśl trzymała sen z dala od niej, gdy wieczorem położyła się w szerokim, podwójnym łóżku obok matki.

Na twarzy śpiącej Elizabeth malował się wyraz spokoju, który za dnia od dawna tam już nie gościł. Isabelle poczuła nikłe ukłucie bólu w sercu na ten widok. Matka była taka piękna, wciąż tak młoda. Dlaczego nie mogła być szczęśliwa? Przez kilka chwil Isabelle gładziła rozsypane na poduszce złote sploty, skręcając jedwabiste pasemka w palcach. Ale to zamiast koić, tylko wzmogło jej niepokój. Wtedy wstała, i cicho, tak żeby nie zbudzić matki, opuściła pokój, by zgodnie z naukami Raynharda poznać teren, na którym wcześniej czy później przyjdzie jej stoczyć bitwę. Bo hrabia popełnił błąd, zabierając ją ze sobą z Brugge. To, że nie była mężczyzną nie znaczyło, że obce są jej honor i duma, i rodowa powinność względem zamordowanego ojca.

Kiedy stanęła przed pozbawionymi zdobień dwuskrzydłowymi drzwiami, odetchnęła głęboko, próbując uspokoić bijące pospiesznie serce. Gabinet hrabiego. Do tej pory dla niej niedostępny. Ilekroć żądała rozmowy, von Throim zbywał ją nieuprzejmymi półsłówkami, zanim zdążyła przekroczyć próg.

Z wahaniem ścisnęła w dłoni zimną klamkę i pchnęła drzwi do przodu. O dziwo, ustąpiły. Hrabia nie zamykał gabinetu. Interesujące.

Komnata tonęła w mroku jak cały zamek. Isabelle na palcach podeszła do masywnego biurka, którego blat niknął pod zwałami papierów. Podniosła jeden z rulonów i rozwinęła, ale było zbyt ciemno, żeby wyczytać cokolwiek z pokrytego drobnym pismem pergaminu. Odłożyła go i rozejrzała się, chcąc zapamiętać tak dużo, jak tylko była w stanie.

Jedną ścianę całkowicie kryła szeroka, zdobiona u szczytu przeszklona biblioteczka, zastawiona grubymi księgami i ciasno pozwijanymi, powiązanymi rulonami. Isabelle stanęła przed nią, lustrując uważnie zawartość, ale litery na grubych grzbietach również rozpływały się w ciemności w bezkształtne, pozbawione sensu plamy. Mebel miał czworo drzwiczek, wszystkie w tej chwili zamknięte. Przyjrzała się zamkom, chcąc mieć choć nikłe pojęcie o tym, jak mógłby wyglądać klucz. Z całą pewnością nie był duży. Ale czy na pewno tylko jeden pasował? Czy też potrzebne były cztery?

Rozważając w myślach ten problem porzuciła bibliotekę. Poza biurkiem i szafką na książki resztę umeblowania stanowiły już tylko trzy fotele, wąska sofa i niewielki, pozbawiony szuflad pod blatem stolik. Wróciła do biurka. Przez moment zastanawiała się, czy nie warto byłoby rozpalić przynajmniej jednej świecy, by przy jej blasku przejrzeć papiery hrabiego, ale nie uległa podszeptom ciekawości. To zbyt wielkie ryzyko, a hrabia – jeśli był pedantyczny – mógłby się zorientować, że ktoś odwiedził w nocy jego gabinet.

Wzdychając cicho raz jeszcze powiodła wzrokiem po pokoju, gotowa do powrotu do swojej sypialni. Zatrzymała spojrzenie na kotarze, spływającej po ścianie niemalże do samej ziemi. Wiedziała, co się za nią kryje, chociaż nie miała jeszcze okazji zobaczyć obraz, o którym szeptała cała tutejsza służba. Przygryzła lekko wargę w zawahaniu, ale szybko je pokonała. Cofnęła krawędź zasłony, odkrywając najpierw ramę, później część płótna. Kiedy jej oczom ukazała się twarz matki, w jednej chwili zapomniała o ostrożności. Odciągnęła kotarę na bok. Przycisnęła obie dłonie do piersi i cofnęła się, chłonąc każdy szczegół.

Czy to naprawdę była Elizabeth de la Varre, księżna Brugge? Ta młodziutka dziewczyna, której szczęście emanowało nawet z martwego, starego płótna? Migotliwe blaski zatańczyły na jej twarzy, rozpaliły roześmiane oczy sprawiając, że Isabelle zamiast portretu zobaczyła osobę z krwi i kości, która nie tylko żyła, ale i cieszyła się tym tak wyraźnie, że nikt, kto ją taką zobaczył, nie uwierzyłby, że troska i żale są znane jej naturze.

— Co tu robisz?

Odwróciła się gwałtownie na dźwięk głosu, w którym brzmiał ledwo wstrzymywany gniew. W progu stał hrabia. To właśnie blask trzymanej przez niego świecy rozpalał mrok w pokoju, sięgając obrazu. Jak mogła nie zauważyć jego obecności?

— Pytam, co robisz w tym pokoju?

Odetchnęła głęboko, chcąc przywołać pewność siebie, ale wciąż nie potrafiła nawet opanować drżenia dłoni. Ale nie mogła przecież stać tak bez słowa, pozwalając besztać się jak małe dziecko!

— Proszę o wybaczenie. — Nie na darmo była córką Gabriela. Choć jej duma zapiekła urażona przeprosinami, Isabelle poznała moment, kiedy to uległość zamiast agresji może doprowadzić do pożądanego przez nią rozwiązania. — Nie powinnam tu przychodzić. Chciałam tylko zobaczyć… — Rzuciła bezradne spojrzenie na wizerunek matki.

Hrabia wszedł głębiej do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Odstawił świecznik na biurko między rozgarnięte pospiesznie papiery. Zapatrzył się w odsłonięte oblicze swojej Elizabeth. Z piersi wyrwało mu się ciężkie westchnienie.

— Piękna, prawda? — zapytał, przerywając milczenie.

Brwi Isabelle zjechały się ledwo zauważalnie. Może wcale nie musi ustępować mu pola?

— Tak, piękna — odpowiedziała, starając się, żeby w jej głosie zagrała łagodna nuta.

Chyba jej się udało, bo von Throim przeniósł wzrok z obrazu na twarz stojącej przy nim dziewczyny. Chciał coś powiedzieć, ale żadne słowa nie wydostały się ze ściśniętego nagle gardła. Przez chwilę poruszał bezgłośnie wargami. W końcu odkaszlnął, maskując tym swoje zmieszanie.

— Jesteś do niej podobna. Teraz dopiero to widzę.

Oczywiście! Nie mógł przegapić tego, że Van był podobny do ojca, ale fakt, że Isabelle – córka Gabriela – miała rysy jego ukochanej Elizabeth umknął mu bez problemu. Isa zaśmiała się gorzko w duchu. Niczym nie dała tego po sobie poznać. Spuściła skromnie wzrok, nic nie mówiąc.

Hrabia obszedł biurko i stanął przed portretem. Z uczuciem widocznym w tym drobnym geście przesunął dłonią po płótnie.

— Śliczna, młoda, roześmiana. Dlaczego nie może być taka teraz? Dlaczego to wszystko musiało skończyć się w ten sposób?

Nie wiedziała, czy te pytania skierowane są do niej, czy też hrabia już całkiem zapomniał o towarzystwie. Na usta cisnęły się wściekłe słowa: rzeźnik! morderca! Napadłeś nocą na jej dom i rodzinę, a teraz pytasz, dlaczego? Ale tym niczego by nie osiągnęła, więc milczała. Niespodziewanie von Throim odwrócił się i przeniósł dłoń na jej policzek, muskając ciepłą skórę koniuszkami palców.

— Jej pachnące włosy, jej złote brwi, jej delikatne wargi. Łabędzia szyja. Smukła talia. Jej uśmiech, jej radość… — szeptał, wodząc dłonią i spojrzeniem po twarzy Isabelle. Ślad jego palców palił i dziewczyna ostatkiem sił panowała nad sobą, by nie wymierzyć mu policzka, a potem stąd uciec. Uciszyła rozhukane, spanikowane myśli i zdławiła podchodzącą pod gardło falę mdłości. Poznaj swojego wroga, przywołała słowa Raynharda. Na wpół opuściła powieki, chcąc pokazać hrabiemu, że wcale się go nie boi, a jego dotyk nie jest jej wstrętny.

— Przykro mi, że matka nie widzi jak wielką miłością ją darzysz, hrabio — szepnęła, choć w środku wszystko w niej krzyczało, że to kłamstwo nie do zniesienia, że takimi słowami godzi w dumę i honor rodu de la Varre, i że nie w ten sposób należy wypełnić rodową powinność. Zdusiła w sobie ten głos. Van miał miecz. Ona miała jedynie słowa.

Von Throim ocknął się i momentalnie opuścił dłoń. Zrobił krok w tył, przerażony tym, co zaszło, ale Isabelle nie sprawiała wrażenia wystraszonej ani wzburzonej, więc i on się uspokoił.

— Tak, mnie też jest przykro. — Jednym ruchem zaciągnął kotarę, kryjąc portret przed niepożądanym wzrokiem. — Isabelle, jest środek nocy. Wracaj do łóżka.

Dziewczyna skinęła posłusznie głową.

— Dobrej nocy, hrabio.

— Dobrej nocy — odpowiedział, odprowadzając ją wzrokiem do drzwi. Kiedy opuściła komnatę, opadł ciężko w fotel i ukrył twarz w dłoniach. Bogowie… Dlaczego nie może być jak dawniej?

Zaraz za drzwiami Isabelle przycisnęła dłoń do ust. Szloch targnął jej ciałem, a zaraz potem mdłości podniosły żołądek do gardła. Zapanowała nad tym i, trzymając się ściany, chwiejnie dotarła do sypialni.

Wsunęła się pod okrycia, starając się zapanować nad łzami. Ostrożnie splotła swoją dłoń z dłonią matki, która nadal emanowała za dnia utraconym spokojem, bezpieczna daleko od okrutnej rzeczywistości w swoim śnie.

Isabelle wciąż nie mogła zasnąć, ale teraz dlatego, że w jej głowie już formował się plan. Hrabia popełnił błąd i za ten błąd zapłaci. Zapłaci za wszystko, czego się dopuścił względem jej rodziny. Nie bacząc na cenę, Isabelle pomści ojca i sprowadzi zgubę na ten dom tak samo, jak von Throim sprowadził na jej własny.

 

Rozdział X

Chwilowe przejaśnienie na niebie zagoniło żołnierzy do zajęć, z którymi lepiej im było uporać się bez deszczu. Siodłali konie i przygotowywali wozy, by korzystając z pogody wkrótce wyjechać do pobliskiej wioski po zapasy. Czekający na nich Morivern z cienia pod krużgankami przyglądał się, jak Van rozmawia z pokojówką, która wpadła w oko Marcowi.

Van nadal zaszczycał ich swoim towarzystwem przy posiłkach, chociaż te i tak zazwyczaj upływały w milczeniu. Nie było to jednak to przytłaczające milczenie z początku ich wspólnego pobytu w Brugge. Wyglądało na to, że po tym niedorzecznym pojedynku Marco i Van w końcu zaczęli się wzajemnie tolerować.

Szkoda. Ich starcia były nawet zabawne. Choć z drugiej strony… Morivern nie wyobrażał sobie, jak przyszłoby mu zapłacić przed von Throimem, gdyby jego hrabiątku stała się poważna krzywda. Van był niebezpieczny i co gorsza nieobliczalny. Kiedy kapitan zobaczył go z mieczem przy gardle Marca, był pewien, że to koniec. Marco zginąłby z ręki młodego de la Varre’a, jego zaś musiałby zabić Morivern. W efekcie hrabia wydałby wyrok śmierci na swojego kapitana, a pewnie i Raynhard miałby coś do powiedzenia w tej kwestii.

Niedobrze, to się mogło skończyć bardzo niedobrze.

Nie wyciągnął z tamtego zdarzenia żadnych konsekwencji. Po części dlatego, że Marco wyraźnie zaznaczył, że nie chce, by Morivern cokolwiek robił, a po części, bo nie chciał przyznać nawet sam przed sobą, jak poważna była to sytuacja. Nie chciał dawać Vanowi odczuć, że stanowił dla nich zagrożenie.

Bo stanowił, chociaż teraz w ogóle nie sprawiał takiego wrażenia. Ot, młodziutki paniczyk flirtujący ze śliczną służącą. Kilka razy na jego twarzy pojawił się nawet uśmiech.

Dziewczyna, z którą rozmawiał, była naprawdę ładna. Orzechowe włosy miękkimi lokami okalały jej drobną twarz o ogromnych oczach i pełnych, zmysłowych ustach. Nie za wysoka, o smukłej talii i wyraźnie zarysowanych, chociaż nie nazbyt wydatnych kształtach. Miała jasną skórę, lekko tylko dotkniętą słońcem, i długie eleganckie dłonie. W jej ruchach widoczna była niewymuszona gracja. Gdyby tylko jej ubranie było strojniejsze, a na zgrabnej szyi i palcach połyskiwało kilka świecidełek, mogłaby uchodzić za szlachecką córkę. Może nawet dobrą partię dla książęcego syna?

Doleciał go nieśmiały śmiech dziewczęcia, jak gdyby w jakiś przedziwny sposób usłyszała jego myśli. Ale nie, nie patrzyła w tę stronę. Ani ona, ani Van nie zauważyli jego obecności, a tym bardziej natarczywego spojrzenia. Dygnęła wdzięcznie i znikła w bocznych drzwiach dla służby. Van długą chwilę wpatrywał się z rzadką dla niego łagodnością tam, gdzie uciekła.

Książę Gabriel cieszył się opinią jednego z najprzystojniejszych mężczyzn w królestwie, a Van był do niego tak podobny.

Van powoli przeszedł przez dziedziniec ku stajni. Morivern opuścił zacienioną kryjówkę i ruszył w ślad za nim.

— Nie spodziewałem się, że zobaczę cię w takiej sytuacji — odezwał się, zanim jeszcze Van go dostrzegł. Chłopak obrzucił go nieprzyjaznym spojrzeniem. Niezrażony kapitan mówił dalej, dotrzymując mu kroku. — Takie spoufalanie się ze służbą zupełnie nie pasuje do wizerunku zimnego, wyniosłego de la Varre’a.

— Co ty możesz o tym wiedzieć?

— A czy to nie takim wcieleniem nas raczysz, odkąd się tutaj zjawiliśmy?

Van zatrzymał się przed wrotami stajni. Najwyraźniej nie zamierzał wchodzić tam z kapitanem. Najchętniej zawróciłby i uciekł jak najdalej od tej rozmowy, ale wrodzona duma nie pozwalała mu ustąpić pola zwykłemu żołdakowi.

— Czego się spodziewałeś?

Morivern zbliżył się powoli i przystanął koło niego, podpierając się barkiem o drewniane odrzwia.

— Przyznam, że nie miałbym nic przeciwko bardziej przyjaznemu zachowaniu z twojej strony, Van. To, co widziałem przed chwilą, wyjątkowo mi się spodobało.

Uniósł dłoń i odgarnął długie kosmyki z szarych oczu. Chłopak cofnął się gwałtownie, przywołując tym zadowolony uśmiech na twarz oficera. Gdzieś z boku doleciał ich radosny rechot żołnierzy stojących przy przygotowanych już do wyjazdu koniach. Najwyraźniej awanse ich kapitana względem paniczyka z Brugge przypadły im do gustu.

— Byłbym wdzięczny, gdybyś na przyszłość trzymał ręce z dala ode mnie — wycedził przez zaciśnięte zęby Van.

— A ja… — zaczął Morivern, ale urwał, zmieniając zamiar. Uśmiechnął się tylko szerzej, obdarzając Vana spojrzeniem, w którym nietrudno było wyczytać, za co on byłby wdzięczny, po czym odwrócił się i dołączył do czekających żołnierzy. Powitał go wybuch głośnego śmiechu. Dosiadł konia i, salutując po drodze Vanowi, poprowadził swoich ludzi za bramę.

Mrużąc wściekle oczy, Van wpadł do stajni. Gwiazdka parsknęła radośnie na jego widok, ale nawet to nie rozwiało chmurnych myśli. Chwycił zgrzebło i zaczął szczotkować czarną sierść szybkimi i może nawet zbyt mocnymi ruchami. Prędko jednak uspokoił się na tyle, by zmniejszyć nacisk szorstkiej szczotki. To miała być pieszczota, nie tortura. Gdyby nie to, że bliskość jego ukochanej klaczy miała na niego tak kojący wpływ, nie musiałby tego robić, bo czyściutka sierść lśniła nawet w półmroku stajni, rozpraszanym jedynie przez wdzierającą się przez uchylone wrota bladą smugę słonecznego światła. Słowa pełne gniewu i żalu cisnęły mu się na usta, ale powstrzymywał je, wiedząc, że jeśli tylko zacznie, to nie umilknie dopóki nie wyrzuci z siebie wszystkiego. A to mogłoby zająć sporo czasu. Gwiazdka odwróciła łeb i trąciła go delikatnie chrapami. Oparł czoło o jej szyję, nadal nic nie mówiąc. Nie dziś, mała, nie teraz. Nie z nimi wszystkimi za plecami. Gwiazdka najwyraźniej zrozumiała jego przesłanie, bo cicho rżąc odwróciła się, nie narzucając się ze swoją troską.

— Piękna jest.

Van obejrzał się na stojącego w wejściu Marca. Wyprostował się i wrócił do przerwanego szczotkowania.

— Czego chcesz? — zapytał tonem, który sugerował, że jedyne, czego sam chce, to być zostawionym w świętym spokoju.

Marco wzruszył ramieniem. Najwyraźniej biorąc za zachętę to, że Van w ogóle się do niego odezwał, wszedł głębiej.

— Widziałem cię z Reną, a potem z kapitanem. Jeśli chcesz… — umilkł, kiedy doleciało go pogardliwe prychnięcie.

— Jeśli chcę? — ponaglił go Van, kiedy Marco nie podjął przerwanego zdania. Jego ruchy były już spokojne, miarowe, długie pociągnięcia zgrzebłem wzdłuż czarnego jak noc boku, niemal hipnotyczne, jeśli za długo je obserwować.

— Jeśli chcesz, mogę mu powiedzieć, żeby przestał cię niepokoić.

— Nie niepokoi mnie, tylko irytuje. — Nie do końca była to prawda, ale tego Marco nie musiał przecież wiedzieć. — Poza tym nie sądzę, żebyś miał nad nim taką władzę.

— Jest moim oficerem.

— Jest oficerem twojego ojca, a ciebie traktuje jak dziecko, któremu czasami należy ustąpić dla świętego spokoju. Nie zauważyłeś jeszcze?

Marco westchnął. Zauważył. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę od pierwszej chwili w Brugge. Nie miał tu nic do powiedzenia, nie w sprawach, które kapitan uważał za istotne.

Przez moment cichy głos w głowie przypominał, że przecież Morivern nie zrobił nic po ich niefortunnym pojedynku, ale szybko umilkł. To był właśnie jeden z przypadków, o jakich mówił Van – ugłaskanie rozkapryszonego dziecka, które grozi histerią, nic więcej. Bynajmniej nie przejaw posłuszeństwa.

Morivern nie powinien go tak traktować.

Morivern był tylko żołnierzem, któremu płacił jego ojciec.

— Van…? — zaczął, nie mogąc przestać śledzić ruchów zgrzebła na lśniącej sierści. Van oddawał się swojemu zajęciu z taką uwagą, z nieskrywanym uczuciem.

— Co?

— Nie chciałbyś jej zabrać na spacer? Na pewno przyda jej się trochę ruchu.

— Na dziedzińcu? Nie sądzę.

Wydawało mu się, że na krótki moment palce Vana mocniej zacisnęły się wokół szczotki, ale gdy Gwiazdka cicho parsknęła, wyczuwając nagłe napięcie, od razu rozluźnił swój chwyt.

— Nie, nie na dziedziniec. — Nie wiedzieć czemu, głos mu się załamał przy ostatnim słowie. Dlatego tym bardziej Marco postarał się, żeby następne zabrzmiały pewniej, może nawet stanowczo. — Za bramę. Tam, gdzie zwykle ją zabierasz. Na pewno masz takie miejsca?

Dłoń ze zgrzebłem znieruchomiała. Gwiazdka zastrzygła uszami na koniec pieszczoty i obróciła łeb do swojego pana. Wyglądało to, jakby sama czekała na odpowiedź.

— Żartujesz?

Marco potrząsnął głową. Uśmiechnął się lekko, kiedy klacz przeniosła inteligentne spojrzenie na niego, jak gdyby i jego reakcji była ciekawa.

— Nie. Spójrz na nią, jej ten pomysł chyba się spodobał. Założę się, że rzadko tak długo stoi zamknięta w stajni. Na pewno tęskni za przestrzenią.

Van odwrócił się powoli, patrząc na Marca z niedowierzaniem. Ale jeszcze coś było w jego wzroku – nadzieja?

— Nie żartujesz?

Znowu zaprzeczył ruchem głowy.

— A jak… ucieknę?

— Dokąd?

Trafna uwaga.

— A jeśli spróbuję dokończyć, co zacząłem w pojedynku? I nie będzie przy tobie nikogo, kto mógłby mnie powstrzymać?

— Starasz się mnie przekonać, że to zły pomysł? Dobrze, skoro nie chcesz.

Marco odwrócił się do wyjścia. Cień uśmiechu wciąż jeszcze pozostał na jego wargach, bo był pewien, że Van nie pozwoli mu tak odejść. I miał rację.

— Czekaj!

— Tak?

Po raz drugi od czasu tamtej strasznej nocy zobaczył na twarzy Vana uczucia inne niż gniew i nienawiść. Nie, nie pomylił się przed chwilą; oczy chłopaka tak wyraźnie jaśniały nadzieją, że Marco poczuł dziwne ukłucie w piersi.

— Naprawdę… pozwoliłbyś mi?

Jak mógłby nie, kiedy Van patrzył na niego w ten sposób?

— Obiecasz, że nie uciekniesz? I że nie spróbujesz mnie zabić?

Van pokiwał głową w odpowiedzi.

Marco pozwolił sobie na kolejny nikły uśmiech.

— No to ją siodłaj.

— Tak po prostu? Moje słowo ci wystarczy?

— Nie potrzeba mi niczego więcej.

Vanowi najwyraźniej też nie było potrzeba więcej. Odrzucił zgrzebło i zabrał się za siodłanie Gwiazdki. Marco pochwycił dźwięk jego głosu, kiedy coś jej szeptał, ale nie zrozumiał słów. Wszedł głębiej do stajni po konia, na którym tu przybył. Osiodłał go i wyprowadził na dziedziniec, gdzie Van z Gwiazdką już czekali. Żołnierze nie kryli swojego zdziwienia, niektórzy nawet rozbawienia. Marco wskoczył na siodło i podjechał do bramy.

— Otwierać.

Żołnierz przy wrotach zawahał się.

— Ale kapitan…

— Kapitana nie ma. I jest pod moimi rozkazami, a to chyba znaczy, że wy też. Czyż nie tak, żołnierzu? Otwierać bramę.

Strażnik wciąż nie był przekonany, ale nie protestował więcej.

— Podjęliście dobrą decyzję, żołnierzu — rzucił lodowatym tonem Marco, przejeżdżając przez otwarte wrota. Van wyminął go zaraz za bramą, która zamknęła się za nimi ze zgrzytem.

Marco uśmiechnął się. Egzekwowanie posiadanej władzy było wyjątkowo przyjemne.

Gwiazdka wysunęła się sporo do przodu. Marco wbił pięty w boki konia i pogonił za Vanem. Kłus prędko przeszedł w galop, kiedy Van poprowadził ich na łąki pod Brugge. Sam już zapomniał, jak przyjemna mogła być szaleńcza jazda przez targane wiatrem wysokie trawy, z dala od masywnych murów zamku.

Zatrzymali się nad rzeką przecinającą pożółkłą okolicę. Van puścił Gwiazdkę luzem. Klacz od razu zamoczyła chrapy w mętnej, spienionej wodzie, zapadając się przy tym kopytami w błoto. Te kilka godzin jesiennego słońca nie mogło wysuszyć rozmokłej od ciągłych deszczy ziemi. Łąki bardziej przypominały bagnisko, ale Vanowi wyraźnie to nie przeszkadzało. Przedarł się przez trawy do miejsca, gdzie leżał wielki głaz, pokryty zgniłozielonym mchem. Przysiadł na nim i zadarł głowę w górę, ku sunącym po niebie poszarpanym chmurom.

Marco zaczepił wodze o łęk i zostawił konia obok Gwiazdki, po czym dołączył do niego przy głazie. Nie zauważył w pobliżu podobnych kamieni. Stanął we względnie suchym, nierozmoczonym miejscu.

— Nie wiedziałem, że potrafisz wydać rozkaz, von Throim — odezwał się Van, przerywając milczenie. Na moment opuścił głowę i popatrzył na Marca z czymś, co przy ogromie dobrej woli można by wziąć za szczery uśmiech. — Prawie mi zaimponowałeś.

— Wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz.

— Bogowie, nawet nie przypuszczasz, jak bardzo mi tego brakowało! — Van zignorował jego uwagę, zupełnie jakby Marco wcale się nie odezwał. — Miałem już tak cholernie dość tych wszystkich spojrzeń, tego ciągłego śledzenia! Bycia więźniem we własnym domu. Nie ma nic gorszego – wierz mi.

— Wierzę. Ja… nie sądzę, żebym to zniósł.

— Zniósłbyś, von Throim, zniósłbyś. Nie miałbyś wyjścia.

— Van… — Zawahał się. Niepewność w głosie przyciągnęła spojrzenie Vana z powrotem do jego twarzy.

— No?

— Nie mógłbyś… — znowu urwał. Przeklął się w duchu za te ciągłe wahanie i brak stanowczości. Z żołnierzem się udało, dlaczego nie potrafi sam na sam z Vanem? — Nie mógłbyś przestać tak do mnie mówić?

— Jak?

— Po nazwisku.

— Dlaczego miałbym? — Wyraz na twarzy Vana pozostawał poważny, niemal obojętny, jakby odpowiedź Marca wcale go nie interesowała, ale czarne brwi uniosły się nieznacznie w oczekiwaniu, zdradzając jego zaintrygowanie.

— Nie chciałbyś – chociaż na moment – zapomnieć o tym wszystkim?

Van długą chwilę przyglądał mu się w milczeniu. Przekrzywił lekko głowę i założył ręce na piersi. W końcu niemal niezauważalnie wzruszył ramieniem.

— Chciałbym. Ale to bez znaczenia, bo nie powinienem.

— Dlaczego? — zapytał Marco z desperacją. — Choćby na chwilę, tylko tu. Potem możesz wrócić do nienawidzenia mnie, ale teraz…

Van zaśmiał się cicho. Zrezygnował ze swojej defensywnej pozycji na kamieniu i rozsiadł się wygodniej.

— Dobrze. Skoro tak ci na tym zależy, <i>Marco</i>.

Nie na tym mu zależało, nie na takim tonie, w którym więcej było sarkazmu niż szczerości, i nie na takich słowach. Ale lepsze to niż nic. Lepsze niż kłótnie i prowokacje. Westchnął. Lepsze, ale nie wystarczające, szepnął głos gdzieś w środku.

— Jeśli chcesz, to ja mogę zostawić cię tu samego na chwilę. Jeśli chcesz pomyśleć, albo… nie wiem. Mogę pojeździć po okolicy i wrócić za jakiś czas. Jeśli chcesz.

Kiedy Van nie odpowiedział, znów tylko patrząc z trudnym do odgadnięcia wyrazem w przymrużonych oczach, westchnął znowu i odwrócił się, gotów spełnić obietnicę.

— Stój.

Tym razem już się nie spodziewał, że Van go zatrzyma. Nie dał po sobie poznać zaskoczenia. Stanął, czekając na to, co będzie dalej.

— Zostań. Marco. Niekoniecznie chcę być teraz sam. I bogowie za świadków, nie potrzebuję już więcej myśleć. Mów, o czym chcesz. Pytaj, o co chcesz. Ale nie łudź się, jak tylko wrócimy do Brugge, będzie jak było. Nic się nie zmieni.

Kończąc, Van przesunął się, robiąc mu miejsce obok siebie. Marco z wahaniem przysiadł na kamieniu. Między nimi zostało tylko kilka cali wolnej przestrzeni.

Marco przez chwilę milczał, szukając tematu, który mógłby poruszyć. Parę cisnęło mu się na myśl – chciał przeprosić, ale nie sądził, żeby akurat to zostało dobrze przyjęte w tej chwili. Chciał zapewnić, że to wszystko kiedyś się przecież skończy. Chciał…

— Pamiętasz, jak spotkaliśmy się po raz pierwszy? — zapytał, przerywając ciąg coraz natarczywszych myśli.

Van parsknął cicho w odpowiedzi. Podciągnął kolano pod pierś i oparł na nim głowę, patrząc przed siebie na rozległe łąki.

— Pamiętam. Bogowie, te uroczystości zawsze były tak przeraźliwie nudne. Kompletnie nie było co robić.

— Dla ciebie były nudne? — Marco uśmiechnął się blado. — Przecież wokół ciebie zawsze było pełno ludzi. Pełno dziewcząt.

— A to zmienia co…? Nuda.

— Ktoś mógłby pomyśleć, że nie lubisz dziewcząt

— Ktoś mógłby powiedzieć o tobie to samo — odwarknął Van. Zanim Marco zdołał się odezwać i zanim ta rozmowa mogłaby się przerodzić w kolejną kłótnię, wrócił do pierwotnego tematu, starając się wyrzucić z głosu gniewną, defensywną nutę, która nie wiadomo czemu przed chwilą się w nim odezwała. — Kiedy wspomniałeś o naszym pierwszym spotkaniu miałeś coś na myśli, czy po prostu nie wiedziałeś, co powiedzieć?

Marco pokiwał szybko głową, chociaż dalsza rozmowa wcale nie przychodziła mu łatwo.

— Wtedy, tam na mostku, a potem między drzewami… Pamiętasz, kogo spotkaliśmy?

— Mhm. Trójkę dziwacznie wyglądających obcych i rycerza w masce. Zmierzasz do czegoś?

Marco pohamował irytację. Nie był pewien, czy Van już zdaje sobie sprawę z tego, czym chciał się z nim teraz podzielić, czy nie. Wyrzucił to z siebie w jednym krótkim zdaniu, zanim Van znów zdołałby wyprowadzić go z równowagi.

— Myślę, że to był Raynhard.

Van roześmiał się.

— Jako któraś z tych kobiet czy tamten rudzielec?

— Rycerz. Z maską na twarzy.

Śmiech ucichł. Marco zaryzykował szybkie spojrzenie w bok. Van się uśmiechał, chociaż w jego oczach nie było ani cienia radości. Obserwował poruszane wiatrem trawy, zupełnie ich przy tym nie widząc.

— Raynhard jest Rycerzem — dopowiedział Marco, chcąc mieć pewność, że Van go zrozumiał.

Van milczał.

— Mój ojciec się dowiedział — dodał cicho.

Odpowiedź przyszła dopiero po długiej chwili.

— To by wiele tłumaczyło.

— Nie wiedziałeś o tym.

Van potrząsnął głową.

— To może jednak nie jestem szalony — westchnął z jakąś dziwną rezygnacją w głosie. Wyczuł bardziej niż zobaczył zaszokowane spojrzenie Marca. Zignorował go i mówił dalej. — Słyszałeś na pewno, że moja matka jest szalona? Zresztą, co ja mówię: słyszałeś. Sam tak myślisz, prawda?

Marco nie odpowiedział, zbyt zaskoczony nie tylko nagłą zmianą tematu, ale przede wszystkim wyrazem na twarzy Vana. Wyrazem, który naprawdę graniczył z szaleńczym.

— Od tamtej pory – naszego pierwszego spotkania, mam na myśli – czasami widywałem tę kobietę. Jedną z tych, które wtedy spotkaliśmy w lasku. Złote włosy do samej ziemi, oczy jak niebo w lecie. Pamiętasz?

Pokręcił głową, ale nie dlatego, że nie pamiętał tamtych kobiet. Nie miał pojęcia, która z nich miała oczy „jak niebo w lecie”.

— W każdym razie widywałem… widuję ją czasem. Spójrz tam.

Marco posłusznie popatrzył we wskazanym kierunku. Nie zobaczył nic poza rozległą łąką i ścianą lasu, kryjącą horyzont.

— Co widzisz?

— Las — odpowiedział zgodnie z prawdą. — I trawę. I niebo.

— Przechadza się, od czasu do czasu spoglądając na nas jakby nas pilnowała. Przeczesuje dłonią źdźbła, które sięgają jej pasa. Ma na sobie mieniącą się w słońcu suknię, a wiatr targa jej włosy, przez co wyglądają jak łopocząca, złocista peleryna. Zawsze wiedziałem, że tylko ja ją dostrzegam. Szalony, widzisz?

— Van…

Van wpatrywał się przed siebie błędnym spojrzeniem. Marco raz jeszcze upewnił się, że nic – nikt – nie pojawił się pomiędzy pożółkłą trawą. Byli sami, nie licząc koni.

— Ale skoro Raynhard jest Rycerzem, a ona – smokiem? – to może to ma sens. Raynhard powiedział, że ma plany, że chce mnie stąd zabrać. W końcu kupił mnie sobie swoją pomocą od twojego ojca, prawda? Po coś to zrobił.

— Nie mów tak.

— Jak?

— Że cię kupił.

Van zaśmiał się gorzko, zupełnie bez humoru.

— Strasznie wielu słów nie chcesz ode mnie słyszeć. Może zrobisz listę, żebym wszystko spamiętał?

Marco zignorował jego prześmiewczy ton i sarkastyczne słowa.

— Wydaje mi się, że jemu szczerze na tobie zależy. — Naprawdę, <i>naprawdę</i> nie chciał tego mówić. Nie darzył Raynharda sympatią, ani trochę, i w głębi serca czuł, że chce, żeby i Van go nie znosił. Ale coś mu podpowiadało, że to, co teraz ma do powiedzenia, było dla Vana równie ważne, jak zapewnienie, że to nie Elizabeth unikała z nim spotkania przed wyjazdem do Verdes. — Pokłócił się z ojcem, chociaż „kłótnia” to naprawdę nieadekwatne słowo w odniesieniu do tego, co między nimi zaszło z twojego powodu. No i wtedy, kiedy zrozumiałeś, co zrobił. Nie widziałeś jego twarzy. On naprawdę był…

— Przestań — przerwał mu Van i Marco z ulgą go posłuchał. Ulga zamieniła się w niepokój, a potem w coś, czego Marco nie potrafił nawet nazwać, kiedy dostrzegł wyraz oczu Vana. Jego twarz nie zdradzała nic, ale oczy błyszczały w sposób, w jaki nie powinny. Zamrugał, pewien że źle zobaczył, i rzeczywiście, po tym zrozpaczonym spojrzeniu nie było śladu. Został za to wymuszony, nieszczery uśmiech.

— Dziwny z ciebie dzieciak, Marco — rzucił Van. — Naprawdę, dziwny.

— Nie mów… — zaczął odruchowo, ale ugryzł się w język, zanim skończył. To jednak nie powstrzymało kolejnego parsknięcia.

— Zdecydowanie, lista będzie potrzebna.

Marco wymamrotał coś pod nosem, ale za cicho i zbyt niewyraźnie, żeby Van mógł zrozumieć. To przyniosło mu w odpowiedzi śmiech, wciąż niewesoły, ale pozbawiony już przytłaczającego rozgoryczenia. Pozwolił sobie na ledwo zauważalny uśmiech, bo przecież wszystko było lepsze od tego, czego przed chwilą doświadczył w szarych oczach – nawet jeśli teraz Van się z niego naśmiewał.

— Powiesz mi coś?

Van znów go zaskoczył, bo nie myślał, że po tym, co przed chwilą powiedział, ta rozmowa potoczy się dalej.

— Zależy co.

— Jak to jest całować mężczyznę?

Marco zakrztusił się, całkowicie nieprzygotowany na podobne pytanie.

— Co? — wydukał, czując jak krew zalewa mu twarz.

— Jak. To jest. Całować. Mężczyznę. — Van powtórzył poprzednie słowa powoli, akcentując wyraźnie każde z nich.

— Skąd…

— Widziałem.

— Co?!

Van westchnął i wrócił do poprzedniej pozycji z brodą na kolanie i oczami utkwionymi w przestrzeni. Znowu przyglądał się swojej widmowej strażniczce?

— Chyba się nie dowiem. Zapomnij, że pytałem.

— Ale… — Marco Odetchnął głęboko, starając się poskromić oszalałe serce. Z marnym skutkiem. W końcu zdołał opanować się na tyle, żeby coś z siebie wydukać. — Nie chcę nawet wiedzieć, dlaczego poruszasz ten temat właśnie teraz, ale…

— Jestem ciekawy — przerwał mu Van, ignorując jego życzenie, które dopiero co z takim trudem wyraził. — To wszystko.

Marco ściągnął brwi i zacisnął wargi. W jednej chwili zmieszanie ustąpiło miejsca irytacji. Van zrobił to specjalnie – po raz kolejny – może dlatego, żeby Marco zapomniał o jego reakcji na wyjaśnienia dotyczące Raynharda. Irytacja zamieniła się w złość, po części za udaną prowokację, a po części właśnie za tę reakcję. Jeśli Van myślał, że tak łatwo mu pójdzie, to rzeczywiście musiał się jeszcze wiele dowiedzieć o Marcu von Throim. Bo Marco również wiedział, jak się gra w tę grę.

— Van? — Poczekał, aż Van na niego spojrzy. Kiedy tak się stało, po raz pierwszy w tej rozmowie zadał własne pytanie z niezachwianym spokojem. — Jak bardzo chcesz się dowiedzieć?

Na odpowiedź już jednak nie dał mu szansy. Pochylił się do przodu i zademonstrował własną odpowiedź tak dokładnie, jak tylko umiał. Gdy poczuł wargi Vana pod swoimi, dopiero co uspokojone serce rozszalało się z nową mocą, a w głowie w tym samym szaleńczym rytmie zakołatała myśl: co robisz? co robisz? co robisz?!

Z rosnącą paniką zdał sobie sprawę z tego, że nie ma pojęcia, co robi. Jeden jedyny wcześniejszy pocałunek nie tylko był zainicjowany, ale i w pełni kontrolowany przez Dragasa.

O miłościwi bogowie…

Już miał się cofnąć, zanosząc przez cały ten czas prośby do miłościwych bogów, aby zaraz potem pozwolili ziemi rozstąpić się pod jego stopami, kiedy Van przysunął się bliżej i początkowo z wahaniem, a potem już pewniej odpowiedział na pocałunek. Nie przymknął oczu, tak samo zresztą jak Marco; w końcu nie był to poryw romantycznej chwili ani tym bardziej wyraz uczucia. Wciąż świadom czającej się w zakamarkach umysłu paniki, Marco zdał sobie nagle sprawę, że Van pozwala mu dominować, mimo że sam na pewno ma większe doświadczenie w tej kwestii. Stłumił jęk i w ostatniej chwili opuścił dłoń, zanim ta bez jego świadomej decyzji wsunęła się w czarne włosy.

Wyprostował się gwałtownie, przerywając pocałunek. Jak w sypialni Lady Elizabeth znowu poczuł, że nie jest w stanie wyzwolić się spod władzy spojrzenia Vana. W szarych oczach nie doszukał się tym razem niczego poza zaspokojoną ciekawością i może odrobiną żalu, którego powodu nie chciał znać. I nie chciał nawet się zastanawiać, co w jego wzroku odnalazł Van. Opuścił gwałtownie powieki i wstał, odchodząc kilka kroków od kamienia.

— Taka odpowiedź cię zadowala? — zapytał.

— Mhm.

— Możemy wracać do zamku? — Dopiero teraz, czując podmuch wiatru na twarzy, zdał sobie sprawę, że chmury znowu szczelnie zasłoniły niebo, a powietrze przesiąknięte jest siąpiącym deszczem. — Pada.

— Jeszcze nie, ale zaraz będzie. — Van zsunął się z kamienia. Gwizdnął na Gwiazdkę, która od razu podniosła łeb w jego stronę, strzygąc uszami. Gwizdnął jeszcze raz i jego klacz posłusznie do nich dołączyła. Pogłaskał ją po mokrych chrapach, strząsając przy tym przylepione żółte źdźbła z pyska. — Wracamy, maleńka. Dość tej włóczęgi.

Miał dosiąść Gwiazdki, kiedy od strony idącego po konia Marca usłyszał zupełnie nie pasujące do młodego von Throima przekleństwo.

Od gościńca zmierzało do nich kilku jeźdźców.

Sam też zaklął.

— Twój żołnierzyk się za tobą stęsknił — rzucił, mrużąc wściekle oczy.

— Raczej za tobą — odpowiedział mu Marco. Na widok Moriverna przeszła mu jakoś żądza władzy i ochota na bunt. Zacisnął nerwowo palce na uździe.

Morivern w towarzystwie trzech żołnierzy dojechał do nich po kilku chwilach. Kapitan osadził gwałtownie konia i zeskoczył, od razu zapadając się w błocie. Zaklął nieprzystojnie.

— Kapitanie — zaczął Marco, starając się nadać głosowi ten sam ton, jakiego użył w rozmowie z żołnierzem przy bramie. Bezskutecznie. Tym bardziej, że oficer nie dał mu dokończyć.

— Nie teraz, Marco. Porozmawiamy po powrocie do zamku — stwierdził beznamiętnie, patrząc już przy tym na Vana.

Van chwycił za łęk przy siodle Gwiazdki, zamierzając jej dosiąść. Ciężka dłoń na ramieniu przytrzymała go w miejscu.

— Nie tak prędko, Van. Ja jakoś nie darzę cię takim zaufaniem, jak panicz Marco. Pojedziesz ze mną. Albo nie — poprawił się, rzucając okiem na klacz chłopaka. — Ja pojadę z tobą.

Przez twarz Vana przemknął cień uśmiechu. Bez słowa cofnął się, otwierając kapitanowi drogę do Gwiazdki, która zastrzygła uszami, zaniepokojona odczuwalną zmianą atmosfery. Gdy tylko kapitan wskoczył na siodło, Van gwizdnął cicho, odrobinę inaczej niż poprzednio. Gwiazdka momentalnie stanęła dęba. Kapitan zdołał się utrzymać, na co klacz opadła z powrotem na ziemię i zaczęła wierzgać. Wierzgała tak długo, aż w końcu pozbyła się intruza. Morivern z nieprzyjemnym plaskiem upadł w błoto. Podniósł się, klnąc przy tym paskudnie. Próbując otrzepać się z trawy i ziemi roztarł je tylko po ubraniu. Bez słowa wskazał Vanowi swojego konia.

— Kapitanie — spróbował ponownie Marco i ponownie mu przerwano, nawet mniej uprzejmie niż poprzednio.

— Nie wtrącaj się — warknął Morivern.

Van najwyraźniej uznał, że wszelkie protesty są bezcelowe, bo dosiadł wskazanego konia, chociaż nie zanim nie szepnął Gwiazdce pochwały. Kapitan siadł za nim, szarpnął wodze i dźgnął konia piętami do kłusa. Gwiazdka podreptała za jednym z żołnierzy.

— Niedobrze, Van. Naprawdę niedobrze — szepnął tuż przy uchu chłopaka, ocierając się przy tym policzkiem o wilgotne, czarne włosy. Van odruchowo spróbował się odsunąć, ale ramię w pasie od razu pociągnęło go z powrotem do tyłu.

— To był błąd, chłopcze, a za błędy się płaci — dodał Morivern tak cicho, że nikt poza Vanem nie zauważył, że w ogóle coś mówił.

Van nie odpowiedział.

Aż do bram Brugge żaden z nich się nie odezwał.

 

Rozdział XI

Po powrocie do zamku Van od razu zniknął z Gwiazdką w stajni. Marco chciał pójść za nim, ale nie sądził, by to był dobry pomysł. Widział, jak gniewnie Van wyswobodził się spod przytrzymującego ramienia Moriverna, gdy tylko stanęli na dziedzińcu – nie chciał, by Van wyładował na nim ten gniew. Ich porozumienie było zbyt świeże, jeszcze zbyt kruche, by mogło przetrzymać kolejny wybuch negatywnych emocji. Dlatego zamiast dołączyć do niego w stajni, Marco zaszył się w swoim pokoju.

Niedługo nacieszył się samotnością. Zdążył jedynie zmienić ubranie na suche – jeszcze zanim dotarli do bram Brugge mżawka przerodziła się w deszcz, a deszcz w ulewę – gdy Morivern bez pukania wpadł do komnaty.

— Coś ty sobie myślał? — zawołał od progu kapitan, trzaskając za sobą drzwiami.

— Może to, że nie jestem dzieckiem ani więźniem, i mam prawo podejmować własne decyzje? — odpowiedział mu Marco, siląc się na spokój. Zamiast na nieproszonym gościu, skupił się na wiązaniach koszuli. Gdyby mógł, wyrzuciłby intruza z pokoju, ale nie łudził się, że Morivern by go posłuchał. Niewiele mógł poradzić na to najście, ale przynajmniej nie będzie udawać, że nie przeszkadza mu towarzystwo oficera ojca.

— Odpowiadam za ciebie, Marco. Odpowiadam za twoje bezpieczeństwo. Co by było, gdyby Van cię zaatakował? Zabił? Byliście sami, mógł zrobić wszystko.

Marco prychnął. Morivern słyszał już dzisiaj taką odpowiedź na swoje słowa – i to więcej niż raz. Marco szybko się uczył.

— Demonizuje go pan, kapitanie. Nic by nie zrobił. Nic nie zrobił. Zresztą obiecał mi, że niczego nie spróbuje.

— Obiecał? — zapytał z niedowierzaniem Morivern. Po chwili powtórzył z większą mocą. — Obiecał?! Marco, jak możesz być tak głupi?

Marco uniósł głowę, by w końcu na niego spojrzeć. Mrużył oczy, zaciskał gniewnie usta, ale gdy się odezwał, jego głos zadrżał lekko już przy pierwszych słowach.

— Niech pan uważa na słowa, kapitanie. Nie pozwolę się obrażać.

— Nie? — Ton głosu oficera złagodniał, chociaż wcale nie zrobił się przyjemniejszy. Morivern obszedł łóżko, by zatrzymać się o krok przed nim. — A co zrobisz, Marco? Hm? Poskarżysz się tatusiowi?

— Kapitanie — rzucił ostrzegawczo, opanowując odruch nakazujący krok do tyłu. Nie, w obecności tego żołnierza nie czuł się ani pewny, ani stanowczy, ale ze wszystkich sił starał się zachować kontrolę nad sobą i nad rozmową. Van był doskonały w okazywaniu swojej wyższości wszystkim wokół, dlaczego jemu przychodziło to z takim trudem?

— No, słucham. Jestem bardzo ciekaw, w jaki sposób chcesz wymusić na mnie posłuszeństwo. Jak na razie niczym mnie nie przekonałeś do wypełniania twoich rozkazów. Tym bardziej nie czuję się zdominowany. Dużo ci do tego brakuje, Marco. Bardzo dużo.

— Kiedy tylko wrócimy do domu…

Morivern wykrzywił się w parodii uśmiechu.

— A jednak straszysz mnie ojcem. Zapominasz, że hrabia oddał mi ciebie pod opiekę. Masz się ode mnie uczyć, a nie mi rozkazywać. Masz słuchać, co ja do ciebie mówię, rozumiesz?

Marco odruchowo przygryzł boleśnie wargę. Nie odpowiedział. Morivern pochylił się nad nim, by spojrzeć mu prosto w oczy.

— Żadnych więcej takich pomysłów, gówniarzu. Nie położę głowy, jeśli coś ci się stanie przez twoją głupotę. Do tego nie życzę sobie, żebyś dawał Vanowi powody, by myślał, że ma tu jakiekolwiek prawa. W tej chwili Brugge jest moje i Van jest mój, a ja zarządzam swoją własnością w taki sposób, w jaki uznam za słuszny. I żaden niewyrośnięty, niewyuczony paniczyk nie będzie mi mówił, co mam robić. Zrozumieliśmy się, Marco?

— Niech pan natychmiast stąd wyjdzie, kapitanie. Może być pan pewien, że ojciec o wszystkim się dowie.

— O czym? O tym, że pilnuję, żebyś sobie krzywdy nie zrobił? Że staram się utrzymać w ryzach młodego de la Varre’a? Co akurat wcale nie jest proste, bo i jego tatuś, i ten przeklęty Raynhard wbili mu do tej jego ślicznej główki, że jest tu nie wiadomo jak ważny! A ty jeszcze utwierdzasz go w tych majakach! Myślisz, że za to twój ojciec mnie ukaże? On byłby szczęśliwy, gdyby Van już nie żył i obaj zdajemy sobie z tego sprawę, prawda?

— Niech pan opuści ten pokój. I trzyma się od Vana z daleka.

Morivern zaśmiał się nieprzyjemnie.

— Ty mnie straszysz tatusiem. Ciekawe, co powiedziałby hrabia, gdyby wiedział o twojej nagłej sympatii do syna Gabriela. O tak, będę przy tym, gdy się dowie. Bo się dowie, Marco.

Wyszedł, zostawiając Marca wściekłego i roztrzęsionego.

Bogowie, co za koszmar. Co za koszmar! Ojciec musi się dowiedzieć, komu płaci żołd. I za co! Z pewnością nie mógł pochwalać pokątnych kradzieży i traktowania służby jak niewolników. Kiedy Marco przypomniał sobie uwagi kapitana względem Reny, żołądek podszedł mu do gardła. I Van – to jak Morivern z nim rozmawiał, jak na niego patrzył. Jak o nim mówił. Bogowie! Ten człowiek nie zasługiwał, by być oficerem wśród żołnierzy ojca!

Mnąc nerwowo krawędź koszuli podszedł do okna. Słońce znowu stało się tylko wspomnieniem. Ulewa rozszalała się na dobre. Żołnierze zaprowadzili konie do stajni i rozeszli się do swoich zajęć. Na zewnątrz zostali tylko ci, którzy pełnili służbę, a i oni pochowali się po kątach pod zadaszeniem.

Morivern pojawił się na dziedzińcu. Kierował się do stajni. Marco zmełł przekleństwo, gotów już pobiec za nim, kiedy spomiędzy uchylonych wrót wyłonił się Van, zmierzając w przeciwną stronę. Marco znieruchomiał, obserwując. Van nie unikał spotkania z kapitanem. Zatrzymał się, kiedy ten zbliżył się na tyle, żeby móc poprowadzić rozmowę bez krzyków na pół dziedzińca. Kapitan miał mu wyraźnie coś do powiedzenia. Marco wiele by oddał, by słyszeć co. Chyba jeszcze więcej, żeby usłyszeć odpowiedź Vana. To, czemu się przyglądał, nie wyglądało na przyjazną wymianę zdań.

Van pierwszy się wycofał. Minął kapitana, wracając na swoją ścieżkę do zamku. Morivern krzyknął za nim coś jeszcze, ale chłopak go zignorował. Kiedy tylko zniknął w wejściu, Marco wyszedł na korytarz. Oparł się o ścianę pod sypialnią Vana.

Na jego widok Van prychnął cicho, ale zostawił za sobą uchylone drzwi.

Marco wszedł za nim. W milczeniu przyglądał się, jak Van szuka suchych ubrań, a potem zdejmuje bez żenady to, co ma na sobie.

— Mam wyjść? — zapytał, gdy Van rozsznurował spodnie. Lekki rumieniec palił mu twarz, ale nie odwrócił wzroku, czekając na odpowiedź.

Van podniósł głowę, jakby dopiero teraz zauważył, że nie jest sam. Wzruszył ramieniem.

— Jeśli cię to krępuje — rzucił tonem, który sugerował, że wszystko mu jedno.

Teraz Marco był już pewien, że jest czerwony jak dojrzała poziomka. Van zdjął koszulę, potem spodnie zupełnie nie przejmując się towarzystwem. Marco po raz kolejny zadał sobie w duchu pytanie, czy Van rzeczywiście robi to wszystko z rozmysłem.

A czy mogłoby być inaczej? Jak powiedział Morivern, w tej rodzinie każde działanie miało swój cel – jawny bądź skryty.

Na wspomnienie Moriverna Marco znowu spochmurniał.

— Co ci powiedział?

— Kto? — zapytał Van, dopinając na powrót pas. Koszulę zostawił rozsznurowaną.

Marco przewrócił oczami.

— Cesarz — prychnął. Kiedy Van spojrzał na niego spod uniesionej brwi, sprecyzował z irytacją — Morivern. Co ci powiedział Morivern.

— Nic, co by przykuło moją uwagę na dłużej. Tępy żołdak.

Marco westchnął. Osunął się po drzwiach na ziemię. Skrzyżował nogi przed sobą i oparł się o gładkie drewno.

— Postaram się, żeby ojciec zrobił z nim porządek.

Van uśmiechnął się bez cienia humoru.

— Żartujesz? Tacy jak on są w cenie. Gdyby ojciec żył, sam by go pewnie od was podkupił. Zna się na swojej robocie, chociaż to sukinsyn jakich mało.

— Naprawdę?

— Widać, że mało wiesz na ten temat.

— A po czym poznajesz dobrego żołnierza?

— Jesteście tutaj, prawda?

— Jesteśmy tutaj, bo… — umilkł, przypominając sobie reakcję Vana w czasie rozmowy o Raynhardzie na łąkach.

— No tak, Rayn — dopowiedział zamiast niego Van. Stanął przy oknie, opierając się barkiem o ścianę. — Bez niego byście tutaj nie weszli. Ale… On sam nie wybiłby… Nie wybiłby tych wszystkich ludzi. Widzisz, nasi żołnierze też byli dobrzy.

— Przykro mi.

Van odwrócił się do niego, spoglądając spod wygiętych w zaskoczeniu brwi.

— Hm?

— Przykro mi, naprawdę. Nie chciałem brać w tym udziału. To znaczy chciałem, ale jeszcze zanim zrozumiałem, na czym to tak naprawdę polega.

Van przyglądał mu się długą chwilę w milczeniu. Może zastanawiał się, czy to prawda. W końcu wrócił do kontemplowania widoku za oknem. Najwyraźniej to, czy Marco mówił szczerze czy nie, nie miało dla niego znaczenia.

— Van?

— No?

— Czy między tobą a Raynhardem…? — urwał, już żałując, że te słowa wyrwały się, zanim zdążył je powstrzymać. Van nie wydawał się jednak urażony. Nie powiedział też, że to nie jego sprawa. Marco spodziewał się nawet, że w ogóle się nie odezwie, ale jednak doczekał się odpowiedzi.

— Nie.

Marco kiwnął głową, chociaż Van nie mógł tego zobaczyć. Nie liczył na kontynuację i kiedy doleciały go kolejne słowa cicho wypowiadane przez Vana, dał się zaskoczyć — i tym, że Van nadal z nim rozmawia, i ich znaczeniem.

— Dragas powiedział mi, że nie miałby nic przeciwko bliższej znajomości z tobą.

— T…tak? — wydukał, nie wiedząc, co powinien na to odpowiedzieć.

— Mhm. Kiedy tu był. Powiedział mi, że nie miałby nic przeciwko, ym poślubił jego siostrę, a ja zapytałem, czy nie wolałby ciebie. Powiedział, że tak, ale dla siebie, nie dla Kiary.

Jeszcze tego ranka nic nie zapowiadało, by on i Van mieli prowadzić cywilizowaną, pozbawioną wzajemnych przytyków rozmowę, a teraz nie dość, że rozmawiali – spokojnie, rzeczowo, z pewnością nie jak wrogowie – to na taki temat! Z każdym, ale nie z Vanem! Chociaż Marco sam był sobie winien, bo to przecież on zaczął pytaniem o Raynharda.

— Powiesz mi dlaczego… — przełknął ciężko, czując jak słowa grzęzną mu w gardle. — Powiesz mi, dlaczego rozmawiałeś z nim o mnie?

Van spojrzał na niego ponad ramieniem z nikłym uśmieszkiem, na poły złośliwym, ale i z humorem.

— Tak wyszło. Wtedy jeszcze myślałem, że jego siostra zostanie moją żoną, a wiesz jak to jest w ro… — urwał, kiedy jakieś poruszenie na dziedzińcu odwróciło jego uwagę od Marca. Marco podniósł się z ziemi, widząc jak cała sylwetka Vana się napina, a palce bieleją zaciśnięte na zasuwie okna.

— Van?

— Sukinsyn.

Van zdawał się nie pamiętać, że ma towarzystwo. Marco, czując rosnący niepokój, zbliżył się do okna i spojrzał w dół.

Morivern w towarzystwie kilku swoich żołnierzy wyprowadzał ze stajni Gwiazdkę. Zdawało się, że kapitan popatrzył w ich stronę, ale Marco nie był pewien, bo strugi wody zalewające szybę rozmazały widok.

Gwiazdka zatańczyła nerwowo na śliskich kamieniach. Bezskutecznie próbowała wyrwać się prowadzącemu ją żołnierzowi. Nie była przyzwyczajona do obcych. A już na pewno nie była przyzwyczajona do takiego traktowania.

Któryś z żołnierzy przerzucił przez jej łeb pętlę liny, potem jeszcze jedną. W dłoni Moriverna pojawił się bat. Raz jeszcze podniósł wzrok w górę, ku pokojom Vana. Marco mógł przysiąc, że jego twarz wykrzywił szeroki uśmiech, zanim trzasnął batem, sięgając końcem końskiego grzbietu.

Van szarpnął zasuwę, i Marco złapał go za ramię.

— On cię prowokuje. Nie rób nic głupiego.

— Puść mnie — warknął Van.

Marco chwycił go mocniej. Nie na wiele się to zdało. Na dziedzińcu Gwiazdka stanęła dęba, ale zaciskające się na szyi liny ściągnęły ją w dół, czemu odpowiedziało pełne bólu rżenie. Van wyrwał się i otworzył okno na oścież.

— Stój! On tylko na to czeka! — zawołał Marco z desperacją, ale Van już przeskoczył nad parapetem i wylądował na tarasie poniżej. Przywitał go rechot żołnierzy i szczególnie głośny śmiech Moriverna. — On cię prowokuje — szepnął, choć Van nie mógł go już usłyszeć. Zacisnął palce na parapecie, nie gotowy na takie akrobacje jak Van.

Przerażony koń szarpał się, bijąc wściekle kopytami przed sobą. Van zeskoczył z tarasu na dziedziniec. Nie rzucił się jednak ani na kapitana, ani na trzymających liny żołnierzy. Walnął z pięści stojącego najbliżej żołdaka, wyrwał mu zza pasa miecz i wbił aż po rękojeść w brzuch mężczyzny, zanim ktokolwiek na dole zdołał się zorientować, co się dzieje. Odkopnął osuwające się ciało i dopadł do następnego. Żołnierz nie zdążył nawet sięgnąć po broń, a już rzężąc leżał w rosnącej kałuży krwi. Kolejny zdołał odskoczyć w tył i ostrze ze świstem przecięło powietrze przed nim. Van zamarł na moment, mierząc swoją niedoszłą ofiarę zimnym, pozbawionym emocji spojrzeniem. Żołnierz cofnął się pod naporem szaleństwa płonącego w szarych oczach. Nawet nie próbował chwycić za miecz. Uderzył plecami o kamienną kolumnę podtrzymującą taras i to był jego ostatni ruch. Ze zdziwieniem bardziej niż przerażeniem obserwował, jak połyskująca stal wysuwa się z jego brzucha, zanim jak dwóch towarzyszy osunął się w błoto.

Van odwrócił się powoli, stając przodem ku reszcie.

Dopiero w tej chwili wybrzmiało echo śmiechów. Koń nadal szarpał się i wierzgał. Przez krótką chwilę był to jedyny ruch i jedyny dźwięk na dziedzińcu przebijający się przez nieustający szum deszczu.

Marco nie patrzył już na Vana – wystarczyło, że wszyscy inni to robili. Obserwował Moriverna z nienawiścią, jakiej jeszcze nigdy nie czuł.

Twarz kapitana nie wyrażała już rozbawienia. Na jeden krótki moment zdominowało ją zdumienie, ale on jak mało kto potrafił zapanować nad reakcjami. Gdzieś w kącikach mocno zaciśniętych ust pojawił się nawet uśmiech. Powiedział coś, lecz deszcz i rżenie Gwiazdki zagłuszyły jego słowa. Wyciągnął zza pasa miecz i powoli, rozchlapując przy każdym kroku wodę, ruszył do przodu. Van też wyszedł spod krużganków na dziedziniec. Zakręcił mieczem młynka i przyjął pozycję do walki. Uśmiech na twarzy Moriverna wyostrzył się. Skinął głową w kierunku chłopaka jak przyjmując wyzwanie w jakimś rycerskim pojedynku. W ułamku chwili rzucił się do przodu. Nie zaatakował jednak Vana; skręcił ostro w bok i błyskawicznym cięciem poderżnął końskie gardło.

Nawet przez strugi deszczu Marco widział jak twarz Vana szarzeje. Zatrzasnął okno. Odwrócił się i opadł na podłogę. Nie potrzebował już dłużej tego oglądać.

*

— Mówiłem, że poradzę sobie z twoimi wyskokami, Van — rzucił lekko Morivern, zwijając w dłoni bat. Uśmiechnął się, kiedy jego słowom zawtórował rechot kilku żołdaków. Przyszli tu za nim do stajni zobaczyć, jak ich kapitan poradzi sobie z dzieciakiem, który w kilka chwil pozbawił życia ich trzech kolegów. Nie był to wesoły śmiech, raczej złowieszczy, przepełniony żądzą zemsty.

— Mówiłem, żebyś nie wchodził mi w drogę. Zasady były jasne – a ty złamałeś je wszystkie.

Obszedł chłopaka dookoła, przyglądając mu się z niekrytym zadowoleniem. Raz jeszcze sprawdził sznury krępujące nadgarstki i przymocowaną do nich linę, przerzuconą nad górną belką.

— Raz: miałeś się trzymać z dala od Marca, i co? Kłótnie, bójki, ten nieszczęsny pojedynek. Błąd. Dwa: miałeś nawet nie myśleć o świecie za murami Brugge. I po co był ten wyjazd? Komu był on potrzebny? Błąd. Trzy: miałeś mnie traktować z szacunkiem. I gdzie by tu zacząć z twoją impertynencją? Błąd, błąd, błąd.

Zatrzymał się przed Vanem i, chwytając go za brodę, zmusił do spojrzenia na siebie.

— A za błędy się płaci, Van. Zawsze.

Jego uśmiech stał się jeszcze drapieżniejszy.

— Tyle razy słyszałem, jakim to znakomitym wojownikiem jesteś. A tu taki zawód. Twój Raynhard nie uczył cię, że wojownik nie ulega emocjom? Nie musiałem się nawet starać, żeby cię sprowokować, rycerzyku. Wystarczyła stara szkapa.

Ciało Gwiazdki wciąż leżało na dziedzińcu, zaraz pod uchylonymi wrotami stajni. Morivern zaśmiał się, kiedy wzrok Vana odruchowo tam trafił, a na twarzy chłopaka odbił się ból.

— I znowu te emocje. Dziecko, jak dużo ty się jeszcze musisz nauczyć!

Cofnął się i jednym ruchem, któremu towarzyszył świst przecinanego powietrza, rozwinął bat. Odpowiedziały mu kolejne rechoty spod ścian.

Wychylił się do przodu, żeby znów spojrzeć w szare oczy. Odnalazł w nich tylko nienawiść.

— Ty się rzeczywiście nie boisz — zaśmiał się cicho Morivern. — Do czasu, Van. Noc jeszcze młoda. Do czasu.

Bat znowu przeciął powietrze, rozorując skórę na plecach chłopaka. Van przygryzł wargę, tłumiąc jęk bólu. Nie da im tej satysfakcji.

Przy kolejnym uderzeniu poczuł smak krwi. Widok Gwiazdki nie pomagał. Deszcz zmywał krew na kamienie dziedzińca sprawiając, że Van nie widział już ran, tylko lśniącą w świetle pochodni przy wejściu niezgłębienie czarną sierść.

Zacisnął mocno powieki. Już tylko ta jedna myśl kołatała mu się w głowie: nie da im satysfakcji. Przy kolejnym…

— Kapitanie. Co to… Co to ma znaczyć?

Wypuścił powietrze z płuc, nie wiedząc nawet, że wstrzymał oddech. Nie otworzył oczu. Nie chciał teraz widzieć Marca. Nie chciał, żeby Marco widział jego. Myśl o wbitych w niego tych po dziecinnemu rozszerzonych oczach była nie do zniesienia.

Niespodziewanie z pomocą przyszedł mu Morivern.

— Marco. Wracaj do zamku. Nic tu po tobie.

— Kapitanie, proszę natychmiast przestać!

Znowu ten stanowczy ton. Szkoda tylko, że drżący głos zupełnie psuł efekt. Van zaśmiał się bezgłośnie, odwracając na bok głowę. Tak to ty nie zdobędziesz szacunku żołdactwa, paniczyku, pomyślał, prosząc w duchu, żeby von Throim po prostu odwrócił się i wyszedł, i zostawił go tu, i…

— Kapitanie — spróbował raz jeszcze Marco, ale jego głos wybrzmiał w pół słowa. Chmurne spojrzenia żołnierzy przytłaczały go swoim ciężarem, wstrzymując zaraz za progiem. Czuł ich narastającą niechęć. Bali się, że zepsuje im zabawę, że odbierze im szansę na zemstę.

Morivern okręcił bat na dłoni.

— Naprawdę chcesz pozwolić, żeby byle dzieciak mordował twoich żołnierzy, paniczu?

Kapitan zaakcentował wyraźnie trzy ostatnie słowa. W głosie Moriverna nie było nic z arogancji, z jaką zazwyczaj do niego mówił. Zrzucał odpowiedzialność na jego barki. Był to tak niski cios, że Marco miał ochotę rozpłakać się z żałości.

— Co by na to powiedział twój ojciec?

Żołnierze czekali na jego odpowiedź. Gdzieś w głębi ducha pojawił się natarczywy głos: rzeczywiście, czy mógł pozwolić…? Dopiero co parę godzin temu zwracał się do jednego z zabitych jako jego dowódca. Chowając rozdygotane dłonie za sobą, spojrzał na zwisającego z lin Vana. Bogowie…

— Marco. — Głos kapitana złagodniał. — Naprawdę lepiej będzie, jeżeli nas teraz zostawisz. Chyba, że chcesz się temu przyglądać.

Czy chciał…? Raz jeszcze popatrzył po ściągniętych w wyczekiwaniu twarzach żołnierzy. Kiedy się nie odezwał, kapitan dodał:

— Możesz, jeśli chcesz. To byli twoi żołnierze, których on zabił. Masz prawo w tym uczestniczyć.

Dostrzegł otwarte nagle, błyszczące przerażeniem oczy wbite w niego z niemą prośbą, i niemal od razu w uszach rozbrzmiał mu głos Raynharda: w jego oczach nie zobaczysz strachu. Nie przed śmiercią. Nie przed bólem. Ale w końcu każdy się czegoś boi.

— Nie. Nie chcę.

Odwrócił się i nie zważając na to, że tymi dwoma słowami zraził do siebie wszystkich obecnych żołnierzy, wybiegł na zewnątrz. Nie wrócił do zamku. Opadł na ziemię przy wejściu do stajni. Oparł się o ścianę i podciągnął nogi pod brodę. Szum deszczu wciąż przybierał na sile, nie na tyle jednak, żeby zagłuszyć rytmiczny świst bata, zadowolony rechot i coraz głośniejsze jęki dolatujące z wnętrza. Kiedy pojawił się pierwszy krzyk, zatkał dłońmi uszy, ale to nic nie dało. Jego echo wypełniło mu głowę i brzmiało jeszcze na długo po tym, jak rozbawieni żołnierze opuścili stajnię. Gdy Morivern wyszedł stamtąd chwilę później, jak i oni nie zauważył skulonej, rozdygotanej postaci, odprowadzającej go do zamku pełnym nienawiści spojrzeniem.

*

Kiedy Marco podniósł się z ziemi i niezauważony przez kryjących się po kątach strażników zniknął w uchylonych wrotach stajni, zbliżała się północ. W środku panował nieprzyjemny mrok, rozpraszany jedynie przez poświatę pochodni rozpalonych na zewnątrz. Rozciągnięta na klepisku migotliwa smuga sięgała zaledwie kilka stóp w głąb stajni, niewystarczająco daleko, żeby Marco zobaczył coś więcej niż odcinający się od ciemności zarys ciała bezwładnie zwisającego z lin.

Nic nie mógł zrobić, powtórzył w duchu, zatrzymując się za progiem. Nie mógł przeszkodzić Morivernowi w tym, co się wydarzyło tej nocy. Tak samo jak wtedy, gdy ojciec z zimną krwią mordował księcia. Nie mógł go powstrzymać, chociaż chciał. Więc skąd to potworne uczucie, natarczywy głos utwierdzający go w tym, że zawiódł? Zawiódł po raz kolejny.

Otarł szybko rękawem łzy, które uciekły spod powiek, i powoli zbliżył się do Vana. Uniósł dłoń, żeby odsunąć włosy z jego twarzy, ale musnął je tylko koniuszkami palców i od razu opuścił rękę. Wyjął sztylet i zaczął przecinać liny.

— Ja nie wiedziałem… Ja nie chciałem… Nigdy bym… Przecież wiesz. Van, przepraszam — szeptał, sam nie wiedząc, co chce powiedzieć. Z każdym kolejnym słowem głos drżał mu bardziej, ale nie mógł przestać. Kiedy ostatnie sploty liny puściły, Van opadł ciężko w jego ramiona. Marco ostrożnie położył go na ziemi, nie wiedząc, co dalej. Starał się nie patrzeć na krwawe szramy, które nawet w tak marnym świetle odcinały się wyraźnie na skórze. — Bogowie, Van, i co ja mam teraz zrobić? Przecież on mógł cię zabić. Prawie to zrobił.

— Nie… nie pochlebiaj mu tak… — usłyszał jeszcze cichszy od swojego głos.

Van powoli otworzył oczy. Z trudem podciągnął się na łokciach, próbując się podnieść. Jęknął przy tym i z powrotem skulił się na ziemi. Opuścił powieki i przygryzł wargę, tłumiąc kolejny jęk. Kiedy ból ustąpił na tyle, że był w stanie mówić dalej, wycedził przez zaciśnięte zęby:

— Trzeba coś więcej niż żołdaka z batem, żeby mnie… — Gwałtowny dreszcz przerwał mu w pół zdania. Marco znieruchomiał z dłonią wyciągniętą w jego stronę. Znów nie odważył się go dotknąć.

— Van…

Głupie łzy znowu spłynęły po twarzy, kiedy Van jeszcze raz spróbował się podnieść.

— Nie rycz, tylko mi pomóż.

Z wahaniem, nie wiedząc jak to zrobić, żeby nie urazić żadnej z ran, pomógł mu usiąść. Van przez moment siedział bez ruchu, oddychając głęboko. Marco dopiero po chwili zauważył, że wciąż jeszcze trzyma dłoń na jego ramieniu. Momentalnie ją cofnął.

— Cholerny skurwiel — wymamrotał Van, najwyraźniej nie zauważając jego nerwowego gestu. A może po prostu było mu w tej chwili wszystko jedno. — Pieprzony sukinsyn. Będzie jeszcze kwiczał jak zarzynane prosię. Zarżnę go tak, jak on zarżnął Gwiazdkę.

— Van, nie rób nic głupiego. Proszę cię, nie rób nic, co by mogło…

Van podniósł głowę i od razu znowu zgiął się wpół, walcząc z kolejną falą bólu i mdłości. Ciąg przekleństw przerywany ciężkim oddechem wypełnił na moment ciszę stajni.

Marco przyklęknął i znowu chwycił go za ramię.

— Spokojnie. Oddychaj. To zaraz minie, tylko nie ruszaj się tak szybko.

Spomiędzy kryjących twarz Vana włosów doleciał cichy śmiech.

— Odkąd to jesteś takim ekspertem w sprawach mojego zdrowia? A może szkolisz się na medyka, co?

Marco uśmiechnął się blado. Zacisnął mocniej palce na ramieniu Vana, uważając przy tym, żeby nie sprawić mu jeszcze większego bólu.

— Już raz cię opatrywałem. Mogę to zrobić po raz kolejny. Chodźmy stąd.

Van spojrzał na niego, tym razem powoli.

— Twój żołnierzyk wrócił do zamku?

— Nie nazywaj go tak.

— Kolejna pozycja do listy? To jak, wrócił?

Marco kiwnął głową.

— Tak.

— Poszli spać czy świętują udane przedstawienie?

— Van, ty chyba nie myślisz…

— Myślę. Czasami mi się to zdarza. Pewnie chleją i zabawiają się z moją służbą. Świnie.

Z trudem się podniósł. Marco też wstał, gotów mu pomóc, gdyby tylko poprosił. Ale na to już zbytnio nie liczył. Jeden raz to i tak niespodziewanie dużo jak na dumnego de la Varre’a.

Van chwiejnym krokiem podszedł do drzwi i oparł się o nie ciężko.

Marco nie ruszył się ze swojego miejsca. Nie musiał. Wystarczyło, że widział jak kostki zaciśniętych palców bieleją. Van przyglądał się Gwiazdce. Jak poprzednio zaczął zatracać się w nienawiści do Moriverna. Jeszcze chwila i…

— Van, czekaj. Nie rób nic głupiego — powtórzył. Po chwili dodał cicho: proszę.

Van obejrzał się. Marco wcisnął dłonie w kieszenie, żeby nie zobaczył jak drżały. Ze wszystkich sił starał się wierzyć, że lśniące w świetle pochodni ślady na twarzy Vana to deszcz. Tylko deszcz.

— To co ja teraz twoim zdaniem mam zrobić, von Throim?

Przed sobą znowu miał Vana z tych pierwszych dni po ich przybyciu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo nie chciał do tego wracać. Przymknął oczy i opuścił głowę.

— Chodźmy stąd — powtórzył cicho.

Odpowiedź dostał dopiero po kolejnej długiej chwili milczenia.

— Chodźmy.

W ciszy opuścili stajnię. Van nie spojrzał więcej na ciało Gwiazdki. Nie patrzył na Marca. Szedł przez dziedziniec zdając się nie widzieć nikogo ani niczego.

Kiedy dotarli do zamku, Marco zrównał się z nim, nie chcąc mieć już dłużej przed oczami pociętych śladami po bacie pleców.

— Powinienem kogoś zawołać? — zapytał z wahaniem, gdy Van zwolnił. Jego krok był pewniejszy niż wcześniej, ale Marco nie dałby głowy, że to nie duma trzymała go na nogach.

— A kogo ty chcesz wołać? Może swojego żołnierzyka?

Przechodzili obok zamkniętych drzwi salonu, zza których dobiegały wyraźne odgłosy ucztujących żołnierzy. Van spochmurniał, i Marco szybko chwycił go za rękę i pociągnął dalej, zanim głupie pomysły mogłyby przejść w głupie działanie. O dziwo, nie wyczuł oporu. Prawie dotarli do schodów na piętro, gdy na korytarz wypadła roztrzęsiona Rena. W ręce ściskała srebrną tacę; drugą kurczowo trzymała razem rozerwane sznurowania bluzki. Zawahała się na ich widok, ale tylko na moment. Podbiegła, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo z salonu wyszedł Morivern, odprowadzany pijackimi okrzykami i głośnym rechotem. Metaliczny trzask upadającej na posadkę tacy od razu przyciągnął wzrok kapitana w ich stronę. Jego twarz rozjaśnił uśmiech. Marco chwycił przerażoną dziewczynę i pociągnął za siebie. Kapitan zamknął drzwi, ucinając dolatujący z komnaty hałas, i powoli ruszył ku nim.

— Panicz nie śpi? — zaczął z drwiną w głosie. Może nie był pijany jak ci, których głosy jeszcze przed chwilą wypełniały korytarz, ale z całą pewnością nie był też trzeźwy. — Co by powiedział pan hrabia, gdyby panicza teraz widział? I to w takim towarzystwie?

— Proszę pilnować własnych spraw, kapitanie, a nam dać spokój.

— „Nam”? — powtórzył za nim Morivern ze śmiechem. — Ależ to są moje sprawy, Marco. Ty, i nasz paniczyk z Brugge też.

Podszedł bliżej. Zatrzymał się przed Vanem.

— Prawda, Van? My już to sobie dzisiaj wyjaśniliśmy, czyż nie tak?

Jak wcześniej w stajni ujął go pod brodę i uniósł jego twarz ku górze. Chłopak wytrzymał natarczywe spojrzenie. Coś w jego oczach musiało szczególnie spodobać się żołnierzowi, bo po raz kolejny roześmiał się głośno. Przesunął kciukiem po zaciśniętych, bezbarwnych wargach.

— Już nie jesteśmy tacy hardzi, co? Cieszę się, że nie zapominasz od razu udzielanych lekcji.

Van się nie odezwał. Nie odsunął się nawet. W ogóle nie zareagował, jak gdyby obecność kapitana zupełnie go obezwładniła. Marco znalazł się nagle między nim a ficerem, zmuszając Moriverna do cofnięcia ręki.

— Dość — rzucił lodowato. — Dość już dziś pan zrobił. Teraz niech nam pan zejdzie z drogi, kapitanie.

Morivern zasalutował z drwiną.

— Jak sobie Wasza Miłość życzy. — Skłonił się przed nim głęboko. Zanim się odwrócił i odszedł, zerknął jeszcze na Renę. — A ty, mała, nie zawiedź naszego Marca. Bo jeśli się dowiem, że czymkolwiek mu się naraziłaś…

Marco zmrużył wściekle oczy, ale już się nie odezwał. Odwrócił się do stojącej za nim dwójki.

— Van?

Van kiwnął półprzytomnie głową. Nie odrywał wzroku od zamkniętych z trzaskiem drzwi, za którymi zniknął Morivern. Z każdą mijającą chwilą płomień nienawiści rozpalał się coraz silniej, trawiąc resztę uczuć malujących się w szarych oczach.

Cichy, wystraszony głos odciągnął jego uwagę od Vana.

— Paniczu.

Rena przyciskała obie dłonie do twarzy, wpatrując się w młodego księcia. Wciąż była przerażona, ale teraz już nie o siebie się bała.

Van uśmiechnął się do niej nienaturalnie.

— Nic mi nie jest. To tylko kilka szram. Naprawdę nic…

Marco w ostatniej chwili dopadł do niego i przytrzymał, ratując przed upadkiem. Van wyrwał się gwałtownie i podparł o ścianę.

— Chciałem tylko… — zaczął Marco, ale Van przerwał mu ostro.

— Nie potrzebuję twojej pomocy, von Throim. Zostaw mnie w spokoju. Oboje zostawcie mnie w spokoju!

Zaskoczony nagłą zmianą w jego zachowaniu, a jeszcze bardziej nutą histerii w głosie, Marco nie zareagował, kiedy Van ruszył ku schodom. Po kilku krokach znowu się zatoczył i opadł ciężko na ścianę. Rena niemal natychmiast znalazła się przy jego boku, ale ją od siebie odepchnął. Zatrzymała się, przenosząc bezradnie wzrok ze swojego panicza na Marca.

Marco zaklął cicho, tłumiąc rosnącą panikę. Kilkoma krokami pokonał dzielącą ich odległość i chwycił Vana mocno za ramię. Jak przewidział, Van próbował się wyrwać, ale bez skutku. Nie włożył w to siły, bo niewiele mu jej zostało.

— Van.

— Puść mnie. Ile razy mam ci to powtarzać? Zostaw mnie i wynoś się stąd.

— Van, posłuchaj mnie…

— Czego ty chcesz? Bo ja nie chcę twojej cholernej litości, rozumiesz? Nie chcę twojej przyjaźni. Nie potrzeba mi tego.

— Głupi jesteś, wiesz? — Ze wszystkich sił starał się zmienić niepokój w złość. Wiedział, jak sobie radzić ze złością. — Chodź.

— Von Throim…

— Chodź, do cholery jasnej! Chcesz tu zostać i poczekać, aż wróci?

Tym zwrócił jego uwagę. Wyrwał spod władzy paraliżującej histerii, jakiej poddał się Van. Każdy, tylko nie on – przemknęło przez myśl Marcowi, ale szybko ją uciszył. Tym bardziej, że Van teraz bez oporu szedł za nim.

— Paniczu — przypomniała o sobie Rena, kiedy byli już w połowie schodów. Van oczywiście nie chciał jej pomocy, ale Marco nie przejmował się teraz urażoną dumą de la Varre’a, który nie mógł znieść myśli o własnej słabości. Dużo bardziej obchodziły go realne, wciąż krwawiące rany.

— Przynieś jego koszulę i płaszcz — poprosił dziewczynę. — I jeśli znajdziesz mój płaszcz też go weź, dobrze?

Skinęła szybko głową. Zanim zdążyła wbiec na szczyt schodów, Marco zawołał ją jeszcze i zapytał o wschodnie skrzydło. Jej oczy rozszerzyły się minimalnie, kiedy zrozumiała, do czego zmierza.

— Służba, która tam miała pokoje, została przeniesiona gdzie indziej. Ale i tak zawsze jest tam strażnik — odpowiedziała, potwierdzając przypuszczenia Marca.

Zaklął. Słysząc go, Rena dodała ciszej.

— Niech panicz poczeka na mnie, zanim tam pójdzie.

— Co ty chcesz zrobić? — zapytał Van, gdy zniknęła w korytarzu.

— Chodź.

Van się nie ruszył. Z irytacją Marco pociągnął go za rękę.

— Chodź. Powiem ci, gdy odejdziemy dalej od salonu.

Kiedy dotarli na piętro, Marco nie skręcił ku pokojom Vana, a w przeciwną stronę. Zatrzymali się przy kolejnych schodach.

— Tu mi powiesz?

W jaki sposób Van jeszcze odnajdywał w sobie siłę, by zwykłe pytanie przemienić w wyzwanie? Marco nie wiedział. I nie miał czasu, by się nad tym zastanawiać.

— Chciałeś wiedzieć, co możesz zrobić, tak? — odpowiedział pytaniem.

Van popatrzył na niego podejrzliwie. Na widok jego miny Marco parsknął zupełnie pozbawionym humoru śmiechem.

— Powiem ci, co zrobimy. Wyniesiemy się stąd. Znajdziemy… kogoś.

— Gdzie? — zapytał Van, zupełnie nie negując samego pomysłu, co dodatkowo zaniepokoiło Marca.

— Nie wiem. Pomyślimy po drodze. Byle dalej stąd. Bo ja nie pozwolę więcej…

Nie dokończył, bo z tyłu doleciał go odgłos pospiesznych kroków. Odwrócił się ku nadbiegającej z ich rzeczami Renie. Wziął od niej ubrania.

— Zakładaj. — Podał koszulę Vanowi. — Pomóc ci? — zapytał jeszcze, gdy zauważył, że Van nie wykonał nawet ruchu.

Jego propozycja odniosła dokładnie taki skutek, jak przewidział. Van bez słowa naciągnął na siebie koszulę. Skrzywił się i nie opanował w porę bolesnego westchnienia, gdy materiał przylgnął do ran. Marco przygryzł wargę, hamując kolejną propozycję pomocy. Zamiast tego wyciągnął w stronę Vana płaszcz.

— Powiedziałem ci, opuszczamy zamek — odpowiedział na niezadane pytanie.

— Von Throim, ty jesteś…

— I przestań mówić do mnie po nazwisku — przerwał mu ostro. Naprawdę miał tego dość. Miał dość tego dnia. Tego miejsca. Całej tej sytuacji. Wcisnął Vanowi płaszcz w dłonie i popchnął na prowadzące w dół schody. — Idziemy.

— Ja pójdę pierwsza. Wiem, co zrobić — zapewniła Rena, po czym nie czekając na ich przyzwolenie zbiegła na dół.

— Poczekaj tu — szepnął Marco, gdy znaleźli się piętro niżej. Van zatrzymał się bez protestów. Z pewnością miało to więcej wspólnego ze zmęczeniem niż uległością, a tak przynajmniej pomyślał Marco. Zbliżył się cicho do miejsca, gdzie korytarz się rozwidlał i wyjrzał poza krawędź.

Na warcie stał tylko jeden żołnierz. Bacznym spojrzeniem lustrował Renę, gdy ta otwierała jeden z wielu pokoi w długim korytarzu. Na twarzy żołdaka błąkał się nikły uśmieszek, który przygasł, gdy dziewczyna zniknęła w głębi pokoju. Westchnął, rozczarowany. Nie minęła jednak chwila, a te same drzwi znowu się otwarły. To, co w nich zobaczył, musiało całkowicie go zaskoczyć, bo stanął jak wryty. Zdumienie szybko ustąpiło miejsca uśmiechowi. Bez ociągania przekroczył próg i zatrzasnął drzwi.

Marco wrócił do Vana, starając się nie myśleć o tym, co się teraz działo w tamtym pokoju. Na pewno nie miał zamiaru mówić o tym Vanowi.

— Chodź — powtórzył po raz kolejny. — Tylko staraj się być cicho.

Van skwitował jego rady prychnięciem, ale posłusznie oderwał się od ściany i ruszył za nim. Niemal bezszelestnie podeszli do drzwi, za którymi kryło się wyjście. Marco nacisnął klamkę i od razu zaklął cicho. Drzwi były zamknięte.

Oparł się ciężko czołem o gładkie drewno, powstrzymując kolejne przekleństwa. Pięknie. Po prostu pięknie.

Van przesunął go i sam nacisnął klamkę. Marco parsknął, kiedy pod ręką samego dziedzica Brugge też ani myślała ustąpić. No to na tym ich wycieczka się kończy…

Van bez ostrzeżenia płynnym ruchem wyrwał mu zza pasa sztylet. Przez moment obracał go w dłoniach. Spojrzał pytająco na Marca, ale ten rzucił tylko zduszone „później”. Van kiwnął głową w milczeniu i przyklęknął, tłumiąc bolesny jęk. Wsunął koniec ostrza w zamek. Po chwili Marca doleciały cichutkie zgrzyty, a zaraz potem szeptane przekleństwa, i to o ile bogatsze od tych, których potok jeszcze przed chwilą wypełniał jego myśli! Van wyprostował się z kolejnym cichym jękiem.

— Nic z tego — rzucił gniewnie.

Oddał sztylet, jakby ten go palił. Odwrócił się, przesunął zamyślonym spojrzeniem po ścianach korytarza. Popatrzył zagadkowo na Marca. Znalazł rozwiązanie?

O ułamek sekundy za późno Marco zorientował się, co zamierza Van. Nie zdążył go powstrzymać. Van kopnął w zamek, wyłamując go z głuchym trzaskiem.

Z pokoju naprzeciw dobiegły odgłosy szarpaniny, a zaraz potem drzwi uderzyły głośno o framugę i w progu stanął żołnierz, który miał strzec wyjścia z zamku.

Marca oblał zimny pot. Palce same zacisnęły się na rękojeści sztyletu. Oczy wbiły w pulsujący punkt na szyi mężczyzny. Zrobić wszystko, żeby tylko uciszyć ten rodzący się w gardle alarmujący krzyk. Spiął się, gotów do skoku. Zrobić wszystko…

Rzucił się do przodu. Ale zanim ostrze sztyletu sięgnęło celu, żołnierz wydał z siebie zduszone sapnięcie i ciężko zwalił się na ziemię. Zza niego wychyliła się Rena z poszarzałą twarzą i ciężką statuetką w rękach.

Marco zamarł, przenosząc wzrok z dziewczyny na rozciągnięte ciało. Sztylet wysunął mu się z drżącej dłoni, kiedy zdał sobie sprawę, czego o mało nie dokonał. Dopiero cichy szept wyrwał go z odrętwienia.

— Idźcie. Ja się już wszystkim zajmę.

Za jego plecami Van zaczął protestować, ale Rena przerwała mu z niespotykaną w jej głosie mocą.

— Musicie iść. Zanim ktoś przyjdzie go zmienić. Ja wszystkiego tutaj dopilnuję, naprawdę!

Spojrzała błagalnie na Marca. Kiwnął głową. Miała rację. Teraz nie mogli już tracić czasu. Schylił się po leżący na posadzce sztylet i wetknął go z powrotem za pas. Zaraz potem odwrócił się i pociągnął Vana do tonącego w mroku pokoju.

— Hej, przestań mnie tak…! — Van umilkł, kiedy Marco otworzył ukryte drzwi. Przez moment wpatrywał się w ciemny, zionący zatęchłym powietrzem korytarz. — Więc to w taki sposób tu weszliście.

Wyminął Marca i bez słowa więcej zniknął w ciemnościach.

 

Rozdział XII

Rozległe ogrody Verdes, duma rodu von Throim, słynęły na cały Ilear. Nawet o tej porze roku kwitły tu pnące róże, których bogate kwiecie pojawiało się wczesną wiosną, a opadało dopiero po pierwszym mrozie. Lady Loraine von Throim sama o nie dbała, dzieląc opiekę nad nimi z najętymi ogrodnikami. Nie bała się pobrudzić rąk przekopywaną wokół krzewów ziemią, nie krzywiła się na hodowlane pierścienice, nie robiła scen, gdy pokłuła dłonie różanymi cierniami. Ogrody należały do niej i tylko do niej – od pierwszego dnia pobytu w rodzinnej posiadłości męża, gdy otrzymała je w podarunku od starszego hrabiego von Throim do rozporządzania zgodnie z życzeniem.

Wraz z przybyciem do Verdes Elizabeth de la Varre, Loraine utraciła nawet ten skrawek własnego domu na rzecz dawnej miłości hrabiego. Elizabeth odnalazła tam schronienie, które Loraine stworzyła dla siebie. Razem z córką spacerowała wysypanymi białym żwirem ścieżkami i przesiadywała w różanych altankach, gdy tylko pozwalała na to pogoda. Jedynie dla tych spacerów porzucała przydzielone jej pokoje. A Loraine, obserwując ją z okien posiadłości, nie mogła nawet czuć złości, co najwyżej żal. Jak miałaby odmówić chwili wyciszenia kobiecie sprowadzonej do obcego domu wbrew swojej woli, nieznającej losu syna, niepewnej przyszłości córki i swojej własnej?

Odkąd tu gościła, Elizabeth nie odezwała się do hrabiego ani słowem. Unikała go, a gdy raz jeden zdarzyło się, że znalazł w sobie odwagę, by za nią wybiec, wysłuchała go, wszystkich jego wyjaśnień i próśb, z kamienną twarzą, obojętnie. Gdy już zabrakło mu słów, wróciła do swoich pokoi, by nie opuszczać ich przez kilka następnych dni.

Loraine była świadkiem ich spotkania – z okna sypialni – i widziała, jak bardzo jej mąż cierpiał.

Biedny Robert. Tak długo czekał na ten dzień. Tak mocno wierzył, że gdy wyzwoli swoją Elizabeth spod władzy Gabriela, wszystko skończy się jak powinno było zakończyć się lata temu. Zawiódł się, tak srodze się zawiódł! Kobieta, którą przywiózł z Brugge, nie była jego Elizabeth – dziewczyną, którą pamiętał i którą kochał przez te wszystkie lata. Szukał w jej oczach tego, co widział dzień w dzień jedynie na obrazie ukrytym przed wzrokiem małżonki za kotarą. Gdyby tylko zapytał, Loraine powiedziałaby mu, że nie znajdzie w nich nic poza szaleństwem. Ale nawet gdyby zapytał – nie słuchałby odpowiedzi. Nie mógł pogodzić się z okrutną rzeczywistością. Obsesyjnie wracał do myśli, że kara, jaką wymierzył księciu Brugge, była zbyt łagodna, niewspółmierna do win. Ah, gdyby tak znalazł się sposób, by odwrócić wydarzenia tamtej nocy! By zamiast szybkiej śmierci zgotować księciu los, na jaki zasłużył za wszystko, czego się dopuścił! Za to, jak zmienił jego Elizabeth! Zniszczył jej życie. Zniszczył życie im obojgu, i do końca pozostał na to obojętny! W swojej rozpaczy podzielił się przemyśleniami z Loraine, szukając u niej zrozumienia i wsparcia, które okazywała mu przez wszystkie wspólne lata. Dopiero kiedy jego wzburzenie wybrzmiało w ostatnich słowach nienawiści do Gilberta i gdy dostrzegł jej drżące dłonie, które próbowała ukryć w fałdach sukni, podszedł do niej i objął, by szeptać w jej włosy słowa przeprosin.

Kiedy starszy hrabia von Throim ugadywał się z jej ojcem wierzyła w to, co obaj mówili: czas leczy wszystkie rany, a wsparcie kochającej żony trwającej przy boku mężczyzny jest cenniejsze niźli marzenie o dalekiej, ulotnej miłości. Wierzyła jednak też w to, co przed laty powiedziała jej stara kobieta, wróżąca w ukryciu przed strażami na dworskiej uroczystości z okazji narodzin królewskiej córki: prawdziwa miłość zdarza się tylko raz w życiu. Ona swoją znalazła, zbyt późno jednak, bo i jej ukochany również już odkrył własną.

Mżący deszcz moczył jej włosy i suknię, ale Loraine ignorowała wilgoć i chłód, delikatnie gładząc płatki herbacianych, jesiennych róż, otulona ich słodkim zapachem. Jeśli tylko w deszczu mogła na moment odzyskać ogrody dla siebie, niech tak jest.

— Twoje ogrody rzeczywiście zasługują na miano najpiękniejszych w królestwie.

Tak bardzo zatraciła się w kojącym szeleście kropel uderzających o płatki i ziemię, że nie dostrzegła Elizabeth stojącej pod kwiecistym łukiem w wejściu do różanego pawilonu. A nawet gdyby ją widziała zbliżającą się do jej schronienia, nie spodziewałaby się słów, jedynie milczenia, jakie Elizabeth utrzymywała od przyjazdu do Verdes.

Loraine zawsze była świadoma ich wzajemnego podobieństwa, ale dopiero w tej chwili, z bliska, twarzą w twarz, ta gorzka świadomość uderzyła ją z całą mocą. Była młodsza od Elizabeth, ale zaledwie o dwa albo trzy lata – ta różnica w wieku nie była oczywista w ich urodzie. Złote włosy, jasne oczy – Loraine bardziej niebieskie, Elizabeth szare – u obu głębokie i inteligentne. Łagodny uśmiech, smukła talia, delikatne dłonie, pełne gracji ruchy. Przy odrobinie dobrej woli można by je wziąć za siostry. Z pewnością ułatwiło to Robertowi zgodę na małżeństwo ułożone przez starszego hrabiego von Throim niemalże zaraz po ślubie księcia z Elizabeth po to tylko, by odciągnąć myśli syna od zemsty.

— Mogę?

Elizabeth wciąż stała w tym samym miejscu, czekając na jej przyzwolenie wejścia pod sklepienie z róż, dające niewielką ochronę przed deszczem.

— Proszę. Usiądź.

Zaproszona do środka, Elizabeth zajęła miejsce na krawędzi ławeczki naprzeciw Loraine. Przez moment milczała, zapatrzona w kwiaty, oplatające drewnianą kratę i tworzące żywą ścianę pawilonu. Przyszła sama; Isabelle tak rzadko odstępowała boku matki, że jej samotne nadejście było nie mniej zaskakujące niż wyrażona chęć rozmowy.

— Sama nigdy nie miałam ręki do kwiatów — przyznała Elizabeth, nieobecnym spojrzeniem śledząc spływające po płatkach pojedyncze krople wody. — Teraz, widząc, co stworzyłaś, zazdroszczę ci twojej pasji.

— Praca w ogrodach pomaga mi zapełnić dni zajęciem. — Rozmawiały o kwiatach. Było to tak nieprawdopodobne, że wydawało się snem pachnącym różami i wypełnionym delikatnym szelestem deszczu. — Inaczej…

— Nienawidzisz mnie? — przerwała jej Elizabeth, burząc wrażenie nierealności. Tak, słowo: nienawiść doskonale wpasowywało się w rzeczywistość ich obu.

Loraine pokręciła głową, patrząc na Elizabeth. Lady von Throim, Lady de la Varre, hrabina, księżna – jak bardzo puste to były tytuły! Tak w tej chwili odległe, że zupełnie pozbawione znaczenia.

— Nie — odpowiedziała podobnie jak kilka dni temu Isabelle. — Miałabym cię nienawidzić, bo Robert ciebie pierwszą obdarzył swoją miłością?

Isabelle przyjęła jej wyjaśnienia z niedowierzaniem i niezrozumieniem. Elizabeth… Elizabeth drgnęła jakby ktoś ją uderzył.

— Miłość? Naprawdę mam wierzyć, że twój mąż mnie kocha?

W pierwszej chwili odruch kazał jej zapewnić Elizabeth o prawdziwości uczuć Roberta, bo przecież tak właśnie było: Robert kochał swoją Elizabeth i zrobiłby wszystko, by wydrzeć ją z jej niedoli. Zrobił wszystko. Kiedy jednak pochwyciła spojrzenie drugiej kobiety, słowa uwięzły jej w gardle. Szare oczy były pozbawione wyrazu, obojętne na odpowiedź, jaką szykowała Loraine. Żadne słowa nie mogły jej przekonać, czy to do oddania hrabiego, czy zaprzeczenia jego uczucia.

— Ty w to nie wierzysz — uświadomiła sobie prawdę ukrytą w tym spojrzeniu.

Elizabeth nadal jej się przyglądała. Obróciła głowę lekko na bok, ściągnęła jasne brwi w zastanowieniu, przymrużyła oczy.

— Myślisz, że byłabyś mu wdzięczna — podsunęła łagodnie. — Podziękowałabyś mu za jego oddanie i miłość. Postarałabyś się, by w końcu był szczęśliwy, tak jak na to zasłużył. Prawda?

Czując napływające do oczu niechciane łzy, Loraine pokiwała głową. Tak, naprawdę w to wierzyła. Gdyby była na miejscu Elizabeth… Dlaczego to jej Robert nie darzył tak bezgraniczną miłością?

— Ja też tak myślałam. Tydzień, miesiąc, pół roku, rok. W prawie królewskiego dekretu Gabriel odebrał mi rodzinę, odebrał mi wolność. Nikt się nie upomniał o krew moich bliskich. Nikt się o mnie nie upomniał. I znów tak jest! — Elizabeth zaśmiała się gorzko, z nutą szaleństwa, o które wszyscy ją posądzali. Zanim Loraine zdążyła się odezwać, Elizabeth kontynuowała. — Robert powtarzał, że mnie kocha. Że na zawsze pozostaniemy razem, że czeka nas wspólne, szczęśliwe życie. Ale gdy go potrzebowałam, zostawił mnie. Czekałam, ale się nie zjawił. Wierzyłam, ale mi nie pomógł. Wziął cię za żonę. Gdy dotarła do mnie wieść o waszym ślubie… Znienawidziłam cię. Bardziej niż jego. Bardziej niż Gabriela.

— Nigdy nie życzyłam ci źle — wyszeptała Loraine, przymykając oczy. Spod powiek uciekły powstrzymywane łzy, chociaż co je wywołało, nie wiedziała. Niesprawiedliwość, jaka dotknęła Roberta? Los Elizabeth? Jej własny?

— Wiem. — Elizabeth wykonała ruch, jakby chciała ją dotknąć, ale cofnęła dłoń, zanim ku niej sięgnęła. — Już wtedy wiedziałam, że nie było w tym twojej winy. Byłaś w wieku Isabelle, młodsza niż twój syn dzisiaj, prawda? — Nie czekała na potwierdzenie, mówiła dalej. — Ale ciebie łatwiej było nienawidzić niż Roberta. Łatwiej niż Gabriela – z nim musiałam nauczyć się żyć. Nie było dla mnie innej drogi.

— Teraz masz wybór. — Słowa z trudem przechodziły Loraine przez gardło, ale czyż nie do tego sprowadzało się całej jej życie? W przeciwieństwie do tego, co czuła Elizabeth – czy też co powiedziała, że czuje – ona kochała Roberta. A gdy się kogoś kocha, tak naprawdę, szczerze kocha, to życzy mu się szczęścia, nie życia w ciągłej tęsknocie. — Możesz go przyjąć z powrotem.

— A ty usuniesz się w cień? — Na twarzy Elizabeth pojawił się blady, czuły uśmiech, kontrastujący z pustką w jej oczach. Pokręciła głową. — To twój dom, twój mąż. Nie chcę ani jednego, ani drugiego. Na to o osiemnaście lat za późno.

— Obwiniasz go za to, co się stało?

— Obwiniam go za to, co się nie wydarzyło. — Elizabeth spuściła oczy na splecione na kolanach dłonie. Będąc w Verdes nie stroiła się w biżuterię, ale na jej palcach połyskiwała zdobiona obrączka. Nie ślubna; ta miała wygrawerowany wzdłuż całego owalu symbol Brugge. — A co do nocy śmierci Gabriela… Nie żal mi go. Nie żal mi Kaspiana. Nie żal mi żołnierzy i służących, którzy zginęli, chcąc obronić moją rodzinę. Ale żal mi wyrazu na twarzy twojego męża, gdy w potokach krwi stał nad ciałem Gabriela i trzymał miecz przy gardle mojego syna. On nie przybył do Brugge uwalniać; wdarł się do mojego domu, by pomścić krzywdę, której sam doznał.

Na chwilę zapanowało milczenie. Loraine nie miała odpowiedzi na to, co usłyszała. Oskarżenie, że Robert w swoim działaniu nie kierował się uczuciem, a zdeptaną przez innego męską dumą i obsesyjną żądzą zemsty zabolało gdzieś głęboko w środku. Jeśli nie stała za tym miłość, to czym było całe jej życie przy boku mężczyzny, którego sama kochała i dla którego szczęścia poświęciłaby własne?

Elizabeth podniosła się z ławki.

— Wybacz. Nie przyszłam niepokoić cię moimi wyznaniami i tłumaczeniami. Nie szukam twojego zrozumienia. Ale jeśli to prawda, że mnie nie nienawidzisz, ochroń moją córkę. Isabelle chce krwawej zemsty, a ja nie zdołam jej powstrzymać. Nie pozwól, by Robert ją skrzywdził.

Nie czekała na odpowiedź, zostawiła Loraine samą.

Jeśli tak jest, jeśli Isabelle spróbuje pozbawić Roberta życia… Loraine poczuła kolejne ukłucie w sercu. Nie wolno jej do tego dopuścić. Dla dobra Roberta, nie tylko z obawy o jego życie. Jeśli w chwili gniewu hrabia zagrozi dziewczynie pogrążonej w cierpieniu po stracie rodziny, raz na zawsze zatrzaśnie drzwi między sobą a Elizabeth. A ona, Loraine, nie będzie mogła żyć u boku mordercy dzieci.

Gdy w drodze powrotnej do swoich pokoi mijała gabinet Roberta, zrozumiała, że pora wybrana przez Elizabeth na ich rozmowę była nieprzypadkowa. Przez niedomknięte drzwi dostrzegła hrabiego, a razem z nim Isabelle. Nic się nie działo, nikt nikogo nie atakował, nikt z nikim się nie kłócił. Isabelle zajmowała miejsce w fotelu z dala od biurka, za którym siadł jej mąż, ale w doskonałym miejscu, by Robert, choć starał się tego nie okazać, mógł ją obserwować. Zerkał to na nią, to na w pełni odsłonięty portret. Isabelle czytała coś z kartek, które trzymała w ręku i… O bogowie. Loraine, gdy wsłuchała się w słowa, rozpoznała w nich ton oskarżenia, świadczenia przeciwko… księciu Brugge. Isabelle opisywała hrabiemu okrucieństwa, jakich dopuścił się jej ojciec. Mówiła cicho, z trudem, a jej głos łamał się raz za razem. Gdy umilkła na dłużej, Robert wstał zza biurka, podszedł do fotela i pogłaskał dziewczynę po włosach, a później zamknął jej dłoń w swojej, oferując milczące wsparcie.

W ciągu zaledwie kilku dni Isabelle sprawiła, że w córce znienawidzonego wroga hrabia zobaczył ofiarę taką samą jaką była Elizabeth, ale zwracającą się teraz do niego o dalszą pomoc. Podobna do Elizabeth, łagodna jak Elizabeth, widząca w nim wybawiciela.

Zaiste Gabriel wychował dzieci na swoje podobieństwo: bez skrupułów dążące do osiągnięcia swych celów.

Loraine przekroczyła próg gabinetu, zaskakując oboje. Robert momentalnie cofnął się od fotela, Isabelle podniosła się z widocznym przestrachem. Strach był na pokaz, dla Roberta, bo Loraine dostrzegła błysk niezadowolenia, przemieszanego z cieniem odrazy, zanim dziewczyna nad sobą zapanowała.

— Isabelle, idź do matki.

Isabelle skłoniła się przed nią, później przed Robertem ulegle i skromnie opuszczając oczy – ah, wiedziała co robi! – i zostawiła ich samych.

— Loraine — rozpoczął hrabia, ale ona uciszyła go, unosząc dłoń i prosząc go o uwagę. Nie weszłaby w słowo, ale nie musiała, tyle wystarczyło.

— Nie przychodzi mi to z łatwością, ale proszę cię, Robercie, rozważ, co tutaj zaszło.

— Nic… — Hrabia znów tylko zaczął i od razu urwał. Zachmurzył się, spojrzał na fotel, później na drzwi. — To biedne dziecko potrzebuje opieki. Bogowie świadkami, że dość się nacierpiała w domu Gabriela, a Elizabeth nie jest w stanie jej teraz wesprzeć. Opowiada mi o tym, co widziała i czego doświadczyła w nadziei, że będę to mógł wykorzystać, jeśli ktoś podważy królewskie przyzwolenie na powstrzymanie okrucieństw księcia Brugge.

— Pozwól mi się ostrzec. — Loraine przymknęła oczy i splotła razem dłonie. —Isabelle nie szuka opieki. Nie patrz na nią przez pryzmat urody i wspomnień o Elizabeth. Jeśli jej ulegniesz, jeśli obdarzysz ją zaufaniem, dopuścisz do siebie zagrożenie. Więcej: stracisz honor, stracisz Elizabeth i… stracisz mnie.

— Zagrożenie? — Szok był wyraźny w całej postawie hrabiego. Żona tak do niego nie przemawiała. Nigdy nie dążyła do konfrontacji, nigdy nie robiła mu wyrzutów. Zawsze cicha, zawsze oferująca wsparcie. — Nie rozumiem. — Czyżby teraz oskarżała go o chęć uwiedzenia Isabelle? Czyżby groziła mu – czym? — Loraine?

Loraine westchnęła.

— Elizabeth i Isabelle przebywają w Verdes pod twoją opieką. Nie możesz dopuścić do tego, by spotkała je tu krzywda. Żadna. — Ostatnie słowo zaakcentowała szczególnie mocno. — Ale nie możesz też zapomnieć, że przebywają tu wbrew swojej woli. Nie daj się zwieść tym, że Isabelle to kobieta. Kobiety również śnią o zemście.

I Isabelle może się udać to, do czego nie była zdolna jej matka. Z całą pewnością była gotowa wiele poświęcić, by osiągnąć swój cel, jeśli sądzić po tym, czego była świadkiem Loraine.

— Bzdury — syknął hrabia, ale słowa żony obudziły w nim czujność, której rzeczywiście nie zachował w obecności Isabelle. Podszedł do Loraine, ujął jej dłonie w swoje i spojrzał w oczy, próbując wyczytać w nich prawdę. Loraine zawsze służyła mu radą i pomocą, ale nigdy nachalnie, nigdy wbrew niemu. — Naprawdę?

— Tak.

— Chce mnie… oszukać?

— Tak.

Przytulił ją do siebie, hamując cisnące się na usta gniewne wyrzuty. Męska duma kazała mu odeprzeć ostrzeżenie żony wściekłym wybuchem, ale Loraine nie przyszła go o nic oskarżać. Przyszła go ochronić, gdy on na moment zapomniał, że w żyłach Isabelle płynie zdradziecka krew de la Varre. Sam tego nie widział, ale rzeczywiście był zaślepiony tym, jak bardzo córka Gabriela przypominała jego Elizabeth, młodą i pełną życia. Bogom dzięki za Loraine.

— Chodź. — Przepuścił ją w drzwiach gabinetu, a później poprowadził ku pokojom ich gości. Z każdym krokiem czuł większy gniew i większe upokorzenie na myśl o tym, że Isabelle próbowała go omotać, a on sam nie dość, że nie zauważył, to był gotów jej ulec. Nie, nie jej – wspomnieniu jej matki, co Isabelle świadomie wykorzystała.

Nie czekał na zaproszenie, wszedł na pokoje Elizabeth bez uprzedniej zapowiedzi. Na jego gwałtowne najście Elizabeth wstała, a Isabelle cofnęła się o krok, wystraszona aurą wściekłości, jaka mu towarzyszyła.

— Isabelle, od tej pory możesz opuszczać te pokoje jedynie w towarzystwie matki lub mojej żony. Panience w twoim wieku nie przystoją samotne wędrówki po zamku. Elizabeth, Loraine, gdy tylko Marco wróci do domu, rozpoczną się przygotowania do uroczystości zaślubin z Isabelle.

Elizabeth i Loraine jednocześnie otwarły usta do protestu, ale hrabia nie pozwolił im dojść do słowa.

— Święte więzy połączą nasze rody jak to nam przeznaczone.

Nie czekając na odpowiedź, opuścił pokój.

Loraine i Elizabeth patrzyły przez chwilę w otwarte drzwi, których hrabia nie zamknął, wychodząc, później na siebie. Przeklęte zaręczyny po raz kolejny kładły się cieniem na życiu ich dzieci. Po twarzy Isabelle już spływały łzy.

Przynajmniej Marco był z dala od tego szaleństwa.

*

Wracaj. Jesteś potrzebny.

Raynhard był w drodze na prywatne spotkanie z Rosierem, gdy na krótki moment zawładnął nim niezrozumiały niepokój. Inglot. Zmienił swój cel w pół ruchu, zamiast do Rosiere’a, kierując się w stronę wyjścia. Z każdym kolejnym krokiem przyspieszał, czując, że nie należy tracić czasu. Wbiegł do stajni nie czekając, aż stajenny wyprowadzi jego wierzchowca na dziedziniec. Chwilę później pędził ulicami stolicy ku bramom miasta, nie zważając na ludzi, którzy ustępowali mu drogi. Jeśli zdążyli.

Do wieży dotarł grubo po północy. Itari stała przy oknie, zapatrzona w deszcz na zewnątrz, Inglot trzymała ją w ramionach i szeptała coś uspokajającym tonem. Raynhard w momencie poczuł jak przerażenie ściska mu pierś, pozbawiając tchu.

— Co — zaczął, ale na tym zakończył, bo gdy Itari odwróciła się ku niemu, blada jak płótno i z łzami w oczach, słowa uwięzły mu w gardle.

— Rayn — szepnęła łamiącym się głosem.

— Cicho — Inge nadal próbowała ją uspokoić, ale ani jej słowa, ani ostrożny dotyk nie przynosiły skutku. Raynhard poczuł jak krew odpłynęła mu z twarzy na myśl o tym, co to może oznaczać. Powietrze wokół Itari aż drgało od emanującego z niej żalu i bólu, i gniewu, i przerażenia.

— Itari? — spróbował raz jeszcze.

Zmiana na twarzy Itari zaszła tak gwałtownie, że Raynhard cofnął się jak pod wpływem fizycznego ciosu. Dzika wściekłość zajęła miejsce rozpaczy. Wybuch był blisko, ale zanim Itari się odezwała, zrobiła to Inglot.

— Skarbie, uspokój się, to nikomu nie pomoże.

— Nie — fuknęła cicho. Po chwili powtórzyła głośniej, z mocą. — Nie! Ty nie wiesz. Nie czujesz. I on też nie wie. A powinien. Powinien!

Słowa inkantacji przecięły powietrze niczym sztylet, który celował prosto w umysł Strażnika. Tym razem Raynhard oparł się zaklęciu, po części dlatego, że niepokój wyostrzył mu wszystkie zmysły, a po części dzięki błyskawicznej ingerencji Inglot. O kraniec jego świadomości otarł się cień bólu, jaki chciała przekazać mu Itari. Bólu i strachu. Nie jej bólu i nie jej strachu.

— Co to…

Nie dokończył. Wiedział, że Itari – wbrew radom Iglot, wbrew powszechnie przyjętym zasadom – uformowała niepełną jeszcze, ale już silną więź z Vanem. Jeśli to, co właśnie poczuł, nie należało do niej…

Wypadł na zewnątrz, zanim Inglot zdołała go zatrzymać. W sieni doleciał go jeszcze jej głos, ale nic nie było w stanie zmienić jego decyzji. Dosiadł konia i pognał ku Brugge.

*

To nie był jednak dobry pomysł – w nocy, bez światła i gdy Van z każdym kolejnym krokiem coraz mniej pewnie trzymał się na nogach. Wyszli z dala od zamku, tylko co z tego, skoro nie mieli koni, Marco nie wiedział, w którą stronę się skierować, Van był już ledwo przytomny, a obaj trzęśli się z zimna i zmęczenia. Gdy Morivern odkryje ich nieobecność, zorientuje się, w jaki sposób opuścili zamek. Mimo najszczerszych chęci Rena nie mogła przecież ukryć faktu zniknięcia strażnika.

Myśl o pozostawionej w zamku dziewczynie na nowo rozbudziła w Marcu wyrzuty sumienia.

— Van, wierzysz w bogów? — szepnął do opartego o pień drzewa towarzysza. Tylko ten pień pozwalał mu zachować pion i obaj o tym wiedzieli.

— Nie. Ojciec… — Van urwał, ale tylko po to, by wziąć głębszy oddech. — Ojciec mówił, że trzeba wierzyć w siebie, nie w nieistniejące byty.

— Mnie się zdaje, że to dobry czas, żeby uwierzyć w te byty. I zacząć się modlić. Bo bez ich pomocy nie wydostaniemy się stąd.

— To wracaj.

— Van…

Van odepchnął się od drzewa i przeszedł kilka kroków, zostawiając Marca za sobą.

— Poważnie mówię. Wracaj. Nie wiem, co tu robisz. Powinieneś teraz grzać tyłek w zamku, może nawet razem z tym twoim żołdakiem. Przecież nic ci nie zrobi. Nie może.

— Durny jesteś, wiesz? — wybuchnął, zanim zdążył zapanować nad językiem. Odetchnął głęboko, ale kiedy Van nie zareagował na jego słowa, postanowił wyrzucić z siebie całą resztę, która cisnęła mu się uparcie na usta. — Do tej pory myślałem, że zachowujesz się tak z powodu tego, co się wydarzyło. I nie mogłem cię winić. Ale teraz? Naprawdę chciałbyś, żebym tam wrócił? Do Moriverna? Po tym wszystkim? I naprawdę wierzysz w to, że nie znalazłby sposobu, żeby się zemścić?

Van zwolnił, ale odezwał się dopiero po długiej chwili.

— Myślisz, że mnie to obchodzi? Muszę ci przypominać, kim jestem? Kim ty jesteś? Co zrobił twój ojciec? A czego wcześniej dokonał mój? Powiedz mi, dlaczego mam się przejmować tym, co zrobi z tobą twój oficerek? Skoro sam nie potrafisz utrzymać własnego żołdactwa w ryzach…

Marco oniemiał. Narastająca fala gniewu zalała wszelki ślad sympatii do tego aroganckiego, zadufanego paniczyka z Brugge. Zacisnął mocno pięści, przez chwilę naprawdę gotów odwrócić się i zostawić go tutaj w samym środku niczego. Ale zanim wprowadził zamiar w czyn, wśród gniewu zakiełkował niepokój, taki sam jak wtedy, gdy Van wykrzyczał mu w twarz, że nie chce jego litości. Zamiast odejść, powoli podszedł bliżej.

— Jeżeli myślisz, że w ten sposób zmusisz mnie, żebym dał ci spokój, to znaczy, że nic jeszcze o mnie nie wiesz — powiedział cicho, starając się, żeby w jego głosie nie było ani tej zimnej furii, jaka go ogarnęła, kiedy zrozumiał, co próbuje zrobić Van, ani przerażenia tym, że chłopakowi niemal udało się osiągnąć cel. — Nie zostawię cię tu. Czy ci się to podoba, czy nie, jesteś na mnie skazany.

W odpowiedzi usłyszał cichy, nieprzyjemny śmiech.

— Nie na długo. Jak myślisz, ile czasu mu zajmie pogoń?

— Zatem lepiej rusz tyłek i chodź. I dobrze ci radzę, zacznij się modlić.

Minął Vana i wszedł w gęste zarośla. Syknął, kiedy ostre kolce rozorały mu skórę na dłoni. Nie wiedział, czy Van wciąż jeszcze tam stoi, czy idzie za nim, czy też skręcił w jakąś sobie tylko znaną ścieżkę, by rozpłynąć się w ciemności, ale nie miał zamiaru sprawdzać. Kiedy jednak usłyszał za sobą szelest rozgarnianej gęstwiny, odetchnął z ulgą.

— Van? — zaczął, zwalniając odrobinę.

— Hm?

— Wiesz, gdzie jesteśmy?

— W lesie.

— Dzięki — prychnął z irytacją, zanim zdążył się opanować.

— W nocy wszystkie drzewa wyglądają tak samo. Nie wiem, w którym miejscu jesteśmy. W tym korytarzu… Tam też nie zwracałem uwagi, gdzie skręcamy i jak długo idziemy. Starałem się nie spaść ze schodów.

Poczuł jak na twarz wpełza mu mały uśmieszek. Po tym, co zaszło przed chwilą, nie spodziewał się tak wyczerpującej odpowiedzi. W zasadzie nie spodziewał się żadnej odpowiedzi. A Van nie tylko się do niego odezwał; z jego głosu znikła też odpychająca, złośliwa nuta.

— To nic. Poradzimy sobie — powiedział cicho.

Ale optymizm nie trzymał się go długo. Szedł coraz wolniej, a Van wciąż jeszcze nie zrównał z nim kroku. Nie musiał się oglądać; odgłosy z tyłu świadczyły o tym, że chłopak idzie od drzewa do drzewa i że raczej to determinacja, nie fizyczna siła pozwala mu jeszcze przeć naprzód. Ale nie mogli się teraz zatrzymać. Wciąż byli zbyt blisko zamku.

— Van? — Może jeśli zajmie go rozmową, sprawi, by zapomniał o zmęczeniu. Bo myśl o tym, by mu pomóc, zdusił w zarodku. Nie zamierzał ryzykować kolejnego wybuchu, przynajmniej jeszcze nie teraz.

— No?

— Dokąd pójdziemy?

Usłyszał ciche prychnięcie.

— Nie masz planu? Przecież ty masz odpowiedź na wszystko.

Zły pomysł. Zamiast odciągnąć myśli Vana od beznadziejnej sytuacji, tylko go w niej utwierdził. Rozważaniami o tym, czy lepiej udać się do stolicy, gdzie kryli się przewrotowcy, czy do portów na zachodzie – to tygodnie drogi! – i dalej na statku poza Ilear, czy może do Verdes prosić o pomoc ojca – dla Vana mordercę księcia de la Varre – raczej nie pomogą im wytrwać w przekonaniu, że im się uda – cokolwiek. Równie dobrze mogą siąść pod najbliższym drzewem i czekać na Moriverna.

— Van — spróbował raz jeszcze.

— Hmm?

Poczekał, aż Van do niego dołączy i wyciągnął zza pasa sztylet. Jakiś cichy głos szeptał, że to kiepska myśl, może nawet gorsza od poprzedniej, ale nie miał innego pomysłu. Musiał znaleźć temat, który choć trochę zainteresuje Vana.

— Chciałeś wiedzieć, skąd go mam?

Van rzucił urwane spojrzenie na sztylet.

— Skąd, to akurat jasne. Od Raynharda.

Marco pohamował irytację, przypominając sobie, że próbuje pomóc i że wybuch tylko pogorszy ich sytuację.

— I nie jesteś zainteresowany tym, w jaki sposób się u mnie znalazł?

Nie była to szczególnie fascynująca opowieść. Ale jeżeli tym nie przyciągnie uwagi Vana, to już chyba nic nie będzie w stanie zrobić.

— Mów.

Otworzył usta i od razu je zamknął. No tak. Rzeczywiście zły pomysł. I już nawet wiedział, dlaczego.

— Chyba… Chyba mu go po prostu ukradłem — powiedział w miejsce: „Raynhard rzucił mi go pod nogi, żebym przeciął krępujące cię sznury, kiedy mój ojciec zabił już twojego”.

— Ukradłeś? Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek był w stanie ukraść coś Raynowi.

— No to może po prostu nie oddałem. Ja też nie sądzę, żeby Raynhard pozwolił coś sobie ukraść. A przynajmniej, żeby złodziej pożył tak długo, by się tym pochwalić.

Van prychnął cicho.

— Nie lubisz go, co?

— Nie lubię — odpowiedział szczerze, trochę bojąc się, jak przyjmie to Van. Ale nie zamierzał kłamać. Nie w tej kwestii, wyraźnie ważnej dla młodego de la Varre’a.

— To widać. Nie kryjesz się z tym za bardzo.

— Wcale nie próbuję tego ukrywać. Ma to dla ciebie jakieś znaczenie?

Znowu parsknięcie, teraz chyba bardziej rozbawione niż zirytowane.

— Nie, dlaczego miałoby mieć?

Zabolało, chociaż Marco nie miał pojęcia, dlaczego. Bo jego zdanie w ogóle się nie liczyło w oczach Vana? Bo nic, co Marco powiedziałby o Raynhardzie, nie mogło zmienić tego, co Van myślał o swoim trenerze? Nigdy?

— Powiesz mi coś?

Głos Vana wyrwał go z zadumy, zanim przygnębienie i irytacja całkowicie zdołały zdominować jego myśli.

— Pytaj.

W duchu modlił się o tu, by nie wracali już do krępujących i zbyt osobistych tematów. Chociaż krok Vana wyrównał się trochę i stał się pewniejszy. Z uczuciem rezygnacji Marco czekał na pytanie wiedząc, że i tak nie odmówi mu żadnej odpowiedzi, byle tylko pomogło to odciągnąć ich myśli od bólu i zmęczenia.

— Naprawdę zabiłbyś tamtego żołnierza?

Nie tego się spodziewał. Prawdę mówiąc zaraz po słowach Reny, że muszą iść, wypchnął ten epizod z pamięci. Nie chciał się nad tym zastanawiać. Ale może powinien?

— Tak — odpowiedział po krótkiej chwili namysłu. — Tak, zrobiłbym to.

Powinien czuć coś więcej niż tylko pewność, że taka właśnie jest prawda. Żal? Wyrzuty sumienia? Przynajmniej ulgę, że nie został do tego zmuszony? Ale poza niezachwianym przekonaniem nie było nic. Zanim zdążył dokładniej to rozważyć, padło kolejne pytanie.

— Zabiłeś już kogoś?

Potrząsnął głową, ale przecież Van nie mógł tego zobaczyć.

— Nie — powiedział głośno. — A ty? Zabiłeś już kogoś?

— Marco, widziałeś. Byłeś tam. Masz jakieś luki w pamięci?

— Ja nie to… — zaczął, ale zmienił zdanie. Odetchnął głęboko i zapytał inaczej. — Czy wcześniej już kogoś zabiłeś?

— Tak.

— Kogo?

Tak naprawdę nie chciał drążyć tego tematu, ale nie potrafił się powstrzymać. Odpowiedź Vana wcale go nie zaskoczyła – jak mogłaby, kiedy sam dzisiaj był świadkiem jak z zimną precyzją, bez wahania, bez żalu Van zatapia miecz w ciałach tamtych mężczyzn. A przecież był za młody, żeby brać udział w jakiejkolwiek potyczce, a otwartej wojny w Ilearze nie było od lat! Zatem w jakich okolicznościach…?

Dopiero po chwili zorientował się, że żadna odpowiedź nie padła. Odwrócił się i przystanął. Van opierał się o drzewo. Z trudem łapał oddech. Nawet w ciemności Marco widział zbielałe kłykcie zaciśniętych mocno pięści.

— Van? Dasz radę iść dalej? — zapytał cicho.

— Tak. Tak, dam radę — usłyszał zduszony, lekko drżący głos. Van odepchnął się od drzewa i zrobił kilka kroków do przodu, zanim znowu opadł ciężko na najbliższy pień. — Nie. Ja chyba zaraz…

Marco momentalnie znalazł się przy nim i złapał, zanim Van ciężko uderzył o ziemię.

Ostrożnie położył go na trawie. Rozejrzał się z rosnącą paniką.

Drzewa. Z każdej strony drzewa. Przynajmniej deszcz zelżał, ale co z tego, kiedy wszystko wokół jest mokre, a szanse na rozpalenie ogniska są żadne? Przyklęknął, rozgarniając dłońmi wilgotne poszycie przy pniu w nadziei, że jednak znajdzie jakieś suche gałązki gdzieś na spodzie.

— Jest zimno, jest ciemno, Van stracił przytomność, dlaczego działam bez planu? — szeptał gorączkowo, przeplatając kolejne zdania przekleństwami. — Morivern ma rację, nic nie wiem, do niczego… Kto tu jest? — zawołał, zrywając się na nogi, kiedy gdzieś za nim trzasnęła złamana gałązka. — Wychodź, bo inaczej…

Nie słyszał niczego poza szmerem liści nad sobą, uderzanych ciężkimi kroplami, ale wyraźnie czuł, że coś – ktoś – go obserwuje. Lodowaty dreszcz przemknął mu wzdłuż kręgosłupa, stawiając włosy na karku, a zaraz potem zrobiło się cieplej. Deszcz niespodziewanie ustał. Chociaż nie, szmer pozostał, tylko krople zatrzymywały się na liściach, nie sięgając już ziemi.

— Bogowie, szaleję — szepnął, siadając bezwładnie. — Mam omamy, co się ze mną dzieje?

Jęknął głośno, chowając twarz w dłoniach. Nie teraz, pomyślał oddychając głęboko. Teraz nie możesz się rozkleić.

Pochylił się nad Vanem i z ulgą stwierdził, że jego oddech się uspokoił, a drżenie ustąpiło. Nie wyglądał tak przerażająco jak jeszcze przed chwilą. W zasadzie to chyba spał.

Ściągnął płaszcz. Strząsnął wodę, po czym zwinął go suchą stroną na zewnątrz i wsunął tę prowizoryczną poduszkę pod głowę nieprzytomnemu chłopakowi. Zwinął się obok, przywierając plecami do drzewa, i oparł głowę na podciągniętych pod brodę kolanach, czekając na świt albo Moriverna – zależnie, który odnajdzie ich pierwszy.

 

Rozdział XIII

Od świtu prześladował ich pech. Najpierw pod obozowisko podeszła woda, choć w pobliżu nie było rzeki, która mogłaby wylać. Pełna beztroski odpowiedź gwardzistów Rosiere’a odnosząca się do jesieni tylko wzmogła irytację Dragasa. Powoli zaczynał nienawidzić tego słowa i wszystkiego, co z sobą niosło. Zanim zebrali rzeczy, coś spłoszyło wierzchowce. Stracili cały ranek na ich złapanie i uspokojenie. W końcu opuścili zalaną okolicę. Koło południa zatrzymali się na krótki postój przy szlaku, by posilić się suchymi racjami, przygotowanymi przez śliczną Marie z karczmy Rudolfa Rocheta. Jak się okazało, suche racje tylko z nazwy pozostawały suche, bo w czasie noclegu i porannej powodzi wszystko zamokło.

— Od następnej gospody dzieli nas dzień drogi — podpowiedział hrabiemu najstarszy stopniem wśród ilearskich żołnierzy. — Mniej, jeżeli pojedziemy na przełaj przez las.

Dragas rozważał przez moment ten pomysł, patrząc między drzewa porastające obie strony gościńca. Przy samej drodze nie były jeszcze tak gęste, ale im głębiej, tym ich było więcej. Z każdym jardem w głąb lasu mniej światła przedzierało się przez rozrośnięte korony, przez co bez względu na porę dnia w najlepszym razie było tam widno jak późnym zmierzchem.

— Nie. Znów możemy trafić na jakieś bagnisko. — Tego akurat najmniej się obawiał, ale to dobry powód do odmowy bez otwartego okazania braku zaufania do Ilearczyków. — Na konie i żywo do przodu.

Jako ostatni znalazł się w siodle. Ujechał tylko kilka kroków. Jego koń wyraźnie kulał. Żołnierze zdążyli wysunąć się już sporo do przodu, więc zakrzyknął na nich, by zawrócili i zsunął się na ziemię, żeby obejrzeć wierzchowca.

— Stracił podkowę — oznajmił, co przyniosło mu w odpowiedzi kilka przekleństw zarówno w rodzimym, jak i tutejszym języku.

Królewscy gwardziści wymienili między sobą powściągliwe spojrzenia. Jakoś szczęście nie towarzyszyło posłowi w jego wyprawie. Zupełnie jakby los chciał zatrzymać ich w miejscu, uniemożliwić dalszą drogę ku granicy i koriańskiej książęcej parze. Jeden coś szepnął. Od razu podchwycił to następny i przekazał towarzyszom. Nie tylko ilearscy panowie i nie tylko prości żołnierze nie chcieli tu z powrotem Marienne i jej męża. Bogowie również sprzysięgli się przeciwko nim.

Dragas dostrzegł ich poruszenie i nawet jeśli nie wszystko zrozumiał, to domyślił się, czego dotyczyło. Daleki był od szukania winy w woli tutejszych bożków, ale że nie zamierzał ścierać się z żołnierzami udał, że nie dosłyszał ich szeptów. Poklepał parskającego nerwowo konia po karku, zastanawiając się, co dalej. Zawołał jednego ze swoich ludzi.

— Gdzie jesteśmy?

Nawet będąc już u jego boku porucznik dyskretnie obserwował gwardzistów. On też wszystko słyszał i też im nie ufał, choć tak jak hrabia nie miał zamiaru się z tym zdradzać. Tych siedmiu młodzików nie stanowiło specjalnie groźnych rywali, ale po co kusić los.

— Na ziemiach de la Varre’ów.

— Potrzebny będzie kowal.

Podjechał do nich gwardzista, ten sam, który zasugerował drogę na skróty przez las.

— Będziemy musieli zboczyć z gościńca, ale wiem, gdzie jechać. — Wytrzymał taksujące spojrzenie koriańskiego porucznika i wyżej zadarł głowę, nie ustępując mu pola. Poza krótkotrwałym grymasem i mocniejszym zaciśnięciem dłoni na wodzach, by nie sięgać do boku, niczym nie okazał niechęci. Ponownie zwrócił się do posła. — Panie hrabio?

Dragas przyglądał się jeszcze przez moment milczącemu starciu między podkomendnymi, dopóki nie uznał, że czas to kończyć.

— To w drogę, panowie. Szkoda dnia na pogawędki.

Nie czekając na nich chwycił uzdę i pociągnął kulejącego konia za sobą. Gwardzista niemalże od razu do niego dołączył, tłumacząc kierunek. Zrobił to tak, by nikt nie miał wątpliwości, że proponowany przez niego szlak jest bezpieczny i jedynie na tyle odbiega od dotychczasowej drogi, jak to naprawdę konieczne.

*

Marco obudził się z przeświadczeniem, że coś twardego wbija mu się w plecy. Każdy najmniejszy ruch witany był rozchodzącą się z tego miejsca falą bólu. Jęknął, próbując zmienić pozycję. Kiedy to nie pomogło, otworzył oczy, tylko po to, by od razu z powrotem mocno zacisnąć powieki.

Wydarzenia poprzedniej nocy wróciły z oślepiającą siłą.

— Nareszcie. Myślałem, że prześpisz cały dzień. Już prawie południe.

Van opierał się o drzewo niedaleko niego, owinięty płaszczem. Sprawiał wrażenie pogrążonego w drzemce i przez moment Marco zastanawiał się nawet, czy się nie przesłyszał.

— Chyba się jednak nie obudziłeś. — Znudzony głos od razu wyprowadził go z błędu.

— Nie, obudziłem się — odpowiedział szybko, choć wbrew swoim słowom nie czuł się jeszcze całkiem przytomny. — Już wstaję.

Potarł mocno oczy, siadając na mokrej trawie. Nie tylko trawa była mokra – ubranie przesiąkło wilgocią z powietrza sprawiając, że było mu zimno i źle. Powoli się podniósł, rozcierając skostniałe ramiona. Chwycił rzucony mu płaszcz, który wcześniej służył Vanowi za poduszkę, i od razu zawinął się w nie do końca suchy, ale lepszy od tego, co miał na sobie, ciężki materiał.

— Jak się czujesz? — zapytał, zaciągając poły płaszcza wokół siebie.

— Dobrze.

Van nie wyglądał dobrze. Był blady, włosy lepiły mu się do twarzy, a źrenice błyszczały gorączką.

— Powinniśmy chyba się stąd zbierać.

Odpowiedziało mu ledwo zauważalne kiwnięcie, ale poza tym Van nie wykonał nawet ruchu, by się podnieść i iść dalej. Nie odezwał się i Marco sam musiał przerwać milczenie.

— Masz jakiś plan?

Van potrząsnął głową, nadal nic nie mówiąc. Marco pohamował poirytowane westchnienie.

— Van.

— Wiem już, gdzie jesteśmy. Popatrz tam.

Odwrócił się i aż oniemiał, czując przypływ niewypowiedzianej ulgi. Las przerzedzał się i spomiędzy drzew prześwitywał widok przygotowanych na zimę pól. Dalej musiała być wioska, najpewniej ta, z której Morivern zwoził potrzebne w zamku rzeczy.

…tylko co z tego, że dotarli do wioski, że tam byli ludzie, których mogliby poprosić o pomoc, skoro oni oddadzą ich kapitanowi? Ale musieli zaryzykować, nie mieli wyjścia.

— Potrzebujemy jedzenia, ktoś powinien obejrzeć twoje plecy.

Wioska była na wyciągnięcie ręki, a tam to wszystko, czego im było teraz potrzeba.

Van nic nie opowiedział, ale przytaknął nikłym ruchem głowy. Znów miał zamknięte oczy. Ta bierność i ugodowość zaczęły przerażać Marca.

— Van, powiedz, co powinniśmy zrobić?

— Pójść do wioski po jedzenie i suche ubrania. Może i konie, jeśli ktokolwiek uzna tam moje prawa własności. Tylko że…

— Morivern nas tam znajdzie.

Van znów kiwnął głową.

— Twoi żołnierze już tam dziś byli. Widziałem, jak opuszczali wieś. Aż dziw, że nie przetrząsają jeszcze lasu.

Skrzywił się, słysząc „twoi żołnierze”. Nie mógł nawet zaprzeczyć – przecież to byli żołnierze von Throim.

— To co nam pozostaje?

— Nic.

Znów spojrzał przez drzewa na pola, wypatrując zarysu chat. Potrzebowali jedzenia, konie byłyby spełnieniem marzeń. Jednak czy istniała szansa, by wieśniacy na ich widok nie popędzili po Moriverna? Jeżeli żołnierze odwiedzili już wioskę, to mieszkańcy wiedzieli, że kapitan szuka uciekinierów z zamku. Wątpił, by ktoś był w stanie przeciwko niemu wystąpić. Sam bał się tego, do czego zdolny był Morivern.

A gdyby tak zakraść się tam, niepostrzeżenie coś zdobyć? Uciec, zanim ktokolwiek się zorientuje? Czy to mogłoby się udać? Był środek dnia, wieś tętniła życiem, wszyscy byli na nogach, czujni po wizycie żołnierzy. Nie. Do tego Van. Przecież nie zostawi go tu samego.

Van też patrzył w kierunku wioski, ale poza obojętnością Marcowi niczego nie udało się wyczytać z jego twarzy. Poddał się, pogodził z tym, że nic nie są w stanie zrobić. Nic poza czekaniem, aż kapitan ich znajdzie.

Nie, nie tak się to skończy.

— Nie. — Marco powtórzył to na głos z determinacją, która nagle wypchnęła wahanie i strach. Podszedł do Vana i trącił go lekko w nogę, żeby zwrócić jego uwagę. — Wstawaj. Nie po to opuściliśmy Brugge, żeby teraz czekać tu na Moriverna.

— A to nie wszystko jedno: tutaj czy w wiosce?

— Nie. Bo nie pójdziemy do wioski — oznajmił. — Wstawaj.

Na długą chwilę zapadła przytłaczająca cisza, ale wreszcie Van zdecydował się spełnić jego prośbę. Nie, nie prośbę – nakaz. Powoli, podpierając się o popękany, śliski od wilgotnego mchu pień podniósł się z ziemi. Zdusił jęk bólu, choć grymasu na twarzy nie zdołał powstrzymać.

Marco szybko odwrócił wzrok udając, że nie zauważył. Nie mogli tu zostać, musieli iść dalej.

— Wstałem. Co teraz, von Throim?

— Idziemy. Skrajem lasu w kierunku gościńca. Może tam znajdzie się ktoś, kto nam pomoże dotrzeć do stolicy.

Stolica była bliżej niż portowe miasta. Po drodze zastanowią się, co dalej.

Odpowiedziało mu badawcze, oceniające spojrzenie, długo nie opuszczające jego postaci. Potem Van po raz kolejny przytaknął.

— Prowadź.

Pohamował napływ cieplejszych uczuć na widok nikłego uśmiechu. Za wcześnie na zadowolenie. Przed nimi rysowała się perspektywa naprawdę długich i ciężkich dni.

Pozostawili za sobą zgniecioną trawę, zdeptane i połamane gałązki; nikt, nawet nieobeznany ze sztuką tropienia, nie mógł przegapić wyraźnych znaków ich obecności. Van zdawał się w ogóle tym nie przejąć.

— Deszcz wszystko zmyje — powiedział, gdy dostrzegł wahanie Marca. — Niedługo znów się rozpa… da.

Marco najpierw zauważył jego minę, nagle zmrużone oczy i skrzywienie warg, dopiero potem załamanie głosu. Podążył wzrokiem za jego spojrzeniem i aż się cofnął, wpadając plecami na drzewo.

Jeśli miał sądzić po wyrazie zdumienia, jaki malował się na twarzach trzech mężczyzn obładowanych sidłami i drobną leśną zwierzyną, nie on jeden nie spodziewał się towarzystwa.

*

Nie mieli dostatecznych argumentów, by przekonać potężnie zbudowanych myśliwych, żeby ci zapomnieli o ich istnieniu. Idąc za nimi przez wioskę nie rozglądali się na boki. Van nie odrywał wzroku od ubitej drogi, pooranej krzywymi, zalanymi koleinami, Marco starał się patrzeć jedynie przed siebie, nie zauważać gwaru wokół. Ich przybycie wywołało niemałe poruszenie. Wieśniacy powychodzili przed domy i gromadzili się teraz na niewielkim placu między chatami. Nikt chyba nie został w środku; wszyscy chcieli zobaczyć szykujące się widowisko.

Van był celem większości spojrzeń i szeptanych komentarzy. To oczywiste, znali go tu. Był ich paniczem, ich przyszłym – niedoszłym – księciem.

— Nie możemy tu zostać — odezwał się Marco, sam już nie wiedząc, który raz to mówi. Jak do tej pory usłyszeli tylko, że nie mają powodów do obaw, ale nie zostaną pozostawieni w spokoju. Nic więcej. — Nie możecie nas oddać żołnierzom. Jeśli chcecie sprowadzić Moriverna…

Ruch wielkiej, twardej dłoni uciszył go w pół zdania. Zirytował się, ale nie zdziwił, kiedy Van nie zareagował ani na jego słowa, ani na zachowanie myśliwych. Od momentu, gdy tych trzech zjawiło się przy nich w lesie, ani raz się nie odezwał. Nie okazał strachu, ale też nie protestował i nie próbował się bronić, potulnie zgadzając się na marsz do wioski.

Otaczające ich szepty nabierały mocy, a niepokój Marca wzmagał się z każdym kolejnym krokiem. W ciągu ostatnich dni zdążył zapomnieć, jak złą sławą cieszył się Gabriel de la Varre. Z pewnością jego poddani nie mogli mieć lepszego o nim zdania, niż wysoko postawione głowy w państwie. Może to wcale nie ciekawość wyciągała całe rodziny przed chaty. Może to nienawiść rozpalała ich oczy. Chęć zemsty. Chęć pogrążenia młodego panicza.

— Nie mogę w tej chwili nic zaoferować, ale mój ojciec, kiedy się dowie…

— Zamilcz. — Mimo ostrego słowa ton prowadzącego ich mężczyzny był łagodny jak prośba, nie rozkaz, ale i tak odniósł skutek. Marco zaprzestał dalszych prób. Jakie miał wyjście? Przecież wieśniacy, choć nieszkoleni w boju, stanowili zagrożenie nawet dla zakutego w zbroję rycerza. Co dopiero mówić o nich, zmęczonych i bez broni. Gdyby ci ludzie chcieli dokończyć dzieła pogromu rodu de la Varre, nic nie zdołałoby ich przed tym w tej chwili powstrzymać. Na pewno nie Marco.

A jeżeli tak właśnie było? Przystanął, porażony tą myślą. Jeżeli wieśniakom nie chodziło o to, by oddać ich Morivernowi? Jeżeli sami chcieli rozprawić się z paniczykiem z Brugge?

Van z pewnością sprawiał wrażenie idącego na ścięcie.

Marco tak nagle się zatrzymał, że nawet Van to zauważył. Obejrzał się i też przystanął.

— Co się stało?

— Jeszcze nic, ale… — wyszeptał Marco i umilkł, pochwyciwszy wzrok jednego z eskortujących ich myśliwych.

— Paniczu?

To słowo zabrzmiało jak kpina. W surowej, zarośniętej twarzy mężczyzny było coś takiego, co tylko utwierdziło Marca w przekonaniu, że się nie myli co do ich zamiarów. Zdusił rodzącą się na nowo panikę, ze wszystkich sił starając się zachować zdolność jasnego myślenia. Zadarł wyżej głowę w odpowiedzi na po części wyczekujące, po części oceniające spojrzenie myśliwego. Odegnał od siebie myśl, jak musi wyglądać po ucieczce od własnych żołnierzy i nocy spędzonej w lesie, i skupił się na tym, że ma do czynienia jedynie z wieśniakiem; silnym, niebezpiecznym i mającym nad nim niezaprzeczalną przewagę pod każdym względem w tej sytuacji, ale tylko wieśniakiem.

— Jakie macie wobec nas plany?

Myśliwy nie odpowiedział. Nawet jeśli miał taki zamiar – a musiał mieć, bo stanowczość w głosie Marca nie pozostawiała wątpliwości, że to nie prośba przestraszonego dzieciaka, a żądanie panicza, któremu odpowiedź się należy – to zanim zdołał się odezwać, szmer szeptów wzmógł się jeszcze bardziej, uniemożliwiając dalszą rozmowę.

Ku nim zmierzał starszy, siwy mężczyzna. Odciągnął jednego z myśliwych na bok i od razu zaczął mówić coś szybko i cicho, zerkając na Vana i Marca.

— Co się dzieje? Kto to jest? — zapytał Marco. Znów nie dostał odpowiedzi ani od wieśniaków, ani tym bardziej od Vana, przyglądającego się starcowi z dziwnym, trudnym do odczytania wyrazem, który zastąpił dotychczasową obojętność.

Kiedy myśliwy do nich wrócił, bez uprzedzenia chwycił Marca i pociągnął za sobą do najbliższej chaty.

— Idziemy — rzucił krótko. Drugi ścisnął ramię Vana i pokierował go w tę samą stronę. — Szybko.

— Hej! — zaprotestował głośno Marco, bezskutecznie próbując się wyrwać.

Przez twarz Vana przebiegł skurcz bólu, gdy palce wieśniaka zacisnęły się mocniej, ale od razu zapanował nad sobą. Popatrzył na trzymającego go w taki sposób, że tamten momentalnie cofnął dłoń i odruchowo zrobił krok do tyłu. Najwyraźniej Van również przypomniał sobie, kto tu jest lordem.

— Van, musimy iść.

Szkoda tylko, że zapomniał o tym w momencie, kiedy usłyszał ponaglający głos starca.

— Hannes — szepnął ledwo słyszalnie. Włosy opadły mu na twarz, kryjąc ją przez wzrokiem otaczających go ludzi i w jednej chwili jego pewność gdzieś uleciała. Zaparł się jednak i nie ruszył z miejsca.

Bladobłękitne oczy, niespotykanie żywe w pomarszczonej twarzy, wypełniły się zniecierpliwieniem. Ale poza tym emanowała z nich łagodność – coś, czego Van nie mógł dostrzec, bo starannie unikał spojrzenia wiekowego mężczyzny nawet wtedy, gdy się do niego zwracał.

— Potrzebuję dwóch koni i suchych ubrań. I jedzenia. I wyjeżdżam stąd.

Ostatnie słowa dobitnie zaakcentował, z góry chcąc dać do zrozumienia, że w grę nie wchodzą żadne protesty.

— Van.

— Natychmiast.

Starzec westchnął zrezygnowany.

— Obawiam się, że to już…

— Van de la Varre! Kto by się spodziewał — przerwał mu śpiewny, znajomo brzmiący głos. — Widać plotki o twojej śmierci były mocno przesadzone, co mnie oczywiście niezmiernie raduje.

Van momentalnie podniósł głowę, zapominając o śledzących każdy jego ruch ludziach wokół, a Marco poczuł, jak na dźwięk tego głosu ogarnia go niezrozumiałe gorąco. Ostatni raz słyszał go wieki temu. Nad brzegiem strumienia w królewskich ogrodach. A potem już tylko w myślach, uparcie powracający ze słowami, których Marco nie chciał rozważać.

— Próbowałem was ostrzec — szepnął Hannes, jak oni patrząc na zbliżającego się Korianina, za którym szedł okulały koń. — Teraz już za późno na cokolwiek.

— Panicz von Throim — mówił dalej Dragas. Kiwnął powitalnie głową ku skamieniałemu chłopakowi. — Jeszcze większa niespodzianka. Zastanawiam się, cóż to za bogowie sprowadzili mnie w te strony właśnie teraz.

— Dragas — szepnął Marco, zaskoczony i dodatkowo zmieszany powracającymi wspomnieniami. — Co ty tu robisz?

W zamierzeniu miał zabrzmieć stanowczo i pewnie, ale jak wcześniej jedynie szept wydostał się ze ściśniętego gardła.

— Jeszcze nie wiem. Ale z pewnością najbliższe chwile przyniosą nam odpowiedź. — Błysk rozbawienia przygasł, zastąpiony przez zadumę, gdy jego wzrok powrócił do Vana. Zmarszczył brwi, jakby do końca nie wierzył w to, co widzi przed sobą. — Ty naprawdę powinieneś nie żyć.

Van zmrużył wściekle oczy, ale zanim zdążył się odezwać, Marco znalazł się przed nim, odgradzając od Korianina. Zażenowanie i coś jeszcze, czego nie potrafił – i nawet nie chciał – nazwać, ustąpiło miejsca narastającemu gniewowi.

— Nie zbliżaj się — syknął. — Nie waż się podejść bliżej.

Dragas zatrzymał się i chyba nikt nie był tym bardziej zdziwiony niż sam Marco. Musiało się to odbić na jego twarzy, bo Dragas zaśmiał się cicho. Szybko jednak spoważniał.

— Co mu jest? — zapytał, wskazując Vana.

Marco obejrzał się szybko przez ramię do tyłu. Na moment zapomniał, że przecież Van nie jest w pełni sił. Oczywiście w obliczu śmierci z rąk rozwścieczonych wieśniaków prośba o pomoc wywietrzała mu z głowy.

— Nic — odpowiedział zamiast niego Van. — „Jemu” nic nie jest.

— Rzeczywiście, jak mogłem nie zauważyć. — Hannes oparł mu dłoń na plecach, chcąc go delikatnie popchnąć w stronę najbliższej chaty i Van, zaskoczony jego działaniem, nie zdołał pohamować bolesnego jęku. Starzec momentalnie opuścił rękę. — Co się stało?

Na odpowiedź Vana nie mieli co liczyć, więc Marco sam spróbował wyjaśnić.

— Wczoraj w nocy kapitan Morivern…

— Milcz! — przerwał mu Van. Odsunął się od nich i mocniej zaciągnął poły płaszcza. — Nic mi nie jest.

— Nieprawda. — Marco odwrócił się do niego. — Dobrze wiesz, że to nieprawda. Oni mogą nam pomóc.

W pełnej napięcia i niepokoju postawie starego wieśniaka nie dopatrzył się groźby. Hannes na pewno nie chciał widzieć ich panicza ze sznurem na szyi. On naprawdę mógł przyjść im z pomocą.

— Van. Nie odstaniesz niczego, dopóki nie przekonamy się, że jesteś w stanie gdziekolwiek wyruszyć — powiedział cierpliwie Hannes, jakby czytał mu w myślach. Van spiął się wyraźnie, ale nie cofnął się już, gdy starzec znów się do niego zbliżył i tym razem jeszcze ostrożniej ujął go za rękę.

Marco zaryzykował krótkie spojrzenie na Korianina, który wciąż stał niedaleko, przyglądając się temu w zadumie. Dragas kiwnął nieznacznie głową w odpowiedzi na jego nieme pytanie.

— Niech ten wieśniak zajmie się Vanem. Może w tym czasie ty wprowadzisz mnie w sytuację? Bo wydaje mi się, że macie tutaj niemałe problemy, nie tak, Marco?

Zawahał się, ale niespodziewanie Van podjął decyzję za niego.

— Powiedz mu, co chce wiedzieć. Nie mamy wyjścia.

Rezygnacja w głosie Vana nie spodobała mu się ani trochę. Ale miał rację. Nie było innego wyjścia.

— Możecie, panie, zająć moją chatę — zaproponował Hannes. — Chłopcy wskażą wam drogę. W tym czasie kowal zajmie się waszym koniem. Jeśli będziecie czegoś potrzebować…

Dragas odprawił go skinieniem, na co Hannes skłonił się i wywołał kogoś z tłumu, jaki się wokół nich zgromadził, a sam razem z Vanem zniknął w najbliższej chacie.

Młody, postawny mężczyzna pojawił się przy boku posła.

— Dajcie panie uzdę. Zaprowadzę go do kowala. Jahan, wskaż jaśnie państwu chatę Castora.

Zawołany kiwnął głową i pokierował Dragasa w odpowiednią stronę.

Marco nie bez wahania poszedł za nimi. W miejsce niepokoju o Vana pojawił się inny, rozbudzony wspomnieniami z królewskiego dworku. I tym, co wyznał mu Van jeszcze w Brugge. Jak to powiedział? Dragas nie miałby nic przeciwko temu, by lepiej go poznać? Zorientował się nagle, że przygląda się idącemu przed nim posłowi. I że sam też jest obserwowany – nie przez wieśniaków, rozchodzących się już powoli, a żołnierzy, którzy pojawili się razem z posłem. Zreflektował się, odwrócił wzrok od Korianina i nie tracąc już czasu dołączył do niego, nie chcąc dłużej być celem zainteresowania poselskiej świty.

Dragas przystanął w drzwiach chaty, odesłał stamtąd starszą kobietę, najpewniej żonę Hannesa, i zakazał, by ktokolwiek przeszkadzał im w rozmowie. Marco znów się zawahał. Dragas musiał to dostrzec, bo uśmiechnął się lekko i uczynił zapraszający gest.

— No chodź. Wiesz, że nie musisz się mnie obawiać.

Twarz i kark zapiekły go żywym ogniem. Zdawało mu się, że wśród podwładnych posła rozległy się przytłumione parsknięcia, ale nie odważył się tego sprawdzić. Szybko przekroczył próg, wchodząc w półmrok obszernej izby. Jedyne okno było przysłonięte, a ogień pod paleniskiem wygaszony. Cienie nabrały jeszcze większej głębi, gdy Dragas zamknął za sobą drzwi.

— Zatem? Co robicie w wiosce? I dlaczego wyglądacie jak po nocy spędzonej w lesie? — zapytał, podchodząc do niskiej ławy, zbitej z nieciosanych belek. Odsunął zalegające na blacie misy i przysiadł na krawędzi, odwracając się do Marca.

— Bo spędziliśmy noc w lesie — odpowiedział mu Marco. Rozejrzał się, szukając miejsca, które sam mógłby zająć. Jednak poza ławą oraz posłaniem, które nie wyglądało zbyt zachęcająco, nic nie rzuciło mu się w oczy. Został tam, gdzie stał.

— Jak to?

— Opuściliśmy Brugge. I teraz kapitan mojego ojca nas szuka. I jeżeli szybko stąd nie odjedziemy, znajdzie nas. A ja nie pozwolę mu więcej… — urwał, zanim powiedział za dużo.

Korianin przyglądał mu się z powagą.

— Nie pozwolisz mu więcej na co?

Marco przeczesał nerwowo włosy, zastanawiając się, ile mógł wyznać. Widocznie milczał za długo, bo Dragas zadał kolejne pytanie.

— Co się stało?

— Ja nie… — Nie powinienem. Raz jeszcze przebiegł wzrokiem po izbie, po czym siadł ciężko na rozkopanym posłaniu z wełnianych koców. Był zmęczony. Naprawdę zmęczony tym wszystkim. — Wyjechaliśmy z Vanem na przejażdżkę na łąki pod Brugge. Moriverna nie było, nie zezwoliłby na to. Ale dowiedział się i sprowadził nas z powrotem. A przecież nie robiliśmy nic złego!

Bat ze świstem przeciął powietrze w jego wspomnieniach i Marco drgnął gwałtownie.

— Gdy wróciliśmy, Morivern był wściekły. Sprowokował Vana. Van nic by nie zrobił, gdyby kapitan nie… — znów urwał, gdy przed oczami stanęła mu szarpiąca się Gwiazdka, parskająca i kopiąca rozpaczliwie powietrze przed sobą.

— Co zrobił twój kapitan? — zapytał łagodnie Dragas.

„Twój kapitan”, „twoi żołnierze” – Marco znienawidził te słowa. Chętnie wpisałby je na nieistniejącą listę Vana.

— Zabił Gwiazdkę — szepnął, czując że głos mu drży na wspomnienie wczorajszego wieczoru. Nie wierzył, że to było zaledwie wczoraj – ich wyprawa na łąki, ich pierwsza normalna rozmowa. Myślał wtedy, że to nowy początek, że życie w Brugge wreszcie stanie się do zniesienia, ale od tamtej chwili tyle się wydarzyło. Wszystko się zmieniło.

Oczy Dragasa pociemniały, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo Marco mówił dalej.

— Zarżnął Gwiazdkę. Ale zanim to zrobił, Van zabił trzech jego ludzi. Moich ludzi. I Morivern…

Nie dokończył. Ukrył twarz w dłoniach. Czuł się tak bardzo zmęczony. Nie tylko fizycznie. Także, a może przede wszystkim, wykończony emocjonalnie. Za dużo się wydarzyło. Za dużo spadło na jego głowę. Minęła długa chwila, zanim znowu był w stanie mówić.

— Oddasz nas Morivernowi?

Usłyszał, jak Dragas podnosi się z ławy i zbliża.

— Co ja mam z wami zrobić? — odpowiedział mu pytaniem Korianin. — Co mam zrobić z hrabiątkiem, które uciekło spod skrzydeł swojego opiekuna, i z księciem, który od dawna powinien już nie żyć?

Marco momentalnie podniósł na niego rozszerzone przerażeniem oczy.

— Ty chyba nie… — Nie potrafił nawet dokończyć tej myśli. — Nie możesz. Nie możesz, rozumiesz?

Dragas przykucnął przed nim, ale w odpowiedzi przeszkodziło mu pukanie do drzwi.

W progu stanął jego porucznik. Za nim Dragas dostrzegł kobietę, tę samą, którą wcześniej stąd wyrzucił.

— Hrabio, posiłek i ubrania dla panicza.

Kiwnął głową, przypominając sobie, że przecież chłopak spędził noc w lesie i obył się bez jedzenia. Żołnierz przepuścił kobietę, która rzeczywiście niosła coś na tacy, a przez ramię miała przewieszone złożone ubrania.

— Czy wasza miłość również…

— Nie. Przygotujcie nam coś na drogę.

Kobieta odstawiła tacę na ławę, zostawiła ubrania na niskim stołku obok, skłoniła się przed nimi i wyszła.

— Musisz być głodny. — Dragas podniósł się, żeby obejrzeć, co takiego przyniosła, choć sam niczego nie ruszył. Marco obserwował go wciąż z tym samym przerażeniem. Był głodny. I niewyspany. Ale przede wszystkim był oszołomiony tym, co usłyszał. Chciał ponowić swoje żądanie, ale nie potrafił wydusić z siebie ani słowa.

Dragas stanął w drzwiach.

— Zjedz. Przebierz się. Zobaczę jak się ma nasz drugi uciekinier.

Marco poderwał się na nogi.

— Stój! Nie możesz…! — Znów zaczął protestować, ale zamilkł, kiedy dostrzegł twarde spojrzenie Dragasa.

— Obawiam się, że mogę, Marco. Obawiam się, że powinienem. — Tym słowom towarzyszył zimny uśmiech, jakiego wcześniej Marco nie miał okazji widzieć. — Zostań tu.

Zostawiając osłupiałego chłopaka na środku izby, wyszedł.

Od razu udał się do chaty, zajętej w tej chwili przez Hannesa i Vana. Wszedł bez pukania.

Starzec siedział pod ścianą przy wejściu. Przy rozpalonym piecu, skąd rozchodził się bogaty aromat ziół, krzątała się kobieta, druga klęczała przy posłaniu, na którym leżał Van. Dragas z trudem pohamował grymas na widok pociętych dziesiątkami szram pleców chłopaka. Już nie musiał pytać Marca, co takiego zrobił jego żołnierz, że obaj z Vanem uznali ucieczkę z Brugge za jedyne wyjście.

— Co z nim? — zapytał Hannesa, gdy ten podniósł się z ławy. Van miał zamiar sam odpowiedzieć, i sądząc po jego minie nie usłyszeliby nic przyjemnego, jednak właśnie wtedy opatrująca go kobieta przesunęła mu po plecach nasączoną w ziołowym wywarze szmatką. Zagryzł wargi i zacisnął mocno powieki, chowając twarz w kocach i zapominając może nawet na chwilę o obecności posła.

Hannes potrząsnął głową z westchnieniem.

— Dlaczego chcecie wiedzieć, panie?

Dragas ściągnął gniewnie brwi.

— Odpowiadaj, kiedy pytam — zażądał. Zaraz jednak dodał znacznie ciszej i łagodniej. — Nie życzę mu źle. Naprawdę.

— Dobry opatrunek, opieka i odpoczynek – tego potrzebuje, nie tułaczki po lesie czy gościńcach. I na pewno nie rozwścieczonego żołdactwa von Throima nad swoją głową. — Starzec z kolejnym westchnieniem przeniósł wzrok za okno.

Dragas spojrzał za siebie. Przed progiem stał Marco, wpatrując się w Vana. Van go nie zauważył, a on sam wydawał się nie słyszeć ani słowa z rozmowy, która toczyła się tuż obok niego. Nie zwracał też uwagi na zamęt, jaki rozpętał się za jego plecami. Dragas usłyszał podniesiony głos porucznika i czyjś jeszcze, z twardym, ale zdecydowanie tutejszym akcentem. Natychmiast wyszedł na zewnątrz, bezceremonialnie przesuwając chłopaka w progu.

Hannes nie mylił się. Do wioski wjechało trzech mężczyzn w barwach hrabiego von Throim, z czego jeden przekrzykiwał się właśnie z koriańskim porucznikiem, stojącym mu na drodze. Dragas pospiesznie ruszył w tamtą stronę.

— Co się tu dzieje?

Na jego widok na twarzy porucznika odmalował się wyraz ulgi. Podejrzewał już, że jego dowódca ma zamiar zająć stanowisko w konflikcie, na jaki tu trafili, wciąż jednak jeszcze nie wiedział, na ile sam powinien się zaangażować. Był żołnierzem obcego kraju, nie mógł pozwolić sobie na przekraczanie kompetencji, których granice w tej chwili zdawały się bardzo niewyraźne.

— Panie hrabio — zaczął, ustępując krok na bok przed Dragasem, ale najemnik von Throima mu przerwał.

— Szukamy dwóch… Zresztą, to już nieistotne. — Na twarzy żołnierza pojawił się nieprzyjemny uśmiech, kiedy dostrzegł Marca. — Widzę, że właśnie znaleźliśmy nasze zguby. Paniczu von Throim, kapitan Morivern niepokoi się waszym nagłym zniknięciem. Nie powinniście byli tak opuszczać Brugge bez słowa — zawołał, szczerząc się szeroko. Zaraz potem ponownie zwrócił się do posła. — Zakładam, że młody de la Varre też gdzieś tu jest. Jeśli nie macie nic przeciwko, panowie, zabierzemy teraz naszych młodych zbiegów ze sobą z powrotem pod opiekę kapitana.

— Zaiste, mamy. — Dragas postąpił krok do przodu, blokując mu drogę. — Możecie przekazać waszemu kapitanowi, że panicz von Throim i panicz de la Varre znajdują się pod moją opieką i do momentu, kiedy sami nie wyrażą takiego pragnienia, nie wrócą do Brugge.

Uśmiech najemnika zniknął, jego dłoń zamknęła się na rękojeści miecza, a on sam postąpił do przodu, szykując się do ataku.

— Z drogi, psie.

Dragas nie wykonał żadnego ruchu, uśmiechnął się nawet zachęcająco. Porucznik przewrócił oczami, rozpoznając prowokujący błysk, jaki rozpalił źrenice jego dowódcy. Zanim zdążył zainterweniować, zrobili to królewscy gwardziści. Dwóch z nich wpadło między posła i gotowego do walki żołnierza.

— Mówisz z posłem, psie. — Ostatnie słowo zostało mocno zaakcentowane. — Zważ na królewski immunitet, jeśli tu i teraz nie chcesz odpowiadać za obrazę majestatu.

— Nie mamy króla w tej chwili — warknął najemnik, nie cofając się nawet o krok. Dłoń wciąż spoczywała na rękojeści i w każdej chwili mógł skoczyć do przodu.

— Już niedługo — odpowiedział mu śpiewnie Dragas, za co od razu stał się celem gromiącego spojrzenia jednego z gwardzistów Rosiere’a. Uniósł wysoko brwi i popatrzył na porucznika, u niego szukając potwierdzenia, że się nie przewidział. W odpowiedzi uzyskał niewielki, rozbawiony uśmieszek.

— Wciąż mamy Radę, z której polecenia my tu jesteśmy. Chcesz się ze mną spierać, żołnierzu?

— Kapitanowi to się nie spodoba. Co mam mu powiedzieć?

— Nie interesują mnie uczucia twojego kapitana. Masz mu powiedzieć dokładnie to, co usłyszałeś od jaśnie pana hrabiego.

Żołnierz skrzywił się w gniewnym grymasie, ale nie protestował więcej. Dosiadł konia i zakrzyknął na towarzyszy. Chwilę później już galopowali w kierunku Brugge.

Gwardzista odwrócił się do Korianina.

— Nie po to Rada przydzieliła nas panu, panie jaśnie hrabio. — W jego głosie zabrzmiała podobna niechęć, jak w rozmowie z najemnikiem. — Nie powinniśmy się mieszać w sprawy rodowych.

— Nie dla waszych cennych rad otrzymałem was od pana Rosiere’a, żołnierzu.

Gwardzista zacisnął mocno wargi, hamując cisnącą się na usta odpowiedź. Skłonił się sztywno i dołączył do towarzyszy, którzy odeszli już na bok.

— On ma rację — powiedział cicho porucznik. — Nie powinniśmy się mieszać.

Dragas wzruszył ramieniem.

— Przenocujemy tutaj. Do zmierzchu zostało parę godzin, ale nie widzę sensu, żeby rozbijać obóz zaraz za wioską.

Porucznik chciał jeszcze coś dodać, ale zrezygnował. Na tyle już znał hrabiego, że nie próbował dalszych prób odwodzenia go od tego pomysłu.

— Zajmę się wszystkim — zapewnił, zanim odszedł do swoich obowiązków.

Marco wciąż stał w tym samym miejscu na progu chaty. Kiedy pochwycił spojrzenie posła, odwrócił się i zniknął w środku.

Dragas potrząsnął głową z nikłym uśmiechem. Nie mając chwilowo nic lepszego do roboty postanowił odszukać kowala.

*

— Co z Vanem? — zapytał Marco szeptem, śledząc wzrokiem dłonie kobiety, gdy ta kończyła opatrywać plecy młodego de la Varre’a. Hannes zastanawiał się chwilę, jaką powinien dać odpowiedź.

— Jest dobrze. Będzie lepiej, kiedy odpocznie.

— I to wszytko?

— A co chciałeś usłyszeć? Że umieram? — doleciało go od strony posłania; pierwsza oznaka tego, że Van w ogóle zauważył jego obecność.

Hannes pozwolił sobie na nikły uśmiech.

— Daleko ci do tego, Van. — Zdjął z paleniska niewielki garnek i przelał aromatyczną zawartość do drewnianego kubka. Zajął miejsce kobiety, która skończyła już swoje zadanie. — Wypij to.

Van zmierzył kubek podejrzliwym spojrzeniem.

— Co to jest?

— Napar z ziół. Zmniejszy gorączkę. I ukoi ból.

— Dlaczego mi pomagasz? Ja nie… Nie rozumiem tego. Dlaczego?

Hannes westchnął i uśmiechnął się łagodnie. Podsunął kubek bliżej.

— Masz. Nie jest z tobą źle, paniczu z Brugge, ale to nie znaczy, że twój stan nie może się pogorszyć.

Kiedy stało się jasne, że Hannes nie zamierza odpowiadać, Marco zbliżył się do nich. Wziął kubek od starca i klęknął przy posłaniu.

— Wypij to, nie dyskutuj. I tak nigdzie się stąd nie ruszamy w najbliższym czasie.

— Jak to nie? Ja nie mam zamiaru… — Van urwał z bolesnym sykiem przez zaciśnięte zęby. Odetchnął głęboko, po czym powoli przekręcił się na bok i podparł na łokciu. — Daj to.

Marco podał mu kubek. Van upił łyk, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie.

— Paskudztwo.

— Nie marudź. Zachowujesz się jak dziecko.

Van prychnął cicho, ale resztę naparu wypił bez słowa.

— Co z Morivernem? — zapytał, gdy Hannes zabrał pusty kubek i wrócił na swoje miejsce na ławie.

— Jego żołnierze byli tu niedawno. Ale już odjechali z powrotem do Brugge. Morivern z całą pewnością dowie się, gdzie jesteśmy. Jeśli opuścimy wioskę, od razu nas dopadnie.

— A co go powstrzyma przed dopadnięciem nas w wiosce?

— Dragas.

— Dragas? — Van parsknął urwanym śmiechem, po czym skrzywił się z bólu. Opadł z powrotem na koce, klnąc cicho na kapitana.

— Przynajmniej do rana jesteśmy bezpieczni. Dragas oznajmił żołnierzom, że obaj jesteśmy pod jego opieką i zdanie Moriverna nie ma dla niego najmniejszego znaczenia.

— Nie wątpię, że Dragas tobą z chęcią by się zaopiekował. — Van potarł oczy, tłumiąc ziewnięcie. Nie zauważył, a może świadomie zignorował czerwień, jaka zalała policzki Marca. — Te zioła…

— Pomogą ci zasnąć — odezwał się ze swojego miejsca Hannes. Van znowu poderwał się z koców i znów przeszył go paraliżujący ból, gorszy niż przez całą poprzednią noc. Marco położył ostrożnie rękę na jego ramieniu i pokierował w dół.

— Leż. Odpocznij. Nigdzie się stąd nie ruszamy — przypomniał. Pod naporem jego dłoni Van się położył. Zamrugał parę razy, starając się przezwyciężyć senność, ale z marnym skutkiem.

— Łatwo… Łatwo ci mówić — szepnął, nie próbując już nawet otworzyć oczu. — Przecież ten Korianin…

— Nie — przerwał mu Marco ostro. Po chwili powtórzył łagodniej. — Nie. Nie pozwolę, żeby coś złego cię… nas tu spotkało.

Van już go nie usłyszał. Marco podniósł się cicho. Odwrócił się do Hannesa.

— Czy mam twoje słowo…

— Masz — odpowiedział starzec ze zmęczonym uśmiechem. — Masz moje słowo, młody paniczu von Throim. Nie zależy mi na jego krzywdzie. Bo w głębi duszy to dobre dziecko.

Marco spojrzał na pogrążonego w nienaturalnym, ale może przynajmniej leczniczym śnie Vana. Również pozwolił sobie na maleńki uśmiech.

Dobre dziecko. Dobrze, że Van już tego nie słyszał.

 

Rozdział XIV

Marco niechętnie zostawił Vana. Gdy jednak starzec zapewnił go któryś raz z rzędu, że Van będzie spał i na nic mu się tu młody panicz von Throim nie przyda, dał się przekonać i wyszedł.

Sam też miał ochotę położyć się choćby i w tamtych kocach, które zostały w chacie Hannesa, ale wciąż prześladowała go niedokończona rozmowa z posłem. Był wdzięczny za wsparcie i przegnanie stąd żołdactwa z zamku, ale to nie znaczyło jeszcze, że zapomniał, co tamten powiedział. Ta sprawa – sprawa zamiarów Dragasa co do nich – wciąż pozostawała otwarta.

Wieśniacy wrócili do swoich zajęć, ale ci, którzy pracowali na zewnątrz, nie kryli swojego zainteresowania. Szeptali między sobą, jeden z drugim gdzieś parsknął śmiechem. Nie wyczuwał w ich zachowaniu wrogości. Może nie zdawali sobie sprawy, że sama obecność uciekinierów z Brugge w wiosce oznacza dla nich kłopoty, nawet bez ich czynnej pomocy poszukiwanym paniczom. A może Hannes posiadał wśród nich większy szacunek niż najemny żołnierz mordercy ich księcia mógł wzbudzić w nich strachu.

Dzieci na pewno się nie bały ani żołnierzy, którzy mogli się tu w każdej chwili zjawić, ani tym bardziej Marca. Te młodsze, których rodzice nie zapędzili do pracy, goniły się tuż koło niego, biegnąc tam, gdzie on szedł, zawsze tak, by nie zniknął im z oczu. Przekrzykiwały się, śmiały, te odważniejsze zaczepiały go nawet, ale gdy tylko spojrzał w ich stronę odbiegały, radośnie wyszczerzone kryjąc się za resztą. Pożałował, że nie ma niczego, co mógłby im dać, ale one zdawały dobrze się bawić nawet bez podarunków.

W ich towarzystwie trafił wreszcie do kowala, gdzie pochłonięty rozmową z jednym ze swoich ludzi stał Dragas.

Marco cierpliwie odczekał, aż zostanie zauważony. Trudno było przeoczyć jego przybycie z rozkrzyczanymi dzieciakami, hałasującymi niczym cały oddział wojska, ale i tak minęło kilka chwil, zanim pochwycił wzrok posła. Korianin niemal natychmiast odprawił żołnierza, choć podchodząc do niego nie sprawiał wrażenia będącego w pośpiechu.

— Marco. Co tu robisz? — Poseł popatrzył na dzieci, a te z piskiem i śmiechem rozbiegły się na wszystkie strony.

Marco poczuł się jak porzucony przez sprzymierzeńców.

— Musimy porozmawiać — odpowiedział. Wokół wciąż było pełno ludzi, był nawet świadomy zainteresowania żołnierzy, obserwujących swojego dowódcę, a mimo to miał wrażenie, że znowu są sami. Może to intensywność spojrzenia Korianina miała taki skutek, albo zapach, który omiótł go wraz z delikatną bryzą; zapach skór i deszczu, lasu i czegoś jeszcze, dla czego nie znalazł nazwy.

— O czym?

A może to był ten głos, melodyjny, głęboki, ciepły, a jednocześnie rodzący przyjemne mrowienie na skórze; sprawiał, że zapominał…

Gwałtownie otrząsnął się z próbującej zawładnąć nim… Właściwie co to było? Nie znał takiego uczucia.

— Marco?

Spojrzał w ciemne oczy i od razu opuścił głowę. Pozazdrościł Vanowi, że w takich chwilach kurtyna włosów kryła go przed niepożądanym wzrokiem.

Odetchnął głęboko. Przyszedł tu wyjaśnić ważne kwestie, napomniał się w duchu.

— Po co ten żołnierz przed chatą, w której jest Van?

Wychodząc stamtąd zaraz za progiem wpadł na jednego z koriańskich podwładnych posła. Z postawy i miny żołnierza łatwo wywnioskował, że nie znalazł się tam przypadkiem.

Dragas odgarnął z twarzy kilka luźnych kosmyków, które wymknęły się z wstążki wiążącej włosy na karku.

— Na wszelki wypadek.

— Co to znaczy? Powiedziałem, nie pozwolę, żeby ktokolwiek… — urwał, gdy zdał sobie sprawę, że z każdym słowem mówi głośniej i ludzie wokół nie tylko widzą, ale również już słyszą ich rozmowę.

Dragas też to zauważył, bo wskazał ku centrum wioski.

— Przejdziemy…?

Kiwnął głową i ruszył z powrotem w stronę chaty Hannesa. Do chwili, gdy drzwi się za nimi zamknęły, żaden nic nie powiedział.

Marco zatrzymał się na środku izby. Trzask rygla uświadomił mu, że teraz naprawdę są sami. Jak nad strumieniem. Tak, poza nimi był tam również Van, ale on wtedy o tym nie wiedział. Dla niego istniał tylko szemrząca woda, księżyc, iskrząca na białym kamieniu kokarda i Korianin.

To Marco chciał rozmawiać, ale ponieważ nie podjął wcześniejszego wątku, Dragas sam przerwał milczenie.

— Mówiłeś, że nie pozwolisz, by ktokolwiek… co?

Marco zacisnął nerwowo dłonie, gdy zorientował się, że myśli znów mu uciekły i to do chwili, o której nie bardzo chciał teraz pamiętać. Wspomnienie było jednak zbyt żywe, a obecność posła w niczym nie pomagała.

Van, przypomniał sam sobie z determinacją. Morivern. Na tym musi się skupić. Na teraźniejszości.

— Chcę wiedzieć jakie masz plany co do mnie i co do Vana. Po co tu zostałeś? Po co się wtrąciłeś?

Dragas patrzył na niego badawczo, jakby zdawał sobie sprawę z jego wewnętrznej walki. Marco uniósł wyżej głowę, tym razem nie uciekając przed jego spojrzeniem.

Być może był to skutek półmroku panującego w izbie pozbawionej dostępu dziennego światła, ale wydało mu się, że oczy Korianina są ciemniejsze niż zapamiętał, niemalże czarne.

— To źle, że się wtrąciłem? Wolałeś opuścić wioskę ze swoimi żołnierzami? Trzeba było powiedzieć.

— Nie. Wiesz, że nie — odpowiedział natychmiast, wyrzucając z głowy te idiotyczne rozważania. Dlaczego nie potrafił skupić się na tym, co ważne? — Nie rozumiem, dlaczego nam pomagasz.

— Mam swoje powody. I nie zamierzam się z nich tłumaczyć. Nawet tobie, Marco von Throim.

Te słowa zabrzmiały jak wyzwanie, czy może raczej prowokacja głupiego dzieciaka.

Lepszego otrzeźwienia nie potrzebował. Dość z tym. Nie był głupim dzieciakiem, nawet jeżeli dotychczas zachowywał się właśnie w ten sposób.

— Nie pozwolę ci go zabić. Niezależnie od waszej polityki, nie pozwolę — wydusił z siebie z trudem.

Brwi Korianina wygięły się w górę.

— Nie? — zapytał z niekrytym rozbawieniem. — A jak zamierzasz mi w tym przeszkodzić? W jaki sposób mnie powstrzymasz? Już powiedziałem, powinienem dokończyć to, czego nie zrobił twój ojciec. Na dworze wszyscy są przekonani, że Van zginął razem z księciem Brugge.

— Nie — powtórzył zdecydowanie. — Nie.

Po raz kolejny doświadczył zimnego błysku w spojrzeniu posła. Drgnął, ale szybko się opanował. Nie ustąpił nawet wtedy, gdy Dragas odezwał się zupełnie zmienionym głosem, chłodnym i nieugiętym jak stal.

— Jesteś gotów ze mną walczyć w obronie Vana de la Varre?

— Jeśli będzie trzeba — odpowiedział cicho, przymykając powieki. Doskonale pamiętał walkę Vana z Dragasem. Van przegrał, a Marco przecież nawet w połowie nie był tak dobry jak on. — Ale nie wierzę, że mógłbyś to zrobić.

Otworzył gwałtownie oczy, sam zaskoczony swoimi słowami. Nawet jeżeli tak właśnie w tej chwili pomyślał, to jak mógł powiedzieć to głośno…?

— Walczyć z tobą?

Pokręcił głową. Nie to miał na myśli.

— Zabić Vana — szepnął.

— Naprawdę tak myślisz? — Głos posła rozbrzmiał złowrogą nutą splecioną z czymś, co kusiło, nadwątlało jego z trudem utrzymywaną determinację, by nie zatracić się znów we wspomnieniach. Czemu Marco nie był w stanie się oprzeć.

— Tak. — Nie miał pojęcia, skąd w nim tak nagle to przekonanie, ale naprawdę w to wierzył. Uderzył plecami o drzwi i dopiero wtedy uświadomił sobie, że cofa się przed zbliżającym się Korianinem.

Dragas się nie zatrzymał. Nie, dopóki nie miał już jak postąpić dalej naprzód.

Marco miał wielką ochotę zamknąć znów oczy, by chociaż w ten sposób zachować dystans, ale nie zrobił tego. W spojrzeniu Dragasa pojawił się drapieżny błysk, w równym stopniu wieszczący niebezpieczeństwo, co intrygujący.

Zanim się zorientował, co się dzieje, całował Dragasa, zachłannie, odważnie, bez wahania, jakie towarzyszyło ich pierwszemu spotkaniu. Nie było ważne to, że nagle nie mógł oddychać nie tylko dlatego, że wszelka przestrzeń między nim a Korianinem zniknęła, że drzwi stanowiły twarde oparcie dla pleców, a w żebra boleśnie wbijał się skobel. Zrobiło się niewyobrażalnie gorąco, jak w żaden dzień najupalniejszego lata, ale to też nie miało znaczenia. Dotyk Dragasa palił, a jednocześnie przynosił ukojenie, i jak to możliwe? Marco nie zastanawiał się nad tym, bo za dużo ostatnio myślał, za dużo już na niego spadło.

W tym pocałunku nie było nic z subtelności ich poprzedniego, żaden z nich nie był delikatny. Liczyła się tylko bliskość i rosnący żar, i to, że to był dopiero początek. Bo pierwszy przeszedł w kolejny, a potem jeszcze następne. Ile to trwało? Nieważne.

Płaszcz opadł na ziemię. Dłonie Dragasa znalazły się pod jego kurtką. Sam też nie pozostał bierny. Pod jego palcami wstążka na karku posła rozplątała się i opadła na ziemię. Poczuł miękki, łaskoczący dotyk na twarzy.

Dragas odsunął się od niego tak niespodziewanie, że Marcowi pociemniało w oczach od nagle swobodnego oddechu, jaki wypełnił mu nozdrza ulatującym zapachem mężczyzny. Korianin odszedł kilka kroków, odwracając się do niego plecami. Nerwowym ruchem przeczesał włosy. Odruchowo zgarnął je razem, ale nie znalazł wiązania i opuścił rękę. Spojrzał na niego przez ramię. Marco cofnąłby się przed ogniem, jaki rozpalał mu oczy, gdyby tylko miał jeszcze gdzie. Poczuł pierwsze ukłucie paniki. Powoli docierało do niego, co tutaj się stało.

Do czego sam doprowadził.

Korianin rozejrzał się po klepisku. Schylił się, podniósł wstążkę. Wsunął ją w ubranie i odwrócił się z powrotem do Marca.

— Zjedz coś. Przebierz się. Prześpij. Wyglądasz tak, jakbyś miał się tu zaraz przewrócić. A ja mam swoje sprawy, którymi muszę się zająć.

Powiedział to tak, jakby ostatnie chwile nie istniały. Jedynie jakaś głębsza nuta w głosie świadczyła, że to nieprawda. Rygiel odskoczył z trzaskiem tuż przy uchu chłopaka, gdy Dragas zatrzymał się przy drzwiach, tym razem zachowując odpowiednią odległość. Dopiero ten dźwięk jak zapowiedź nadchodzącego nieszczęścia sprawił, że Marco wyrwał się z oszołomienia.

— Ty nie… Naprawdę nie możesz…

Dragas uciszył go gestem dłoni.

— Jeśli cokolwiek złego spotka twojego de la Varre’a, to nie z mojej ręki. Masz na to moje słowo. — Uśmiechnął się lekko, choć nie sięgnęło to wciąż nienaturalnie błyszczących oczu, jakby nie było w nich miejsca na nic poza tym ogniem. — Zrób jak mówiłem, Marco. Odpocznij.

Cierpliwie poczekał, aż Marco ustąpi mu z drogi, po czym wyszedł.

Marco wziął głęboki wdech, dopiero teraz uświadamiając sobie, że dygocze. Był przerażony, ale nie tym, co jeszcze mogło ich spotkać z ręki Moriverna czy kogokolwiek innego. Przeraziła go własna śmiałość i to, że odważył się na coś, o czym tak bardzo starał się nie pamiętać. I że nie potrafił o tym zapomnieć, nie potrafił się powstrzymać, gdy Dragas znalazł się tak blisko niego.

Siadł ciężko przy ławie, gdzie przyniesione przez kobietę potrawy już dawno wystygły. I tak po nie sięgnął, po przelewającą się potrawkę i chleb. Skupił się na posiłku, nie chcąc rozważać tego, co zaszło.

Po pierwszym kęsie zdał sobie sprawę, że naprawdę jest głodny, niewyobrażalnie głodny i niewyobrażalnie zmęczony. Ale nie chciał się kłaść. Jadł powoli, a gdy uznał, że tyle wystarczy, podparł głowę na skrzyżowanych ramionach i zapatrzył się w płachtę przesłaniającą okno, zastanawiając się, co dalej.

*

Gdy Dragas wrócił do chaty po wydaniu rozporządzeń odnośnie noclegu, było już ciemno.

Ludzie Rosiere’a nie kryli niezadowolenia, że przyszło im wystąpić przeciwko najemnikom von Throima i to w obronie młodego de la Varre’a. Również ich zdaniem Van powinien już nie żyć. Jego porucznik też nie był szczęśliwy z takiego obrotu spraw, ale że nie zwykł podważać decyzji swojego dowódcy i nie zamierzał zaczynać teraz, nic nie powiedział. Tym bardziej, że niechęć gwardzistów do wyznaczonego zadania obrony wioski przed ewentualnym najazdem skrycie go bawiła. Przez jedną krótką chwilę zastanawiali się wspólnie z posłem, czy można im w tej kwestii zaufać. Doszli do oczywistego wniosku, że nie. Chociaż Dragas nie spodziewał się otwartego buntu, to jednak nakazał podwójną gotowość do działania własnym żołnierzom. Nie omieszkał też zajrzeć jeszcze do Hannesa i dodatkowo z nim ustalić sprawę straży w wiosce. Nie trzeba mu było długich obserwacji, by się przekonać, że Hannes miał posłuch wśród wieśniaków i że cokolwiek zarządził było spełniane bez najmniejszych sprzeciwów czy wahania.

Marco siedział, a właściwie na wpół leżał podparty o stół. Spał. Dragas przyglądał mu się przez moment z niewielkim półuśmiechem. Bez problemu przeniósł chłopaka na posłanie. Ściągnął mu buty i okrył wełnianą derką.

Marco nawet nie drgnął przez cały ten czas.

Odpiął pas z mieczem, oparł oręż o ścianę i rozciągnął się obok chłopaka, krzyżując ramiona pod głową. Cały dzień nie dopuszczał do siebie myśli, czy rzeczywiście źle robi mieszając się w tutejszy konflikt, ale może czas najwyższy w końcu się nad tym zastanowić.

— Po co? Przecież już za późno.

Dłoń mu drgnęła na niespodziewany, choć nie obcy głos, ale zapanował nad chęcią sięgnięcia po broń. Leniwie odwrócił głowę ku oknu, którego nie kryła już zasłona, mrużąc oczy jak kot, by dopatrzeć się w sylwetce na parapecie znajomych rysów.

— Nigdy na nic nie jest za późno — odpowiedział filozoficznie, podciągając się wyżej na posłaniu. Nie miał zamiaru wstawać. Przez jedną krótką chwilę rozważał, jakąż to ma straż, że niepostrzeżenie pozwoliła intruzowi dostać się tak daleko w głąb zabudowań, ale przypomniał sobie, z kim ma do czynienia.

Gość błysnął zębami w niemalże wilczym uśmiechu, sprawiając że – chociaż nic nie powiedział – Dragas odniósł wrażenie, że znów otrzymał odpowiedź na własne myśli. Oparł się o framugę okna i rozsiadł się wygodniej, przez co blask pochodni z podwórca oświetlił część twarzy i rozpalił mu włosy żywym ogniem.

Spojrzenie Dragasa mimowolnie uciekło ku sznurowaniom koszuli Anraia na wspomnienie tatuaży kryjących się pod płótnem.

Marco poruszył się przy nim niespokojnie. Zmienił pozycję pod kocem i odsunął się od Dragasa ku ścianie. Korianin zapomniał na moment o siedzącym na parapecie demonie, przyglądając się śpiącemu chłopcu.

— Marco von Throim. Dlaczego jest ważny?

Anrai też przyglądał się Marcowi, lekko ściągając brwi w wyrazie zadumy. Jego pytanie brzmiało tak, jakby nie było przeznaczone dla innych, jedynie dla niego samego. Mimo to Dragas zaryzykował i odpowiedział własnym.

— Nie wiesz? Myślałem, że ty wiesz już o mnie wszystko.

Ruda brew wygięła się w górę, zanim Anrai zdołał zapanować nad zdziwieniem.

— Pamiętasz? — Słowo też wyrwało się samo. Dopiero później omiótł mocą posła, nie kłopocząc się tym, że jego działanie może zostać zauważone. I rzeczywiście, Korianin pamiętał całe ich spotkanie, pełną rozmowę, wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi. — To ciekawe. Reszta pewnie się nie ucieszy, ale to i tak ciekawe.

— Reszta?

Anrai pokiwał głową, najwyraźniej zupełnie nie przejęty odniesioną porażką.

— Mam nieodparte wrażenie, że wcześniej czy później zechcą poznać cię osobiście.

— …bez maski na twarzy? — Dragas nie otrzymał odpowiedzi, ale też nie spodziewał się żadnej na tak postawione pytanie. Zmienił temat. — Co tu robisz?

— Jestem. — Rudzielec wzruszył ramieniem. Dopiero po chwili zaoferował więcej. — Sytuacja w Brugge wymknęła się spod kontroli. Raynhard podkulił pod siebie ogon jak tchórzliwy szczeniak. A Van za to zapłacił.

— Raynhard?

Na twarzy demona zaigrał zagadkowy półuśmieszek i Dragas zrozumiał, że znów nie dostanie odpowiedzi. Anrai nie milczał jednak długo.

— Wkrótce sam go poznasz. Jest w drodze. — Zeskoczył z parapetu i wszedł głębiej do izby. Zatrzymał się przy posłaniu, patrząc na Marca. — Ciekawe, co będzie miał do powiedzenia na temat twojego paniczyka. Ciekawe, co powie, jak ciebie tu zobaczy.

Ta myśl wyraźnie go oczarowała, choć Dragasowi spodobała się mniej.

— Ty mnie tu sprowadziłeś.

To nawet nie było pytanie, ale Anrai i tak mu przytaknął.

— Dlaczego?

— Ktoś musiał zająć się tym całym bałaganem. Ja nie lubię się mieszać. Nie, nie tak. Uwielbiam się mieszać w cudze sprawy, nie lubię tylko brać na siebie ich problemów.

— Dlaczego ja? Dlaczego nie Raynhard, kimkolwiek on jest?

— Ty byłeś bliżej. A Raynhard, kiedy się z nim widziałem ostatnim razem, sprawiał wrażenie, że nie zbliży się do Brugge choćby i za cenę życia. Oczywiście teraz to nie on jest w niebezpieczeństwie.

— Van?

Nagły chłód wypełnił wnętrze, gdy Anrai się uśmiechnął, i Dragas po raz pierwszy tak naprawdę uwierzył, że ma przed sobą coś nieludzkiego; demona, który tylko sprawia pozory niegroźnego, ładnego chłopca.

— Nie chciałbym być w skórze Moriverna, kiedy Rayn się dowie, co tu się wydarzyło. Pan kapitan nie był dla Vana zbyt miły.

— Miły! — Marco drgnął pod okryciem i Dragas zaklął bezgłośnie, żałując swojego wybuchu. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, sięgnął do jasnych włosów i pogłaskał go lekko. Marco wydał z siebie przytłumione westchnienie, po czym wtulił się w jego dłoń. Dopiero kiedy był pewien, że chłopak się nie przebudził, dodał już ciszej. — Ciekawie dobierasz słownictwo.

Anrai zamarł w nienaturalnym bezruchu, zasłuchany w sobie tylko dostępne dźwięki. Dragas już miał zapytać, czy wszystko w porządku, kiedy rudzielec otrząsnął się jak mokry kot. Minę też miał podobną.

— Tego nie przewidziałem.

Bez żadnych wyjaśnień wskoczył na parapet i tak niespodziewanie jak się pojawił, rozpłynął się w ciemnościach.

*

Odkąd tylko nadeszły najnowsze wieści ze wsi pod Brugge, Morivern nie umiał znaleźć sobie miejsca. Żołnierze z rosnącym lękiem przyglądali się, jak ich kapitan miota się po całym zamku. Służba de la Varre’ów już dawno znalazła schronienie w swoich pokojach, których nie opuszczała bez wyraźnego wezwania. Morivern nie dbał teraz o nich. Nie chciał jedzenia, nie żądał nawet wina.

Żołnierze nie mieli tyle szczęścia. Ci, którzy nie pełnili wart na podwórcu, robili wszystko, by nie znaleźć się na jego drodze, ale tak, by go przy tym nie stracić z oczu. Gniew kapitana mógł przekroczyć dziś wszelkie granice, gdyby któryś z nich był potrzebny i okazałoby się, że nie jest pod ręką. Może czasem pieskie było życie najemnika, ale żeby tak bezmyślnie je przekreślać?

Młody panicz zniknął razem z chłopakiem z Brugge. Co prawda odnalazł się już, ale to wcale nie rozwiązywało problemu ich kapitana. Żołnierz, który doniósł mu o niespodziewanym wtrąceniu się w sprawę koriańskiego posła, wciąż jeszcze krwawił ze złamanego nosa i rozbitej paskudnie brwi. Musieli jednak oddać swojemu kapitanowi sprawiedliwość: dając ujście swojej wściekłości uderzył tylko raz, celnie i mocno, ale raz. Zaraz potem kazał im się wynosić.

Żaden nie odszedł daleko. Gotowi na każde skinienie obserwowali go przez otwarte szeroko drzwi z korytarza, jak krąży po komnacie, gdzie ucztowali zaledwie wczoraj.

Na dziedzińcu podniósł się hałas. Morivern przypadł do okna. Zaklął.

— Sprowadzić go tutaj! — ryknął.

Klął jeszcze długo, aż z korytarza doleciał go odgłos pospiesznych kroków. Wtedy się opanował. Wygładził mundur, poprawił przy pasie miecz. Zajął miejsce u szczytu stołu, gdzie przed nim siadywał książę de la Varre. Masywne krzesło zabalansowało na dwóch nogach, kiedy odepchnął się okutym butem od blatu. Z kamienną twarzą czekał na wkroczenie niezapowiedzianego gościa, układając w głowie plan nadchodzącej rozmowy.

Nic nie zdążył zrobić. Nawet się nie odezwał. Zobaczył Raynharda w progu w towarzystwie dwóch swoich żołnierzy i… Świat umknął mu spod nóg.

Krzesło runęło na ziemię z głośnym trzaskiem, razem z nim Morivern. Pociemniało mu w oczach, kiedy uderzył głową w murowaną posadzkę, a szczapa ze złamanego na dwoje oparcia wbiła mu się boleśnie w plecy. Upadek wypchnął powietrze z płuc, pozostawiając go bez tchu. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze były dłonie niczym żelazne okowy, które zamknęły mu się na gardle. Wbił w nie palce, rozpaczliwie walcząc o oddech, ale Raynhard nie zamierzał ustąpić.

— Van — warknął dziko przybyły, odsłaniając w wyrazie wściekłości zęby. — Gdzie Van?

Rozpoznając żądzę mordu błyszczącą w ciemnych oczach, Morivern odpowiedziałby bez wahania, gdyby tylko był w stanie. Rzucił się pod przygważdżającym go do podłogi Rycerzem, ale bez rezultatu. Pod paznokciami czuł przeoraną, zakrwawioną skórę, ale chwyt Raynharda nie zelżał. Z każdą chwilą stawał się coraz mocniejszy, coraz bardziej śmiertelny. Kiedy był już pewien, że nie dostanie szansy na odpowiedź, Raynhard oderwał rękę od jego szyi, po to by odepchnąć nadbiegającego żołnierza. Najemnik zatoczył się do tyłu, ale za nim na ratunek swojemu dowódcy biegli już następni.

Ucisk zniknął zupełnie i kapitan zachłysnął się powietrzem. Częściowo tylko zarejestrował, że Raynhard walczy z jego ludźmi, a wokół na podłogę padają ciała, jedno po drugim. Ważniejsze na razie było to, by złapać oddech, by przestać się krztusić, żeby sprzed oczu zniknęły wirujące czarne plamy. Podniósł się do klęczek. Po plecach spływała mu krew z miejsca, gdzie połamane drewno przebiło skórę. Oddech wciąż się rwał, powietrza było za mało, gardło i szyja pulsowały boleśnie, ale w końcu rozgrywająca się parę stóp od niego walka zaczęła przedzierać się do jego świadomości.

— Dość — wychrypiał. Jego głos był tak słaby, że nie dotarł do nikogo poza nim samym. Brzdęk żelastwa i odgłos ciał obijających się o meble nie ustał i musiał spróbować jeszcze raz. — Dość! Opuścić broń! Dość mówię, barany! Starczy!

Przebił się w końcu ze swoim rozkazem przez wrzawę w pokoju. Pożałował tego od razu, bo chociaż zapadła cisza, to niemal w tej samej chwili on sam znowu znalazł się na plecach, a dłoń niczym z żelaza zacisnęła się na jego już posiniaczonym gardle.

— Dość — wyszeptał tak głośno jak tylko zdołał, odruchowo drapiąc trzymającą go rękę. Uścisk zniknął tak samo nagle jak się pojawił. Ciężar Raynharda przygniatający go do posadzki również. Z ulgą zamknął oczy, starając się zwalczyć nadciągającą ciemność, i z głośnym świstem łapał oddech.

— Wstawaj — usłyszał nad sobą. Zaśmiał się chrapliwie i przekręcił na bok. Podpierając się ręką usiadł. Spojrzał na Raynharda i na otaczających go chłopców.

— Wynocha! — warknął i od razu poczuł, że już to jedno słowo to za dużo. Tyle jednak wystarczyło. Żaden z żołnierzy nie zakwestionował rozkazu. Ci w dobrym stanie zabrali towarzyszy, którzy mieli mniej szczęścia. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, Morivern jęknął głośno i z trudem, przy pomocy stołu, stanął na nogi. Ostrożnie dotknął szyi. — I po co to było, co, Rayn?

Ciemne oczy zwęziły się złowrogo i kapitan odruchowo zrobił krok w tył.

— No już — szepnął ugodowo. Głośniej nie potrafił, głos odmówił mu posłuszeństwa.

— Van — przypomniał Raynhard.

— Ah, nasz paniczyk. Tu go nie ma. Uciekł mi. Razem z Markiem, mogę dodać.

— Gdzie jest?

Morivern opadł ciężko na nieuszkodzone krzesło.

— Hej! — zakrzyknął i zaraz zakrztusił się i boleśnie skrzywił. W progu pojawił się żołnierz. — Wina. Natychmiast!

Raynhard błyskawicznie pokonał dzielącą ich odległość. Gardło kapitana przed dalszą szkodą uratował tylko jego koci refleks. Morivern momentalnie się poderwał, odgradzając się od przeciwnika masywnym meblem.

— Spokojnie, spokojnie! Za chwilę.

Wysłany po wino żołnierz wrócił szybciej, niż kapitan się spodziewał. Morivern napełnił dwa kielichy, jeden podsunął Raynhardowi z przesadną kurtuazją, której mimo bólu i upokarzających okoliczności nie mógł się wyrzec, drugi od razu opróżnił. Znów się zakrztusił. Dopiero po kolejnej porcji wina poczuł się na tyle dobrze, by kontynuować rozmowę.

— Obaj są w najbliższej wiosce. Opuścili zamek wczorajszej nocy. Nie bez mojej winy, nie będę tego krył. Ty i pan hrabia zostawiliście mi na głowie młodego de la Varre’a. Od początku były z nim same kłopoty.

Raynhard przyglądał mu się długą chwilę bez słowa. W końcu odwrócił się i ruszył do wyjścia.

— Czekaj! — zawołał za nim i od razu skrzywił się z bólu. Odetchnął głęboko, ale nie umilkł. — Musisz wiedzieć coś więcej. W to wszystko wplątał się ten koriański poseł. Stanął na drodze moim żołnierzom.

— Poradzę sobie z nim.

— Jadę z tobą. — Już bez zbędnego zawracania głowy wypił wino prosto z karafki, po czym dołączył do Rycerza. — Sam nie byłem pewien, jak rozwiązać tę sytuację bez politycznego skandalu. Ale odpowiadam za Marca. Coś trzeba zrobić.

Raynhard mu nie odpowiedział. Nie protestował jednak, kiedy Morivern wybrał kilku ludzi i razem z nimi ruszył za nim do wioski.

Było już po północy, gdy zbliżyli się na tyle, by na tle ciemnego nieba zobaczyć ciemniejsze kształty zabudowań. Wtedy dołączył do nich jeszcze jeden jeździec. Najwyraźniej czekał na nich w tym miejscu. Wyłonił się z ciemności cicho jak duch. Tak też zareagowały na niego wierzchowce najemników, prychając i zapierając się przed dalszym marszem.

Jedynie gniadosz Raynharda zachował spokój. Parsknął powitalnie i otarł się chrapami o srokatego konia, którego właściciel zatrzymał się w głębokim cieniu potężnego, pozbawionego już liści drzewa.

Młody chłopak siedzący na grzbiecie srokacza skinął głową Rycerzowi, po czym spojrzał na Moriverna z mieszaniną zaciekawienia i odrazy.

— Odważny pan jest, panie kapitanie. Towarzyszyć Raynhardowi, kiedy wie pan, co on znajdzie tam w wiosce.

Twarz Raynharda stężała, a jego oczy zapłonęły w mroku.

— Powiedziałeś…

Chłopak przerwał mu nikłym gestem. Na jego twarzy odbiła się niechęć.

— Wiem, co powiedziałem. I podtrzymuję to. Vanowi nic nie jest. Nic poważnego przynajmniej. Co nie znaczy, że spodoba ci się to, co zobaczysz.

Raynhard bez słowa wbił pięty w boki konia i galopem ruszył do wioski.

Koń Moriverna zatańczył nerwowo w miejscu. On sam wcale nie czuł się spokojniejszy. Zimny wzrok nieznajomego budził w nim lęk, jakiego już dawno nie zaznał.

— Zabił trzech moich żołnierzy. Zrobiłem to, co należało zrobić.

Nie zamierzał się nikomu tłumaczyć, ale słowa wyrwały się same, bez jego świadomej decyzji. Na twarzy chłopaka pojawił się ledwo zauważalny, mrożący krew w żyłach uśmieszek.

— I bardzo dobrze się pan przy tym bawił, kapitanie.

Łaciaty koń zawrócił w miejscu, po czym pokłusował w ślad za gniadoszem Raynharda.

Morivern zaklął pod nosem. Powrót, może nawet ucieczka z Brugge tak jak to zrobili Marco z Vanem, nęciła go przez chwilę, ale nie uległ pokusie. Machnął na żołnierzy i ruszył ku wiosce. Jak powiedział, Marco nadal był jego odpowiedzialnością.

*

Hałas na zewnątrz wyrwał Marca ze snu. Rozejrzał się, w pierwszej chwili nie wiedząc, gdzie jest. Wiejska chata, skromne posłanie… Było ciemno, ale nie na tyle, żeby nie mógł dostrzec zarysu ławy, taboretu, pieca. Z okna biła łuna rozświetlających mrok na zewnątrz pochodni.

Powoli usiadł, trąc oczy.

Uciekli z Brugge. Trafili do wioski. Dragas powstrzymał żołnierzy Moriverna przed zaciągnięciem ich z powrotem do kapitana.

Dragas. Posłanie obok niego było jeszcze ciepłe. Czy…?

Bezwiednie zacisnął dłoń na ogrzanych na pewno nie przez siebie kocach. Czy to możliwe, żeby Dragas…? Dragas zajął tę chatę dla siebie, Marco przyszedł tu za nim, nie odwrotnie. Czy byłby na tyle bezczelny, by dzielić z nim posłanie?

Głupie pytanie.

Odgłosy dobiegające zza okna przybrały na mocy. Marco odegnał od siebie myśli o Korianinie leżącym przy jego boku, ze wszystkich sił odmawiając sobie jakiejkolwiek reakcji, choćby najsłabszego rumieńca. Czuł jednak, że serce uderza mu mocniej i szybciej. Odetchnął głęboko, starając się uspokoić. Wstał i powoli wyszedł przed chatę.

W tłumie ludzi Dragas pierwszy rzucił mu się w oczy, choć wcale świadomie go nie szukał. Stał tyłem do Marca, w otoczeniu swoich żołnierzy i kilku wieśniaków. Rozmawiał z kimś obcym, siedzącym na grzbiecie potężnego gniadosza.

Tym obcym był Raynhard.

Zmęczenie i apatia zniknęły. Marco poczuł jak gdzieś w środku wybucha w nim gniew i bunt. Nie spodziewał się tu Raynharda. Nie chciał go tu. Może nawet bardziej niż kapitana.

…który właśnie nadjechał i zatrzymał się obok niedawnego sługi de la Varre’ów.

Krew odpłynęła mu z twarzy. Morivern też tu był.

Rozdarty między chęcią natychmiastowej ucieczki do środka a stawienia czoła żołdactwu ojca, Marco nie ruszył się z miejsca. Wzrok uciekł mu do chaty, gdzie zostawił Vana. W progu stał Hannes. Przed nim strażnik postawiony tam przez Dragasa. Ani jeden, ani drugi nie sprawiali wrażenia, by mieli komukolwiek zejść z drogi, choćby i uzbrojonym, liczebnie przewyższającym ich żołnierzom von Throima.

Przemógł się i zrobił kilka kroków w stronę przyjezdnych. Zbliżając się, coraz wyraźniej słyszał toczącą się rozmowę. Mówili o nich.

— Marco wróci ze mną do Brugge. Raynhard zabierze Vana jak miał to zrobić od razu, czym oszczędziłby nam wszystkim całej masy problemów.

Hannes zaprotestował stanowczo, chociaż spokojnie.

— To się dopiero okaże, z kim i dokąd wyruszy stąd panicz Van. I czy w ogóle dokądkolwiek.

Kapitan obrzucił starca pogardliwym spojrzeniem, ale nie wdał się z nim w dyskusję. Raynhard też nic nie powiedział. Zsunął się z siodła, wodze wcisnął w rękę stojącemu przy nim rudzielcowi, ale zanim zrobił choć krok, podszedł do niego Hannes. Sucha dłoń starca zamknęła się na jego ramieniu i z niespodziewaną siłą przytrzymała w miejscu. Szepcząc coś kręcił głową, nawet na moment nie puszczając ręki Rycerza.

Morivern tymczasem mówił dalej.

— Pan, panie hrabio, pan niech nie kłopocze się dłużej tą sytuacją. W najmniejszym stopniu pana ona nie dotyczy.

Marco nie musiał widzieć Dragasa, by wiedzieć, że gdy odpowiadał, uśmiechał się.

— I tu się, kapitanie, mylicie.

Musiał to być ten sam półuśmieszek, irytujący, prowokujący, jaki raz już dzisiaj gościł na twarzy posła w podobnej sytuacji, gdy czekał na atak najemnika żądającego tego samego, co Morivern w tej chwili.

— Jest pan, panie hrabio, posłem obcego królestwa. — Morivern mówił spokojnie i wolno, ale przez pozorną ugodowość przebijało rosnące zniecierpliwienie. — Przysługuje panu immunitet, ale poza tym nie ma pan tu żadnej władzy. Żaden w tym pański interes, by mieszać się w rodzinne sprawy tutejszych lordów.

Morivern w końcu go dostrzegł. Marco nie mógł nic poradzić na to, że zatrzymał się za plecami koriańskiego posła, gdy tylko pochwycił wzrok kapitana. Dragas też zauważył jego obecność, ale poza krótkim spojrzeniem rzuconym mu ponad ramieniem, nie zareagował w żaden sposób. Kontynuował rozmowę.

— Pomijając wszelkie inne kwestie, w tym i mój interes, panicz von Throim sam zwrócił się do mnie z prośbą o wsparcie, kiedy zjawili się tu wasi żołnierze. Ja mu tego wsparcia udzieliłem. Swojego słowa nie cofnę, chyba że Marco podejmie inną decyzję. Sam. Bez waszych nacisków, kapitanie.

— Dla wszystkich będzie lepiej, jeśli pozostanie pan z boku.

— Nie dla wszystkich. — Marco uniósł głowę, ściągając na siebie uwagę zgromadzonych. — Miałem nadzieję, że zrozumiał pan już, kapitanie, że nie ma tu czego szukać.

— Marco.

Kapitan wykonał coś na kształt pełnego szacunku skinienia, ale on nie dał się zwieść. Zmrużył oczy i jeszcze wyżej zadarł brodę. Zanim odpowiedział, odwrócił się do niego Dragas.

— Nadal zdajesz się na mnie?

Nie zastanawiał ani chwili.

— Tak.

— Marco.

— Sam pan słyszał, kapitanie — wszedł mu w słowo Dragas. — Podtrzymuję to, co powiedziałem. Panicz von Throim znajduje się pod moją opieką.

— Nie masz prawa… — Morivern urwał i zacisnął mocno wargi. Dopiero po chwili zwrócił się bezpośrednio do swojego podopiecznego. — Nic nie wybije ci z głowy tych głupot, Marco? Co mam powiedzieć twojemu ojcu?

— Proszę o tym nie myśleć, kapitanie. Sam mu wyjaśnię. Wszystko. Rozsądzi, czy rzeczywiście to ja źle zrobiłem opuszczając pana i Brugge.

— Rozczarujesz się, Marco. Już ci mówiłem, twój kapitan to… Żaden lord nie pogardzi takim żołdakiem.

Jak wcześniej na Marcu, teraz uwaga wszystkich skupiła się na Vanie, który pojawił się na progu chaty. Młody de la Varre podpierał się ciężko o drzwi. Mimo że jego słowa były skierowane do Marca, a dotyczyły Moriverna, to nie widział ani jednego, ani drugiego. Zdawało się, że z całego tłumu istnieje dla niego tylko jedna osoba. Raynhard.

Marco w jednej chwili zapomniał o Morivernie i wszystkim, co się tu rozgrywało. Jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć się między tą dwójką, zmusić Raynharda do odstąpienia, może wykrzyczeć mu w twarz, że on też nie ma tu czego szukać, gdzie był, kiedy naprawdę był potrzebny? Dopiero gdy poczuł dłoń na swoim ramieniu, zdał sobie sprawę, że jest o krok od wybuchu. Dragas na niego nie patrzył, za co Marco był wdzięczny. Czuł jednak na sobie czyjś wzrok. Rudzielec ściskający w dłoni uzdę gniadego konia Raynharda nie odrywał od niego oczu z zagadkowym, trochę rozbawionym, trochę zadumanym wyrazem.

— Panowie, jest środek nocy, będziemy tak tu stać i…

— Nie!

Rozsierdzony krzyk Korianina, poprzedzony trzema krótkimi błyskami i świstem powietrza, przerwał Morivernowi w pół zdania. Dragas wytrącił kuszę z rąk najbliższego żołnierza, żołnierza Rosiere’a, ale już było za późno. Raynhard dopadł do Vana, gdy ten osunął się na kolana, patrząc przed siebie oszołomionym, nie rozumiejącym spojrzeniem.

— Nie, Van, nie…

Broczące krwią ramię, wąska strużka z piersi, obfitsza spod żeber, czarne w świetle pochodni. Marco też nie wiedział, co zaszło, ale Van krztusił się krwią, a Raynhard wołał Hannesa, który już do nich spieszył tak szybko, jak tylko był w stanie.

— Nie. Nie, nie, nie tak… Nie teraz, bogowie, nie tak…!

Marco rzucił się przed siebie, padł na kolana przy Vanie. Trzy rany, i tak dużo krwi. Gasnące spojrzenie, którego tylko przez moment był celem, bo od razu wróciło do poszarzałej twarzy Raynharda. Van poruszył wargami, ale nie wydostał się spomiędzy nich żaden dźwięk poza charczącym oddechem.

— Nie, nie, nie poddawaj się — szeptał Marco, przerażony tym, że to koniec. Zamarł, nie wiedząc, co zrobić, gdzie położyć rękę. Złapał klęczącego obok niego starca i potrząsnął nim rozpaczliwie, bo Hannes szeptał coś tylko, nie próbował ratować Vana.

— Zrób coś. On… chyba…

Hannes ostrożnie wyswobodził się, ale zamiast zająć się Vanem, ujął okrwawione dłonie Raynharda. Pokręcił głową, kiedy pochwycił dzikie spojrzenie Rycerza.

— Obaj wiemy…

— Nie!

Marco już sam nie wiedział, kto protestuje – Raynhard, czy on sam. Wszystko wokół huczało tylko jednym słowem: nie, nie, nie, nie.

Raynhard rozejrzał się gorączkowo wokół.

— Anrai!

Ktoś odepchnął Marca do tyłu.

— Wynoście się stąd wszyscy.

Rudzielec podobnie potraktował Hannesa. Raynhard nie dał się odsunąć. Z nim Anrai nie walczył. Klęknął po przeciwnej stronie Vana. Pochylił się. Marco chciał wrócić, chciał widzieć, co się dzieje, ale ktoś przytrzymał go w miejscu. Ktoś, Dragas – to mógł być tylko on. Szarpnął się, jednocześnie mocno chwytając trzymające go ramię. Dragas coś mówił, ale Marco nie słuchał słów. Nie rozumiał ich nawet, tak jak nie rozumiał nabierającej mocy inkantacji.

Noc rozbłysła oślepiającym światłem.

A potem nie było już nic.

KONIEC KSIĘGI I

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s